Między jawą a snem…

Dziękuję Panie Andrzeju za założenie tego mojego nowego miejsca w życiu jak je nazywam Pozacodziennym …..skopiowałam ze starego blogu tekst o Pana Mamie- o Niezwykłej, Niepowtarzalnej  Kobiecie- o pani doktor Annie Salińskiej de Flassilier

 

zdj własne…..takie skojarzenie barw i tego co zapisane na niebie z Panią Doktor Anną Salińską de Flassilier , o której poniżej…..Kobietą ” pastelową”, ale o Wielkiej Sile Ducha…..

Między jawą a snem

I wtedy weszła. Duża wysoka ozdobiona stiukami sala szumiała. Barwny tłum . Ludzie wyluzowani  nie przerwali pogawędek. Zobaczyliśmy jak idzie do nas Niewysoka i Jasna. Falujące dość krótko obcięte włosy zwyczajowo starannie uczesane, ani jednego rozwichrzonego kosmyka , nigdy. Śnieżnobiała bluzka. Pani doktor mówiła do mnie, nie pani Zosiu, jak Szefowa, nie można nakładać starych ciuchów zwłaszcza gdy człowiek się starzeje. Więc nieodmienne śnieżne białe bluzki spod turkusowego fartucha widywałam. Teraz też nowa bluzka, pomyślałam. I spódnica wielobarwna pastelowa, kwiatowa,  żakiet z materii jak spódnica. Szła ze swoim spokojnym uśmiechem Mony Lisy. Nigdy nie wybuchała chichotem czy hałaśliwym zaraźliwym śmiechem Szefowej.

Obudziłam się o świcie z uśmiechem do tego snu. I pomyślałam, że jest dobrze.

Jednak pisząc o tym maila do Jej Syna- Andrzeja nagle poczułam dotyk lęku.  . Wada serca była od lat. Mówiła nam o tym, nie dowierzaliśmy patrząc jak codziennie zjawia się w pracy, punktualnie pomimo przemierzonej trasy z dalekiego Ożarowa. Nieodmiennie spokojna i pogodna nas wita . To Kobieta zbudowana  z piany morskiej i stali- myślałam. Moje emocjonalne burze niwelowała rzetelną celną uwagą, poradą a przede wszystkim siłą spokoju. Nigdy nie usłyszałam podniesionego tonu, a Jej cichy matowy głos koił wszystkim nerwy. Jednym spojrzeniem opanowywała czasem rozdygotany tłum pacjentów i rodziców, a dla personelu była jak druga Matka.

Pracowałyśmy razem w CZD przez 20 z górą lat. Pani Doktor Anna Salińska-de Flassiler, bo o Niej opowiadam przybyła z Panią profesor Teresą Wyszyńską ze szpitala przy ul. Kopernika, gdzie założyły oddział nefrologii i prowadziły pierwsze w Warszawie dializy u dzieci . W CZD były twórcami Klinki Nefrologii ( Pani Prof. Wyszyńska) i przyklinicznej Poradni Nefrologicznej przemianowanej potem na Poradnię Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego , którą od początku zawiadywała dr Salińska- Flassilier – Wielka Wierna Przyjaciółka Szefowej jeszcze z lat licealnych.

Niedługo potem i ja dołączyłam do zespołu a po kilku latach pracy w Klinice postanowiłam pozostać w Poradni Nefrologicznej. Lubiłam tę pracę, a poza tym przyciągał mnie spokój Pani Doktor Salińskiej.  Na emeryturze jeszcze długo pracowała, pełniąc obowiązki Kierownika ww Poradni. Nie straszne Jej były lody, ślizgawice, śnieżyce. Docierała kilkoma środkami komunikacji a czasem podwożona przez przeuroczego ukochanego i bardzo zakochanego Męża- Tadeusza. Gdy pozostawiła Poradnię w moich rękach, czułam, że nadal jest blisko mnie.

Gdy miałam wątpliwości rozważałam- co by powiedziała, poradziła Pani Doktor w tej sytuacji. Jeszcze wtedy mogłam dzwonić z każdym problemem zawodowym i rodzinnym.

Bo i w sprawach rodzinnych była konsultantem najwyższej próby. Miała starych rodziców, troje dzieci, więc sytuacja nasza była podobna, choć przesunięta w czasie z racji różnicy wieku. Tak więc ufnie zawierzałam Jej moje tajemnice i otrzymywałam poradę popartą własnym podobnym przeżyciem….

I oto wczoraj spotkałam się z Panią Doktor w tym pięknym śnie. Napisałam o tym  maila do Andrzeja, który niebawem oddzwonił. Głos miał radosny i oznajmił, że Mama lepiej się czuje i czeka na odwiedziny. Ciężar który gniótł serce gdzieś uleciał i została tylko Radość . Umówiliśmy się, że w niedzielę przyjedzie i mnie do Niej zabierze. A dzisiaj około południa telefon ten sam, ale jakże inny, bolesny  znajomy głos- Mama nie żyje….

I wszystko skończone, piękne sny, dawne piękne dobre czasy ale jest pamięć, która nie umiera. W niej został jasny obraz Tej Wielkiej Dzielnej Kobiety, wzór Lekarza z Wielkim Sercem

A  co teraz porabia  Pani Doktor ? Już widzę to czułe  spotkanie z tęskniącą zapewne odwieczną Przyjaciółką Panią Profesor Teresą Wyszyńską, która już wcześniej w tym innym, lepszym świecie wynalazła ustronny kącik z wygodnymi fotelami, albo zawiesiła  hamaki na sąsiadujących ze sobą drzewach  by zielenią oczy nasycić, posiedzieć i pogadać bez przeszkód….Oj , jestem pewna , że przy okazji będą zaglądały do nas czujnymi wszystkowidzącymi matczynymi oczami .

Uważajmy więc by nie dostrzegły naszych uchybień.

Albo po prostu żyjmy tak jak One kiedyś…..

 

 

 

 

 

Pląsawica – luźne moje myśli ujęte w słowa…

Niejako kończąc rozmyślania, przylegania do podjętego tematu pląsawicy Hungingtona- takie oto słowa mi się ułożyły- więc kończąc prowadzenie tego blogu ( likwidacja platformy) – pozwalam sobie je wrzucić….

a więc najpierw wynik badania genetycznego- wiadomo już od życia płodu- albo później, jeśli ktoś nie zna tej choroby i jej nie rozpozna wcześniej….potem życie z wyrokiem, oczekiwanie na pierwsze objawy- trud towarzyszenia…..

 

 

 

 

 

Otwierasz
Kopertę
Czytasz
I widzę

Tak

Tak

Tak

 

Twoja
Twarz
Jest
Blada
To
Zaszło
Słońce
Miła
Ma

 

Rozmowa
Płaczesz
To
Rzęsa
Wpadła
Mi
Do
Oka
Tylko
Rzęsa

 

Źle
Spałaś
Niespokojnie

Zmęczenie

Zwyczajne
Tyle

Pracy

W pracy

 

Zauważyłem
Drżenie
Może
Za
Mało
Magnezu
Weź
Wapń
I witaminę  D

A

więc
Przyszło

TO
Co miało
Przyjść

 

Obejmiesz
Obejmuję
Przytulisz
Przytulam
Zespolenie
Spazm
Deszcz
Na
Szybach
Tętni

 

Jest
Sama
Pod
Oknem

 

Ciężki
Oddech
Drżenia
Niepokój
Pampers
Za
Drzwiami

Fotografia
W
Jej
Oczach
Uśmiech
Ukochany
Szepcze
Mój
Tylko
Mój

Otwiera
Drzwi

 

Myje
Ubiera
Znosi
Złe
Słowa
Wyciera
Podłogę
Pampersy
Zdobywa
Pieniądze
Potrzebne
Pieniądze
Na
Wszystko

Siedzi
Pod

Tym

Zamkniętym
Oknem

Jego
Oczy
Błękitem
Jarzą
Czuprynę
Głaszcze

Nie
Miał
Innej

Kobiety

Nie
Zdążył
Odejść
Dał
Siebie
Do
Końca
Zabrała
Zamknęła
W
Pudełku
Wspomnień

 

Pląsawica
Jest
Z
Nami
Szczerzy
Zęby
Wytrzeszcza
Oczy
Jadem
Zieje

To tylko
Mgła
Za
Oknem
Pamiętasz
Pamiętam
Tamtą
Łąkę
Zieloną
Zrywałeś
Kwiaty

 

Z
Sercem
Wychodzę
Obraz
Wynoszę
Naszej
Miłości

 

Trzymam
Twoje
Serce
Zobacz

Nie

Poznaje

To
Pampers

Tylko

Pampers

Ktoś mówi

 

To
Ja
Miły
Twoja
Przyjaciółka
Milczenie

 

I
Tylko
Kawa
Rozlana
Pusta
Filiżanka

 

 

 

 

 

Dwa światy

Kochani ! Mam nadzieję, że jeszcze Ktoś zajrzy przed 31 marca tegoż roku, kiedy przestanę istnieć razem z moim blogiem. Mam nadzieję odrodzić się jak Feniks z popiołów- ale na razie moje serce jest tutaj….

Piszę dlatego z nadzieją, że ktoś zajrzy- bo tekst poniższy- opracowany na prośbę Jurka i Jego Ludzi zajmujących się pomocą ludziom dotkniętym tą chorobą genetyczną- o której wspomniałam w poprzednim wpisie – może przedstawią to na corocznej Konferencji – gdzie spotykają się pacjenci, ich rodziny, terapeuci, dietetycy , lekarze- neurolodzy, genetycy. Ale myślę, że to co skopiowałam oraz komentarz może bardziej się przyda światu ludzi nie znających tej choroby….więc wrzucam ten tekst….

 

 

 

DWA ŚWIATY

  1. ŚWIAT LUDZI CHORYCH I ICH RODZIN

Może na początek , dla przypomnienia- skopiowane  ze strony https://pl.hdyo.org/you/articles/58/62wypowiedzi dzieci ludzi z HD – są to przejmujące opisy tych młodych ludzi, którzy dotknęli choroby- są tam  objawy-  problemy domowe- zachowania innych i próby obrony przed złym światem….

Wszystko przedstawione tak wyraziście, że nie potrzeba objaśnień …..

[ na czerwono- niektóre  porady profesjonalistów]

Oddajmy więc im głos: !

„Mój tata zawsze wprowadzał zamęt podczas wyjścia na zakupy. Nie było tygodnia, żeby coś się nie wydarzyło – zazwyczaj przewracał piękną wystawę, której ułożenie zajęło biednemu pracownikowi sklepu dobrych parę godzin.” Katy

 

„Mama straciła mowę – nawet nie pamiętam, kiedy się to stało, ale wiem, że mowa zanikała stopniowo. Najpierw mówiła jakby bełkotliwie, później ograniczyła się do pojedynczych zdań, następnie tylko do słów kluczowych, aż w końcu przestała mówić. Ale wciąż komunikujemy się z nią najlepiej jak potrafimy, np. pokazujemy jej karty ze słówkami, a ona wskazuje, o co jej chodzi.” Anthony

 

„Moja mama nie mogła mówić i komunikacja z nią stała się prawie niemożliwa. Czasem zastanawiałem się nawet, czy jeszcze wie, kim jestem, bo patrzyła na mnie bez żadnych emocji czy wyrazu twarzy; to było takie trudne. Miałem wrażenie, że w ogóle mnie nie pamięta.” Anthony

Opowieść Anthony mogłaby sugerować , że jego mama jest chora na Alzheimera- jednak jest zasadnicza różnica- jego mama doskonale wie-  zawsze wie- do końca- kim on jest !!!

 

„Moja mama zaprzecza, jakoby cierpiała na chorobę Huntingtona, czy jakąkolwiek inną. To mi z kolei tylko utrudnia opiekowanie się nią.” Sophie

 

„Mój tata miał obsesję na punkcie ciągłego mycia rąk. Nam też mówił, żebyśmy myli ręce regularnie! Z czasem sytuacja stała się absurdalna i na szczęście lekarz pomógł mu pozbyć się tej manii – inaczej w dalszym ciągu żadne z nas nie robiłoby nic innego od mycia rąk!” Jason

 

„Gdy byłem nastolatkiem mój tata mógł jeszcze chodzić, ale miał bardzo duże ruchy, które były objawem choroby. To zwykle przyciągało uwagę innych, wszyscy patrzyli się na nas, gdy gdzieś wychodziliśmy – i przez to bardzo się wstydziłem.” Paul

 

„Czasem, gdy wychodziliśmy z Mamą, zdarzało mi się zauważyć, że ktoś się w nas wpatrywał, śmiał albo nas wytykał palcem. Bardzo mnie to złościło i chciałem odegrać się na tych ludziach. Ale brakowało mi odwagi, a może byłem zbyt rozsądny, żeby to zrobić. Więc w końcu wypracowałem coś, co nazwałem „Spojrzeniem Zagłady”. Gdy tylko ktoś zaczynał się na nas gapić, sam wpatrywałem się w niego w tak zajadły sposób, że od razu wiadomo było, że lepiej byłoby, gdyby przestał.” Ben

 

„Pamiętam taki moment, kiedy zabrałam mamę do toalety w restauracji, gdzie moi bracia grali ze swoim zespołem… Podpierałam ją, gdy próbowała przekuśtykać przez tłum ludzi w stronę łazienki. Kiedy już po wszystkim myłam mamie ręce, młoda kobieta powiedziała do mnie >>daj jej wodę do picia, a od razu wytrzeźwieje<< poczułam się strasznie upokorzona, wściekła i… zupełnie niezrozumiana. Pamiętam, że pomyślałam sobie >>gdyby to tylko było takie proste…<<” Susan

 

„Pracowałem na cały etat, a mama zajmowała się tatą, który był w ostatniej fazie choroby Huntingtona. Ale z upływem czasu to stawało się coraz cięższe dla mojej mamy i wiedziałem, że albo przestanę pracować i zacznę zajmować się tatą, albo będziemy zmuszeni umieścić go w domu opieki. Czułem, że muszę dokonać wyboru, a taka decyzja – gdy ma się 18 lat – jest niezwykle ciężka.” Marcus

 

„Moja mama była opiekunem taty, ale pomagałem w domu i gdy mama chciała wyjść, zajmowałem się tatą samodzielnie – miałem wtedy tylko 14 lat. Nie myślałem o tym jak o opiece; to było dla mnie po prostu zostawanie w domu z tatą.” Tony

 

Ważne jest, aby pamiętać, że samo to, że osoba cierpiąca na chorobę Huntingtona nie może mówić, nie oznacza wcale, że nie słyszy tego, co mówisz. Jeśli tylko mówisz do takiej osoby, ona wszystko zrozumie.

Dlatego zawsze rozmawiaj z chorym członkiem rodziny i opowiadaj historie ze swojego życia, aby wiedział, co się u ciebie dzieje.

Rozmowa, w której tylko jedna strona jest aktywna, może wydawać się na początku dziwna, czasem nie wiadomo, co powiedzieć. Staraj się więc rozmawiać o rzeczach, które was oboje interesują, albo o wiadomościach, które twoim zdaniem zainteresowałyby chorego.

 Jest bardzo wiele spraw, które można poruszyć, a czasem pomaga też wcześniejsze zaplanowanie rozmowy – tak, by nie znaleźć się w sytuacji, w której brakuje ci tematów.

„Mój ojciec chorował na chorobę Huntingtona, kiedy byłem małym chłopcem. Niewiele wówczas rozumiałem i bardzo trudno mi teraz (w wieku 20 lat) przypomnieć sobie tatę sprzed choroby. Jest mi bardzo ciężko, gdy o tym myślę.” Joe

Jak zauważa Joe, brak wspomnień z chorym sprzed okresu choroby jest bardzo smutne, ale to nie oznacza, że pięknych chwil w ogóle nie było. Może sam nie dysponujesz zdjęciami ani filmami, ale inni członkowie rodziny z pewnością chętnie podzielą się swoimi, jeśli tylko o to poprosisz.

 

Możesz też nadal gromadzić miłe wspomnienia o bliskich, nawet gdy są już chorzy. Są to np. zabawne sytuacje, których doświadczaliście i z których razem się śmialiście:

Mama ma skłonność do gwałtownego pochylania ciała w przód i w tył i niechcący uderza w głowy stojących blisko niej, oczywiście niespecjalnie. Pewnego wieczoru zostałem właśnie nieoczekiwanie uderzony w głowę. Odruchowo uderzyłem głową w głowę mojego brata, jego głowa odskoczyła i uderzyła we włącznik światła. Światła pogasły. Staliśmy w ciemnościach, zdziwieni tym, co się wydarzyło… Mama jako pierwsza przerwała ciszę: „Dlaczego ktoś zgasił światło, przecież z wami rozmawiam?!” – zapytała, zaskoczona.” Tom

Śmianie się z historii związanych z chorobą Huntingtona podobnych do tej, która została tu przedstawiona, jest bardzo istotne. Śmiech to najlepsze lekarstwo, które pozwala rozładować twój smutek i lęk.

 

Aktywne i pozytywne nastawienie do życia jest z pewnością najlepsze dla młodych ludzi. Organizacja różnych imprez, aby zbierać fundusze oraz szerzenie wiedzy o chorobie Huntingtona to najlepsze sposoby, aby zaangażować do działania twoją rodzinę i znajomych.

To zaskakujące, ile wsparcia i pozytywnego wpływu można doświadczyć w rodzinie, ale też ze strony innych osób….to były słowa młodych ludzi doświadczonych chorobą H. i terapeuty….

  1. Dwa światy

Teraz pora na nas:

Świat ludzi zdrowych i świat ludzi chorych na HD i na inne rzadkie choroby genetyczne  o których tak niewiele wie społeczeństwo – więc nie wiedząc- nie czuje – nie rozumie- i nie umie się zachować –zaakceptować –  a tym bardziej pomóc .

Te dwa Światy- wzajemnie przenikające się ?  czy zamieszkujące osobne galaktyki ?

Czy jest możliwe ich zbliżenie- przywrócenie świata ludzi chorych światu zdrowych   ?

Jeszcze na razie zdrowych- bo kto wie, czy role się nie odwrócą – i ci butni, pewni siebie, buchający tężyzną fizyczną i wieczną młodością w nie za długim czasie będą zmuszeni wkroczyć do świata chorych jako inwalidzi, oszpeceni, dziwnie się zachowujący?

Kto wtedy poda im rękę ?

Jak daleka i jak wyboista jest droga do integracji?

Szczególnie w kraju w którym przyszło nam żyć…

My, Polacy, opóźnieni cywilizacyjnie o ok. 50 lat- byliśmy zamknięci nie tylko za „ żelazną kurtyną” w sensie fizycznym- bez łatwych możliwości wyjazdów za granicę- ale też mentalnie-   tymczasem  dla nas niewidzialny za tą „ żelazną kurtyną „ Zachodni świat się zmieniał- jakże wcześniej widział problemy izolacji niepełnosprawnych – podejmował próby pomocy i pełnej integracji. Ale co najważniejsze miał czas na przebudowanie myślenia swoich obywateli- propagowanie wiedzy na temat chorób, która jest podstawą akceptacji- rozbudzenie uczuć empatii- wychowanie pokoleń inaczej odbierających niepełnosprawność –  choćby poprzez aktywne uczestniczenie w  wolontariacie, który stał się solą tamtejszej społeczności- tak dalece- iż młodzi podejmują go chętnie , choć i umiejętnie motywowani przez władze uczelniane, które w pierwszej kolejności  przyjmują na studia uczniów którzy zdali egzamin mniej doskonale- ale szczycą się dwuletnim wolontariatem- co jest cenionym probierzem dojrzałości społecznej równie, lub bardziej istotnej niż wiedza naukowa….itp.

Daleką drogę musimy przebyć, choć już widać przysłowiowe „ światło w tunelu”- w szkołach, na ulicach, w mediach widać osoby niepełnosprawne- i już to nikogo nie dziwi- choć łatwiejsza jest akceptacja ludzi o niepełnosprawności fizycznej.

Jednak nadal ktoś zachowujący się „ dziwnie” w odczuciu społecznym Polaków omijany jest „ kołem” jeśli nawet nie wyśmiewany (o czym  opowiedział  młody doświadczony człowiek)- jeśli nie traktowany pogardliwie lub wręcz wrogo….

wyznacznikiem stanu społeczeństwa jest zachowanie dzieci w przedszkolu-  wg zasady„ czym skorupka za młodu nasiąknie”- bywa ich rodzice nie są w stanie przekazać „dobrego  genu” akceptacji- bo po prostu go nie mają…

niech stanie się CUD takiej mutacji „ złego genu”-  jego przemiany w „ gen dobry” – by świat stał się lepszy  …

Tak więc droga przed nami- lekarzami, społecznikami 

daleka i wyboista

Ale warto podejmować próbę

 

 

 

Nadzieja

Nadzieja
Dopóki żyjemy żyje nadzieja
Nadzieja umiera ostatnia
Jak żyć gdy umrze nadzieja
Trwać w chorobie – towarzyszyć
Myśleć że istnieje drugi lepszy świat
Czy to możliwe

Gdy genetyka
Bezwzględnie
Mówi
To dziecko
Będzie chore
Nie teraz
Po 20 latach

Jak się cieszyć
Z narodzin
Bo śliczne
Ufne
Bezbronne
Promienne

Macierzyństwem
Obdarowani
Dźwigają
Tę wiedzę
Przez
Długie
Lata
I żyją

Jak
Zrozumieć ?
Ponoć
Zrozumieć
To najpierw
Poznać
Dotknąć
Niemożliwego

Tylko wiatr
Wiatr na twarzy
I niebo
Z
Gwiazdami
Słyszą
Cichy
Płacz
Matki

I myśl
Nagła
Czas
Darowany
Na
Życie
Skondensowane
Nasycone
Najbardziej
Na świecie
Miłością
Czułością
Dotykaniem
Oglądaniem
Smakowaniem
Czas
Dany
Ofiarowany …
Krótki
Czas
Wspólny
Dany…

Rozmyślania starej lekarki- pediatry, matki kilkorga dzieci……nt. choroby Huntingtona i nie tylko …

Rozmyślania….

Kochani!

Co tu mówić, opadły mi ręce i skrzydła ( jeśli je kiedykolwiek miałam- może tylko mi się zdawało)- blogu nie można przenieść w inne miejsce- bo WP tego nie zapewniła – ponoć nie ma narzędzi- trzeba by kopiować ” ręcznie ” – praca to iście benedyktyńska …tak więc zgodnie z powiedzeniem i wiedzą ogólną- wszystko ma swój początek i swój koniec- 31marca już pozostanie pustka – ani śladu nawet….

Niczego już nie wpisywałam od czasu otrzymania  tej wiadomości- ale dziś- jeszcze dziś to co ostatnio mi się napisało- gdy spotkałam ludzi pracujących wśród chorych i ich rodzin  – straszliwa to genetyczna choroba- najczęściej atakuje ludzi ok 20 – 30 roku życia- czyli w rozkwicie młodości- aktywności – wielu z nich zdąży przedtem założyć rodziny. Połowa potomstwa zachoruje….jeśli ktoś w rodzinie ( a zwykle tak bywa) już choruje- badani są wszyscy. I tu jest przyczynek do tego co napisałam powyżej- jak żyć z tym wyrokiem ? Jak czują się rodzice wychowujący takie dziecko? Niepojęte….jakże wobec takiej sytuacji miałkie są nasze problemy ….

 

Rozmyślania starej lekarki- pediatry, matki kilkorga dzieci……nt. choroby Huntingtona i nie tylko ….

 

 

 

Nadzieja

Dopóki żyjemy żyje nadzieja

Nadzieja umiera ostatnia

Jak żyć gdy umrze nadzieja

Trwać w chorobie- towarzyszyć

Myśleć że istnieje drugi lepszy świat

Czy to możliwe

 

Gdy genetyka

Bezwzględnie

Mówi

To dziecko

Będzie chore

Nie teraz

Po 20 latach

 

Jak się cieszyć

Z narodzin

Bo śliczne

Ufne

Bezbronne

Promienne

 

Macierzyństwem

Obdarowani

Dźwigają

Tę wiedzę

Przez

Długie

Lata

I żyją

 

Jak

Zrozumieć ?

Ponoć

Zrozumieć

To najpierw

Poznać

Dotknąć

Niemożliwego

 

Tylko wiatr

Wiatr na twarzy

I niebo

Z

Gwiazdami

Słyszą

Cichy

Płacz

Matki

 

I myśl

Nagła

Czas

Darowany

Na

Życie

Skondensowane

Nasycone

Najbardziej

Na świecie

Miłością

Czułością

Dotykaniem

Oglądaniem

Smakowaniem

Czas

Dany

Ofiarowany ….

Krótki

Czas

Wspólny

Dany…..

 

Rozmyślania starej lekarki- pediatry, matki kilkorga dzieci……nt. choroby Huntingtona i nie tylko ….

 

 

„Anielski dotyk” z cyklu „Opowieści o Ziemskich Aniołach.”..

Kochani moi- jak zapowiedziała redakcja WP, cała platforma bloog.pl znika z netu z dniem 31 marca 2018. Wszystkie teksty przepadają, można je skopiować i wrzucić w inne miejsce….zobaczymy , czy mi się to uda- na pewno zawiadomię. Dlatego dziś cały tekst, bo czas się kurczy…

zdj. własne

Jerzy T. Marcinkowski, zdj. otrzymane od Niego….

To Człowiek, który mnie zainspirował do pisania  tych Opowieści i nie tylko. Pomnę nasz drugi rok studiów na Akademii Medycznej, kiedy się trochę przyjaźniliśmy łażąc do Zakładu Medycyny Sądowej, gdzie Jego ojciec, Tadeusz był chyba już docentem. I tam wykonywaliśmy wspólnie doświadczenia z kroplą krwi rzucaną pod różnym kątem i z różnej odległości na bibułę, rejestrując ślad. Z rozczuleniem znalazłam opis tego doświadczenia w rozdziale podręcznika…..z Jurkiem odbywaliśmy wielogodzinne wieczorne ( bo zajęcia trwały długo) marszobiegi po okolicach Junikowa, gdzie mieszkaliśmy- On w domku swoich Rodziców przy ul. Dziewińskiej ( którego nigdy nie widziałam i który niestety Rodzina oddała w obce ręce  ) a ja z Bajką u jej cioci całkiem niedaleko. Nie zapomnę też, jak Jurek mnie namówił, bym , w domyśle zamiast balowania na fajfach , kontynuowała treningi koszykówki- zrobił to jakoś tak, że nie brzmiało jak imperatyw – jakoś łagodnie, ale zdecydowanie , jednoznacznie – że nie zdążyłam się nastroszyć po swojemu, tylko  bez chwili wahania pognałam na boisko 🙂 . Właściwie nie wiem dlaczego tym wszystkim piszę- ot, takie fajne skojarzenie i wspomnienie mi przyszło, gdy odnalazłam wreszcie ten wpis  zagubiony w trakcie przeprowadzki blogu na to miejsce .

Jurek Marcinkowski, którego Pamiętnik niedawno tu zamieściłam, kolega z pierwszych lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, potem prawie zapomniany- przed 1,5 rokiem ponownie ” spotkany” dzięki Facebookowi, gdy szukałam dawnej przyjaciółki  …

Ponieważ jest neurologiem  i przez długie lata, jak my, lekarze widywał różnych ludzi, niektórych szczególnie zapamiętał, bo byli Niezwykli- przed rokiem opowiedział to, co poniżej – i rzekł- opisz po swojemu … Spisałam więc to,  co usłyszałam  i pofrunęłam…..a to jest wstęp do mojej Opowieści  :

 Była prostą kobietą, która po ciężkich przejściach zdrowotnych zachorowała na narkolepsję. Gdy zapadała w nagły głęboki sen, wszyscy widzieli jej tajemny uśmiech.  Nigdzie nie chciano jej zatrudnić, aż w końcu została pomocą w hospicjum. I wówczas uaktywniła się jej właściwość rozumienia umierających , uspokajania swoim dotykiem pobudzonych i potrzeba towarzyszenia im do końca życia. Ze skromnej swojej pensji utrzymywała męża alkoholika aż do jego śmierci . Wychowała dwóch dorosłych już synów, którzy całują jej dłonie. Wykorzystywana przez sąsiadów i rodzinę do opieki nad starymi i chorymi , sama zapadła na raka i jest smutna.

Opowiada o niej neurolog, bo pamięta i zda się doświadcza jej wpływu w codziennym życiu.

Na podstawie tej Jego opowieści powstała moja fantazja ?, a może prawda?- kto wie?  na temat tej kobiety i jej choroby….

Anielski dotyk, czyli prawda i fantazja ? o kobiecie z narkolepsją  z cyklu  Opowieści o Ziemskich Aniołach 

 W przychodni zwykle przyjmowało kilku lekarzy,  więc nikt nie zwracał na Nią uwagi. Po prostu siedziała w kąciku , cichutko, tuż obok rozgadanych a właściwie rozgdakanych  pacjentów, zwykle stałych bywalców tego miejsca. Musieli bowiem sobie opowiedzieć, bo może już który zapomniał,  na co chorują, ale właściwie to już nie wiadomo na co, jakie mają objawy, o lekach które otrzymują i nawet czasami zażywają, że  one właściwie nie działają, nie mówiąc o objawach ubocznych i że w ogóle doktor niewiele może pomóc, nawet się nie stara, co widać od razu gdy się wejdzie a on sobie siedzi za biurkiem rozparty, z obojętną miną i obraca w palcach długopis, że może lepiej homeopatia, nie, nie podobno homeopatia truje, to może zioła, też trują, ot, panie , świat już całkiem zatruty, jak tu żyć. I potem zauważają Ją i już rozprawiają ciszej,  bo może usłyszy, pomimo tego, że śpi od pół godziny.  Co, przyszła tu spać, co ona robi w nocy? Pewnie, panie, gdzieś się szlaja, kto wie. Lafirynda jakaś orzekła ta gruba. A jegomość czerstwy i rubaszny zauważa, że za chuda na szlajanie, kto by taką chciał, chyba, że po ciemku. O nie, zaprotestowała ta chuda z długim nosem, właściwie ma trochę ciała, ale jakaś myszowata jest. Niby blondynka, ale myszowata. . I dalej życzliwie o niej, nadal po cichutku wszyscy, bo trafiła im się  gratka nie byle jaka, taka w przychodni to rzadkość . Więc życzliwie, jak dobrze, że usiadła przy tym stole, i dobrze, że ten stół jest tu w ogóle. Właściwie niepotrzebny, ale jednak się przydaje, zaśmiał się jakiś dowcipniś. I ona w dodatku się uśmiecha przez sen, zauważyła jedna z uczestniczek owego „ klubu” .

I tak sobie gadali, bo doktor coś za długo badał, a może go jeszcze nie ma, o, pewnie jeszcze w ogóle nie dotarł, jak zwykle spóźniony. Oczywiście że tak, jak on w ogóle gdzieś zdąża do pracy, bo jeszcze wczoraj w nocy oglądał mnie w Izbie Przyjęć szpitala, który jest stąd daleko. Może pracował do rana, i dlatego jeszcze go nie ma ? Ktoś usiłował wytłumaczyć przyczynę notorycznego spóźniania się pana doktora do ich przychodni. Bo to była ich przychodnia, osiedlowa, więc mogli tu przychodzić, zwłaszcza gdy padał deszcz albo śnieg  , no i dlatego, że ten doktor wcale mi nie pomógł, gdy byłam w tej  Izbie Przyjęć, nadal boli mnie ten „woreczek” , chociaż od wczoraj już nic tłustego nie jadłam, chyba że te trzy jajka na twardo, ale przecie to nie taki tłuszcz jak boczuś ukochany. Jak to, żachnął się ten jowialny, przecież jajka na „ woreczek” szkodzą, wiem coś  o tym. Pewnie zmienię doktora, jest taki jeden stary wprawdzie, ale daleko przyjmuje. Już tam byłam, rzuciła chuda, ale też nie pomógł ….

          A Ona siedziała , jakoś dziwnie jaśniała, chociaż unoszącej się nad Nią poświaty nikt nie zauważał, ale na pewno jaśniała . W swoim kąciku, nadal  spała z głową na blacie stołu, który był ustawiony  pomiędzy automatem z  puszkami ponoć niezdrowej  Coca—coli tudzież z kawą o smaku popłuczyn i herbatę, chyba z jakiegoś słodkiego i brązowawego proszku o przenikliwym zapachu jednak chyba herbacianym. Siedziała oparta o tę maszynę wydającą oczywiście za monety także różne smakołyki  i  uśmiechała się przez sen.  

         Kilkakrotnie widziałem ją w przychodni, ale do mojego gabinetu  nie wchodziła. Któregoś dnia spoglądając na wykaz pacjentów  zapisanych do mnie na ten dzień , zauważyłem nazwisko osoby, która się nie zgłosiła. Wyszedłem na korytarz, który był dziwnie pusty, widocznie już koledzy zakończyli pracę i pognali do domu by sprawdzić czy są wszyscy w domu, gdyż pracowali non stop przez 3 doby, a telefonów komórkowych jeszcze wówczas nie było. Zresztą żona przyzwyczajona do tych dłuższych nieobecności męża ale także lekarza,  organizowała swoje życie walcząc w długich kolejkach o jakiś ochłap mięsa, piorąc, gotując, sprzątając, chociaż mąż tego nie zauważał, bo gdy tylko znalazł się w domu zwalał się na kanapę i włączał telewizor oglądając wszystko” jak leci”. Czasami dzieciaki wdrapywały się na jego kolana i bywało, że palcami usiłowały podnieść jego zamknięte powieki, by na nie chociaż spojrzał . Nawet już nie marzyły o wspólnej zabawie. Zwykle po chwili rezygnowały, tylko wracały do kuchni, do mamy, by otrzymać ciepłe słowo i czasem przytulenie. Tymczasem ich ojciec dalej  chrapał snem sprawiedliwego, ale przynajmniej czuły jego bliskość, dziwny zapach szpitalny który z nim wchodził do domu i mama otwierała szeroko okna by wywietrzyć ten lizol, bo w tamtych latach 70 ubiegłego wieku innych środków odkażających w tym kraju chyba nie było. I tak wywietrzeni do cna, zmarznięci, bo noc nadchodziła zimna, ale szczęśliwi bytowali w tym swoim mieszkanku zwanym wtedy M ileś tam.  Około północy ojciec –„ potrójnieustanniedyżurowy „lekarz nagle ożywał, zaglądał do kuchni a nawet do ich sypialni małżeńskiej. Może działo się to dopiero nad ranem, kiedy żona już w papilotach i w grubej warstwie kremu na twarzy naturalnie odmawiała posługi małżeńskiej, bo może bolała ją głowa, albo nogi zmęczone codzienną bieganiną, a może śniła piękny sen o tym, jak byli młodzi bardzo zakochani, a może broniła się, bo nie chciała mieć więcej dzieci. Dwóch synów wystarczyło za kilkanaście córek, jak mawiała jej mama, góralka, powtarzając z kolei słowa swojego ojca. A że czasy tych lat 70 ubiegłego wieku były „ cienkie” w skutecznej antykoncepcji , więc żona tego lekarza dobrze wiedziała, czym się może skończyć ta maleńka chwila rozkoszy którą ofiarowywał jej mąż, bo z powodu przemęczenia kochał się byle jak , a może nie miał czasu, by się nauczyć inaczej. Tak więc ta chwila hipotetycznej rozkoszy a może w ogóle bez tego doznania, była tak nieważna w jej życiu, że natychmiast o tym zapominała stojąc przy garach i szykując kanapki poranne dla całej rodziny. Potem on wychodził, trzaskał drzwiami, jeszcze słyszała jak pracuje silnik samochodu, którym odjeżdżał i właściwie znikał z jej życia.

 I tak mijało życie tego doktora, jak i życie bardzo wielu innych.

        Tego dnia gdy Ją zauważył , wreszcie dostrzegł, że siedzi w pustej poczekalni oparta o automat wydający także bardzo słodkie batoniki pt. Mars i różne dziwne egzotyczne napoje. Albo śpi z  dziwnie uśmiechniętą twarzą oparta o blat stolika, gdzie się poniewierały „ zaczytane” pisma kolorowe.  A może tak nie było, bo jak sobie teraz przypomina, w tamtych latach 70 ubiegłego wieku jeszcze takie automaty nie dotarły do Polski, a Coca- colę przywożono jako rarytas z zagranicy. Zresztą tak mu się pomieszały te lata, tak szybko biegł czas, że już niczego nie jest pewien. Może nawet miał pięcioro dzieci, które rodziła mu jego bardzo dzielna bohaterska żona.

Tak więc, tego dnia gdy Ją zobaczył w pustej poczekalni odniósł wrażenie, że ona jednak zasnęła a nie tylko odpoczywa. Podszedł do kobiety, delikatnie położył dłoń na ramieniu i zapytał najpierw cicho, potem głośniej- czy nie powinna pani wstać i pójść do domu. Bo ja już wychodzę, zamykam drzwi wejściowe, pielęgniarki już dawno zwolniłem, bo one też ciężko pracują na kilku etatach, jedynie pani rejestratorka siedziała spokojnie za swoim blatem i czytała Harlequina, czyli powieść o wartkim przebiegu akcji, napisana lekkim przystępnym stylem i zwykle wyciskająca łzy szczęścia lub żalu. Wszystko jedno co czytała , byle było o miłości, bo o miłości pani recepcjonistka lubiła czytać najbardziej.

Pan doktor nadal stał nad śpiącą kobietę, zanim się zorientował, chociaż był neurologiem, że pomimo słyszalnego lekkiego oddechu i wyglądu osoby żywej, ta kobieta jest nieprzytomna. Delikatnie dotknął szyi, by sprawdzić tętno na tętnicy szyjnej, kobieta nie zareagowała, tętno było ok., więc przebiegł szybko w myśli cały podręcznik neurologii, który już był wytarty od częstego używania, bo wszak musiał się tego uczyć kilka razy. Najpierw do kolokwiów przed specjalizacją, potem do egzaminu praktycznego a następnie teoretycznego. A potem gdy przybywało podręczników, ale wiedza właściwie była zawarta w tym jednym, pierwszym , najważniejszym bo ze śladami tłustych łap dzieci i wielką brązową plamą rozlanej kawy, musiał powtarzać tę edukację, wlokąc się tą samą ścieżką, którą gnał do tzw. jedynki, czyli I stopnia specjalizacji, bo chciał posiadać stopień wyższy, tj. drugi za który to miał właściwie tylko satysfakcję, bo podwyżka zarobków była maleńka. Pewnie teraz pomyślał, że mądrze się stało, że wprowadzono tylko jeden stopień , tak jak za dawnych czasów bywało, kiedy to stary profesor medycyny, kształcony tym systemem,  nie mógł wytłumaczyć urzędniczce w kasie chorych czy NFZ dlaczego posiada tylko jeden stopień specjalizacji.

Gdy ów doktor wracał do tych podręczników, których liczba z latami lawinowo rosła, że już nie mógł na nie patrzyć, gdyby nie sentyment do swojej neurologii. Ale wracał . Teraz też widząc śpiącą przeleciał myślami po tych podręcznikach, chociaż nie musiał , bo przecież wiedział , że jest to kobieta chora na tajemnicze schorzenie, dotąd nie w pełni wytłumaczalne, nie poddające się dostępnym lekom, nawet tym z zagranicy. I że ona może mieć problemy nie tylko w życiu prywatnym, ale pewnie nikt nie chce jej przyjąć do pracy, bo co będzie jak zaśnie w trakcie szycia na maszynie, palce sobie przyszyje, albo za kierownicą autobusu, ludzi zabije albo gdy będzie coś pisała, to atrament rozleje albo takiej na przykład kazać umyć okna, to na pewno spadnie i będziemy mieli kłopot  i  tak w ogóle to nigdzie jej nie chcemy, mówili. Bo już wiedzieli, bo niestety lekarz musiał zebrać dokładny wywiad by wydać zgodę na podjęcie pracy. I otrzymała takie zaświadczenie, z którym nikt jej nie chciał.

Gdy Ją zobaczył ten wysokiej klasy specjalista, w  przychodni,  gdy popatrzył na Jej lśniące jakimś niebiańskim blaskiem oczy i jeszcze ślad uśmiechu na jej twarzy , pomimo tego, że umówił się z żoną na koncert, bo wreszcie miał mieć wolny wieczór, a ona bardzo czekała, od dawna, pewno od kilku miesięcy na to wspólne wyjście z domu, lekarz  zdecydował bez wahania. Proszę do gabinetu, to na pewno jest pani karta, którą miałem już oddać pani rejestratorce, ot, tej, którą ledwie widać, bo nachylona nad romansidłem, na pewno nad romansidłem , bo ją znam, nie wiedziała co się dzieje, a mąż już pewnie na nią czekał pod przychodnią i będzie bura, że tak długo przesiaduje w pracy i za takie pieniądze.

Ona , ta która spała w przychodni, a teraz się obudziła i wyglądała na szczęśliwą, miała wątpliwości, ależ panie doktorze, może przyjdę jutro, jutro jestem po nocnej zmianie, więc przyjdę i poczekam. Ale doktor był nieprzejednany, o koncercie obiecanym zapomniał, bo miał przed sobą osobę potrzebującą pomocy. Zawsze tak miał, gdy widział pacjenta, zapominał o swoim życiu i wynikały  z tego różne awantury domowe, może tylko pretensje, ale potem już tylko wzruszenie ramionami swojej połowicy. I czasem nawet ją podziwiał za ten spokój i wierność i wychowywanie dzieci i porządek w domu i kwiatki w swoim gabinecie. Ale tylko czasem i to przez moment, bo już dalej pędził do różnych prac, zahaczając czasem o jakieś wykłady, bo  trzeba być zorientowanym co się dzieje w medycynie,  czy spotkania bywało, że towarzyskie, a jakże, bo życie ucieka i może być za późno by jeszcze spotkać kolegów, bo tak szybko odchodzili jeden za drugim, że aż strach brał.

Więc powiedział do Niej, bo właśnie samoistnie wróciła do rzeczywistości-proszę wejść, proszę usiąść zaprosił, gdy stała niepewnie po drugiej stronie biurka, proszę opowiadać. Już ośmielona, przełamawszy swoją delikatność i nieśmiałość, siadała na krześle i opowiadała. Doktor słuchał, obserwując jej zachowanie, a może myślał sobie, że jest właściwie ładna i ma coś takiego w oczach, że zapominał o obiecanym koncercie a nawet dzieciach, które na pewno czekają, patrzył na Nią i słuchał. Była jasną blondynką, o regularnych rysach, włosach gładko opadających na policzki, rozczesanych równo na dwie strony, jak króliczek wyglądała, myślał, ale co Ona ma w środku. Że mieszka w niej tajemna narkolepsja wiedział i poza nagłym zasypianiem nie ma chwil kiedy słabną mięśnie tak, że nie można wstać , co też  bywa w narkolepsji. Kiedyś widział konia, który też nagle zasypiał. Mówił o tym stajenny, gdy lekarz przychodził do swoich koni, które uwielbiał. Tak, jazda konna była dla niego, ale tak rzadko mógł tam bywać, by dosiadać konia i pędzić. Więc nie widział jak jeden z koni zapada w opisany przez stajennego stan narkolepsji, tylko sobie wyobrażał. Pewnie z litości trzymano tu tego konia, bo w przeciwnym wypadku ktoś by go oddał do rzeźni, gdyż nieprzydatny,  zasypia z jeźdźcem na grzbiecie i tamten spada, łamiąc rękę lub nogę, a może kręgosłup. Tak więc nikt go nie chciał, tylko chciał stary stajenny, ukrywał przed wzrokiem ludzi, którzy mogli tego konia zabrać i w ogóle zrobić porządek w tej stajni. Bo stajenny kochał swoje konie, wszystkie, bez wyjątku, chociaż tego z Narkolepsją chyba najbardziej.

Doktor tak sobie myślał, a mając podzielną uwagę, co się przydawało w tym zawodzie, zresztą także w każdym innym, nawet przy zamiataniu podłogi , słuchał jak Ona opowiada. Bo panie doktorze ja chcę żyć, bo mam dla kogo, dwóch synów mu urodziłam a on pije i nie chce pracować. Kiedyś się w nim zakochałam, ale on wybrał wódkę, a teraz nawet , wyobraża pan sobie, kupuje Wodę Brzozową, no, taką do pielęgnacji włosów. Na pustych półkach, bo nie wiem, czy pan panie doktorze kojarzy, przyszły takie czasy, że nic nie ma na półkach tylko ta woda brzozowa w kiosku, a na półkach ocet. Więc ten mój, na zawsze, bo mu przysięgałam, pije wszystko co ma nawet odrobinę alkoholu, mówią, że nawet denaturat, ale już nie sprawdzam co on pije, bo leży w komórce. Niech leży, mówię, niech sobie poleży, jeśli tak musi, jeśli nie widzi dzieci ani mnie, nie widzi jak płaczemy. On ciężko chory, panie doktorze, jemu trzeba pomóc, tylko on nie chce pomocy, a nie mnie. Ja jestem zdrowa, no może poza tym nagłym zasypianiem, ale mam dużo siły i chcę pracować. Synowie mnie kochają, to tacy dobrzy chłopcy. To pan Bóg mi dał takich dobrych chłopców. Doktor jednak musiał jej przerwać, bo należało , należało wypytać o zdrowie. No cóż, panie doktorze, tu uśmiechnęła się błogo. Muszę panu zdradzić, tylko panu, bo pan mi uwierzy, komuś chciałam powiedzieć, ale od razu się ze mnie śmiał, a ja nie lubię gdy ktoś się ze mnie śmieje, bo ja mówię jak jest, całą prawdę, panie doktorze. Miała błogą minę, doktor nie śmiał przerywać, bo poczuł się jakby wielka siła , zewnętrzna brała go za rękę mówiąc, słuchaj tego, co Ona mówi, to ważne. Nabrała powietrza do płuc , i powiedziała na jednym oddechu. Bo ja, panie doktorze w tym czasie, kiedy zasypiam to wracam tam skąd przyszłam. Patrzyła na doktora, czy słucha i ciągnęła. Śpiewamy na trzy głosy, my anioły tak umiemy, nie tylko ludzie tak potrafią , bo ja, panie doktorze należę do chóru Aniołów, zostałam wybrana. Stoimy więc wokół Pana Boga, który siedzi na tronie i ma bardzo dużą brodę i do nas się uśmiecha, nie to co ludzie, panie doktorze, uśmiechają się tak rzadko do siebie, nawet gdy się znają, to rozmawiają, ale uśmiech mają gdzieś pod kluczem, czy jak. A ja, panie doktorze się uśmiecham, prawda? Pan doktor przyznał jej rację, tak, lubię, gdy pani się uśmiecha, a ludzie faktycznie rzadko. A Pan Bóg nas wcale nie zna, tyle Aniołów mieszka w niebie, więc kto by ich spamiętał? Ale uśmiecha się tak, jakby do wszystkich a każdy Anioł, opowiadały mi inne, myśli, że tylko do niego. I śpiewamy mu za to Te Deum, czy zna pan, panie doktorze tę pieśń, mogę zaśpiewać. To może innym razem delikatnie w miarę delikatnie przerwał Jej pan doktor. I jak to jest, że Pani wraca tam skąd przyszła? A tego to ja nie wiem, wiem tylko, że wracam do swojego prawdziwego domu, gdzie mąż mnie kocha i nie pije, gdzie mogę pracować ile siły, gdy tylko odśpiewamy Te Deum, to zaraz łapię za miotłę, bo ja jestem pracowita, proszę pana doktora. Pyta pan, jak wracam tam, skąd przyszłam? Chyba sam pan Bóg zabiera mnie do nieba na tę jedną chwilę, krótką, ale dla mnie bardzo ważną, wtedy tu na ziemi zasypiam, a budzę się w niebie . Bo tam jest mój dom, ten dobry. Zaśpiewać Panu może to Te Deum, a może woli pan inną pieśń. Nie, powiedziałem, że na razie dziękuję, bo już za oknem gwiazdy, żona poszła spać i dzieci posnęły, a ja siedzę z tą osobą i nie mogę się oderwać od jej opowieści, choć wiem, że ona ma zwykłe omamy, częste u chorych z narkolepsją, dobrze, że miłe chociaż, myślę, ale gdzieś na dnie myślenia odczuwam niepokój, a może Ona ma rację, może jest coś poza nami, poza naszym rozumem, szkiełkiem i okiem naukowca?

Na dzisiaj koniec wizyty, Ona sama energicznie ją kończy, przecież wiem, że i tak żadnych leków nie otrzymam, bo mnie jest dobrze z tą chorobą i mam dobrą pracę, gdzie mnie przyjęli i mnie lubią, a i tak żadnego leczenia na to nie ma, sam pan kiedyś mówił, a może mówił inny doktor, albo w gazecie pisali, nie wiem.

Podnosi się z krzesełka, odmieniona, rozpromieniona, że pan doktor nie wyśmiał, że wysłuchał i że nadal siedzi i rozmyśla, może jednak go przekonałam, że jest Niebo, Anioły i ze dobry pan Bóg zabiera mnie tam na chwilkę , bym pośpiewała z chórami Aniołów Te Deum a potem zamiotła podłogę w tym niebie, bo to przecież mój prawdziwy dom, może pan doktór teraz się zastanawia nad innym światem, innym życiem, nie wiem, do widzenia panie doktorze, mówi i wychodzi tak cicho jak weszła i już jej nie ma i pan doktor siedzi w fotelu i chyba widzi te anioły, a na pewno jednego, który właśnie wraca do wiecznie pijanego męża i synów, którzy ją całują po rękach i mówią, nie płacz mamo…..

Wreszcie doktor wraca do domu, idzie pustymi już ulicami, światła miasta zasłaniają mu niebo, więc gwiazd nie widzi, też dobrze, bo nie trzeba, ma w oczach jeszcze jasność Tej z narkolepsją. Cicho otwiera zamek w drzwiach, ona tak lubi, zawsze prosi, nie hałasuj jak przychodzisz, dzieci obudzisz, więc wchodzi cicho, zwraca uwagę, żeby było cicho, bo ona, jego żona tak lubi, przypomina z trudem, bo już dawno zapomniał co ona lubi, ta jego żona, nie zakłada kapci by nie szurały, w skarpetkach wchodzi do pokoju dzieci, jak słodko śpią, ufne, dopiero na początku życia, myśli o nich z czułością i troskę, żeby tylko zdrowo rosły i były mądre i kochały ludzi, myśli, dotyka ich czół, są chłodne, na szczęście, nigdy nie dotykał gdy spały, bo robiła to jego żona, anioł, myśli o niej, chciałby może krzyżyk na ich czołach zakreślić, jak robiła to jego matka, a może babcia, ale nie jest zdecydowany, może to nie ma znaczenia, czy nakreślę, ważne, że przypomniałem te kobiety swojego życia, a tak dawno o nich nie myślałem , bo dzień był za krótki i chciałem nakreślić, mamo mówi . A ona śpi, ta jego kobieta, a może czuwa i może czeka na niego, ale nie chce przeszkadzać. Więc wchodzi do pokoju gdzie ona sama, już od dawna sama, myśli, dlaczego nie przytulona do mnie, jak kiedyś, tak dawno. Ona leży na wznak i ma szeroko otwarte oczy, bo zawsze wie, kiedy on przychodzi, i zawsze czuwa, nie chce żeby zachowywał się głośno, żeby dzieci się nie zbudziły. Jest zdziwiona, że on wchodzi do jej pokoju. Oczekuje, może oczekuje gwałtownego przypływu męskiej chęci nagłej krótkiej i bezwzględnej tzw. miłości, a raczej pożądania łatwego do nasycenia, może on chce się nasycić, myśli i się boi, że tak jest, że tak teraz jest. Ale on podchodzi do niej inaczej niż zwykle, gdy pożąda, jest czuły, ona to czuje, jak dawno on nie był czuły, myśli, podchodzi i głaszcze ją po głowie, delikatnie bierze jej twarz w swoje dłonie  i całuje. Ona się poddaje, równie miękko jak jego wargi całują. I są razem, inaczej niż zwykle, mniej drapieżnie , tak jak kiedyś, gdy wszystko pomiędzy nimi się zaczynało, jak kiedyś szepce, a on powtarza, miła moja….

 Rano w pracy koledzy patrzą z niepokojem, gdzież ten ich szef który od drzwi rzuca zalecenia, sprawdza kto jest na „ posterunku” i w ogóle widać, że jest szefem. Sekretarka im daje porozumiewawcze znaki, coś jest nie tak. Może szef niezdrów, myślą, może ma jakieś problemy. Ale chyba  nie, bo się uśmiecha, do pacjentów o, do nich to  się uśmiechał, ale nie do swojego zespołu, nawet do tej najładniejszej i najseksowniejszej pod słońcem pielęgniarki też nie,  a teraz do nich tak, do wszystkich. Zadziwiające i niepokojące jakby . Nieświadomy sytuacji rezydent wchodzi z hałasem do pokoju, szef podnosi głowę i się uśmiecha, rezydent przeprasza, ż e to drzwi same się zatrzasnęły, szef się uśmiecha. Rezydent coś mówi, oficjalnie relacjonuje i patrzy na rozpromienioną twarz szefa i nie wierzy, czy ktoś go zamienił? I od tej pory tak już jest. Wszystko „idzie jak z płatka” i pacjenci szybciej zdrowieją i atmosfera miła, choć każdy zna swoje miejsce w szeregu. Ciekawe jak długo tak będzie? Wszyscy się zastanawiają, ale o dziwo tak jest i nadal trwa….

 Któregoś dnia zaprasza pana doktora jego  kolega ze studiów , który prowadzi  hospicjum. Doktor wielce go poważa, bo to serce nie człowiek a mógł zrobić tak wielką karierę naukową, bo był najlepszy a pracuje tylko w hospicjum, przez długie lata tylko tam. Doktor nigdy mu nie odmawia, chociaż to praca gratis, ma taki gest, dla biednych , biednym daje serce i swój czas. Więc zmierza właśnie do tego obiektu, gdzie chorzy umierający znajdują swoją ostatnią przystań. I gdy przemierza korytarz, spotyka Ja, swoją pacjentkę chorą na narkolepsję lub nie chorą a tylko chwilami wstępującą do nieba ( jak teraz o Niej myśli) . Ona idzie korytarzem roześmiana, dźwigając jakieś wiadro, kłania się z daleka i znika za drzwiami brudownika. Po chwili się wynurza a już pokrzykuje na nią pielęgniarka, że trzeba zmienić pościel, bo jak wiadomo coś się takiego stało, że trzeba. Wraca więc do szafy z pościelą, zabiera świeżą i wchodzi do pokoju jakiegoś chorego. Doktor patrzy na nią z przyjemnością, jak zręcznie się uwija i z taką pogodą ducha. A to przecież taka prosta, niewykształcona kobieta, jest tylko pomocą pielęgniarską, aż pomocą, jak dobrze, że ją przyjęli do pracy, bo chyba ją lubią i doktor czuje, że tu jest jej miejsce, że się sprawdza. To nic, że czasem gdzieś przyśnie, o dziwo tutaj ta chwila trwa krócej, niż w przychodni, bo jest wyluzowana, bo tu jest jej ziemskie miejsce, tu nikomu krzywdy nie zrobi swoim zaśnięciem, dobrze o tym wie i wiedzą inni.

Doktor zmierza do gabinetu swojego kolegi, gdzie dowiaduje się o problemach chorego, którego ma konsultować. Że oczywiście ostatnie stadium, że pobudzony, może jakieś leki, bo cierpi i pobudzony, nikt już nie wie jak pomóc. Doktor wchodzi do sali, gdzie ten chory. A przy jego łóżku widzi swoją Jasną, pacjentkę z narkolepsją, która właśnie przysuwa niski stołeczek do łóżka chorego , bierze jego bezwładną rękę i tak zastyga. Może zasypia? Doktor patrzy jak chory powoli bierze z niej przykład, wyostrzone rysy łagodnieją, powoli powoli odchodzi cierpienie, wreszcie całkiem rozluźniony powtarza zachrypłym głosem za swoją przewodniczką mentorką Te Deum. A ona cicho śpiewa, tym razem słychać, doktor słyszy gdy ona śpiewa tę swoją anielską pieśń. I wszystko nieruchomieje, już nawet wiatr za oknem przestał wyć, bo to  dżdżysta późna jesień, gdy ona śpiewa a coraz bardziej niknącym zachrypłym głosem powtarza za nią chory słowa tej pieśni. I ona czuje i wie, że on odchodzi, a ona jest z nim, najbliższa mu, nie jakieś lamentujące dzieci czy osłupiała wnuki, które też czasem, choć bardzo rzadko go odwiedzają, że ona jest z nim, on wie, bo ona jest Aniołem który zszedł do niego z samego nieba, tu na ziemię,, na ten padół łez, by być z nim, i tylko z nim, do końca….

zdj. własne

 Ta prawdziwa historia kobiety o niezwykłym darze dawania siebie ludziom, przeprowadzania na drugi brzeg cierpiących gdy tego potrzebowali działała intuicyjnie, przez nikogo nie szkolona, patrzyła sercem i dawała swoją energię umierającym, by mieli odwagę przekroczyć próg życia , co jak mówiła czuła i oni czuli….po prostu była ziemskim Aniołem

Doktor po bardzo wielu latach wspomina tę chwilę, gdy była z umierającym jak i wszystkie chwile poprzednie, od kiedy Ją spotkał, gdy otrzymał od niej spokój, to Ona sprawiła, że ponownie poczuł swoje człowieczeństwo, tę piękną i dobrą jego stronę i dzięki Niej inaczej patrzył na świat…

A ona, no cóż, uzyskała rentę, gdyż praca okazała się ponad jej siły, co nie spowodowało, że mąż zaczął pracować,  zmarł jako bezrobotny, nie chcący terapii alkoholik, jej dzieci już dorosłe nadal tulą się do niej a doktor widzi z jak wielkim szacunkiem atencją i miłością patrzą na swoją matkę.

Cała rodzina uznała, że jest ona Aniołem, więc podrzucali jej kolejnych bardzo starych wujków , którymi się opiekowała samotnie walcząc o ich zdrowie i towarzyszyła gdy decydowali się wybrać na ten drugi świat , znajomy jej przecież przez chwile narkolepsji , które były powrotem do miejsca z którego wyszła….

Potem zachorowała na raka, zastosowano bardzo oszczędzającą, właściwie symboliczną chemioterapię, którą zniosła znakomicie i pomimo choroby żyje….przez wiele lat żyje…..

widać ziemskie Anioły nie umierają, nigdy nie…..

 

 

List od nieistniejącego przyjaciela.

 

księżyc w dłoniach.JPG

 

List od nieistniejącego przyjaciela….

 Płacz Zośka, choć dopiero teraz widzę Twoje łzy. Od rana byłaś kamienna, powściągliwa opanowana . Powtarzałaś tylko,  niemożliwe- że już nigdy z gonią nie porozmawiam. Patrzyłem na Ciebie z zadziwieniem, że tak potrafisz ukrywać emocje. I że myślisz tylko o sobie- że straciłaś Przyjaciółkę. Widziałem jak patrzyłaś w niebo szukając Jej wśród chmur….potem przyszło do Ciebie myślenie, „ jak dobrze, że już nadszedł kres cierpień goni”….bo ostatnie miesiące były pasmem udręk- wszystko wiedziałaś i jako lekarz widziałaś, że gonia jest na równi pochyłej. Więc dlaczego wierzyłaś uparcie i na przekór medycznej wiedzy i intuicji, że to wątłe życie będzie trwało. To było myślenie irracjonalne…sama widzisz….Potem opowiedziałaś mi, że gonia jest z tobą, będzie do końca ziemskich dni w drzewkach, które wyhodowała i przywiozła z dalekiego Gorzowa i zamieszkały w twoim  ogródku. Będzie też gonia w „ Gorzowskim Muzeum” w domku michałowickim , które powstało dzięki kamieniom brukowym zebranym z wymienianej nawierzchni ulic gorzowskich, którymi kiedyś chodziłam, a także fragmentami spadłej elewacji domów które zapamiętałam…..wszystkie zbiory , każdy element gonia zbierała do plecaczka , dźwigała do domu- a postury była mikro potem opisała symbolami- a to OL- czyli ulica Orląt Lwowskich, przy której mieszkaliśmy ( wtedy nazywała się Nowotki) , a to M- czyli Matejki opasującej nasze wzgórze działkowe ….i przywiozła do naszej michałowickiej samotni….

Teraz wreszcie płaczesz….

Płacz przyjaciółko moja, płacz ….

Jestem z tobą, towarzyszę w żałobie

Tylko szkoda, że nie istnieję

Twój przyjaciel

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel…( 12 )

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel

zdj wcale nie pasuje do opisu jesieni w tekściku poniżej- ale ogródek Pana Profesora nad Bugiem i cienie ….te cienie mnie uwiodły….symbolicznie jakby….

Poświątecznie wracam do podjętego już tematu. Napisałam, że o Profciu będzie- ale wdarł się inny wątek….

Siedzimy sobie w ciepełku kominkowym domku Pana Profesora , za oknem przelatują wichry i deszcz zagląda do okien , powoli staje się wczesna jesienna ciemność. Pan Profesor opowiada o swojej pasji filmowej. Lubimy te wspominki, dość często powtarzane, ale to nie przeszkadza. Moja Mama miała taki zwyczaj, który przejęłam chyba od Niej- opowiadania po kilka razy tego samego. Dzięki temu tak dużo zapamiętałam z Jej opowieści, bo byłam niedojrzała, niedorosła, więc słuchałam jednym uchem, choć zawsze z zainteresowaniem. Bo wszystkie opowieści od razu malowały mi głowie film, który tam zapisany i utrwalony wywołuje się w moich oczach gdy tylko usłyszę bądź pomyślę o czymkolwiek.  Wówczas, myk i wszystko widzę , jakby wydobyte z archiwum. Albo są to tylko obrazy albo całe filmy . Ale dość już na swój i Mojej Mamy temat. Nie, nie dość. Jeszcze jedno związane z filmami. Gdy moja Mama , która już od kilku lata leżała, straciła wzrok i prawie słuch, opowiadała, że widzi filmy wyświetlane na ścianie. Kolorowe, ciekawe i przyjemne. Jakieś zabawy wiejskie, przemarsze korowodów… jak dobrze, że nie wyświetlał Jej się film z własnego życia- bo było trudne i tragiczne . Słuchałam jak Mama opowiada o tych swoich doznaniach obrazowo- filmowych i teraz rozumiem. Pewnie miała to, co ja u siebie odkrywam. Mam nadzieję, że gdyby stało się tak, że znajdę się w Jej ostatniej sytuacji , Mama z zaświatów podeśle mi jakiś film , który sobie obejrzę na białej ścianie….Oj, lepiej żeby tak nie było, ale tak sobie piszę ….