I wreszcie ja, Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz

Zdjęcie własne (selfie) : Zofia Konopielko

Wczoraj pozwoliłam sobie śladem wielu uczestników mediów społecznościowych wrzucić do Instagrama (jako KlaraSzara0) i Facebooka (jako Klara Klon) swoje selfie. Dobre było światło i o dziwo po raz pierwszy w życiu uznałam że zdjęcie jest niezłe tzn. wyglądam nieźle pomimo bliskiego już terminu ukończenia 77 wiosny życia J. Dałam hasztagi trochę prowokujące: #życie #zapisane #na # twarzy. Na zasadzie „uderz w stół a nożyce się odezwą” w krótkim czasie pojawiały się przemiłe komentarze, z które Wszystkim dziękuję.   Np. Małgorzata Jancelewicz napisała, jak przystało na dr stomatolog  widząc szczegóły: „I oczy, jak u Demarczyk,  w  ,, Groszkach i różach”…

A najbardziej wzruszający jest komentarz krajana mojego Taty i Brata z Rakowa – Yana Roslevskij’ego. Od razu poczułam tę wschodnią rzewność liryczną, którą też czasem lokalizuję w swoim sercu i umyśle….  Yan napisał tak: „Życie ma to do siebie, że przykłada dłuto do twarzy, ale nie do każdej, tylko do godnych tego dłuta”. Od razu poczułam się wyróżniona Yanie, choć to oczywiście Twoja licentia poetica jedynie J

„Zosiu, nigdy się nie chowaj…. Dzisiaj dojrzałość jest piękna i jeszcze na dodatek trendy” napisała Iga Borowska- Krajnik 

Tak więc podzieliwszy się najnowszymi moimi doświadczeniami dla przypomnienia nota biograficzna.

Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz ur. 28.09.1947 r. w Gorzowie Wlkp. – Studia : Akademia Medyczna – obecnie Uniwersytety Medyczne:  w Poznaniu (1965- 1968) a następnie w Warszawie (1968- 1971).  Praca:  lata 1971 – 1975 Przychodnia Rejonowa ZOZ Warszawa Żoliborz;  lata 1975 – 1981 Szpital im. Dzieci Warszawy ( zakaźny) ul. Sienna 60 Warszawa; lata 1981- 2004 Klinika Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego IP- Centrum Zdrowia Dziecka, Warszawa, adiunkt, kierownik Poradni Nefrologicznej przy tej Klinice – aktualnie emerytura.  2 stopnie specjalizacji z pediatrii i doktorat  1991 r. – granty i  liczne publikacje z dziedziny nefrologia, choroby metaboliczne (zaburzenia gospodarki wapniowo- fosforanowej, osteoporoza u dzieci).

Aktualnie wespół z prof. Jerzym T. Marcinkowskim, córką Pauliną Rosińską- dr psychologii i  synem Marcinem Konopielko – neurochirurgiem i innymi autorami pisze recenzowane książki z zakresu szeroko pojętej higieny. Zostały wydane: 1. Przewodnik po rozległych obszarach higieny i epidemiologii, 2. Ponadczasowa misja higieny i epidemiologii, 3. Tatuaże. Gdy ciało staje się tłem, 4. Modyfikacja ciała. Kręta droga od urody do znaczenia po śmierci, 5. Higiena psychiczna w krajobrazach miejskich. Poszukiwanie triady Witruwiusza: trwałości, użyteczności i piękna, 6. Tajemnicze bóle kręgosłupa, 7. Odpoczynek w panoramicznym spojrzeniu higieny psychicznej. Ponadto wiele rozdziałów w monografiach redagowanych przez innych badaczy.

Pasje – fotografia; od 2011 roku prowadzenie  wielotematycznego bloga ( zapiski rodzinne, ścieżki edukacji, historia Szpitala im Dzieci Warszawy, przyroda, ciekawe miejsca w Polsce, książki, własne fantazje  itd. ).

Pochodzenie –ojciec,  Wacław szlachta kresowa tzw. dworzanie, bliski krewny Marii Rodziewiczówny , inżynier dróg  i mostów –matka, Stefania, góralka beskidzka, nauczycielka –Brat, Zenon, dziennikarz, literat, krytyk literacki.

Rodzina – od 1. 06. 1968 zamężna,  mąż Mirosław mgr inżynier, 4 dzieci ( ekonomista,  inżynier, neurochirurg, psycholog),  8 wnucząt i jedna prawnuczka.

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 24 ). Sentymentalna podróż wokół P.S.K nr 2 w Poznaniu.

Dzisiaj był szary grudniowy dzień, przetykany słońcem usiłującym się wydobyć spoza ciężkich chmur. Ponieważ dość wyjątkowo nie miałem ważnych zajęć, postanowiłem wybrać się do miejsca pracy tj. na ulicę Rokietnicką pieszo a nie jak tradycyjnie – samochodem. Chyba był to jakiś wewnętrzny imperatyw, który ujawnił się dopiero później, gdy nagle stałem się młodym studentem Akademii Medycznej, którym byłem razem z Kolegami w naszych latach 1965-1971. I z wielkim sentymentem znalazłem się pod Państwowym Szpitalem Klinicznym Nr 2 im. Heliodora Święcickiego przy ul. Przybyszewskiego 49 (60-355 Poznań). Ileż tam przeżywaliśmy emocji, poznając prawdziwą medycynę – nasze pierwsze zetknięcie z chorymi – zachwyt nad Wielkością Profesorów, wiedzą asystentów, pracowitością pielęgniarek i poświęceniem całego personelu wielkiej idei ratowania zdrowia i życia. Tak, to była nasza Pierwsza Szkoła nie tylko Prawdziwej Medycyny ale też Pierwsza taka Szkoła Dorosłego już Życia …rozglądałem się więc, wspominając, gdy nagle zauważyłem wielkie toczące się dookoła zmiany. Budynki Klinik pozostały niezmienne, lecz w otoczeniu pojawiło się wiele nowych obiektów i wówczas pomyślałem jak Maria Dąbrowska w jednym ze swoich opowiadań też tak zatytułowanych „Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia” … a więc smartfon, fotografowanie, nasycanie oczu a teraz opisy… Zapraszam Was więc dziś, Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy, ale także Wszystkich, którzy zajrzą na „strony” mojego Pamiętnika na „Sentymentalną podróż wokół P.S.K. nr 2 w Poznaniu”

http://www.spsk2.pl/

Oto widok panoramiczny od ul. Grunwaldzkiej:

A to widok od strony ul. Przybyszewskiego:

A już za Szpitalem, przy ulicy Grunwaldzkiej, mieściły się – jak zapewne pamiętacie – baraki z okresu około II Wojny Światowej. Teraz te baraki rozebrano i na tym obszernym placu obecny JM Rektor prof. Andrzej Tykarski zabiega o pobudowanie bardzo wielkiego szpitala. Niestety, całego od razu się nie uda, więc w pierwszym etapie ma powstać duży SOR. Jak widzicie jest tutaj tylko plac pod budowę i tablica informacyjna, z której część „złomiarze” już ukradli.

Teraz przesuwamy się dalej od szpitala. Widzimy miejsca po barakach, gdzie m.in. mieściła się część Akademii Wychowania Fizycznego…

I zaraz potem ciekawostka:

A tak ta okolica wygląda po przejściu na drugą stronę ulicy Grunwaldzkiej:

I następny nowy kościół po drugiej stronie ulicy, którego za naszych studiów nie było:

I stary budynek , który chyba wszyscy pamiętają :

Dla przypomnienia proszę spojrzeć na tablicę:

I ogłoszenie na tej kaplicy:

A jak przejść na drugą stronę ulicy Przybyszewskiego to trafiamy do parku, który był za czasów naszych studiów, ale nie miał nazwy i pomnika.

To jest okolica ronda Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Za naszych studiów tej nazwy nie mogło być, albowiem był to wówczas oczywisty wróg polityczny władców PRL-u. Tutaj fragment z Wikipedii, który wszystko wyjaśnia:

Jan Nowak-Jeziorański, właśc. Zdzisław Antoni Jeziorański pseud. „Janek”, „Jan Nowak”, „Jan Zych” (ur. 2 października 1914 w Berlinie, zm. 20 stycznia 2005 w Warszawie) – polski politykpolitolog, działacz społeczny, dziennikarz i podporucznik rezerwy WP, kurier i emisariusz Komendy AK i Rządu RP w Londynie, wieloletni dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Kawaler Orderu Orła Białego.

Oto ten mały park po drugiej stronie ulicy Przybyszewskiego i mały pomnik:

Oto wspomniany pomnik z bliska:

W uzupełnieniu do napisu na tym pomniku informacja zaczerpnięta z Wikipedii:

Kazimierz Bonawentura Nowakowski (ur. 14 lipca 1879 w Inowrocławiu, zm. 26 kwietnia 1952 w Poznaniu) – polski lekarz chirurg, pułkownik lekarz Wojska Polskiego.

I za tymże pomnikiem doktora Kazimierza Nowakowskiego ciekawa rzeźba, chyba kobiety:

I jeszcze raz ta rzeźba:

Jak widzicie wszystko się szybko zmienia.

 

Kilkaset metrów od Państwowego Szpitala Klinicznego Nr 2 im. Heliodora Święcickiego przy ul. Przybyszewskiego 49 jest ulica Rokietnicka – obecnie centrum „wioski uniwersyteckiej” naszej Uczelni. I przy tejże ulicy Rokietnickiej 5C w latach 1996-2018 mieścił się Zakład Higieny, którym miałem zaszczyt kierować w latach 1994-2018, na początku jeszcze przy ul. Fredry 10, gdzie jest Collegium Maius, które dobrze pamiętacie z okresu studiów, bo tam jest siedziba rektora naszej Alma Mater.

I zobaczcie co robią z tym budynkiem obecnie:

A tak to miejsce ma wyglądać wkrótce, a może nie wkrótce – czas pokaże. Dokładnie w miejscu gdzie stał Zakład Higieny pojawi się ten trzeci, licząc od dołu, budynek Collegium Pharmaceuticum. A Zakład Higieny (obecnie Zakład Epidemiologii i Higieny) jest przenoszony do budynku po drugiej stronie ulicy Rokietnickiej – to pierwszy od strony prawej budynek. Ten szkic został wzięty z: http://www.ump.edu.pl/

Ale jest świetnie, bo mój nowy gabinet jest właśnie remontowany po drugiej stronie – ul. Rokietnicka 4. I już wygląda całkiem nieźle:

Będę miał ładne drzewa za oknem!

Praca wokół wre:

Mam nadzieję, że zainteresowałem tą krótką podrożą do miejsca w pobliżu naszego szpitala z okresu studiów.

No i zapraszam na obchody jubileuszowe, o których mowa poniżej:

Szczegóły na:

http://www.ump.edu.pl/100lat

Ludwik Krzysztof Szereszewski we wspomnieniach i zaskakujące Piękno Jego Duszy w opowieści Krysi Anioł.

Nadany przeze mnie tytuł jest dość  niezręczny , ale długo się nad nim zastanawiałam  – może potem jeszcze zmienię – mam nadzieję na jakieś propozycje Kolegów – oj niełatwo ująć  skrótowo wszystko o Krzysztofie i wspomnieniach. … w opowieści Krysi ten zwykły ponury chłopak okazał się tak Piękny, że nie mogę przestać o Nim myśleć …

Jakże był samotny ze  swoją Wielką Bujną Duszą tęskniącą  do ludzi, przyjaźni, zainteresowania, może podziwu – a też miłości z myślami poetyckimi kłębiącymi się w głowie i mnogością pięknych kadrów do złapania w obiektyw… Duszą, która nie mieściła się w tym skromnym ciele  – była za duża, nieujarzmiona i chyba dlatego wybrał inny świat …..ale uprzedzam Wasze opowieści, przepraszam ….

Gdy w roku 1965 rozpoczynaliśmy studia na Akademii Medycznej w Poznaniu jeszcze nie wiedzieliśmy, ba, nawet nie myśleliśmy o tym co nas czeka…. Od tamtego października, gdy staliśmy dumni, radośni ale też przejęci na dziedzińcu Anatomicum minęło już bardzo wiele  lat – czegoś się nauczyliśmy, dostawaliśmy nieraz „ po głowie”,  nauczyliśmy się żyć z porażką ale też zwyciężaliśmy –  żyjemy i dostaliśmy od losu okazję by się tu spotykać.

Jednak wielu z nas przedwcześnie odeszło do drugiego ponoć lepszego świata.  Jeśli chorowali i na ich choroby nie było już leku – pochylaliśmy się bezradnie nad tym faktem, ale niektórzy sami sobie odebrali życie. Dlaczego ? stale wraca to pytanie.

Pamiętamy Ich wszystkich,  wspominamy  a dopóki żyjemy – Oni żyją w nas ….

Podjęliśmy  temat opowieści o naszych zmarłych Kolegach jesienią , trochę  nieświadomie, że  zbliżymy się do  listopadowego Święta Pamięci …

Zauważyła to nasza koleżanka z rokuKrysia Anioł tak zaczynając list wysłany do wszystkich  kolegów korzystających z internetu – który zamieszczam tu za Jej zgodą –  jednocześnie  dziękując za odkryte przed nami piękno umysłu Krzysia.

” Witam Was i skoro już przypominamy sobie pewne szczegóły z życia Tych, co odeszli i to tuż przed Ich świętami  

i kontynuowała : dodam może mało znane fakty lub pominięte, bo nie byliśmy jeszcze lekarzami i nie przywiązywaliśmy do nich adekwatnej wagi ( … )

…bardzo podobnie myśli Leszek którego opowieść skopiuję później ….

….rozmyślam więc –  ciekawe czy teraz , z naszą dojrzałością, wiedzą o życiu i doświadczeniem interesowalibyśmy się którymś z kolegów tak, by mu pomóc ? nie wiem ……może tak, może nie ….

Jakiś czas temu rozmawiając   z Jurkiem o kolegach, którzy tragicznie odeszli  dowiedziałam, że m. in.  w młodym wieku popełnił samobójstwo Krzysztof Szereszewski .  Postać Krzysia Szereszewskiego  zapamiętałam dość dobrze. Napisałam Postać – bo w ogóle Go nie znałam,  tylko pamiętam Jego sylwetkę faktycznie może trochę przypominającą szerszenia w skali makro  – bo tak  Go nazywali chłopcy, wywodząc to określenie od Jego nazwiska  –  był niewysokim chłopakiem –   chodził nieco wychylony do przodu –  pewnie z powodu silnej wady wzroku bo nosił duże  okulary z grubymi szkłami  i … jakby  przemykał obok…  chyba był w sąsiedniej grupie na zajęciach z anatomii….

Wkrótce dostałam od Jurka mail ze wspomnieniem o tym Koledze.  :

Z nami – podczas studiów lekarskich w Akademii Medycznej w Poznaniu w latach 1965-1971 – był m.in. Kolega Ludwik Krzysztof Szereszewski.

Postać, która wbijała się innym w pamięć z uwagi chyba głównie na to, że nosił ze sobą zeszyt do którego wpisywał dowcipy, jakie usłyszał, bądź sam ułożył. ( ooo dopiero teraz, po opowieści Krysi Anioł – zauważyłam tę ciekawą informację, którą przedtem pominęłam  –„ dowcipy, które sam ułożył” !!! ) Ten zbiór posiadanych przez Niego dowcipów był przeogromny.

Ludwik Krzysztof Szereszewski był starszy od nas o parę lat, bo wcześniej studiował mikrobiologię, ale gdzie –  niestety nie pomnę. I po studiach zamierzał w tym kierunku się specjalizować.

Wszystko jednak przedwcześnie się zakończyło przez Jego próby samobójcze. Nie mam pojęcia z jakiego powodu.

Ponoć miał powiedzieć do śp. Krzysia Urbańskiego, że nie da swego zdjęcia do albumu dyplomatoryjnego, bo już wtedy go nie będzie. I rzeczywiście nie było. Popełnił kolejne samobójstwo (leki) po którym Go nie odratowano. Nie mieliśmy pojęcia dlaczego!

 Po pewnym czasie, niezależnie od naszych z Jurkiem  mailowych wymian informacji  – zupełnie  niespodziewanie, jakbyśmy płynęli w jednym nurcie ” rzeki ” naszego życia  –  odezwał się Leszek  ( cytuję  Jego list w całości  – bo ma ciekawy osobisty podtekst  ):

 A czy pamiętacie Szereszewskiego ? To dla mnie zagadkowa postać. Zaraz po odebraniu dyplomu odebrał sobie życie.

Z początku kładłem to na karb bardzo prawdopodobnych zaburzeń  psychicznych. Dla mnie to było niewytłumaczalne.  No, odebrał, to odebrał. 

Z racji Jego samotności i pewnego jakby „wywyższania się” co kilka (mało) razy odczułem dziś uważam, że Jego targnięcie się na życie było jakąś moją współwiną. Każdy myślał  o sobie, nie patrzyliśmy na kolegów wokół, nie staraliśmy się zrozumieć i akceptować.

Dziś jesteśmy bardziej ze sobą związani niż na studiach. To na pewno stygmat naszych przeżytych lat (broń Boże podobno jakiegoś „wieku emerytalnego”),  doświadczeń życiowych i lekarskich .

Szereszewski na pewno nie miał wśród nas przyjaciół. On sobą odstręczał. Ale czy to usprawiedliwia nasz brak zainteresowania? Na pewno miał jakieś psychiczne zaburzenia, ale czy to może usprawiedliwić  naszą obojętność ?

Nie była to postać  ciekawa. ale w końcu był naszym kolegą. „Solidarność „nieco zmieniła moja ocenę otoczenia. Choć kłamstwa, oszustwa, obrażania są nadal ale czy to może nas zdenerwować? Wiemy swoje.

Na pewno kolega Szereszewski nie jest postacią, którą warto wspominać,  ale rzuca światło na nasze charaktery.

 Te ostatnie filozoficzne rozważania są pewno dalszym ciągiem zarzuconych studiów z psychologii, ale widzę, jak do rzeczywistości podchodzi moja Córka, psycholog na Kajmanach.

 Dobrze, że mamy ze sobą kontakt.

Wasz,

Leszek

 Ponieważ Leszek  swoje wspomnienie o Ludwiku wysłał drogą mailową do kolegów z roku, pobudził kolejnych.

Wojtek Kasprzak tak napisał – podaję cały list :

Jak  myślę  o genialnych  schizofrenikach  przypomina  mi  się  kolega  Szereszewski.  Potrafił  dokładnie  zacytować co  było  napisane drobnym drukiem, 10 linia od góry,  na  98  stronie  „Bochenka”. ( tak nazywaliśmy skrótowo   znany wszystkim medykom słynny 7 tomowy podręcznik z Anatomii pod redakcją Bochenka , który musieliśmy „ pokonać” w czasie tylko dwóch semestrów – bo byliśmy pierwszym rokiem, kiedy nauczanie anatomii prawidłowej skrócono o jeden rok  – przyp. Z. K. ).  

Pod koniec  studiów rozpoznali u niego schizofrenię. Marzył  żeby  być  lekarzem  wiejskim.

Nie chcieli  mu  dać  prawa  wykonywania  zawodu. Byłby perłą każdego  zakładu teoretycznego.

Chciał  być  jednak  lekarzem wiejskim i wobec odmowy uzyskania prawa wykonywania zawodu lekarza – się  powiesił.

Serdecznie  ściskam wszystkich  co  mnie  jeszcze pamiętają, tych co nie pamiętają też

Wasz  Wojtek  Kasprzak

I tu nastąpiło coś niespodziewanego – odezwała się Krysia Anioł – odsłaniając przed nami tyle nowych  informacji o „ Szerszeniu „ , że nasze o Nim wyobrażenia dotychczas dość ponurawe przybrały piękną barwę – jednym słowem postać Ludwika Krzysztofa Szereszewskiego  zajaśniała przed nami pięknym światłem.

Za Jej zgodą zamieszczam tu cały Jej list oraz erratę , bo przy okazji z wielką swadą wplata niezwykle interesującą opowieść o sobie . …

  1. Krzysztof vel LUX, bo tak podpisywał w „ITD” swoje przednie felietony. Byłam z Nim na krótkim obozie „naukowym” w Powierciu (może mylę miejscowość), ale  koło Słupska, również z Zakładu Higieny. Chodziliśmy badać wodę w studniach…

Krzysztof zawsze miał aparat fotograficzny, robił przepiękne ujęcia, artystyczne, biało-czarne, z cieniem, z negatywem, z filtrem itp. Potem je sam wywoływał, cieniował, poprawiał… Miałam swego czasu sporą kolekcję własnych fotografii z Jego ręki…   Należał do typu astenicznego „cherlaka” i być może zaciekawiła Go moja atletyczna siła (wtedy jeszcze uprawiałam lekką atletykę w II-ligowym GKS „Olimpia” Poznań i jednocześnie siatkówkę w KS.”Energetyk” Poznań, również II-liga…o czym wiedzieli tylko nauczyciele Studium WF AM i …J.M. Rektor Roman Góral, bo przenosili moje tzw. ” sztywne karty” do AZS przed MTU :Mistrzostwa Typu Uczelni – w piłce siatkowej, lekkiej atletyce, narciarstwie i nawet raz w piłce koszykowej…)

 Ad rem: ta siła którą musiałam jakoś uwolnić, bo to nie był obóz sportowy, a taki nijaki… spowodowała, że podczas jakiegoś dłuższego marszu, przechodząc obok rzeczki Parsęty – rozebrałam się odpowiednio do pływania i popłynęłam sobie środkiem rzeczki, a Krzysztof biegł po nabrzeżu, robiąc zdjęcia i układając zapewne kolejne strofy wierszy…

a pisał rzeczywiście wspaniale. Rytm i rym wiersza dosłownie spływał mu z pióra. Może pamiętacie sytuacyjny wiersz, który wywiesił przed aulą na Przybyszewskiego na Dzień Kobiet, pamiętam jego fragmenty do dzisiaj.

Tłumaczył też poezję rosyjską – przysłał mi wiersz „swój” Siergiusza Jesienina pt. „Pieśń o psie”, przy którym serdecznie się spłakałam.

Po powrocie z tej eskapady, a przed zgrupowaniem sportowym w Sierakowie pojechałam jako p.o. lekarz na rozbrykaną, męską kolonię do Chodzieży, gdzie za każde przekleństwo aplikowałam 50 lub 100 przysiadów, a mogłam to robić, bo sekundował mi kierownik kolonii, który był moim nauczycielem WF z Liceum.  Tamże otrzymałam od Krzyśka TEN WIERSZ pt. „Jak się Anioł utopił w Parsęcie…” mam go do tej pory. Do wglądu, jak zaznaczył, bez prawa kopiowania, przesłał mi ogromny zbiór swoich wierszy…trochę je jeszcze pamiętam.

Gdyby taki dorobek zaginął w rodzinie byłaby ogromna szkoda. A być może tak się stało…..

Krzyś miał ojczyma i przyrodniego brata, który zawsze był w tej rodzinie na miejscu pierwszym…Krzyś na ostatnim…ale  miał wiernego psa.

Po obozie, nie pamiętam w jaki sposób dotarliśmy do domu Krzysia w Koszalinie ul. Zgoda 15 (przypomniałam sobie jak zakończyłam to pisanie…), chyba była z nami Teresa Tułecka, Olga Czekała, nie wiem kto jeszcze… zaprowadził nas do swojego królestwa: poziom dolny domu to było ogromne laboratorium fotograficzne. Pies był też ogromny i wspaniały.

…przewijam taśmę myślową …kochał się STALE w Monice…to było wiadome i dla niej chyba tworzył wiersze najpiękniejsze… chociaż nie odpowiadała na jego adorowanie… załamał się na piątym roku…trochę zagubił się, chyba był leczony, przerwał studia (?) nie wiem, ale nie dotarł z nami na szósty rok.

I teraz :

PODOBNO: otrzymał dyplom rok po nas, nie wiem jak było z prawem wykonywania zawodu, ale wiem , że pracował w szpitalu w Koszalinie (?), otrzymał salę z pacjentami, jeden z pacjentów mu „odszedł na wieczne łowiska”, Krzyś uważał, że to jego wina…………….przyszedł do domu i w ukochanym laboratorium powiesił się…… Nie wiem ile w tych podaniach z ust do ust jest zawarte prawdy. Może więcej będzie wiedziała Ulka Mikołajczak-Mejer z Koszalina.

    A w ogóle to po tylu latach pewne fakty, słabo odkurzane, zacierają się i to dodatkowo mnie, która nabyła tego „nosa” i „rozumu” lekarza jakieś kilka lat po studiach…bo studia dla mnie to była CHWILA  największych sukcesów i najcięższych kontuzji, jakich doznałam w sporcie. A nagrodę rektorską za dobre wyniki w nauce dostałam raz (po czwartym roku), gdy prawie pół roku byłam do pasa w gipsie po kolejnym urazie narciarskim ….. Tak, nawet mój Ojciec (dożył 98 lat +2017) żartował, że studia przeszkadzały mi w uprawianiu sportu…ale miałam ten komfort, że mogłam uczyć się nocami… gdy była cisza …nigdy nie mogłam uczyć się z kimkolwiek, choć próbowałam, bo przecież nie mieliśmy wszystkich podręczników, skryptów, to była bieda…nawet śmierdzące denaturatem arkusze z kserokopiarki wietrzyłam na balkonie by w nocy nie lać na nie łez. Podziwiałam tych wszystkich, którzy potrafili uczyć się w akademiku… i do tej pory podziwiam np. Ulkę Mikołajczak, z którą spotykamy się w gronie lekarzy sportowych.

KONIEC, więcej ode mnie nie dowiecie się, chyba, że napadnie mnie ponownie, o północy PAMIĘĆ.

Przyznam, że ULŻYŁO MI, GDY WYGADAŁAM SIĘ DO WAS. BO JUŻ OD DAWNA MIAŁAM ZAMIAR PRZEKAZAĆ TE INFORMACJE, O KRZYSZTOFIE LUDWIKU SZERESZEWSKIM, SZERSZEMU, ALE PRZYJAZNEMU GRONU I BYĆ MOŻE SPOWODOWAĆ, ŻE TE JEGO WIERSZE BĘDĄ MOGŁY BYĆ KIEDYŚ WYDRUKOWANE ….DLA POTOMNYCH.

Serdecznie Was pozdrawiam – Krystyna Anioł-Strzyżewska

Po pewnym czasie Krysia przysłała  erratę do swojego wspomnienia :

            Witam i uzupełniam z pamięci nieprawdziwe dane podane w pierwszym pisaniu o L.K. Szereszewskim. Otóż nie Powiercie k. Koła, a wieś PUSTARY  w gminie Dybowo k. Kołobrzegu, bo tam płynie Parsęta…

Wspaniały pies Krzysztofa to był Ralph….

 

 

Z pamiętników Jerzego T. Marcinkowskiego ( 17 ). Collegium Anatomicum.

Dziś nie będzie patetycznie, ani tkliwie. Tylko zwyczajnie , najprościej ….

Jurek poproszony  kiedyś o wykonanie zdjęć naszego Collegium Anatomicum – szczególnie wnętrz – właśnie przysłał ich całą serię. Świetne kadry, ręka „ mistrza „ dokumentu….  Musiałam zmienić plany i piszę na gorąco –  trzymając w dłoni ( tzn. w laptopie)  te „ciepłe” jeszcze zdjęcia …. Bo to wszystko działo się dziś….

Najpierw było zaproszenie na uroczystość pożegnania kilku osób przechodzących na emeryturę w Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu , gdzie Jurek pracuje jako biegły sądowy – początkowo  nie miał  ochoty tam przybyć, bo dużo innych obowiązków, ale tak ładnie prosili …

A więc stara biblioteka  Zakładu Medycyny Sądowej, ze zbiorami pamiętającymi Tatę Jurka, Prof. Tadeusza Marcinkowskiego , który jako jeden z nielicznych pracowników przesiadywał w niej  w każdej wolnej chwili od rana do wczesnej nocy. Interesowało Go tak wiele tematów – tak dużo czytał – stale czytał – gromadził te zbiory – pięknie wydane a teraz tak rzadko brane do ręki, bo inne czasy, inni ludzie , większy pęd życia i czasu brak nie tylko na czytanie ale i na refleksje …  

Tak więc Jurek  pewnie spożył coś co było na stole, pewnie z kimś pogadał a może zatopił się we wspominaniu swego  Ojca, nie wiem.

Ale potem – potem jednak dotarła do Niego –  moja prośba o zdjęcia – więc samotnie wędrował korytarzami – i fotografował, fotografował, fotografował  – nie wiem, czy z przejęciem i z własnymi wspomnieniami  czy tylko z myślą o nas, którzy daleko od Poznania ….

a może Jurek ,  wędrując pustymi korytarzami, przemierzając nasze tak dobrze zapamiętane piękne schody  Collegium Anatomicum , myślał o tylu pokoleniach medyków, które były przed nami i które po nas przyszły – wszystkie zostawiły ślady swoich stóp na posadzkach tego gmachu, na tych schodach tak jak my siadały z książkami czekając na zajęcia, które drżały z lęku przed asystentami z natury rzeczy chyba ostrymi czasem złośliwymi , które tak jak my bały tego momentu – który do tej pory miało tajemną, mroczną jednoznaczną nazwę – zwłoki ludzkie i sekcja. Które jak my przechodziły tu swój „ chrzest bojowy” – jak kiedyś marynarze – pierwszy widok stołu sekcyjnego z tym, który był kiedyś żyjącym człowiekiem.

I które jak my tu hartowały swój charakter, tak długo przełamując słabości aż w końcu już nie mdlały od zapachu formaliny , krwi i ludzkiej złośliwości … .

Tak, na pewno Jurek wykonując te zdjęcia dla nas, którzy daleko, myślał o przemianie pokoleń, o tych którzy  tak samo jak my w tym 1965 roku stali  na dziedzińcu Anatomicum ,  jak spłoszone stadko gdy był ich pierwszy studencki dzień……

Wszystkie zdjęcia wykonał dziś  Jerzy T. Marcinkowski – dla nas , dla wszystkich medyków którzy corocznie, od 1930 roku – pełni młodzieńczej energii, wiary w przyszłość, chęci niesienia pomocy ludziom i zupełnie nieświadomi życia –  tu, na tym dziedzińcu Collegium Anatomicum stawiali swoje pierwsze  kroki   na otwartym już wcześniej, bo w 1920 roku Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego , a od 1950 roku  – wyodrębnionej ze struktur Uniwersytetu –  naszej  Alma Mater – jak to brzmi dumnie –  Akademii Medycznej w Poznaniu  (  potem przemianowanej na Uniwersytet Medyczny ) ….

Budynek został zaprojektowany przez Edwarda Madurowicza i Rogera Sławskiego jako Pałac Sztuki i był prestiżowym obiektem  Powszechnej Wystawy Krajowej ( 1929) , a rok później, po jej  zakończeniu  przekazano go  Wydziałowi Lekarskiemu Uniwersytetu Poznańskiego. Znajdował się w nim  Zakład Anatomii i Medycyny Sądowej. Podczas  II wojny światowej w krematorium Zakładu Medycyny Sądowej , spłonęło  8000 ofiar zbrodni  nazistowskich, między innymi więźniów Fortu VII.

 

Dziękujemy Ci, Jurku za ten dzień pięknych zdjęć, za ” upolowanie”  obiektywem czasu, gdy wielka tam pustka – jakby specjalnie dla nas, dawnych studentów byśmy podążając za Tobą , mogli wypełnić te przestrzenie  swoimi wspomnieniami  i za wzruszenie, które nam dałeś  ….

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego (16 ) . Anatomia, zasłabnięcie i co z tego wynikło …

zdjęcie własne

Niedawno Ewa  Brykalska z naszej Grupy messengerowej, która  jest wierną Czytelniczką Pamiętników, zapytała – kiedy napisze coś Pan Profesor Marcinkowski – bo dawno nie było kartki z Jego Pamiętnika. Znają się chyba od dawna z racji służbowych sanepidowych i innych spotkań, chyba bardzo lubią – bo zwracają się do siebie ciepło  w tej naszej Grupie, utworzonej przypadkowo przez Jurka .  To fajne, gdy ludzie się lubią i dają temu wyraz. Zosia – Klarka to uwielbia 🙂  I dziś się stało –  czary mary –  Jurek  napisał 🙂

Jerzy T. Marcinkowski .

Wczoraj dostałam na pocztę do moderacji komentarz Jurka dotyczący wspomnienia Mariolki z anatomii patologicznej. Jak to Jurek – zawsze dodaje swoje – choć nie kadzi gospodyni bloga – czego łaknę jak „kania dżdżu” 🙂 – ale zawsze znajdę coś ciekawego w tym co napisze. Tym razem był to list do nas – nie tylko do mnie – po upewnieniu się, że mogę zamieścić go w blogu – czynię to teraz, w całości, jak zwykle bez ingerowania redakcyjnego (bo któż by śmiał ingerować w teksty sporządzone ręką Redaktora Naczelnego wielu czasopism naukowych) 🙂 , tylko pogrubiam litery, by odróżnić od mojego pisania, którego z pewnością będzie dużo (chyba raczej za dużo). Ale tak mam i już. Temat uruchomił  we mnie lawinę myśli i obrazów Chłopaka, którego kiedyś miałam okazję troszkę poznać na tych naszych pierwszych dwóch latach studiów w Poznaniu.

I widzę, Cię, Jurku – z tamtego czasu –  masywny, z wyrzeźbionymi sportem mięśniami, wysoki już wtedy, choć 17-letni – a  chłopaki w tym wieku jeszcze  rosną – zresztą dziewczyny też – ja osiągnęłam wzrost 168 dopiero po urodzeniu 3 dziecka 🙂 –  małomówny, jakby tłumiący emocje, choć z pięknym tajemnym uśmiechem czającym się nie tylko w wydatnych, namiętnych (dopiero teraz, przypominając tak myślę 🙂  wargach, ale też w głębokim błękicie oczu…

Jerzy T. Marcinkowski.

To tyle tytułem wstępu, bo analizy przyczyny dlaczego tak było, jak opisałeś, może przyjdą później:

Oto komentarz- list Jurka Marcinkowskiego:

Drogie i Przeurocze Koleżanki!
Drodzy Koledzy!
Ponieważ coraz więcej pojawia się tutaj wspomnień o ćwiczeniach i seminariach z okresu jak studiowaliśmy medycynę to dodam moje, co mi się przytrafiło i czego być może już nikt nie pamięta. Otóż na samym początku studiowania anatomii prawidłowej, kiedy byliśmy jeszcze przy osteologii, nagle zrobiło mi się słabo – na pewno nie ze stresu, pewnie ogólnie źle się czułem tego dnia.

 Jak się sam pozbierałem, to dr Andrzej Kiersz, który razem z ówczesnym doktorem (późniejszym profesorem) Witoldem Wożniakiem nauczali nas anatomii prawidłowej, zaprowadził mnie na dół, tj. z pierwszego piętra, gdzie były sale anatomii prawidłowej, do przyziemia, gdzie był w Zakładzie Medycyny Sądowej mój śp. Ojciec wówczas docent.

To co wówczas dr Andrzej Kiersz powiedział Mojemu Ojcu dowiedziałem się dopiero po studiach – bo taki właśnie był Mój Ojciec: bardzo ważył słowa!

A co wówczas powiedział Mu dr Andrzej Kiersz? „Panie Docencie, Pana syn nie nadaje się do studiowania medycyny, niechaj mu Pan poszuka innych studiów!!!”

Raz jeszcze podkreślam: żadnego stresu psychicznego nie odczuwałem wówczas na anatomii prawidłowej.

 Później kojarzyłem fakty: dlaczego mój Ojciec zaczął mnie, zaledwie studenta I roku, prowadzać na sekcje sądowo-lekarskie? Po prostu chciał mnie uodpornić na takie stresujące widoki.

I uodpornił, ale medycyny sądowej jednak nie wybrałem, chociaż niemalże codziennie przeprowadzam w Zakładzie Medycyny Sądowej badania sądowo-lekarskie jako biegły z dziedziny neurologii. Potwierdza się stara prawda: „Nie daleko pada jabłko od jabłoni”!

Jerzy T. Marcinkowski.

Jurku !

Wybacz nieco medycznego „mędrkowania” – ale my medycy tak mamy, jak zresztą doskonale wiesz

1. Dlaczego nagle zrobiło Ci się słabo?

1.1. Być może, że było jak piszesz – od rana już czułeś się źle – niewyspanie, jakaś infekcja – najczęściej jelitowa, czy wreszcie skumulowanie wrażeń – wymarzone studia, pierwsze dni. To napięcie nerwowe chyba każdy z nas odczuwał, tylko inaczej sobie z tym radził. 

1.2. Nie wiem czy wtedy stałeś czy siedziałeś – w ogóle tego wydarzenia nie pamiętam – może coś mglistego – że nagle wyszedłeś – a przecież siedzieliśmy przy jednym anatomicznym stole! Wszyscy byliśmy pewnie zbyt skoncentrowani na kościotrupie, asystencie i wiedzy, którą mieliśmy wtłoczyć z dnia na dzień (ok. 200 stron z 7-tomowej „Anatomii prawidłowej” pod Red. Bochenka).

O tyle to jest ważne, bo w młodym wieku dłuższe stanie, lub nagłe zerwanie się z pozycji siedzącej, czy leżącej – może powodować to, z czym teraz możemy mieć też do czynienia – z nagłym spadkiem (ortostatycznym) ciśnienia. 

Dlatego opisałam we wstępie Twoją sylwetkę – chyba jednak byłeś w okresie intensywnego wzrostu, kiedy to pojawiają się lub nasilają opisane problemy.

Doświadczałam tego w klasie licealnej, mając uczucie omdlewania – oczywiście klasycznie w kościele.

No i raz – gdy Rodzice, przeciwni mojej medycynie – jeszcze w LO – poprosili sąsiada – ordynatora ortopedii z Gorzowie – dr Wiesława Kaczmarka, by zabrał mnie na salę operacyjną. Dzielnie znosiłam zapach eteru, widoki, ale gdy rozpoczął nawiercanie i piłowanie kości jazgoczącą przenikliwie maszyną i leciały dookoła wióry kostne – wyszłam na miękkich nogach. To doświadczenie zupełnie nie wpłynęło na moją decyzję wyboru studiów i – jak mniemam – może nawet uodporniło na widoki nie jak z bajki 🙂

Dlatego namawiałam Ciebie, byś umożliwił Wnuczce właśnie taką „przygodę z medycyną” … to dobrze robi…

2. Tego typu doświadczenia – przecież mógłbyś się załamać – przestać wierzyć w siebie – nie wiem – może tak nie czułeś. Jedno jest pewne, że „wszystko jest po coś”, jak mawia moja najmłodsza córka – psycholog. Jakieś „progi” w życiu tylko nas umacniają. „Co nas nie zabije to wzmocni” – powiedzenie pewnie stare jak świat

–  powiedział ktoś mądry – nie pomnę kto – „siłą człowieka nie jest jego brak słabości, ale pokonywanie słabości”…

 No tak, Jurek, teraz wiem dlaczego jesteś takim „twardzielem” 🙂  i z taką konsekwencją idziesz przez życie zawodowe, zdobywając wszystko co da się zdobyć 🙂

A może to iluzja – bo może tak wielce opanowujesz swoje emocje, ukrywasz się za maską – że tak bywasz czasem postrzegany – „twardziel” z wielomównym uśmiechem …..

Ale  pisząc ten komentarz – na chwilę  zdjąłeś tę maskę – choć próbowałeś łagodzić opowieść – dla mnie pokazałeś swoją Prawdziwą Twarz – piękną, uczuciową, wrażliwą – i to mnie wzruszyło – i za to Ci dziękuję …

Ale piszę głupoty – mityguję  siebie – Zosiu – Klarko, lepiej analizuj siebie – tylko tu tego nie pisz, bo nikogo to nie interesuje 🙂

3. No i temat Twojego Taty – ówczesnego docenta Tadeusza Marcinkowskiego – który mnie najbardziej poruszył – jak bardzo w Ciebie musiał wierzyć – jak znał życie – może kiedyś też Ktoś Go wspierał – i wiedział jak ważne jest posiadania kochającego, wspierającego Ojca – tego się nie dowiemy… i jako Człowiek czynu podjął skuteczne działania – wprawdzie miał możliwość, by zabierać Cię na sekcje – ale poznałam trochę bijącą z Niego siłę – gdy patrzył na mnie w tramwaju, którym, bywało, jeździliśmy razem na Junikowo… gdyby nie miał takich możliwości – na pewno znalazłby inny sposób by Cię wspierać i tak zawsze było, kiedyś wspominałeś… Tak czuję… Waleczny Ojciec, Waleczny Syn….

Jerzy T. Marcinkowski pełen powagi.

Jerzy T. Marcinkowski – relaks i zamyślenie – czy ta jedność możliwa ? .

zdjęcie własne

zdjęcie własne

Wszystkie zdjęcia z sylwetką Jerzego T. Marcinkowskiego są Jego własnością .

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 15 ). Siła związku z koleżankami i kolegami z roku.

2018, Olsztyn i okolice, zdjęcia  Ewy Barabasz i Jacka Ratajczaka

8-12.06.2016. Na Wiśle k/ Torunia

28-30.05.2004. Bieszczady, Lwów.  Pod pomnikiem wieszcza w mieście, które już nie jest polskie…

2011, Lublin, Kazimierz n/Wisłą.

 

7-11.06.2017. Białowieża, Hajnówka

2015, pod Hotelem Edison, Baranów k/ Poznania, nasze 50 lecie rozpoczęcia studiów

Z Pamiętnika Jurka….:

Dwadzieścia lat po ukończeniu studiów, tj. w 1991 roku,  zostało po raz pierwszy zorganizowane spotkanie absolwentów naszego rocznika, które odbywało się w eleganckiej restauracji nad jeziorem Malta w Poznaniu. Było to przede wszystkim zasługą prof. Marka Tuszewskiego, który zajął się strategią organizacyjna tego przedsięwzięcia. Potem nastąpiła bardzo korzystna przemiana i od tego okresu zjazdy absolwentów naszego rocznika odbywają się corocznie. Po śmierci Marka Tuszewskiego obwołaliśmy naszą starościną koleżankę Alicję Michalewicz z d. Kaczmarek, której osobisty czar oraz duże zaangażowanie powoduje, że spotykamy się corocznie w gronie kilkudziesięciu osób – do około 100 osób. Jest to znaczący odsetek z naszego rocznika zbliżający się do ok. 50%.  I tutaj trzeba wyraźnie podkreślić, że jest grupa koleżanek i kolegów zawsze i prawie zawsze zjawiających się na naszych zjazdach, jest grupa przyjeżdżających okazjonalnie oraz grupa takich, którzy od ukończenia studiów nie pojawili się na zjeździe ani razu. I tutaj rodzi się pytanie: dlaczego? Pamiętam ze studiów kolegę Krystiana Lehmanna – bardzo uzdolnionego studenta, który szybko po ukończeniu studiów wyemigrował do Szwajcarii. Wielka szkoda, że od tego okresu słuch o nim zaginął wśród nas spotykających się na dorocznych zjazdach – ale ostatnio 24 maja 2018 r. Kryspin, którego adres mailowy odszukałem w Internecie, przysłał mi bardzo zabawny e-mail, który – ku rozbawieniu – cytuję:

„Guten Abend Jurek,
wczoraj późnym wieczorem czytałem ‚Głos Wielkopolski’ przez Internet. I co widzę? Dzisiaj zaczynają się JUVENALNIA!
I oto nagle wspomnienia:

Ihr naht euch wieder, schwankende Gestalten,

Die früh sich einst dem trüben Blick gezeigt
Versuch ich wohl,…..
Zuneigung, Faust I., JWG

Drugi semestr prawie skonczony, rok 1966, koniec Maja, moje/nasze pierwsze świętowanie jako juvenalia.
Wiele, dużo wspomnien, spotkań, przeżyć przewędrowało przed oczami… Dużo haseł, powiedzonek,
Aufforderungen, jedno z tych bardzo wielu nagle pojawiło się:

‚Umyj swoje Genitalia
I wez udzial w Juvenaliach!’

Koleżenskie serdeczne pozdrowienia

Kryspin”

Takich koleżanek i kolegów jest więcej i szczególnie interesujący jest los koleżanek, które w okresie studiów lub krótko po studiach wyszły za mąż za obcokrajowców, w tym Muzułmanów. Jedna z naszych koleżanek wyszła za mąż za Syryjczyka i mieszkała i pracowała w Syrii, bardzo doświadczanej w ostatnich latach przez wojnę. Zapewne dzisiaj byłoby by jej niezwykle trudno mówić o wszelkich nieszczęściach jakie niesie wojna. Ale dla nas bardzo interesujące byłoby dowiedzieć się o losach tych, którzy spędzili znaczą część swego życia w innej kulturze. Dzisiaj tak dużo mówi i pisze się o wielokulturowości i o konieczności wzajemnego poszanowania się, więc spotkanie z tymi osobami byłoby z całą pewnością dla nas bardzo interesujące. Inna osoba,  to profesor Jacek Wciórka – znany psychiatra, zajmujący się głównie schizofrenią, pracujący chyba od początku jak ukończył studia, w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Warto zajrzeć na: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacek_Wci%C3%B3rka

Jacek Wciórka miałby się czym pochwalić przed nami, bo ma przecież spore osiągnięcia, ale szkoda, że się na zjazdach nie pojawia…..

Na tym kończy się na razie pamiętnik Kolegi z wczesnych lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, ale myślę, że będzie dodawał jakieś rozdziały do swoich wspomnień, bo przecież życie nadal trwa, ba, nawet pędzi do przodu przynosząc różne ciekawe wydarzenia. Oby tych pięknych, dobrych i interesujących było jak najwięcej. Tego życzy nie tylko Jurkowi, ale wszystkim kolegom- autorka bloga. Dziękuję, Jurku, że przyjąłeś zaproszenie i mogłam Cię tu gościć….

a na zakończenie pozwoliłam sobie wrzucić te trzy bardzo znane obrazy, choć nie z  epoki, ale ilustrujące nasze życie zawodowe …..od lekcji anatomii, poprzez kontakt z pacjentami i towarzyszenie im przy śmierci….

 

Lekcja anatomii doktora Tulpa-   Rembrandt Harmenszoon van Rijn ( 1606-1669).  Dzieło powstało w 1632 roku . W tym czasie co roku , w Amsterdamie, odbywała się publiczna sekcja zwłok ( zwykle zgładzonych przestępców) – uczestniczyli w niej poza ludźmi związanymi z medycyną, liczni gapie….

Historia choroby- dzieło współczesnego malarza rosyjskiego, Andrieja Szyszkina

Śmierć – obraz olejny, namalowany przez Jacka Malczewskiego w 1902 roku.

Uwaga na koniec . Ponieważ dotarły do mnie echa, że zamieszczony tu obraz Malczewskiego sugeruje nasz koniec- śpieszę donieść, że powyżej wyjaśniłam myśl, która mi przyświecała gdy wybierałam te obrazy…powtarzam więc- to nasza droga zawodowa- od anatomii, poprzez trudy pracy z pacjentami a także towarzyszenie im w czasie śmierci….

a na koniec jeszcze inne  zdjęcia autora Pamiętnika….och,  gdyby można było od  Ciebie, Jurek,  czerpać  SIŁĘ, WYTRWAŁOŚĆ I UPÓR  …..fajnie, że jesteś właśnie taki…..

Na wszystkich zdjęciach Jerzy T. Marcinkowski- żartobliwy , z dystansem do siebie ( bo przysłał i takie zdjęcia, zgadzając się, bym zamieściła w tym miejscu ), oraz istny showman za katedrą – który nie tylko treścią, ale ekspresją na pewno  porywa słuchaczy :).

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 14 ). Polskie Towarzystwo Higieniczne.

no, cóż mili moi….powoli zbliżamy się do końca zapisków- profesora Jerzego T. Marcinkowskiego, mojego kolegi z pierwszych lat studiów, które stały się dla nas bardzo silnym, jak widać, spoiwem. Stale postrzegamy siebie przez pryzmat naszych 18 lat, wspólnych przeżyć – mocnych, pierwszych – bo studia medyczne niosły pierwsze bezpośrednie kontakty  z tym, czego większość podświadomie się bała- z ludzkim kiedyś żywym, jak my w chwili wykonywania sekcji, ciałem- teraz bezbronnym i martwym …czy myśleliśmy wówczas o życiu tego człowieka ?- chyba nie- byliśmy za młodzi i za bardzo zajęci wkuwaniem, poznawaniem, odkrywaniem….dopiero teraz ….

Jerzy T. Marcinkowski w rozmowie – może biesiadnej, może tylko kawowej – choć zwykle i tak zmierzającej do problemów nauki , pracy, higieny …..

Po przydługim wstępie, a właściwie dygresjach, oddaję głos autorowi pamiętnika :

Polskie Towarzystwo Higieniczne  ( PTH) – muszę o nim więcej opowiedzieć, gdyż jak z nazwy i funkcji wynika, jest bardzo mocno związane z zakładami higieny i epidemiologii Uniwersytetów Medycznych oraz z Państwową Inspekcja Sanitarną. Stąd rekrutuje się największa liczba członków PTH. Na poziomie województw działają oddziały PTH  a mnie przyszło działać w oddziale poznańskim PTH od okresu, kiedy kierowała nim bardzo zasłużona pracownica PSSE w Poznaniu mgr Maria Gogolewska. Od niej się sporo nauczyłem i w tamtym to okresie wciągnąłem do działalności oddziału poznańskiego PTH pracującą w Zakładzie Higieny dr Anetę Klimberg – moją pierwszą doktorantkę.  Praca w oddziale poznańskim PTH szła nam bardzo dobrze, organizowaliśmy ciekawe zebrania naukowe. I na temat jednego z takich zebrań powiem coś nader ciekawego. Otóż wymyśliliśmy, że bardzo dobrze by się stało, gdyby pracownicy stacji sanitarno-epidemiologicznej  dowiedzieli się od psychologa, jak sobie radzić ze stresem powodowanym tym, ze oni prowadząc kontrole w różnych placówkach i zakładach pracy nie są witani z otwartymi ramionami ale wręcz przeciwnie, odczuwają ze strony kontrolowanych otwartą wrogość . Poprosiłem więc  o  wykład na ten temat mego kolegę dr psychologii klinicznej Ireneusza Ścigałę. Jego wykład był tak bardzo porywający dla słuchaczy, głównie kobiet, że dr Ścigała został przymuszony do wystąpienia na następnym zebraniu raz jeszcze. Oto, co znaczy być dobrym wykładowcą! Razem z mgr Marią Gogolewską zacząłem jeździć do Warszawy do siedziby PTH zlokalizowanej przy ul. Karowej 31. Ulica Karowa słynie z tego, że co jakiś czas organizowane są na niej wyścigi samochodowe. Warto spojrzeć na mapę i obejrzeć, jak kręta jest ta ulica, pokryta brukiem, przez to śliska, ładnie wygląda przez to, że znajduje się tam wiadukt im. Markiewicza – znanego przedwojennego higienistę. I co bardzo ważne, przy tejże ul Karowej 31 mieści się zabytkowy budynek, którego właścicielem jest PTH. Budynek jest ogromny i dlatego PTH wynajmuje większość powierzchni użytkowych tego budynku różnym firmom i instytucjom. Z tego tytułu PTH ma wpływy, które pozwalają organizować szereg konferencji naukowych na terenie całego kraju jak i wydawać 2 czasopisma naukowe. Są to: „Problemy Higieny i Epidemiologii” znajdujące się na stronie internetowej: www.phie.pl i „Hygiea – Public Health” na stronie: www.h-ph.pl. Jak już stałem się członkiem prezydium zarządu głównego PTH, to postarałem się, ażeby wydawane dotąd nieregularnie przez PTH czasopismo „Problemy Higieny i Epidemiologii” przekształcić w nowoczesny periodyk naukowy z wersją papierową i równocześnie z wersją elektroniczną. To miało miejsce w 2005 r. Natomiast w 2010 r. przekształciłem drugie z do tej pory nieregularnie wydawane czasopismo o nazwie Hygiea  w  Hygiea – Public Health. Ponieważ mój wkład w przekształcanie tych 2 czasopism został pozytywnie oceniony, uczyniono mnie  redaktorem naczelnym tych 2 czasopism. Czasopisma te w mojej ocenie drukują artykuły coraz większej jakości naukowej, przy czym należy podkreślić, że wszystkie artykuły są recenzowane. W tejże pracy redakcyjnej wspomaga mnie wspomniana dr Aneta Klimberg, która jest sekretarzem w obu redakcjach tych czasopism. W 2015 r. dr Aneta Klimberg wraz z informatykiem PTH, Panem Mirosławem Lisieckim stworzyli platformę redakcyjną czasopism PTH, znajdującą się na stronie: www.pth.pl w zakładce „wydawnictwa”. W dzisiejszych czasach jest wymóg, aby każde nowoczesne czasopismo naukowe posiadało taką platformę, na której autorzy się logują i wstawiają swoje artykuły, które następnie są poddawane recenzowaniu przez anonimowych recenzentów. Ponieważ recenzenci również nie znają personaliów autorów artykułów, to recenzje te staja się coraz bardziej ostre – i oto przecież chodzi w nauce, żeby jakość artykułów była jak najwyższa i ażeby nie drukować przysłowiowych bubli. Na rzecz redakcji tych czasopism działa m.in. Pani Edyta Kaminiarz, która prowadzi sekretariat Zakładu Higieny w Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, gdzie znajduje się obecnie redakcja czasopism PTH. Pani Edyta odbiera znaczącą liczbę telefonów do redakcji i trzeba tutaj podkreślić – co może wielu zaskoczyć – że najczęściej telefonują autorzy słabych i bardzo słabych publikacji z pytaniami, kiedy ich artykuły zostaną opublikowane. Ci, którzy piszą najlepiej, z reguły nie telefonują. Bardzo ważną rolę dla czasopism ma wygląd czasopisma, jego okładka. Przyjęliśmy, że na ostatniej stronie ”Problemów Higieny …” będziemy zamieszczać rzeźby, obrazy z wizerunkami starożytnej bogini zdrowia – Hygiei, córki boga Asklepiosa. I cóż się okazuje? Mija 10 lat jak wydajemy ten kwartalnik i jeszcze nam nie zabrakło tych wizerunków Hygiei do zamieszczania. W sierpniu 2015 r., kiedy przebywałem na konferencji dotyczącej żywienia w Szanghaju, zauważyłem pomnik Hygiei przed jednym z luksusowych hoteli, wśród innych rzeźb zdobiących wejście o hotelu. We wrześniu 2015 r., kiedy byłem z pomocą humanitarną dla tamtejszej Polonii na Ukrainie, dostrzegłem pomnik Hygiei przed miejscowym uniwersytetem w miejscowości Dubno. Wspominam o tym dlatego, że tych pomników na świecie jest jednak sporo. I być może wystarczy ich nam jeszcze na wiele okładek. To świadczy również o tym, że myśl o profilaktyce o zachowaniu zdrowia przejawia się również i w taki sposób, że stawiane są pomniki Hygiei – bardzo różne, jeżeli chodzi o ich styl, wyraz artystyczny, ale zawsze mają atrybuty tejże bogini, jakimi są owijający się wąż na ręku bogini i czarka, z której karmi ona tego węża. Z kolei na okładce 2 czasopisma „Hygiea …” umieszczamy informacje wraz z ilustracjami o różnego rodzaju akcjach prozdrowotnych. Na przykład ogródki ziołowe, które przybierają różne formy. W Szwecji np. przywiązuje się do nich dużą wagę i komponuje się takie ogródki w środku miasta, po to, aby przechodzień mógł do nich swobodnie wejść, usiąść na ławeczce , odpocząć wśród delikatnych woni ,  ale jednocześnie  przyjrzeć się różnym ziołom, i poczytać zamieszczone przy nich tabliczki z dokładnym opisem rośliny. Ideą tych ogrodów jest  zachęta  mieszkańców do przyjrzenia się rosnącym tam  ziołom, przeczytania informacji, że wszystkie mają wielowiekową tradycję ich stosowania, nie tylko leczniczą ale także w celach kulinarnych jako przyprawy. Myśl przewodnia jest taka: „żyw się zdrowo, staraj się o to, aby twoje potrawy były podawane także estetycznie z ładnym przybraniem przez różne zioła mające znaczenie prozdrowotne, które przez wieki stosowały nasze matki, babki i prababki”. Nie musisz patrzeć daleko, szukaj blisko, na terenie, na którym mieszkasz. Jest przyjęte, i taka jest zachęta dla przechodniów, że jeśli są zainteresowani daną rośliną, to mogą się nią poczęstować nieodpłatnie a nawet wziąć fragment, aby posadzić u siebie w ogródku. I to jest taka przyjemna działalność z obszaru edukacji zdrowotnej, która rozwija się  na szczęście również i w Polsce. Jak żyć prozdrowotnie? To jest wielkie pytanie i raz po raz jesteśmy zaskakiwani czymś, co wydawało się dla nas oczywiste a raptem dochodzi do zmiany poglądów. Oto przykład: moja doktorantka Anna Edbom-Kolarz, która pracuje w Poradni Rehabilitacji Wzroku w Sztokholmie miała ostatnio przenosiny tejże poradni w nowe miejsce i w całkiem nowe warunki. Pracownicy przyszli i zdumieli się, że ich biurka są na innej wyższej wysokości i w zasadzie nie przewidziano krzeseł ani siedzisk. Otóż są argumenty na rzecz tego, aby w pracy zawodowej nie siedzieć a stać. Takimi argumentami może być to, że stojąc tracimy więcej kalorii, co jest korzystne, gdyż wielu z nas cierpi na otyłość i  tych otyłych jest coraz więcej. Ponadto , jak udowodniono, praca w pozycji stojącej jest bardziej korzystna dla kręgosłupa niż w pozycji siedzącej. Przeciwskazaniami dla pracy w pozycji długotrwałej stojącej są oczywiście zaawansowane żylaki kończyn dolnych. Oczywiście to wszystko wymaga dalszych badań i długofalowych obserwacji. A wspominam o tym głównie dlatego, że poglądy naukowe z obszaru profilaktyki mogą się wyraźnie zmieniać. Podobnie przecież jest w medycynie klinicznej. Znane są np. przypadki, że przez lata określony lek uważano za korzystny w określonej chorobie a po latach okazało się, że tak nie jest i że wskazania do danego leku trzeba zmienić albo też dany lek skreślić z listy leków dopuszczonych do obrotu.

Oddział Poznański PTH został dostrzeżony na walnym zebraniu sprawozdawczo-wyborczym PTH w Warszawie w 2006 r., co przejawiało się min. tym, że do prezydium zarządu głównego PTH została wybrana dr Aneta Klimberg a niżej podpisany został wybrany na w-ce prezesa zarządu głównego PTH; na prezesa zarządu głównego PTH wybrano wówczas dr medycyny Kazimierza Dragańskiego z Zakładu Higieny Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W 2010 roku jednogłośnie wybrano mnie na prezesa zarządu głównego PTH i pełniłem tę funkcję przez dwie kadencje tj.  do 2018 roku . Jako  X prezes Polskiego Towarzystwa Higienicznego , starałem się kontynuować   tradycje tego Towarzystwa, co zostało docenione,  ale też  godnie reprezentować swój Poznań J . Zgodnie z założeniami statutowymi , w kolejnych wyborach już nie mogłem kandydować , zaproponowałem więc bardzo aktywnie działającą wspomnianą dr Anetę Klimberg, której osoba została przez większość zaakceptowana. W ten oto sposób nastąpił przełom w tradycji PTH- została pierwszą w dziejach Towarzystwa  kobietą – prezesem. cdn

Po zebraniu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Higienicznego, 2017 r.  W pierwszej linii ówczesny ( do 2018 r. )- X  Prezes- Jerzy T. Marcinkowski i obok dr Aneta Klimberg- która  jest XI Prezesem PTH…

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 13 ). Moja praca higienisty, neurologa i biegłego sądowego – krótkie rozważania.

Jerzy T. Marcinkowski, chyba lata 80 ubiegłego wieku…

Przed laty rozpoczęliśmy pisanie pamiętników, które z różnych powodów do tej pory nie ujrzały światła dziennego. Ponieważ teksty już były, zaprosiłam do blogu Kolegów ze wspólnych lat spędzonych na studiach na ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (1965 – 1971). Przyjęli zaproszenie i dzięki temu Pamiętniki w raczej ich fragmenty są  dostępne w sieci i mogą poczytać choćby potomkowie…..a jak się okazuje, również zgłaszają się dawni pacjenci, dobrze wspominając swojego doktora. To jest bardzo miłe….

A oto ciąg dalszy kart z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego, profesora medycyny z którym odnalazłam to, co nas połączyło przy wspólnym stole w Anatomicum- młodość :),  pasję pisania, umiłowanie życia,  przyrody, ciekawość Świata i wieczne nim zadziwienie..

W rozmowach z koleżankami i kolegami często jestem postrzegany jako ten, co zna się tylko na higienie. W tym jednym słowie HIGIENA, mieści się obszar bardzo rozległy i dotyka nie tylko wszystkich specjalności medycznych, ale bywa, że jednoczy inne dyscypliny nauki w ich aspekcie dbałości o zdrowie nie tylko fizyczne, ale i psychiczne, jak np. architekturę, inżynierię głównie sanitarną, czy biologię z jej działami botaniki, zoologii, mikrobiologii, genetykę, ale także psychologię, czy socjologię a nawet prawo, politologię i ekonomię.

Od okresu po ukończeniu studiów w 1971 r. działam w tym szerokim obszarze teoretycznym, bo do takich zaliczany jest Zakład Higieny, i jednocześnie klinicznym jako neurolog oraz jako biegły sądowy w dziedzinie neurologii (od 1983 r.), co zmusza mnie do poznawania meandrów prawa, kontaktów z prawnikami, co nie zawsze bywa przyjemne (na sali sądowej) – o czym już pisałem, ale też stanowi ogląd tragedii życiowych innych ludzi i niesie ze sobą różne pytania – w jakim stopniu moja opinia wpłynie na czyjeś życie.

I myślę, że potrafiłbym przekonać wielu, iż taka praca na kilku polach naukowych i praktycznych, na kilku odmiennych obszarach działania, przynosi satysfakcję, nie mówiąc o nieustannym poszerzaniu horyzontów i częstym  zadziwieniu nad stale odkrywającymi się nowymi tajemnicami ludzkiego życia i zdrowia.

Chociaż są i tacy – i to dominuje we współczesnej nauce – którzy zajmują się bardzo wąskimi, ściśle określonymi tematami. Ma to oczywiście spore plusy, gdyż temat ten jest długo i dogłębnie drążony oraz daje możliwość wnikania do jądra tajemnicy z nim związanej. Ponadto taki rodzaj pracy związany jest z cechami osobowości, które determinują takie czy inne wybory życiowe.  Jako przykład mogę tutaj podać Panią docent z jednego z instytutów – w której komisji habilitacyjnej uczestniczyłem – która w swej pracy naukowej zawęziła się tylko i wyłącznie do badania spermy pod kątem postrzegania w niej zmian będących wynikiem narażenia na szkodliwe czynniki środowiskowe. Wniosek z jej badań był taki, że sperma mężczyzn z Polski jest coraz gorszej jakości, co w sytuacji niżu demograficznego ma narastające znaczenie. Można by tu przytoczyć słowa znanej piosenki Danuty Rinn „Gdzie ci mężczyźni?”

Moje doświadczenia z pracy w Zakładzie Higieny zawsze były i są nadal bardzo pozytywne. To miło jest przemawiać do studentów w duchu medycyny profilaktycznej, podawać przykłady, że każda złotówka zainwestowana w medycynę profilaktyczną przynosi wielokrotnie większe zyski aniżeli zainwestowana w medycynę naprawczą (kliniczną). I to jest prawda znana od dziesięcioleci, ale wciąż niedostrzegana przez decydentów – tych, którzy kierują ministerstwem zdrowia, jak i tych, którzy układają programy nauczania na wydziałach lekarskich. Przykładem niech będzie fakt, że gdy rozpoczynałem dydaktykę z higieny w 1971 r., to mieliśmy wówczas zajęcia trwające aż 3 tyg. na IV roku dla studentów medycyny, które potem stopniowo były „obcinane”. Spadaliśmy też niżej i niżej w sensie roku studiów i obecnie nauczamy na I roku w wymiarze zaledwie 15 godzin, tj. kilkakrotnie mniejszym aniżeli w przeszłości. Ten przykład dobitnie ilustruje rozbieżność pomiędzy tym, co mówi się o ważności profilaktyki a tym, co jest w rzeczywistości. Proszę przyjrzeć się, czym zajmuje się głównie Ministerstwo Zdrowia. Już z samej nazwy wynika, że powinno się ono zajmować stanem zdrowia Polaków, a tymczasem główne problemy, jakimi to Ministerstwo Zdrowia się zajmuje, to choroby. Może to w zbytnim uproszczeniu opisałem, ale generalnie tak się sytuacja przedstawia. Ważną kwestią są postawy ludzkie względem własnego zdrowia. Dobrze jest, jak ludzie sami działają na rzecz poprawy własnego stanu zdrowia i zdrowia swoich bliskich poprzez np. aktywność fizyczną, rekreacyjne uprawianie sportów, najlepiej na łonie przyrody, z całą rodziną. Dobrze, że pojawiła się moda na Nordic Walking, czy jednoczenie seniorów w Uniwersytetach Trzeciego wieku, których działalność obejmuje różnorodne formy zajęć i  w Polsce działaj bardzo prężnie. Ale od lat mamy wielkie problemy z zachowaniami antyzdrowotnymi, jak chociażby palenie tytoniu, uzależnienie od alkoholu, narkotyków i ostatnio wielki problem związany z tzw. dopalaczami. Dotyczy to zwykle młodych ludzi, którzy mają przed sobą jeszcze całe życie. Istotnym, narastającym problemem są ruchy antyszczepionkowe. Ich działalność  może doprowadzić do wybuchu epidemii różnych chorób zakaźnych,  już obecnych w bliskim nawet sąsiedztwie i powoli wkraczających do Polski, a często znanych jedynie starym lekarzom. Negatywna siła działania tych ruchów, zwłaszcza w Internecie, jest ogromna. Można obserwować „zalew” przekonywujących filmików, wielokrotnie drastycznych  rycin oraz danych w tabelkach, którym można by uwierzyć, gdyby nie znajomość jak są te dane układane i jak się nimi manipuluje.  Nie będę dłużej o tym pisał, bo temat jest niezwykle obszerny i należy do wiodących w epidemiologii naszych czasów. Wspominam o tym dlatego, że tą tematyką się zajmowałem i zajmuję nadal.  Praca na rzecz poprawy stanu zdrowia populacji, jak już wspominałem, jest często niedoceniana, gigantyczna,  żmudna, wymaga cierpliwości, rozwagi. Musi być kontynuowana przez młode pokolenia, które staramy się wychować, abyśmy w jak najlepszej kondycji jako naród przetrwali przez zawiłości historyczne.

c.d.n.

Jerzy T. Marcinkowski z siostrą Ewą i Andrzejem Colonna-Walewskimi. Jak opowiada Jurek- siostra , oczywiście lekarka, najstarsza z trójki rodzeństwa, to nie tylko pełna uroku osobistego, piękna, ciepła kobieta, ale także  mądra . Obraz ten należy uzupełnić o znaną na całym podwórku  historię   z lat dziecięcych Jurka, powtarzaną pewnie przez kolejne pokolenia , jak to obroniła swych młodszych braci przez bandą chuliganów, rzucając się na nich z pazurami  , czym wprowadziła bandziorów w osłupienie 🙂

P. dr Ewa wdraża   w czyn zalecenia higienistów, często ich zawstydzając- nie tylko przyjaźni się z roślinami w swoim bardzo wypielęgnowanym i obdarowywanym czułością ogrodzie, przemierza kilometry po polach i lasach z ukochanym psem, ale także maluje bardzo ciekawe, oryginalne obrazy….nic dodać, nic ująć ….

Jerzy T. Marcinkowski na jednym z sympozjów  poświęconych higienie…temat musi być ważny, sądząc po dynamicznej powadze współrozmówczyni oraz uśmiechu Jurka, który jednak słucha z uwagą, jak zwykle….

Te książki znalazłam w necie- może niezbyt dokładnie szukałam, ale wielka ich mnogość , jaką Jurek redagował zarzuciłaby pewnie cały mój blog 🙂

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 12 ). Praca w Zakładzie Higieny . Fragment z Wikipedii.

23.04.2018- Imieniny Jerzego –  część zespołu: od prawej-  dr n. biol. Aneta Klimberg , dr n. biol. Ewa Ulatowska, dr n. med. Daniel  Zielonka, sekretarka p. Lidia Pawlaczyk  i Kierownik Katedry Medycyny Społecznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu- prof. Jerzy T. Marcinkowski..

Jerzy T. Marcinkowski  w swoim gabinecie przy ul. Rokietnickiej 5c w Poznaniu z p. sekretarką Lidią Pawlaczyk i dr hab. Czesławem Żabą (kierownikiem Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu). Jurek pisze, że Zakład Higieny w 1996 roku przeniesiono  z Collegium Maius pod powyższy adres  ( od dwóch lat był już Kierownikiem tegoż Zakładu). Jak można się domyślać przeniesienie z laboratoriami włącznie nie było łatwe, a ponadto smutno było opuszczać te historyczne mury )

Jest 26.06.2013 roku. Pałac Prezydencki przy Krakowskim Przedmieściu. Jerzy T. Marcinkowski otrzymuje Nominację na profesora tytularnego z rąk Prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego .…

” Pracę w Zakładzie Higieny rozpocząłem 1 listopada 1971 r. i przeszedłem przez wszystkie szczeble, tj. od asystenta aż do profesora zwyczajnego. ”

Z  jakiegoś nieznanego mi powodu , Jurek  w swoim pamiętniku napisał tylko to jedno zdanie  ( które zamieściłam w cudzysłowie), na temat swojej ścieżki naukowej  i zawodowej wiodącej przez Zakład Higieny w Poznaniu . Dlatego pozwalam sobie, gwoli rzetelnej dokumentacji w blogu, skopiować i zamieścić odpowiedni fragment tego, co napisano na ten temat w Wikipedii:   W 1971 otrzymał dyplom lekarza medycyny i został pracownikiem naukowo-dydaktycznym Zakładu Higieny Ogólnej macierzystej uczelni. W 1973 został starszym asystentem, a rok później uzyskał stopień doktora nauk medycznych (1974) i awansował w 1975 na pozycję adiunkta. (…)

( …) W latach 1994-1996 pełnił obowiązki kierownika Zakładu Higieny Instytutu Medycyny Społecznej na Wydziale Lekarskim i zmienił profil prac badawczych Zakładu, dostosowując go do możliwości laboratoryjnych. W 1998 został powołany przez rektora do pełnienia obowiązków zastępcy dyrektora Instytutu Medycyny Społecznej Akademii Medycznej w Poznaniu; w 2001 był jego dyrektorem, a od likwidacji Instytutu w 2001 i przekształcenia go w Katedrę Medycyny Społecznej, pełni funkcję kierownika tej Katedry.

W 1998 uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk medycznych  na podstawie oceny dorobku naukowego oraz rozprawy Studium higieniczno-socjomedyczne funkcjonowania chorych z przewlekłym wirusowym zapaleniem wątroby. W 2004 został mianowany na stanowisko profesora nadzwyczajnego Akademii Medycznej w Poznaniu. W 2013 otrzymał tytuł profesora nauk medycznych. W tym samym roku został zatrudniony jako profesor zwyczajny w Wyższej Szkole Bezpieczeństwa w Poznaniu. W 2015 awansował na stanowisko profesora zwyczajnego w macierzystym Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu. Od 2017 jest wykładowcą na Wydziale Medycznym Uczelni Łazarskiego. Od 2018 jest wykładowcą na Wydziale Lekarskim i Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Zielonogórskiego. cdn.

zdj własne , niebo nad Michałowicami, może symbol wielu zainteresowań Jerzego T. Marcinkowskiego albo Jego drogi zawodowej, nie wiem zresztą, tak mi przyszło…

Tu wyraźnie dominuje jedna chmura 🙂

Jerzy T. Marcinkowski na jakimś sympozjum…dla mnie świetnie uchwycony gest „Przewodnika ” …

Dla porządku w temacie tzw. praw autorskich, o których ostatnio rozmawiamy z kolegami, muszę zaznaczyć, że wszystkie zdjęcia z wizerunkiem Jerzego T. Marcinkowskiego zamieszczone w tym blogu, są Jego własnością.  Wszystkie inne podpisuję- albo są moje , albo z Wikipedii.

 

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 10 ). Biegły sądowy .

I nadeszła pora, by powrócić do ciągu dalszego Pamiętnika Kolegi ze studiów , Jerzego T. Marcinkowskiego, którego mam zaszczyt gościć w blogu….ale najpierw kilka zdjęć…

Jerzy T. Marcinkowski, …o czym myślisz Myślicielu ?

Zdjęcie sprzed lat.  Jerzy T. Marcinkowski z nieżyjącym od 2011 roku, Ojcem- prof. Tadeuszem Marcinkowskim i jego drugą żoną, Wiesią Bortel – mistrzem Polski w szybownictwie,  wymienianą wśród  polskich posiadaczy ZŁOTEJ ODZNAKI  SZYBOWCOWEJ Z TRZEMA DIAMENTAMI  w roku 1971. (http://www.zabytkoweszybowce.olsztyn.pl/index.php?page=lektury )   . Od razu Ją pokochały wszystkie dzieci Profesora i nadal utrzymują z nią serdeczny kontakt ….choć nigdy nie zastąpiła im  w pełni przedwcześnie zgasłej  Matki , która dała Im życie i otaczała Miłością jaką tylko Matka dać może……..” niedaleko pada jabłko od jabłoni”- Syn po latach, kiedy dość długo szedł własną drogą , spotkał się z drogą Ojca i już do dziś nią podąża , choć w znacznie szerszej i innej perspektywie  …

Jerzy T. Marcinkowski przy Chrzcielnicy w Andrychowie. To tu był ochrzczony, choć urodził się w Wadowicach…. nie wie dlaczego właśnie tu przyjmował swój Pierwszy Sakrament…. nie zdążył zapytać Rodziców….

A  oto ciąg dalszy fragmentów Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego:

  W mej pracy zawodowej jest jeszcze trzecia droga – od 1983 r. jestem stałym biegłym sądowym w dziedzinie neurologii. Zachęcił mnie ku temu śp. dr med. Aleksander Piechowski z Kliniki Neurologii, który tam funkcje biegłego sądowego pełnił od wielu lat. Podniosłym momentem było złożenie przeze mnie przysięgi biegłego sądowego, którą odebrał ode mnie w tymże 1983 r. ówczesny Prezes Sądu Wojewódzkiego, Jan Małek.

I tak stałem się biegłym sądowym a przeszkoliła mnie, szalenie krótko Pani kierownik sekcji lekarskiej mieszczącej się wówczas na terenie Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu przy ul. Marcinkowskiego 32. Ta przeurocza Pani pokazała mi, jak obchodzić się z aktami, na której stronie na co należy spojrzeć i jak opinię spisać w ten sposób, aby inni biegli sądowi znaleźli miejsce na dopisywanie danych z wywiadu, badania przedmiotowego, rozpoznania klinicznego i właściwej opinii. Dlatego o tym piszę, że na tym faktycznie zakończyło się moje zasadnicze szkolenie i bezpośrednio po tym zacząłem pisać pierwsze opinie sądowo-lekarskie dot. orzecznictwa rentowego dla Wydziału  Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu. Oczywiście później zastępcy Prezesa Sądu Wojewódzkiego, później Sądu Okręgowego wprowadzili szkolenia dla biegłych, ale ograniczały się one do parugodzinnych spotkań, na których znajdowali się biegli z wszystkich dziedzin.

Tak więc, od 1983 r.  stale  pełnię funkcję stałego biegłego sądowego w zakresie neurologii w Okręgowym Sądzie Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, przekształconym następnie w Sąd Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (Wydziały VI, VII i VIII Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu, a obecnie Sądu Okręgowego w Poznaniu) oraz Sądzie Rejonowym dla m. Poznania – Wydziale IV – Sądzie Pracy i Wydziale Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Moje doświadczenia w opiniowaniu sądowo-lekarskim rozwijały się a wkrótce potem ówczesny kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu Pan prof. Zygmunt Przybylski zaproponował mi, abym pisał opinie sądowo-lekarskie w ramach tegoż zakładu. Od tego też okresu, do tej pory , ściśle współpracuję z Zakładem Medycyny Sądowej w Poznaniu. Jako biegły wydałem już kilkadziesiąt tysięcy opinii – niestety dokładnie nie liczyłem. Występowałem jako biegły na rozprawach w wielu sądach – w każdym z województw w kraju. Stąd też znam się na architekturze budynków sądowych. Prowadziłem badania sądowo-lekarskie na terenie wielu zakładów karnych i aresztów śledczych – stąd i tą architekturę i funkcjonowanie tychże jednostek nieźle poznałem. To są szczególne doświadczenia – bardzo ciekawe poznawczo. Na przykład dowiedziałem się od wychowawców w zakładach karnych o bardzo odmiennym traktowaniu przez współwięźniów ojcobójców i matkobójców. Otóż o ile współwięźniowie „są w stanie zrozumieć” i jakoś tam zaakceptować ojcobójców, to dla matkobójców „nie ma zmiłuj się” w tym środowisku – nigdy nie przebaczą! To zagadnienia warte szerszego opisania. W związku z tą działalnością napisałem szereg prac oryginalnych, w których analizowałem wydawane opinie sądowo-lekarskie oraz szereg prac poglądowych, opublikowanych głównie w „Orzecznictwie Lekarskim” – gdzie byłem najczęściej występującym autorem prac. To czasopismo zawiesiło swoją działalność, ale obecnie (w 2017 roku) następuje jego reaktywacja.

I ostatecznie  sprawdziło się stare porzekadło „niedaleko pada jabłko od jabłoni’-  zacząłem powtarzać drogę zawodową mojego ojca – pisząc opinie sądowo-lekarskie.

Na marginesie, muszę tu wspomnieć, że czasami odczuwam agresję ze strony niektórych adwokatów i radców prawnych, której sceną są sale sądowe. Za nieeleganckie uważam częste pisanie przez adwokatów i radców prawnych następującego zwrotu: „kwestionuję opinię biegłego w całości” a potem się okazuje, że zastrzeżenia dotyczą tylko względnie drobnego problemu. Zdarzają się kolejne zastrzeżenia, nieraz wielokrotne, do opinii z pytaniami na które już udzieliłem odpowiedzi. Takie zachowanie wspomnianych prawników jest szczególnie odczuwane w sprawach dotyczących obalania testamentów. Wielokrotnie występowałem w takich sprawach – około pół tysiąca spraw – i wiadomo, że końcowe konkluzje w opinii mogą być korzystne tylko na rzecz jednej ze stron. Chodzi o to, czy spadkodawca w dniu sporządzenia testamentu był świadomy i zdolny do czynności, jaką jest sporządzenie testamentu. Adwokat, który stoi po stronie, dla której opinia jest niekorzystna, potrafi atakować biegłego na wszystkie możliwe sposoby. Ja opinie sądowo-lekarskie staram się napisać jak najrzetelniej. Wypisać z akt sprawy wszystkie istotne fakty i opierając się na tychże faktach ostatecznie rozstrzygnąć, czy  spadkodawca/spadkodawczyni była zdolna do sporządzenie testamentu w danym dniu czy też nie. Adwokat jednej ze stron atakuje moją opinię i zachodzą różne sytuacje, chociażby taka: Pani mecenas na Sali sądowej mówi: „dlaczego biegły tak twierdzi, skoro tutaj – i wskazuje palcem na tekst z historii choroby, gdzie są obserwacje lekarskie – zostało napisane „kontakt z chorym zachowany”. Podchodzę do Pani mecenas i proszę, żeby mi pokazała, gdzie to jest napisane. Pani mecenas pokazuje palcem. Wobec tego, biorę wskazaną kartkę papieru, odwracam i pokazuję Sędziemu ze słowami: „Pani mecenas twierdzi, że tutaj jest napisane ‚kontakt z chorym zachowany’”. Sędzia zakłada okulary, patrzy uważnie na kartkę i mówi „ja nie wiem, co tutaj jest napisane”. W tym miejscu ja mówię – ja też nie wiem Wysoki Sądzie, ale Pani mecenas twierdzi, że jest napisane „kontakt z chorym zachowany”. To jest dotąd jeszcze wielki problem w polskich sądach albowiem obserwacje lekarskie a często całe historie chorób pisywane są ręcznie. Wiadomo, że pismo lekarskie bywa mało czytelne a czasami wręcz nieczytelne. Ja jako neurolog często mam problemy w odczytaniu zapisów poczynionych przez innych neurologów. I tu jeszcze wtrąciłbym uwagę o rzetelności, prawdziwości danych zawartych w dokumentach medycznych. W sprawach o obalanie testamentu wielokrotnie zwróciłem uwagę sądowi na to, że w aktach sądowych nie jest jeszcze pełna dokumentacja medyczna z pobytu w szpitalu. Chodzi o to, że istnieją jeszcze raporty pielęgniarski, pisywanie niezależnie od obserwacji lekarskich. I zdarzały się wielokrotnie takie przypadki, że wyraźnie co innego odnotowywano w obserwacjach lekarskich a co innego w pielęgniarskich. Pamiętam jedną sprawę z oddziału neurologicznego, gdzie pani ordynator wydała opinię dla sądu, że świadomość pacjentki w danym dniu była pełna, podczas gdy zupełnie co innego wynikało z raportów pielęgniarskich.

Kiedyś w sądzie karnym na rozprawie spotkałem się z niezwykłą wręcz agresją ze strony pani mecenas, która broniła męża oskarżonego o to, że wywiózł do lasu swoją żonę a następnie zarzucił jej niespodziewanie pętlę na szyję i udusił na śmierć. Z akt wynikało, że chodziło mu o przejęcie majątku żony. Badałem oskarżonego w areszcie i dowiedziałem się od niego, że nie ma żadnych napadów padaczkowych, nie bierze żadnych leków przeciwpadaczkowych, nie ma żadnych dolegliwości z kręgu padaczki. Ale pani mecenas odwoływała się do faktu, że w dzieciństwie rozpoznawano u oskarżonego na przestrzeni paru lat padaczkę, której napady później całkowicie ustąpiły. Pani mecenas chciała wymóc na mnie, jako na biegłym, że ta zbrodnia została popełniona w napadzie padaczkowym, jakimś zamroczeniu, czy czymś podobnym. Broniłem się zawzięcie w obliczu 3 sędziów, 4 ławników i 2 prokuratorów a także dość licznej publiczności na sali rozpraw. A potem zostałem ‚poczęstowany’ tym, że pani mecenas skierowała na mnie doniesieniu o popełnieniu przestępstwa na policję, aby to policja sprawdziła, czy rzeczywiście posiadam specjalizacje z neurologii i czy rzeczywiście mam tytuł naukowy profesora, jak podaję. Byłem w komisariacie policji, pokazywałem moje dokumenty – wszystko sprawdzono i okazało się, że wszystko jest prawdą.

A wspominam o tym dlatego, by zilustrować, a być może uprzedzić innych lekarzy, którzy podejmują się roli biegłego sądowego, z jaką agresją się mogą spotkać ze strony niektórych adwokatów. Jednocześnie chcę podtrzymać tych lekarzy na duchu, by się  nie zniechęcali, nie rezygnowali, i bez niepotrzebnie wzbudzanych emocji, które mogą się źle skończyć dla ich zdrowia – pewni swego zdania, bronili swojej opinii. Opinia ta musi być zgodna z ich sumieniem i wiedzą lekarską, którą nieustannie muszą pogłębiać. Jednym słowem rola biegłego lekarza to trudny przysłowiowy „kawałek chleba” ale równocześnie misja, by pomagać sądowi w ferowaniu sprawiedliwych wyroków.

cdn.

zdj własne…dziwny dmuchawiec z Horyńca…jakże złożona budowa, a całość tworzy piękną harmonię, powtarzalną- cud natury…trochę przypomina układankę pracy biegłego…

I jeszcze moje spostrzeżenia na marginesie – jak niełatwa jest  praca biegłego ,  przekonałam się choć tylko  w bardzo maleńkim zakresie.  JTM przysłał mi kilka opinii , bym poczytała, może dała jakieś swoje uwagi. I tak było w kilku  przypadkach. Zwykle potężna, zbierana przez wiele lat dokumentacja medyczna, przez którą należało przebrnąć – trzeba się naczytać, natrudzić by uzyskać pewność, że jest obiektywna i rzetelna. W dodatku zderzenie z prawnikami, czego na szczęście nie doznałam, musi być niezłą traumą. Ale jak widać, da się z tym żyć, o czym świadczy ten rozdział pamiętnika i pomimo tylu lat harówy – wciąż doskonała kondycja Jerzego T. Marcinkowskiego ….