Na Nowy Rok będzie ” strzępiasto” :)

 

IMG_20170621_142611.jpg

Nasza droga, ciemny las wokół ale jasne niebo- takie skojarzenie z życiem….

a tak w ogóle to przyroda a szczególnie  las jest lekiem na całe zło tego świata… przynajmniej dla mnie…zapraszam….

 

 

Jeszcze nie „Stukamy w kalendarz” !

Kochani! Jak zwykle będzie „ strzępiasto”- bo tak określam moje pisanie pełne wątków pobocznych- ale na pewno darujecie mi- to nie ja, a moje palce wystukują to wszystko na klawiaturze a impulsy płyną z głowy i serca !!!!

To fajne powiedzenie  zawarte w tytule , pogodne, chyba zapomniane przypomina się dziś, kiedy Stary a jakże niedawno jeszcze Młody Rok odchodzi w siną dal, a bieży kolejny….2018….a my jeszcze odwracamy kartki kalendarza i nie „ stukamy w swój kalendarz”…chciałabym jednak stworzyć parafrazę tego określenia, na bardziej radosne…Kochani dopóki żyjemy siła jest w nas….a potem…., kiedy „ stukniemy w ziemski kalendarz… No cóż potem, zapraszam na Kasjopeję gdzie zamierzam się ulokować i gościć Was tam, moi Mili….piękny to gwiazdozbiór wyraźnie widoczny na niebie- choć gdy powiedziałam o tym Profciowi, który u nas gościł w pierwszy i drugi Dzień Świąt- od razu zareagował- ależ tam jest wielka temperatura!- ot, prawdziwy fizyk i naukowiec!!!- odparłam- w tym stanie ducha nawet wielkie temperatury nam nie zaszkodzą…..

 

I tu miało być o kalendarzu juliańskim, gregoriańskim etc. A nagle wdarł się …Stanisław Lem….bo gdy poszukałam w necie info nt. tego powiedzenie : Stuknąć w kalendarz- w jakimś tam portalu pojawił się Lem, i cytat z jego Cyberiady ( którą właśnie pożyczyłam z biblioteki, ale leży odłogiem, bo zajmuję się czymś innym – też pisaniem ale na tematy jak z odległej galaktyki)…..

Otóż Lem w tejże Cyberiadzie napisał : Stuknęła mi sześćdziesiątka, siódmy krzyżyk się zbliżał i nadzieje sławy doczesnej nikły. S. Lem, Cyberiada.

Od razu „złapałam haczyk „ i postanowiłam pogrzebać w Jego życiorysie i sprawdzić czy faktycznie był to już jego zmierzch życia ( jak mnie znacie, by znaleźć w sobie siłę wiary w „ świetlaną przyszłość” moich lat 80 , które zaczęły się 28 września 2017 roku…..

Stanisław Lem ur.1921 we Lwowie , zm. w 2006 w Krakowie. Żył więc 85 lat !!! Słuszny to wiek, choć mógłby dociągnąć przynajmniej do 100 ! Ale tak się nie stało i dobry Bóg zabrał go do siebie by śledził gwiazdy z odwrotnej strony. Ciekawe o czym tam teraz pisze J

Nie był to człowiek jedynie zapatrzony w kosmos i fantazje, ale też rozważał  jak się mogą porozumiewać istoty inteligentne i próbował określić miejsce człowieka we Wszechświecie. To nie wszystkie Jego zainteresowania,  jakby się zdawało, ale też żywo interesowało  go to co przyziemne- ziemski  człowiek – snuł więc  refleksje naukowo- filozoficzne na temat współczesnego społeczeństwa,  krytykował różne systemy polityczne, na żadnym nie zostawiając przysłowiowej „ suchej nitki”,  filozofował.

Jego książki w dość odległym okresie należały do najczęściej czytywanych w świecie nieanglojęzycznym . Przetłumaczono je na ponad 40 języków , osiągając łączny nakład ponad 30 milionów egzemplarzy co lokuje go na czele wszystkich innych pisarzy polskich.  Krytycy porównują jego wpływ na literaturę światową do wpływu np. Wellsa czy Stapledona.

Jego nazwiskiem nazwano planetoidę oraz pierwszego polskiego satelitę naukowego.

       Faktycznie po ukończeniu owych 60 lat pisał mniej powieści beletrystycznych , ale był stale aktywny, co można prześledzić w jego biografii zawartej w Wikipedii. Ważne jest to, że nie usiadł w fotelu i rozmyślał o przeszłości….dla mnie fajne….każdy wiek ma swoje prawa, zajęcia…

Ale nieco śmieszne jest to, co znalazłam w Wikipedii, że był znawcą i wielbicielem oraz aktywnym degustatorem chałwy i marcepanu. Pomimo stwierdzonej cukrzycy, konsumował te słodycze bez umiaru, ponadto pijał likiery a także gin o którym to trunku wyrażał się z sympatią korespondując z Mrożkiem, palił także papierosy, ale wyłącznie mentolowe.  

Wielbił poezję Leśmiana, fragmenty Trylogii Sienkiewicza, lubił muzykę poważną szczególnie Beethovena oraz jazz ( duety Luisa Armstronga z Ellą Fitzgerald) ale też piosenki z Kabaretu Starszych Panów i niektóre Beatelsów. Lubił filmy rozrywkowe szczególnie King Konga, serie z Jamesem Bondem, Gwiezdne Wojny…filmy Luisa Bunuela….

Był poliglotą- znał łacinę, niemiecki, francuski, angielski, ukraiński i rosyjski.

Kochał narty i Zakopane. W tym mieście zatrzymywał się w Astorii, gdzie powstało jego wiele książek. Był też pasjonatem motoryzacji- lubił ostrą jazdę, wyprzedzanie i ściganie się spod świateł, a do garażu wjeżdżał z impetem . Sam naprawiał swoje samochody.

Był człowiekiem pogodnym, dowcipnym i czarującym – co zaskakiwało wielu, którzy do tej pory, zanim spotkali się z nim osobiście, a znali tylko jego twórczość- zaskakiwało.  Często żartował z otaczającej rzeczywistości , był szalenie gościnny i zabawiał rozmową a czasem nawet szaloną dyskusją. Bywało, że wpadał w irytację, szczególnie w sytuacjach z urzędnikami….

Dlaczego piszę o Lemie ? ot, tak sobie…po prostu fajnie jest poznawać nie tylko pisarza, ale człowieka….optymistyczne dla mnie….radość życia !!!

I tego Wam, Kochani życzę !!!

Nie tylko na Nowy Rok- nie tylko Zdrowia, Szczęścia , Pieniędzy może, ale Radości Życia, z tego, że żyjemy i jest to piękne….bo Życie jest Piękne, prawda?

 

 

IMG_20170623_173932.jpg

 Nawet gdy jest bardzo ponuro- zawsze gdzieś światełko, jasność przynajmniej…..

 

Przerywnik świąteczny…

 

botticelli-mistyczne-boze-narodzenie-święta-rodzina.jpg

 

Dla mnie piękny jest ten obraz Boticelliego….pozycja św. Józefa chyba nie spotykana na innych obrazach. Jakże jest ludzki…

 

 

 

I odbyło się tak, jak opowiedziałam w poprzednim wpisie. Dodatkowo Mirek wygrzebał ze swoich archiwów karteczkę z tekstem, który wygłosił przed 3 laty. Wspaniały To Kronikarz Rodu! Zaskoczył wszystkich, także mnie tym co odczytał. Było tam o każdym z wnucząt- na jakim etapie edukacji i jacy są. Wszyscy zasłuchani mogli porównać siebie z tamtych lat z czasem obecnym. Mirka mowa wzbudziła powszechny podziw i zachwyt…..

 

A teraz słów parę o tradycji Świąt Bożego Narodzenia. Z przyjemnością poczytałam i z Wami, Kochani się dzielę tą informacją. Otóż zadziwiające jest, że już w II tysiącleciu przed nową erą w mitologii indoirańskiej pojawiło się święto Mitry. Było to  bóstwa solarne otaczane wielkim kultem. Jego zalety i atrybuty zostały opisane w Aweście czyli świętej księdze zawierającej teksty religijne – fragmenty starych irańskich przekazów datowanych na VII wiek p.n.e. lub okres jeszcze wcześniejszy tj. z II tysiąclecia p.n.e. Bóstwo to określane jako Pan Zobowiązań –  uosabia Lojalność.  Jest Władcą Ładu  który panuje nad Kosmosem, strzeże porządku społecznego , chroni majestat króla i występuje w zaświatach jako sędzia. Miesiącem poświęconym Mitrze był październik, czyli okres równonocy jesiennej. Mitrę przedstawiano jako wojownika w pełnym uzbrojeniu na zaprzęgniętym w białe konie rydwanie. Śpiewają o nim hymny Rygwedy czyli najstarszych zabytków literackich tego regionu .

Od początku naszej ery kult Mitry rozpowszechnił się także w cesarstwie rzymskim, gdzie przedstawiano go jako zabójcę byka. Kult Mitry był  więc bardzo popularny już nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale też, jak wspomniałam, w Rzymie.

Gdy nadeszło chrześcijaństwo i stało się  w Rzymie religią państwową, by osłabić kult Mitry , przyjęto iż 25 grudnia- dzień jego narodzin będzie dniem narodzin Jezusa. Święto Bożego Narodzenia ludność chętnie zaakceptowała, gdyż jednocześnie było wariantem pogańskiego święta Ajona- czyli święta przesunięcia Słońca. Ten pogański obrządek odprawiano w podziemnym adytonie w nocy z 24 / 25 grudnia . O północy ruszała procesja z miejsca kultu a dziewica zwana Dea Caelestis ( Tanit)  niosła statuetkę dziecka jako symbol urodzonego Boga- Słońca.

Uczeni nadal dyskutują nad dniem narodzin Chrystusa oraz powodem umieszczenia tej daty w kalendarzu liturgicznym w dniu 25 grudnia, Wg. dostępnych źródeł święto to wprowadzono w najpierw w Rzymie  pod koniec III wieku n.e . ….

Nie będę rozwijała dalej tego tematu, gdyż chcemy wierzyć, że jest tak jak nas nauczono w czasie lekcji religii….jednak bardzo ciekawe jest wpisywanie naszego kościoła w pradawne  tradycje….

Pozostając z tymi myślami, cieszę się, pewnie jako i Wy, że już po Wigilii i jest Pierwszy Dzień Bożego Narodzenia….a gdzieś tam już  bieży do nas Nowy Roczek….i będzie kolejna Sylwestrowa radość…..

I tak sobie żyjemy od Świąt do Świąt, rok podzielony takimi datami i fajnie, że nie zauważamy jak mija nasze życie…..

A jeśli kto pamięta, niech choć na chwilę zapomni, bo jest z nami Wiara, Nadzieja i Miłość- córki św. Zofii  🙂

 

 

 

Przerywnik świąteczny…

Przerywnik świąteczny

Dziś nadeszła pora, od nas niezależna,  na zajęcie się tematem Bożego Narodzenia.

Już jutro Wigilia…..u nas przetrwała piękna tradycja, którą przenieśli  ze swoich rodzin moi Rodzice. Otóż  przed indywidualnym dzieleniem się opłatkiem i zasiadaniem do stołu trzeba zebrać się w kręgu. Już nawet nasze Wnuki wiedzą jaki jest scenariusz i grzecznie się ustawiają , choć dość nerwowo zerkają na stertę prezentów pod choinką. Ale cóż, jest rytuał , porządek i trzeba się dostosować. Gdy tak stoimy w RODZINNYM KRĘGU  Najstarszy Rodu zabiera głos. Prosi o ciche wspomnienie NASZYCH ZMARŁYCH – każdy sam z NIMI rozmawia w duchu- z kim chce i jak chce. Po  tej chwili milczenia odmawiamy Ojcze Nasz- a potem jest krótki przekaz myśli. Przedtem przemawiał mój Tato, a teraz Mirek. Gdy przybywa nowy Członek Rodziny po raz pierwszy obecny na Wigilii, jest witany specjalnie . Potem Mirek składa życzenia by wszyscy- cała RODZINA- by WSZYSCY ,  się kochali, pomagali wzajemnie i byli w stałym kontakcie. Na koniec jest  słowo o pokoju na świecie i o  wszystkich którzy cierpią ….

I Wam Kochani , którzy tu zajrzycie i tym którzy tu nie zajrzycie 

składam

ŻYCZENIA SPOKOJU, RADOŚCI DUCHA A PRZEDE WSZYSTKIM ZDROWIA!!!

Pożegnanie Andrzeja Skrzypca

Nieodłącznym Przyjacielem Pana profesora Witolda Ramotowskiego był Andrzej Skrzypiec- sąsiad z warszawskiego Mokotowa i z działki nad Bugiem….spędzali ze sobą dużo czasu, razem wyjeżdżali. Z tego okresu, sprzed wielu, wielu lat przetrwała opowieść Pana Profesora. Kiedyś przebywali razem w Odessie, na wczasach. Zainteresowana kelnerka, usiłowała się wdzięczyć do obu Panów- bo przystojni, jeszcze młodzi, urodziwi i pewnie bogaci, bo z Polski. Jednym słowem- Panowie w jej pojęciu „do wzięcia”. Przy kolejnej, już dość natarczywej próbie zadziałania swoimi wdziękami, minkami etc, w końcu zagadała- a panowie sami, może potrzebują towarzystwa.  Wtedy Andrzej odpowiedział unosząc znad talerza niewinne oczęta- my sobie sami wystarczamy 🙂 . Panienka odskoczyła jak oparzona, popatrzyła dziwnym wzrokiem …..i od tej pory chłopaki miały spokój…..w jeszcze dawniejszych czasach, razem z Rodzinami ( obydwaj mieli po 2 córki) , wyjeżdżali Syrenami do Chorwacji, czy Jugosławii. To silne więzy, wspólne wspominki z młodości – nie to co nasza znajomość- stosunkowo świeża i pozbawiona młodzieńczego wdzięku. Ale za to trwała, emocjonalna, pełna uwielbienia dla wielu talentów Pana Profesora i Jego Głęboko Ludzkiego Serca dla wszystkich….nie zapomnimy czasów, gdy Andrzej, zapraszany na kawę do altanki Pana Profesora, wypatrywany, w końcu docierał , siadał naprzeciwko nas i na moje pytanie- czy kawę wypije- prosił o wodę….opowiadał ciekawie o swoich zawodowych przeżyciach- wielu wspólnych z Mirkiem, bo kiedyś razem pracowali. Opowieściom nie było końca…..miłe chwile w Azylu, już nie wrócą- były minęły….i dziękujemy Panu profesorowi i Andrzejowi za ten darowanym nam piękny czas pod nadbużańskim niebem , wśród ptasząt i woni świeżych nadrzecznych łąk…..

 

Zastanawiałam się, czy coś napisać tytułem wstępu, bo nadal nie mogę poskładać myśli, więc będzie nieporadnie. Potem opiszę historię naszej znajomości i wreszcie Przyjaźni…potem…. Andrzeja Skrzypca znało bardzo wiele osób , ale odszedł tak niespodziewanie, że niektórzy mogą o tym nie wiedzieć……Andrzej  jest nadal wśród nas, tak jak zawsze i wiosną znowu spotkamy się nad Bugiem, na  działce  której był Autorem…poniżej  zamieszczam Tekst Pożegnania zredagowany przez Rodzinę i odczytany przez księdza. Tekst ten miał i ma nadal  wielką siłę , jest dla nas  przejmujący, przynosi  w  krótkich prostych słowach taki ładunek emocji i Całą Wiedzę o Andrzeju , że poprosiłam Jego Żonę i Dzieci o udostępnienie i możliwość zamieszczenia w tym blogu. Dzięki Kasiu, za nieomal natychmiastowe spełnienie mojej prośby….

Bug.JPG

” Dzisiaj nadszedł bolesny czas pożegnania.

Odchodzisz od nas jako kochający mąż , opiekuńczy tata , cudowny dziadek i wspaniały teść.

Bez Ciebie czujemy się zagubieni i bezradni bo Twoja obecność dawała nam poczucie bezpieczeństwa a rada i wsparcie były dla nas bezcenne .

Zawsze pogodny , wyrozumiały , odpowiedzialny i szczery. Taki nasz przewodnik po życiu.

Ukochany – odszedłeś ale niedaleko bo przecież jesteś w sercu każdego z nas.

Będziesz nadal naszym stróżem bo Twoje mądrości nam przekazane pozostaną w pamięci na zawsze.

Byłeś z nas dumny i nadal będziesz – nie zawiedziemy Twoich oczekiwań i marzeń.

Nauczyłeś nas dbałości , rozsądku ,miłości i wiary w siebie .

Rodzina była dla Ciebie najważniejsza i dla nas też jest i pozostanie .

Nie martw się , będziemy trzymać się razem i dbać o siebie wzajemnie tak jak Ty dbałeś o nas.

Kochająca Cię Rodzina .

 

Dziękujemy wszystkim za słowa otuchy i wsparcia oraz wspólne ostatnie pożegnanie .” 

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 11 )

Mili moi! Tym razem tekst sam się napisał i niezależnie od mojej woli ( no niezupełnie) pojawiło się bardzo dużo dygresji- wybaczcie- ale grzecznie wróciłam do tematu- zapraszam więc….

Pan Profesor w swojej ukochanej piwnicznej kuchni……

Radość z opisanej wodno- pompowej instalacji nie trwała przesadnie długo, bowiem po ściśle zaplanowanym przez Profa czasie, który wiedział, bo sprawdził,  kiedy roślinki są już nasycone ożywczą zieloną bużańską wodą i napojone do cna, podlewanie zgodnie z planem zakończono.  

Ale  gdy następnego dnia przyszliśmy jak zwykle do Profa na kawę w Altance zwanej Azylem , Gospodarz wkrótce nadszedł  z wielce zafrasowaną i smutną miną, człapał wolnym jak zwykle krokiem – jak bocian , nasunęło się skojarzenie z Jego opowieścią- że w młodości nazywano Go bocianem- teraz, po tylu latach od tamtego czasu człapał powoli, ale nie unosił już tak wysoko kolan, choć wyraźnie przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą – tak sobie kroczył – ale  od razu pomyślałam- ot wygląda jak skrzyżowanie dawnego bociana z bardzo leciwym starszym, nobliwym Panem noszącym w sobie brzemię ciężkiego życia spędzanego przy operacyjnym stole i licznych pracach. Choć potrafił gwałtownie przyspieszać- jak wtedy gdy sąsiad spadł z drabiny i należało gnać z pomocą. Na hasło, że stała się jakaś tragedia ja pędziłam  ze swojej działki a z drugiej strony gnał w wielkim pędzie Profesor, bo nasz poszkodowany Marek zamieszkiwał i nadal zamieszkuje pośrodku nas . I nigdy nie zapomnę chwili, jakże odległej , ale stale wracającej do mnie bo miała wielki, przeogromny ładunek emocji- gdy Mama , do której przybyłam raniutko, po operacji wszczepiania endoprotezy stawu biodrowego którą odbyła się poprzedniego dnia, zastałam Ją w bardzo marnym stanie, była przytomna, ale jakby zwinięta w sobie i szara. Powiedziała, że wymiotowała przez całą noc. Dlaczegoż wtedy z Nią nie zostałam ? ale uspokajano mnie, że jest pod dobrą opieką a w domu czekały małe dzieci. Gdy stałam bezradnie nad Mamą, nagle drzwi otworzyły się gwałtownie, aż powiało w pokoju wzbudzonym nagle sztucznym wiatrem, i wpadł Profesor. Od razu przypadł do Mamy- uniósł kołdrę, wziął w palce( piękne śniade –  tak teraz stale myślę o Jego dłoniach- wtedy nie zdążyłam pomyśleć  ) fałd skóry na brzuchu Mamy i wypadł z pokoju równie gwałtownie jak wpadł. Nie minęła dłuższa chwilka, gdy wparowała siostra z zestawem kroplówkowym i zabrała się za „podkłuwanie” żyły- bo tak lapidarnie nazywały wkłucie do żyły na mojej ukochanej  Siennej  tamtejsze pielęgniarki…no dość dygresji- o Mamie i Profesorze będzie potem….pora wracać do naszej, a właściwie Profa pompy…Tak więc Profesor niespodziewanie jak na swoje duże ciało, niespodziewanie zwinnie wcisnął się pomiędzy brzeg ławy a stolika – bo w Altance wszystko było mikro i przysiadł ciężko w altance na swoim tradycyjnym miejscu w głębi, w narożniku po lewej stronie od wejścia by mieć wgląd na swój ogród gości i w ogóle cały ten piękny dookolny świat. Pompa nie działa-  Oznajmił. Już dawno, bo zaraz po wejściu do altanki, jak zwykle włączyłam gotowanie kawy podziwiając instalację elektryczną niedawno zmontowaną- bo przedtem kawę zaparzało się w domku i przynosiło na tacy . Zwykle ja to robiłam, choć nie pomnę- chyba i Prof. też….wnosząc dystyngowanie, tak ostrożnie, precyzyjnie, że żadna kropla kawy nie opuściła filiżanki…

Potem pojawił się w Azylu prąd, gdyż Prof. przekopał ogródek wąskim głębokim rowem umieszczając w nim przewód elektryczny rozpoczynający się od też specjalnie zamontowanego gniazdka pod płytą tarasową, do którego włączało się wtyczkę. Należało wykonać nieomal scyzorykowy wygibasowy skłon i  wsuwać się pod taras tak, by sięgając kontaktu nie uszkodzić sobie głowy. Prof. początkowo sam włączał i wyłączał tam prąd, potem ja już się tym zajmowałam, uważając że jestem młodsza, więc bardziej zręczna, co było wysoce mylące, gdyż pomimo upływających lat zachowywał elastyczność i sprawność  młodziaka.

No cóż, tym razem, bo zwykle marudził, że po kawie od razu wracamy do siebie, tym razem  pozwolił nam wypić tę kawę duszkiem  – bo opisany już wcześniej ekspres- zdobyty na śmietniku, któremu Profcio dał duszę- tj. coś w nim pogrzebał i ekspres ożył- ekspres wydał swą kawę, więc jak już wspomniałam, pospiesznie ją  wypiliśmy w minorowych zrezygnowanych nastrojach. Świat stał się ponury, bo ta wielka praca instalacji pompy  spełzła na niczym a emocje wczorajsze wyparowały. Jednak Profcio, jak to On, stale aktywny, optymistyczny i napalony na temat, więc konsekwentny zerwał się znad stolika, jednym haustem łyknął resztkę kawy, której zresztą tak wiele nie było, bo lubił mocną i w małej filiżaneczce. Jak mawiał- Jego przyjaciel Węgier, artysta malarz ożeniony z Polką , mówiący co nieco w naszym języku, zamieszkały na Starym Mieście w Warszawie – Czorban się zwał- zapraszając licznych gości, w tym Profcia, częstował szatańską parzoną na sposób węgierski kawą – mawiał- coby „ przemyć oczki”. Fajne powiedzenie, które Profcio powtarzał,  utrwaliło się w naszym towarzystwie.

Tak więc „ przemywszy oczki” tym razem nie czekaliśmy na dykteryjki Profa, tylko patrzyliśmy czujnie na Jego napiętą twarz z burzą myśli i pomysłów. Ale nie spodziewaliśmy się ciągu dalszego, choć wyczuwało się atmosferę , swoistą aurę wokół Profesora, świadczącą o determinacji i woli działania. Tak więc, gdy dopiwszy swoją kawę, nie bacząc, czy nasza też już zniknęła w czeluściach naszych wnętrz, rzucił:  hasło- do dzieła ! – bo trzeba sprawdzić pompę- orzekł.  Popatrzyliśmy na siebie niepewnie, i właściwie niechętnie- bo już mieliśmy dość tematu, ale cóż było robić. Na takie wezwanie nie można było nie zareagować. Zebraliśmy się więc w sobie i podreptaliśmy za Profciem nad Bug , który pędził wielkimi susami wyciągając swoje długie nogi coraz dalej przed nami i po chwili ponownie, jak wczoraj zniknął w plątaninie wielkich gałęzi wierzbowych gubiąc kalosze. Zatrzymaliśmy się na skraju nadbużańskiej łąki i  – czekaliśmy w napięciu- ale bez większej nadziei i emocji.

Jakże się zawiedliśmy na swoich przeczuciach- Profciowi trzeba było wierzyć- bezkrytycznie- ostatecznie- bez dyskusji, wątpliwości- Profciowi trzeba było wierzyć w każdej sytuacji- nie tylko medycznej- bo po chwili coś błysnęło nad krzakami i świetlistym srebrnym łukiem wywijając ogonem wyfrunęło w powietrze lądując z pluskiem w nurtach rzeki. I wkrótce nasz Profesor  wyłonił się z krzaków z bardzo radosną trumfem płonącą miną ! Mam. Znalazłem przyczynę . To była ryba ! Patrzyliśmy zadziwieni- czyżby Profcio zamiast sprawdzać pompę zajął się łowieniem ryb? Po chwili się wszystko wyjaśniło- otóż sprawdzając pompę, znalazł w jej drucianej jakby klatkowej obudowie tęże rybę !!! Biedna pompa nie dała rady przepompować ryby w żadną stronę- ani na ogródek ani z powrotem do Bugu i po prostu odmówiła pracy. Stąd jej milczenie – po wyjęciu ryby – ruszyła z wielkim zapałem….ryba wielkim srebrzystym łukiem pofrunęła z powrotem do Bugu…radosna…uwolniona….Też się cieszyliśmy, bo nie lubimy zabijania zwierzątek- nawet niemej ryby 🙂  cdn.

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 10 )

Pan Profesor Witold Ramotowski-nasz Przyjaciel

pora na kontynuację opowieści….

Pan Profesor w swojej ulubionej piwnicznej kuchni- jak lubiliśmy tam przebywać- wszystko zmontował tam sam- boazerię ułożył na ścianie, stół własnej produkcji, płytki na podłodze ułożył. A siedzi , bywało, że my też tam siadywaliśmy na materacu, czy jak to zwać- muszę spytać Profa- który był na Jego jachcie czyli słynnym Trepie- oczywiście też całkowicie wykonanym przez Pana Profa…..zdj własne Z.K.

Po długiej przerwie wracam do tematów ciepłych, radosnych- do wspomnień naszych bujnych czasów spędzanych z Panem Profesorem, figlarnie zwanym przez Mirka Profciem, lub Profem…

Bywało, że Pan Profesor, figlarnie nazywany przez nas Profciem, wieczorową porą spędzaną w Jego domku przed telewizorem albo przy muzyce ( o czym już pisałam ) przynosił nam  pyszne pachnące zapiekanki z warzywami z własnego, z czułością uprawianego ogródka.

Z wielkim zaparciem pielęgnował  grządki , kopiąc, pieląc chwasty i podlewając starannie. Zaprojektował i wykonał system do podlewania ogródka- nie tylko grządek ale też wielu krzewów borówki amerykańskiej, owoców której nie jedliśmy, gdyż  lubiła  Jego Żona. Czasami Mirek w czasie obowiązkowego zwiedzania ogródka , bo Profesor lubił go pokazywać, skubnął jedną jagódkę , zda się niepostrzeżenie,  ale zwykle Profcio czujnie to dostrzegał- i bez słowa   tak patrzył na Mirka, że szybko zabierałam Męża proponując inne zajęcia. …

Przed zmontowaniem systemu do podlewania ogródka wodą z Bugu, ponoć zdrowszą niż ta, czerpana z ujęcia, długo rozważał możliwości a potem zakupił odpowiednią pompę, którą umieścił w wodzie starorzecza Bugu, czyli w tzw. cofce. Znajomy profesjonalny hydraulik wątpił, czy owa pompa da radę przetransportować wodę nie tylko na odległość kilkudziesięciu metrów, ale także kilka metrów w górę, bo działka leżała powyżej lustra wody. Jednak Profcio w swym politechnicznym umyśle wyliczył , upewnił się rozważając teoretycznie ( cóż za Umysł!!!) że pompa da radę i bez chwili wahania podjął działania.

Najpierw długo kopał wąski głęboki rów na trasie przyszłego przebiegu rury, by nikt z wędrujących brzegiem jej nie uszkodził . Trasa wiodła z ogródka , pod ogrodzeniem, poprzez kolczaste tarniny , potem zboczem wzgórza i wreszcie przez wielkie krzewy wierzby rosnące nad wodą. Przebijanie się przez te krzewy to dopiero była gehenna- kolce tarniny to pestka. Tu musiał, już w błocie, karczować wiele korzeni wierzbowych. Wykuwał je siekierą z zapałem i cierpliwością godną Takiego Mistrza!. Oczywiście zaglądaliśmy tam często w trakcie prowadzonych prac, zwłaszcza przy pokonywaniu ostatniego odcinka, sprawdzając, czy wszystko w porządku. By ujrzeć Profesora należało wdzierać się pomiędzy wierzbowe krzaki, elastyczne konary waliły po głowie, nagle wyrzucały nas w powietrze, gdy stanęliśmy na gałąź, a ta odbijała w górę razem z naszą stopą- więc jak wynika z opisu , nie było to łatwe.

Gdy wreszcie do Niego docieraliśmy, z ulgą stwierdzaliśmy, że jest ok. Profesor, umorusany w kaloszach pełnych wody, dalej działał z zapałem i precyzją. Gdy budowa rowu, czyli tej ważnej życiodajnej drogi została ukończona , długi wąż gumowy spoczął na jej dnie, przykryty fragmentami starej dachówki, jej falistą częścią i przysypany ziemią  oraz zamaskowany kępami trawy– tak by nikt nie widział i nie uszkodził- nawet przypadkowo-   przyszła pora na uruchamianie całej instalacji. Aha, zapomniałam wspomnieć o niezbędnych dla działania pompy pracach elektrycznych. Tak więc przedtem Profcio kopiąc też głęboki wąski rowek po skosie całej, niemałej działki, w ściśle zarośniętej darni ( wyczyn !) doprowadził przewód elektryczny do specjalnego słupka nieopodal ogrodzenia, gdzie były ulokowane  gniazdka elektryczne , ładnie zakryte przed deszczem klapkami.  Też był tam fajny włącznik i wyłącznik prądu . Oj, jak lubiliśmy potem- przejęci misją specjalną-  włączać tam prąd i patrzeć, jak woda sika na spragnione roślinki z sitka prysznicowego (chyba) zamontowanego na wysokim paliku–

Gdy całość została wykonana, pozostało jeszcze założenie pompy na koniec instalacji. I znowu Profcio brnął przez wierzbowy gąszcz, gubiąc kalosze- my obserwowaliśmy z daleka, gotowi pomóc w razie czego- ale jak ? Byliśmy obserwatorami, niemymi świadkami całej akcji- bo z wrażenia nikt nic nie mówił, ba, nawet wstrzymywał dech nasłuchując czy coś nagle nie zapluszcze co mogłoby być sygnałem, że Profcio wpadł do głębokiej zaraz od brzegu wody starorzecza. Nic takiego się nie stało. Profcio w pewnym momencie krzyknął, żebyśmy włączyli prąd – więc pognaliśmy a może tylko nasza wnuczka Weronika pognała w górę doliny aż na działkę i wkrótce pompa ruszyła !

Sprawdzaliśmy jak obficie perliście, lśniąc kropelkami w słońcu, tryska na grządki woda-  pachnąca zieloną rzeką, żabami, zaroślami moczącymi się w Bugu- życiodajna ciepła w porównaniu z wodą z naszego miniwodociągu i czuliśmy jak ogródek oddycha z rozkoszą.

Profcio triumfalnie wyłonił się z nadrzecznych krzewów, umorusany szczęśliwy wkrótce stanął obok nas mówiąc z radością – jaka zdrowa jest ta woda dla moich roślin, jak zachłannie ją piją- mówił z radością i nam się ona udzieliła……Nawet zjawili się inni działkowicze, w tym znajomy hydraulik- który tylko kręcił głową- jak to możliwe- że pompa zadziałała wbrew jego logice…Potem ruszyliśmy do Azylu, by uczcić to Wiekopomne Wydarzenie lampką wina, dzieci otrzymały jaką kolorową wodę ….oj, piękny to czas wspólny nadbużański letni wonny świetlisty pamięcią – czas zatrzymany w kadrze naszej pamięci…..

prof9 (2).JPG

widok z ogródka Profa na Bug= wąska wstążeczka w dali, cofkę- bliższy plan i wreszcie bujne krzewy – opisana tarnina jakoś na tym zdjęciu ukryta chyba w bzie – ale jest na pewno, gęsta, bujna, bardzo kolczasta z pięknymi czarnymi jagodami…

 

 

„A Maciek tańczy” z cyklu moich Opowieści o Ziemskich Aniołach.( 6 )

 

zdj. własne

I  oto zakończenie mojej opowieści i fragmentów pamiętnika pisanego przez moją pierwszą bratową- Grażynę ( lub pisanego w mojej głowie) o synu Maćku z zespołem Downa i z głębokim upośledzeniem umysłowym :

Maciek jest samą  czystą krystaliczną Miłością. 

A mój były mąż, Emil, ojciec Maćka dał mi przez chwilę piękny powrót do naszych lat szczęśliwych. Zdążył.

 Jego amerykańskie życie osobiste legło w gruzach.

I wówczas zadzwonił. Poczułam wielkie poruszenie serca. Lubiłam jego głos, zawsze. Kiedyś potrafiliśmy przegadywać całe noce o wszystkim i o niczym. I teraz to wróciło. Poobijane, głęboko zranione. Teraz już potrafiliśmy rozmawiać na temat dla nas bolesny kiedyś , zda się zamknięty, ale nigdy nie omówiony. Otworzyliśmy się na siebie i czuliśmy radość z tego, że wróciliśmy do dawnej czułości, otwartości i szczerości.

Gdy opowiadałam mu o Maćku, słuchał z zaciekawieniem, interesował się swoim synem, takim jaki jest, pogodzony, widział, że jestem radosna,  i wtedy on też się cieszył. Przez te kilka miesięcy żyliśmy jak w amoku, rozmawiając jak nigdy przedtem o naszym synu .

Rozmawialiśmy o naszym Synu, który jest Muzyką i Tańcem . 

Jednak nie było mi pisane długo się cieszyć wspólnym życiem przez telefon, gdyż po pewnym czasie Emil zapadł na nowotwór prostaty i dość szybko od chwili rozpoznania  umarł. Zdążył jeszcze mi o tym powiedzieć, powiedzieć, że umiera. I się pożegnał ze mną . Może tam , gdzieś daleko w Nieznanym nam Drugim Świecie spotkał Duszę Maćka , którą Pan Bóg sobie zatrzymał i nigdy nie wypuścił z rąk…. Duszę Maćka, której nie zesłał na ziemię wraz z ciałem naszego syna ….Nie wiem. Może kiedyś się dowiem. Może….

Opowiedziałam o tym Maćkowi, zrozumiał , bo nagle zobaczyłam  łzy w jego pięknych choć tam mało ludzkich oczach. Normalne ludzkie łzy. Na chwilę. Nigdy przedtem ich nie widziałam. Bo syn nigdy nie płakał roniąc łzy.

I tak sobie jesteśmy, tu na ziemi, nie myśląc o tym co nas czeka. Trwamy tu i teraz.

Mój syn Maciek i ja.

Teraz samotni tylko dla siebie, zjednoczeni wielką krystaliczną niemą Miłością .

Tylko raz mój syn powiedział do mnie Mamo i dodał – jesteś Aniołem . Było to całkiem niedawno. Widziałam go i wyraźnie słyszałam. Jakiż on miał piękny tembr głosu, głęboko męski, nieco przytłumiony, z niewielkim przydechem- dokładnie taki jakie lubiłam mężczyzn . Taki sam głos miał jego ojciec, a mój były mąż- Emil.. Po raz pierwszy w życiu usłyszałam głos mojego syna. Z całych sił starałam się zatrzymać tę chwilę. I się udało. I jestem szczęśliwa…

 Gdy się obudziłam z tego pięknego snu, Maciek siedział obok mojego łóżka i wpatrywał się we mnie swoimi przenikliwymi patrzącymi ponad , gdzieś ponad oczami, jakby widział więcej i lepiej niż my wszyscy na ziemi….

zdj, które niedawno otrzymałam od Grażyny.  Oto Ona przed swoim domkiem w Świnoujściu….stale młoda, zadbana, pomimo prawie 80 lat i ciężkich chorób, jak przewlekła niewydolność nerek ( hemodializy) oraz wada serca już nie operacyjna- zresztą wtedy, gdy była taka propozycja  kardiochirurgów- ona mówiła- a kto zostanie z Maciuniem….namawiałam- choć pomóc nie mogłam bo odległość i Jej syn jest tylko Jej Wielką Tragiczną Miłością, Jej Muzyką i Tańcem…..

w skromnym hołdzie  Grażynie – tej  Heroicznej Matce, która z każdym dniem coraz bardziej słabnie…….cóż Ci mogę więcej dać, moja Pierwsza Bratowo- jedynie  moje zdjęcie, tę opowieść o Tobie, myśli moje , wzruszenie i życzenia byś odeszła razem z Maciuniem, tanecznym krokiem przy pięknej Muzyce….prosto do Nieba….

a jak będzie nie wiem….staram się nie myśleć…..

tamto zdj moje, ale to ostatnie od Grażyny- jej ukochany ogród….

zdj własne

 

 

 

„A Maciek tańczy” z mojego cyklu ” Opowieści o Ziemskich Aniołach”( 5 )

Grażyna tak pisze w swoim pamiętniku, który mi wreszcie kiedyś pokazała. Znałam dużo faktów z Jej życia, ale tu mamy intymną odsłonę Jej wnętrza…a może to nie Ona, tylko ja tak bardzo zaangażowana osobiście w tę opowieść, pamiętnik ten wymyśliłam. Nie wiem….

Kiedyś odkryłam, że Maciek kocha muzykę, a było to we wczesnym jego dzieciństwie, kiedy siadywał przed drzwiami wiodącymi na taras, gdzie ustawiałam radio i pieląc chwasty w ulubionym ogrodzie, czy dotykając moje rośliny , głaszcząc ich liście i podziwiając samotnie bujne  kwiaty, słuchałam muzyki, która koiła moją duszę. Wtedy zza szyby drzwi balkonowych widziałam, jak Maciek wprost przylega do szyby, rozpłaszczając na niej nos , wpatruje się w niebo z błogim uśmiechem . Tak długo tkwił w jednym miejscu i był tak intensywnie skupiony, że musiałam otwierać te drzwi i wówczas on, jeszcze wtedy nieporadnie, wychodził na środek tarasu i rozpoczynał taniec.

Mógł tańczyć od świtu do zmroku, nieustannie. Wpatrywałam się w niego, widziałam jego figury , niesamowite wyczucie rytmu i zachwyt w oczach wniesionych ku górze, jakby tak coś widział, jakby z kimś się komunikował…. To było szaleństwo , ten jego taniec.

Piszę było, ale tak  jest nadal , bo  Maciek tańczy nadal. Jest dla mnie łącznikiem pomiędzy Ziemią a zakrytym przed ludźmi, tajemnym  Niebem. Jest Tajemnicą Nieba. Przybyszem z obcej planety. Jest moim Jedynym Ukochanym Synem, którego przytulam.

Jego absolutny słuch muzyczny, poczucie rytmu i taniec to jest ten dar, który obiecał mi Anioł w proroczym śnie z mojej młodości, gdy dopiero się uczyłam być matką dziecka z głębokim upośledzeniem umysłowym.

Maciek jest Tańcem .

Maciek jest Muzyką. cdn

z naszego rodzinnego albumu… zdjęcia wykonał, wklejał i podpisywał mój Tato…ten podpis obok mnie nie dotyczy tego zdjęcia. W VII klasie na balu maskowym byłam przebrana za syrenę. Strój wymyśliła i samiuteńka wykonała Grażyna…najfajniejsze było zszywanie łusek – każda wycięta osobno, zszywana po lewej stronie, potem przewracana na właściwą- w tym brałam udział. Komu by się teraz chciało robić coś takiego ? Taka była i jest Grażyna…..

 

” A Maciek tańczy ” z cyklu moich ” Opowieści o Ziemskich Aniołach”( 4 )

oto cd tej opowieści…

Jej głos przez telefon brzmi miękko ciepło, soczyście, czuje się jej piękne wydatne wargi które układają się w Uśmiech. Jej głos z tym uśmiechem daje siłę rozmówcom, choć ich życie jest zwykłe i właściwie dobre, to ona, tak ciężko doświadczona daje im siłę. Tak jej mówią –ty dajesz nam siłę . ….

Tylko w pamiętniku zapisuje kolejny dzień. Dzisiaj pisze:

„ A Maciek tańczy.

Patrzę na niego jak tańczy”.

I dalej zatapia się w to co było, w tamten czas, bez emocji, ale  pisze, bo jednak pamięta, wraca do tamtych dni, gdy jeszcze był obok niej mąż , choć ich małżeństwo umarło.

„Nasz syn pięknie tańczy  – prawda ?, mówię. Obok mnie obojętność i pogarda. A może tak mi się wydaje, a może to tylko męska maska lęku i przerażenia które ma w środku.

Dopiero teraz tak  myślę, gdy już minęło 48 lat o tamtego czasu, kiedy urodził się nam syn.

 Byliśmy młodzi i piękni , tak o nas mówiono- jaka piękna para. Świat stał przed nami otworem. Emil jeszcze nigdy nie miał żony , więc nie tylko że znany architekt, ale też kawaler- znakomita partia mówiła mama.

Ja po traumie rozstania z pierwszą szaleńczą miłością , porzucona przez Swawolnego Dyzia, jak nazywałam Zenona , samiutka z maleńką córeczką. Odszedł od nas, a  przecież tak bardzo chciałam kochać i być dobrą żoną . Cyklinowałam wiórkami aluminiowymi podłogę naszego nowego mieszkania na wzgórzach, pastowałam z przejęciem. Zawsze było czysto, pachnąco a nowe zaprojektowane przeze mnie meble cieszyły oko oryginalnością. Poza tym pichciłam  coś tam, co mu zwykle nie smakowało, bo żywił się byle gdzie, najczęściej w knajpach. Mówił, że musi poznawać życie od podszewki, by potem o tym pisać. Faktycznie pisał, coś mu nawet drukowano, był znanym w Gorzowie , Nadodrzu , Twórczości literatem dziennikarzem i redaktorem. Ale cóż, nikt go nie nauczył jak kochać kobietę, tak zwyczajnie po ludzku ciepło i codziennie….A może ja nie potrafiłam dać mu kobiecego ciepła. Nie wiem jak było. Jak było tak było, fakt, że porzucił mnie i naszą dorodną wtedy 2 letnią córkę…..ale to było życie jakby obcej innej kobiety , nie moje. Tamten rozdział zamknięty.

 Teraz patrzę na syna który tańczy pięknie.

Ma wielkie wyczucie rytmu , jest cały Muzyką i Tańcem. Tak od maleńkości. Jest jakby przybyszem z obcej planety, nie zna naszego ziemskiego języka, tylko zapatrzony w niebo tańczy.

Czasami tylko zbliża się do mnie, przytula i wtedy wiem że mnie rozpoznaje i kocha. Ale  jest to miłość nienazwana,  Miłość bez słów, bo syn  nigdy nie powiedział do mnie mamo, nawet nic innego nie powiedział…

A mówiłam Emilowi, gdy ktoś nam powiedział, że dziecko ma skośne oczy, powiedziałam, faktycznie, nasz syn jest jakiś inny, a mój mąż, ojciec dziecka odparł z uśmiechem miłośnie na mnie patrząc- toż on ma twoje oczy…. Czułam że coś nie jest tak. Lekarze wyraźnie ociągali się z powiedzeniem nam prawdy.  Może chcieli nas przygotować na te hiobową informację, kluczyli, wysyłali do Warszawy na badania. Więc jeździliśmy, nie raz i nie dwa.  O nie chcę do tego wracać, a opisuję to już drugi raz, ale jednak wracam. Opowiadam pisząc ten pamiętnik. Nikomu nie zawracam głowy, ludzie mają swoje problemy, stale z nimi do mnie przychodzą, więc doradzam im  ja mogę.

Najlepszą radą jest by się do siebie uśmiechnęli. Gdy tak robią, pękają bariery ruszają lody i staje się między nimi jasność. Tak mam, mam taki dar, by pomagać ludziom , tak mi mówią, dar którego nauczył mnie Maciek. Tylko czułość i uśmiech. Żadne rozdrapywanie ran, szukanie win w sobie i w tym drugim, psychoterapie, tylko Uśmiech  Przytulenie i Zapomnienie o tym co było.

To wystarczy, wiem, wiem od Maćka, głęboko upośledzonego umysłowo mojego syna z  zespołem Downa. cdn 

zdj własne

 

 

” A Maciek tańczy” z cyklu ” Opowieści o Ziemskich Aniołach”( 3 )

I oto dalszy odcinek mojej opowieści, opartej na faktach, które dobrze znam, bo Grażyna jest pierwszą moją bratową i utrzymujemy stałe ciepłe kontakty. 

Własnoręczny podpis Grażyny na powyższym zdjęciu. Stale się zachwycam Jej malarskim pismem 🙂

” A Maciek tańczy” z cyklu ” Opowieści o ziemskich Aniołach”

(….)  Więc przychodzą ci znajomi, bo ją lubią i nic to, że czasem się skarżą na swój los . Ona zawsze uśmiechem i pogodą ducha Pomimo Wszystko łagodzi napięcia i wychodzą z jej domu szczęśliwi.  

A Emil, niespełniony ojciec, z Ameryki przysyła pieniądze na utrzymanie Maciunia, choć przez długie lata kontynuował to zrodzone pomiędzy nimi Milczenie. Tylko zza oceanu przychodziły  pieniądze.

I to przełknęła.

Jedna porażka w życiu więcej czy mniej nie miała już znaczenia. Bo Maciek któregoś dnia wstał w łóżeczku. Wprawdzie później niż inne dzieci, ale znalazł w sobie siłę i wstał. Jakże była szczęśliwa. Złapała Maciusia i zatańczyła z nim szalony taniec. I wtedy, tak to było wtedy poczuła jak dziecko rytmicznie się porusza w takt muzyki. Wyrzucał łapki w górę i pokrzykiwał po swojemu.

Ona wiedziała, bo kiedyś się dowiedziała, że jej syn , głęboko upośledzony jak orzekło gremium psychologów, stanie się jej dumą radością, bo on był czystą Miłością, wzorcem Miłości, diamentem, którego nigdy nikt nie oszlifuje, bo nie ma do niego dostępu.

Chyba nikomu nie wyznała o tamtym  ważnym wydarzeniu , kiedy się o tym dowiedziała, bo i tak nikt by nie uwierzył, a może pomyślałby w duchu, że zaczyna tracić rozum. Bo w ogóle nie opowiadała o sobie i swoich problemach ludziom, po co? i tak by nie pomogli, nawet jeśli byliby w stanie zrozumieć co ona czuje.

A było tak , o czym nikomu nie opowiedziała- którejś nocy odwiedził ją we śnie Anioł. Był to niewątpliwie Anioł chociaż bezskrzydły ale urodziwy i dziwnie szumny i rzekł- nie smuć się Piękna. Dostałaś największy podarunek, ciebie wybrał dobry Bóg byś doświadczyła Miłości, Jedynej takiej na świecie, Bezgranicznej, Bezkrytycznej, Niezmiennej. Masz syna, który jest samą najczystszą Miłością, jej kwintesencją, samym wykwintnym Jej smakiem. Bóg nie dał mu wady serca, byś musiała jeździć na operacje , więc jednak cię oszczędził. Bóg nie dał mu krzty rozumu rozumianego jako ludzki, by nie czuł tego, że jest inny. Byś nie musiała walczyć o jego edukację i czekać na efekty. Masz sytuację komfortową Piękna bo on ci pokaże jeden swój talent, którym będzie zachwycał tylko ciebie. Otóż Piękna, dobry nasz  Bóg się zgodził byśmy my, wszystkie Anioły oddały twojemu synowi  cząstkę naszej muzycznej duszy. To jest  od nas specjalna premia za to że go urodziłaś , wychowujesz i za to, że już nie chcesz układać sobie życia. Od dzisiaj  czuj, że swoje życie masz już  przez nas poukładane.

Jeszcze rano, gdy jak zwykle wstała o świcie, słyszała słowa Anioła i zastanawiała się nad ich znaczeniem.  Nie wierzyła wtedy, bo była jeszcze nieszczęśliwa, ale teraz wie. Anioł miał rację.  Maciunio jest osłodą jej starości, choć  stale wymaga opieki bo nie przystaje do tego świata. Jest mieszkańcem innej odległej planety.  Że dla niego musi żyć . Zdecydowała się więc na dializy, bo pierwsze  wysiadły jej nerki. Serce choć bolejące i samotne, jakoś wytrzymywało. Nie zapisała się do kolejki by uzyskać  przeszczep nerki, choć ją namawiano, bo Maciunia nie zostawi na dłużej.  ani nie podda się operacji serca, które jednak też wysiadło, operacji, która jest ponoć niezbędna, bo z kim gdy pójdzie na tę operację zostawi syna. Nie wie co będzie dalej, nie myśli, wierzy że Pan Bóg to jakoś za nią poukłada. Ma 77 lat, Maciek 48.

Mój Boże wzdycha, a może w ogóle o Bogu nie myśli bo nie bardzo wierzy. W ogóle nie myśli co będzie dalej.

Już kiedyś go zostawiła, swojego jedynego syna- Maćka, wtedy był mały, może kilkuletni. Bo tak chciał jego ojciec- oddajmy go, nic z niego nie będzie, niech sobie żyje w swoim świecie bez nas. Chciała ratować małżeństwo, poddała się. Odwieźli dziecko do Ośrodka opiekuńczego i porzucili jak bezdomnego psiaka. Przepłakała całą noc. Z małżeństwa i tak nic nie wydziergali, bo już dawno umarło. Wytrzymała 2 tygodnie i pojechała odwiedzić swoje dziecko. Powiedzieli jej tam – o Maciunio, nic nie chce jeść, są problemy. Gdy zobaczyła syna , który blady i zapadnięty w sobie , siedział nieruchomo na łóżeczku i nagle na nią popatrzył wzrokiem, którego nie zapomni, bez słowa zabrała Maćka i wróciła do domu.

Miłość macierzyńska z ogromną siłą do niej przyszła. Już wiedziała, już była pewna, że są związani na śmierć i życie. Ona i jej syn -Maciek.  cdn.