Jędrny, krwisty i bajkowy ” ROK KRÓLIKA”

 

RokKrólikaBatorOkłądka.jpg

 

 

Jędrny , krwisty i bajkowy  „ROK KRÓLIKA„

 

W takim jak dziś nibywiosennym dniu lekiem na chrypy grypy i katary jest oczywiście…no nie, nie sądźcie, że polecam ustronny bar z drinkami ….lekiem może być fajna nietypowa lektura.

 

Może książka ” ROK KRÓLIKA” nie należy do najlepszych, które wymyśliła Joanna Bator. Niektórzy tak  piszą o najnowszym dziele tej autorki. Ale to, że piszą, świadczy że coś w tym jest. A może są tylko zainteresowani  pisarką o bardzo ciekawej biografii. W końcu kilka nominacji a wreszcie nagroda Nike za poprzednią książkę” Ciemno, prawie noc” ustawia Panią Joannę na ogólnym widoku i w dodatku na piedestale. Więc wypada zaistnieć w świecie literatury i recenzję popełnić. Im bardziej pewni siebie są recenzenci, im bardziej chcą się wyróżnić, tym więcej znajdują minusów. Może jestem zbyt ostra dla panów krytyków, może nie….

Nie wiem.

Ale na szczęście nie jestem profesjonalistą tylko zwykłą babą w dodatku z opóźnieniem w rozwoju czytelniczym z powodów o których stale piszę. Ale dla tych, którzy nie czytają moich blogowych marudzeń spieszę donieść, że przez całe dorosłe życie zajmowałam się literaturą fachową tudzież innymi czynnościami, więc mi wybaczcie . Ale mówię Wam, to jest przefajne, móc się zajmować czymś innym niż dotychczas, smakować a nawet upajać. I codziennie dziękuję Stwórcy, że dał mi ten czas wolności….A więc jedziemy….po kolei było tak:

Przyznam, że na „Rok królika” zrobiłam sobie małą przerwę w lekturze „Wojny i pokoju”, po którą sięgnęłam za sprawą Żuławskiego i jego kontrowersyjnego” Nocnika”. Pełno jest tam  cytatów z Tołstoja, zachwytów nad jego piórem i sposobem obrazowania. Jednego tylko nie cierpiał Żuławski-  opisów bitew. Więc wypożyczyłam „Wojnę i pokój” i jestem w zachwycie. Nie tylko miłość tam jędrna, soczysta, ale  mnie ujęło to, czego Żuławski nie trawił. Ujęły mnie opisy żmudnej drogi Napoleona i jego kokoszenie się w Moskwie. Zapałałam namiętnością do Kutuzowa, mądrego dowódcy rosyjskiego i całym tym zgiełkiem bo  dotychczas posiadałam nikłą wiedzę o tym, co kiedyś w podręcznikach było , czy filmie, który już został przeze mnie zapomniany. Ta książka pulsuje żywym „ciałem” pozwala odkryć  człowieka , to nic , że żyjącego tak dawno…

Ale miało być zupełnie o czym innym, wybaczcie dygresję. Choć szczerze, z całego serca polecam powrót do tamtej lektury. Miłe jest oderwanie od hałasu tego świata, zanurzenie w czasach, po których zostało także w Polsce wiele nazwisk francuskich, potomków tych co nam wolność mieli przynieść, np. mąż mojej poprzedniczki w pracy nosi nazwisko de F…

Ponieważ mam zwyczaj wypożyczania kilku książek, ile tylko się zmieści w moim plecaczku, przywlokłam biografię Dylana, którą też poczytuję sobie, trudna ale bardzo ciekawa i „Rok królika” Joanny Bator. Początkowo tę ostatnią odłożyłam, ale krytykowana przez wielu okładka z królikiem , pewnie że kiczowata jednak przyciągała jak magnes. Może to była jakaś tęsknota za dzieciństwem i „Alicją w krainie czarów”, może. Jednym słowem ociągając się nieco wzięłam tę książkę do ręki. Otworzyłam i czytaniu nie było końca. Jest to jedna z najdziwniejszych książek, które ostatnio czytałam. I wiecie, co mnie zauroczyło najbardziej, nie bohaterowie utkani z samych dziwności, by nie powiedzieć, okropności, z życiorysami poskręcanymi jak tytoń w bibułce udający elegancki papieros, nie mnogość krwistych tytułów z tabloidów, może prawdziwych może wymyślonych przez autorkę- ale supercelnych , nie- przesympatyczne dla mnie, niespodziewane zakończenie, ale oczarował mnie styl pisarki , porównania i skojarzenia chyba z kosmosu czerpane. Nie będę przedstawiała treści, bo jest  w każdej recenzji i w polityce.pl, i Onecie.pl i krytyce politycznej ( no no, jednak książka wywołała wirujące krytyki w leniwej magmie codzienności) .

Postrzegam działania Bator w „Roku królika”, jak wyraźnie sobie żartuje, kpi, bawi się tymi, którzy traktują jej słowa poważnie.  Rzecz jest o znanej pisarce Julii, o znamiennym nazwisku Mrok, która porzuca swoje życie ( m.in. w miłosnym trójkącie z dwoma mężczyznami ), rezygnuje, ucieka by poszukiwać czegoś innego, zaginionych korzeni , zmienia nazwisko i przeżywa zadziwiające baśniowe przygody. To ona, oczywiście słowami Bator,  tak opowiada ,  cytuję :

„Niedawno czytelniczka powiedziała mi, że tak się boi mojej ostatniej książki, że trzyma ją w zamykanej na klucz szufladzie nawet teraz, kiedy już wie, jak się skończyła, i bardzo mi to pochlebiło . Nie wykorzystuję opisywanych w prasie makabrycznych historii w sensie dosłownym, ale nagłówki dostarczają mi inspiracji, co jest niewątpliwym dowodem ich boskiej mocy, bo to nich przenika do moich powieści pewna ważna postać. Nazywam ją poruszycielką. (…).

(…) Ostatnio dobrze poznałam uczucie utknięcia, bo nie mogłam pisać, a powietrze w moim domu przypominała wody Morza Martwego, tak gęste i martwe stało się moje życie z Aleksandrem i Alem. (…) W moim domu stało się coś, co sprawiło, że wszystko uległo zmianie, na którą nie byłam przygotowana. Spędzałam jałowe godziny w swojej pracowni, patrząc na pusty ekran, bo właśnie usunęłam kolejne zdanie przypominające stolik turystyczny przejechany przez tira. (…). Ten impas przerwał dopiero królik grozy z Ząbkowic Śląskich. Patrzył na mnie z gazety poznaczonej odciskami kubków, jakby wylądowały na niej miniaturowe latające talerze, a ufoludki rozbiegły się po mieście, by ukryć się w słoikach marynowanych grzybków. (…) Gazetę zostawił stary menel w długim płaszczu, którego obsługa przegoniła od stołu, gdy weszłam do zatłoczonej kawiarni, a krzesło, na którym usiadłam po nim, wciąż zachowało nieprzyjemne ciepło cudzego ciała. (…)

I inne „ (….) Wspinając się do swojego pokoju, zobaczyłam , jak ze Spa pod Królikiem wychodzi smutny mężczyzna z wąsem, ten sam, którego widziałam pierwszej nocy. Wyblakły i pomięty, wyglądał jak wyprany w zbyt wysokiej temperaturze i odwirowany niezgodnie z instrukcją(…)

(…) Zaparzyłam dwa kubki świeżej herbaty, a Gerard Hardy usiadł na brzegu mojego łóżka, postawił między swoimi długimi nogami plecak pełen nie wiadomo czego, który metalicznie stuknął o podłogę. Marzę o wyprawie na Karakorum, powiedział ni stąd ni zowąd(…)

(…)Ale to była budka z kebabem Bagdad, pod którą czekało kilka osób nieodrywających wzroku od ciemnookiej kobiety tnącej strzępki mięsa z parującej bryły wielkości ludzkiego torsu.(…)

(…) Pod budką Bagdad stały dwie dziewczyny i żarły buły owinięte w folię aluminiową połyskującą w świetle księżyca jak jedzenie kosmitów, a śnieg osiadał na ich ciemnych włosach z odrostami w kolorze popiołu.

(…) W miarę jak szłam, domy stawały się coraz niższe, a między nimi rozpychały się zapuszczone ogrody, pełne jakiś pokracznych komórek, rozpadających się altanek, inspektów i pergoli, porzuconych maszyn rolniczych i sprzętów domowych, wybebeszonych lodówek kuchenek, szafek, a pomiędzy tym martwym naskórkiem cywilizacji ziemia bieliła się od anemonów(…)

(…) Po powrocie do pokoju sprawdziłam skrytkę pod podłogą łazienki. Banknoty lekko wilgotne jak spocona skóra, a glock pachniał jak zatłoczony parking w galerii handlowej. Nadal nie budził we mnie erotycznej ekscytacji ..(…)

(…) posuwaliśmy się powoli pośród kwitnących wierzb, brzóz i dereni, a staruszek nie zatrzymywał się ani na chwilę, milczący i skupiony. Doszliśmy do strumienia, nad którym wyzłacały się pierwsze kaczeńce tak oślepiające, jakby świeciły(….) Pachniało życiem, które przebija się spod miękkiej ziemi, niepowstrzymanie(…)”

 

Ta książka, jak już napisałam, trochę prześmiewcza jest podszyta tęsknotą za czymś innym. Za poszukiwaniem korzeni, siostry bliźniaczki zaginionej w przeszłości,  za dobrem w człowieku ( ostatnie opisane w książce wydarzenia).

Jednym słowem, jeśli ktoś lubi prozę niebanalną, trochę unoszącą się w sferze fikcji, zabawy ale traktująca też o ciekawostkach  w życiu a nawet czasem o poszukiwaniu miłości i też o  miłosierdziu, jeśli ktoś jest w stanie taką książką się zainteresować – to gorąco namawiam.

Na pewno zostawia w  czytelniku takim jak ja, swój osad , tajemne drugie dno, które przecież jest ciekawe w życiu i fascynację autorką, która to wszystko wymyśliła.

 

Joannabator2012.jpg

 Joanna Bator, zdj. z netu

 

Zamiast życzeń…..

P5021620.JPG

 

 

Kochani!

I jak tu nie wierzyć, że kiedyś przyjdzie Światło.

 

Wtedy Chrystusek Frasobliwy spod naszego beskidzkiego domku wstanie,  poprowadzi drogą krętą i wyboistą , pokaże Piękny Odmieniony Świat i Dobrych Ludzi a na końcu Pełną  Jasność  Spełnionego Życia  !!!

 

I z takimi myślami oraz Optymizmem pozdrawiamy Was

 

Wielkanocnie

 

P5011537.JPG

 

P5011520.JPG

 

P5011421.JPG

 

P5021607.JPG

 

P5021583.JPG

 

P5021547.JPG

A wszystko przez to, że zakwitły modrzewie…

 

SAM_7031.JPG

Pan modrzew i nasza michałowicka alejka

 

SAM_7037.JPG

Pani modrzewiowa

 

Zaczęło się od modrzewiowych kwiatów

Jak mawiają, przysłowia są mądrością narodu, ale uwielbiam także zwyczajne porzekadła.

Jak choćby  to : obiecanki, cacanki.  Bo dzisiaj właśnie  okazało się aktualne, stwierdzam z pewnym zażenowaniem. Wprawdzie wtedy, gdy obiecywałam nie oszukiwałam, byłam pewna swego, ale „ zawiał inny wiatr” i przyniósł znowu coś nowego… ale ab ovo:

   W poprzednim wpisie zapewniałam, że tym razem będzie kontynuacja jednego tematu aż do szczęśliwego zakończenia. Dotyczyło to wycieczki do Biecza. A tu co, a tu nic. Bo dzisiaj wpadłam w takie zdumienie, że aż musiałam się  nim  z Wami podzielić. Bo czyż to nie dziwne, że żyję sobie ja na tym świecie już prawie 70 lat ( tak, tak w końcu września stuknie mi taki wiek) i wiecznie  coś mnie zadziwia.

Świat jest piękny i stale dla nas otwarty oraz soczysty. Tylko rwać, pomlaskiwać z zachwytu , międlić tymi nadgryzionymi zębem czasu swoimi lub już nie swoimi ząbkami i łykać i wpadać w euforię, że jest cudnie, że żyjemy widzimy i poznajemy.

Ależ się nagadałam, wybaczcie, ale musiałam, bo moje dzisiejsze zadziwienie jest faktycznie wielkie i radosne.

     Otóż, moi mili, dzisiaj odkryłam, że na każdym z dwóch modrzewi przeniesionych znad naszego Bugu przed 10 laty ( były wtedy tyciutkie) są różne kwiatki. Jeden cały zakwita na biało , drugi na czerwono. Mój Boże, żyję sobie obok  modrzewi od prawie 40 lat i nigdy tego nie dostrzegłam. Dopiero dzisiaj.

I faktycznie,  gdy poczytałam w necie, że te urocze drzewa z rodziny sosnowatych ( też zadziwienie, bo nijak z sosnami się nie kojarzą, choćby z powodu tego, że tracą igły na zimę , już nie mówiąc o pokroju ). , że  te drzewa zwane ślicznie Larix  są rozdzielnopłciowe. Panowie kwitną skromniej, bo na biało a za to panie ubierają się w karmin. Ciekawe zjawisko, bo w przyrodzie zwykle chyba bywa odwrotnie. Chociaż może nie mam racji.

Tak więc stoją sobie moje dwa modrzewie nieopodal naszej michałowickiej chałupki i dumnie pokazują stare szyszki a spomiędzy nich  nieśmiało wyglądają  pędzelki ze świeżutkimi igiełkami a nieopodal przycupnęły  maleńkie ale urocze kuleczkoszyszeczkopodobnekwiatki (na zdjęciach przeze mnie uwiecznione).

I te modrzewiowe  kwiatki przyniosły ze sobą dalsze poszukiwania w necie i wzrastające zaciekawienie i cały ten wpis wypływający z tego jednego dnia zadziwnia.

Jest kilkanaście gatunków modrzewi. Lubią ( na szczęście, bo są cudne)  naszą półkulę północną i klimaty umiarkowane. Pierwszy raz spotkałam się z modrzewiem gdy miałam może 12 lat. Odwiedziłam rodziców przebywających w szczawnickim sanatorium. Ulokowali mnie w wynajętej izdebce chałupy na zboczu Bryjarki nad szumnym rączym potokiem Grajcarkiem zwanym. Fajne nazwy prawda? Niezapomniane. I wówczas przewodnik, który nas oprowadzał po kurorcie, wskazał ścianę wysokich i wiotko gęstych drzew mówiąc, że to modrzewie. Polecał spacery w tym lesie, twierdząc , że modrzewiowy żywiczny zapach jest zdrowszy niż wszelkie inne inhalacje a szczególnie te, wydobywające się gęstą parą z sanatoryjnych rurek. ( widziałam, okropność ) . Mój Boże, gdzie te czasy , gdzie moja budząca się młodzieńczość i ludzie których już nie ma , moi Rodzice…. Odrywam się od tych wspomnień i czytam dalej.

W Polsce modrzewie widujemy w Tatrach- (oj tak tak, widywałam, są potężne ) , gdzie  tworzą górną granicę lasu. Tę strefę  upodobał sobie modrzew europejski ( Larix decidua- szukałam w necie jak należy tłumaczyć to drugie w nazwie- ale tylko jakieś ginekologiczne określenia tam są , które zresztą znałam , brr ) a w części środkowej i południowo- wschodniej mieszka modrzew polski – Larix polonica. To brzmi pięknie, tak jak należy-  patriotycznie 🙂

Modrzewie potrafią wyrastać na wysokość  40 m , zawsze szeroko rozkładają swoje konary i gubią kruche gałęzie , czego doświadczamy nad Bugiem. Bywa, że  szczególnie po przejściu jesiennej wichury, droga jest usłana suchymi „zrzutami „ modrzewiowymi , mnóstwem miniaturowych szyszek oraz gęstym płaszczem utkanym ze złotych drobniutkich igiełek …

Ale wszystko im darujemy. Bo te drzewa są nasze, wyhodowane z mikrusa , rosły na naszych oczach razem z dziećmi  i od zawsze rozsiewają upojny zapach i nieodmiennie urzeka nas  delikatność ich igiełek i pozorna wiotkość.

Właśnie przypomniałam sobie naszą najstarszą wnuczkę. Miała wtedy 8 miesięcy . Wzięłam ją na ręce i gdy podchodziłam do modrzewiowych gałęzi  zwieszających się nad tarasem, dziecko już z daleka wyrażało niepokój ,  wtulało się we mnie i  odpychało łapkami . Pokazywało paluszkiem na kosmate gałęzie i mówiło niezdarnie nie nie. Każda próba zbliżenia się do nich kończyła się tak samo. Co się w tej małej głowinie roiło. Co sobie wyobrażała? Przecież jeszcze niczego w życiu nie widziała. A jednak … może widziała jakieś czarownice z kosmatymi łapami, czy coś innego budziło ten lęk ? Szkoda, że dziecko nie zapamiętuje swoich wczesnych przeżyć , jedynie my, dorośli możemy o tym opowiadać i zadawać znaki zapytania na które nie otrzymujemy odpowiedzi….

 A to modrzewiowe przebudzenie  wiosenne , jak bardzo optymistyczne , że tak można. Zasypiać i odradzać się na nowo.

       Nic więc dziwnego, że Druid Hagal napisał w necie o Modrzewiu taką pieśń:

„ przez las idzie tanecznym krokiem zwiewna i lekka Pani Wiosna, przystaje przy każdym drzewie dotyka je lekko dłonią i szepcze tajemne słowa: „ Już czas. Obudź się- proszę”

To śpiewne zawołanie usłyszał właśnie modrzew, jedyne z drzew iglasty, które traci swe igły na zimę(….)”

I dalej następuje objaśnienie, że „drewno modrzewia przed wyschnięciem jest miękkie, jednak później twardnieje. Jest  odporne na wilgoć i grzyby i dlatego chętnie  budowano z niego statki, domy i meble.

Ponieważ domy wykonane z tego drzewa nie ulegały wpływom atmosferycznym a także się nie starzały, uważano, że drewno modrzewiowe nie tylko jest trwałe, ale posiada siłę magiczną i  chroni domostwo przed pożarami.

Wierząc w moc modrzewia, stosowano jego pędy w starodawnej  medycynie . Jakby z gruntu wierzono, że pomaga w chorobach. A może były to lata prób i błędów pokoleń które żyły przed nami. I faktycznie dalsze obserwacje potwierdziły te sugestie. Leki sporządzone z modrzewia  były pomocne w  chorobach wątroby, płuc i żołądka.  Wywary z młodych gałązek ( a szczególnie zmiażdżone młode szczyty) mają silne działanie moczopędne, co jest wykorzystywane w lecznictwie.  Igły modrzewiowe ( tak jak jodłowe czy sosnowe) dodawano do wonnych i leczniczych kąpieli. Poza walorami zapachowymi leczyły one zaburzenia menstruacyjne ( jak dawniej  pisano – w „ obfitych miesiącach”).

Dawni wojownicy stosowali żywicę modrzewiową, która znakomicie goiła ich rany..

Stosowano ją również przy egzemach i chorobach skóry jako środek dezynfekujący i leczniczy.

Wojowie  i myśliwi  mieli zwyczaj składania części swoich zdobyczy  pod korzeniami modrzewi. Wierzyli bowiem, że te  wspaniałe drzewa będą ich ochraniały w boju i leczyły rany  „( jak rozumiem, były to dary przebłagalne) .

Ponoć ludzie zahukani, nieśmiali, porzuceni przez przyjaciół albo nie posiadający ich w ogóle powinni się przytulać do modrzewiowego pnia a odzyskają to wszystko,  czego pragną….

Wierzono także , że w modrzewiach mieszkają duchy wszystkich zwierząt. Piękne , prawda?

Na koniec  wspomniany Druid Hagal pisze:- W większych zagajnikach tego drzewa można jesienią zbierać „ modrzewiaczki” , pyszne grzyby z rodziny podgrzybków  o wspaniałym pomarańczowo złotym kolorze. ..”mniam mniam, zapachniało, a tak naprawdę to sam widok grzybków jest fantastyczny, nie trzeba zbierać i konsumować ….

     I jeszcze jedna ciekawostka  znaleziona w necie.

Jest to opowieść o amuletach Indian,  którzy jak wiadomo, bardzo w nie wierzyli. Wytwarzali  m.in.   tzw. łapacze snów. W 1975 r.  dotarły one do Europy . Widywałam takie w sklepach z egzotyką , ale nie zwracałam uwagi. Do dziś. Bo już teraz wszystko wiem na ten temat i zapragnęłam mieć taki, bo może coś w tym jest , może przyniesie coś dobrego? Ponoć wiara czyni cuda- o, znowu powiedzenie się wkradło . J

Łapacze snów sporządza się  z ze sprężystej witki wierzbowej zawiniętej w krąg, co ma przedstawiać  cyklicznie powtarzający się czas, Matkę Ziemię, cztery strony świata. Wnętrze kręgu zamykane jest siecią zebraną centralnie , utkaną  ze ścięgna, włosia lub rzemienia. Sieć ta symbolizuje  więzy rodzinne.

Dla pełnej siły działania łapacz powinien być zdobiony koralikami (  miały powodować, że sny się spełniają), piórami ( które wzmacniały działanie koralików a ponadto zapewniały swobodne oddychanie ) . Sowie pióro dawało dziewczynkom mądrość a orle – odwagę chłopcom. Konieczne było umieszczenie też tam kawałków futerka (, bo zapewniały wygodę i ciepło) ; pazura, (który  bronił w razie potrzeby), końskiego włosa (dającego wytrzymałość ), turkusa, (bo  sprowadzał siłę ) i kryształu górskiego ( który daje moc). Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że  obowiązkowo umieszczano też tam kawałek modrzewia ( nie innego drzewa !) który zapewniał dobre zdrowie…

Tak zdobione amulety wieszano nad posłaniem albo przy wejściu do domu.

Wierzono, że przez sieć takiego łapacza , przechodzą  tylko dobre sny, a zatrzymywane przez nią są nocne mary, które z pierwszymi promieniami słońca giną. Dlatego te amulety  wieszano tak, by docierały do nich pierwsze promienie słoneczne….

     A jeśli się zakochamy nieszczęśliwie, co już raczej nam nie grozi ( chyba) to może wrócimy do młodości i poczytamy Mickiewicza. Tylko zabierzmy ze sobą amulet (najlepiej łapacz snów) bo ochroni przed tym, co na końcu Ballady „Świtezianka.” A  dla przypomnienia przytaczam  większy fragment tej Ballady:

 „Jakiż to chłopiec piękny i młody?

Jaka to obok dziewica?

Brzegami sinej Świtezi wody

Idą przy blasku księżyca.

 

Ona mu z kosza daje maliny,

A on jej kwiatki do wianka;

Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,

Pewnie to jego kochanka.

 

Każdą noc prawie, o jednej porze,

Pod tym się widzą modrzewiem.

(…)

Woda się dotąd burzy i pieni,

Dotąd przy świetle księżyca

Snuje się para znikomych cieni;

Jest to z młodzieńcem dziewica.

 

Ona po srebrnym pląsa jeziorze,

On pod tym jęczy modrzewiem.

Kto jest młodzieniec?- strzelcem był w borze.

A kto dziewczyna?- ja nie wiem”

 

 

I nie martwmy się już , bo Świteź nam zabrali, nasza młodość przepłynęła , dawne miłości gdzieś w tym lub już innym świecie bujają . A my trwamy…

Jeśli tego myślenia nam mało, i nadal czujemy się stłamszeni rzeczywistością,  zahukani zgiełkiem, pełni lęku i nieśmiałości a także  opuszczeni, przytulmy się do modrzewiowego pnia, a odzyskamy radość spokój i wszystko czego pragniemy, się spełni….na pewno

A jeśli już nas nic nie obchodzi, tamto było, minęło, przeszłości nie lubimy wspominać, i wiemy że nic nas nie czeka, pragnienia dawno umarły, to tylko wyjdźmy razem przed dom, najlepiej wtedy , gdy wstaje dzień i popatrzmy na modrzewiowe kwiatki, jako i ja patrzę. I jest cudnie….

 

 

 

 SAM_7049.JPG

 

SAM_7016.JPG

 Pani i pan …..

Kierunek serce królewskiego miasta Biecz…

Kochani moi! Pewnie zauważyliście ( lub nie) , ile czeka rozgrzebanych wcześniej tematów. A to Białoruś,  a to o Konopnickiej pisanie, czy terapia Wiechem z wędrówką po warszawskiej Pradze .

A tu stale nowe się otwierają. Tym razem obiecuję sobie, że będę konsekwentna i zakończę jeden wątek. Tamte poczekają, nie uciekną i kiedyś powrócą.

Może powrócą, bo tyle się dzieje w naszej Kaczolandii – i śmieszno i straszno się dzieje. Więc lepiej uciekać na emigrację wewnętrzną z tej Krainy , bo można się setnie poparzyć.

Tak sobie rozważając patrzę na już liściaste krzaczki czarnej porzeczki, agrestu i magnolię przed kwietnym wybuchem a tu jeszcze nieposadzone bratki. Też czekają, aż pewnie M. przyszpili i zmusi do działania w tym temacie.

Ale na razie spokojnie siedzę przed laptopem w bezpiecznej świtem zaznaczonej porze dnia , kosy mi śpiewają. A dookoła już szaleje wiosna. Mówię Wam, żyć nie umierać.

I znowu jesteśmy w Bieczu, gdzie było fajnie, i jest zacisznie, bo daleko i dawno . …

 

 

 

Kierunek serce królewskiego  miasta BieczZabytkiBiecza.png

Zabytki Biecza:
1. Fundamenty zamku na Górze Zamkowej
2. Kościół Bożego Ciała
3. Baszta kowalska
4. Dom Barianów-Rokickich wraz z basztą radziecką
5. Kromerówka
6. Ratusz z wieżą
7. Dawna Synagoga
8. Gród starościński
9. Szpital św. Ducha
10. Klasztor Franciszkanów
11. Szczątkowy kirkut

SzpitalSwDucha1.jpg

 

Ocalały XIV wieczny Szpital św. Ducha.

którego „ściany zachodnia i wschodnia są zdobione cegłą zendrówką. Od wschodu możemy oglądać dwa portale, od zachodu portal kamienny, obecnie zamurowany. Nad tym portalem znajduje się rzeźbiony w kamieniu orzeł jagielloński z datą 1487, prawdopodobnie przeniesiony z trzeciego zamku w XVII wieku.”

 

Kierunek serce królewskiego miasta Biecz .

Gdy już obejrzeliśmy niepozorną przydworcową kapliczkę, rozmyślając o biedaku.  kamiennym chlebie i Bogu karzącym złych ( opis powyżej, jeśli ktoś dopiero dzisiaj się włączył w czytanie mojej pisaniny), nadeszła pora ruszyć dalej.

Zarzucamy więc na ramiona  swoje plecaki, bo jesteśmy trochę staroświeccy i żadne kółeczkowe walizy nas nie kuszą, w ręce ujmujemy nasze kostury lub już nowoczesne kije do Nording Walking i patrząc w szczelinę pomiędzy wzgórzami Pogórza Karpackiego, zwaną  Obniżeniem Gorlickim,  ruszamy w górę. Prosto do Biecza.

Droga nas wiedzie zawsze ta sama, królewska, wydeptana stopami orszaków , obecnie nazywana ulicą Fuska, znanego bieckiego farmaceuty o którym dużo już tu  było. A wstępnie myślałam takie to mało romantyczne, ulica imienia farmaceuty. A tymczasem był to Człowiek tak niezwykły, że nie tylko ulicę jego imieniem nazywać trzeba. Zresztą , jeśli kto nie wierzy, niech zajrzy do poprzednich wpisów….

I dzisiaj właśnie sam pan Fusek doprowadza nas w pewne magiczne miejsce. Idziemy za nim, ledwie nadążając. Dokąd ach dokąd nas dziś wiedzie. Zaraz zobaczymy…

Gdy już jesteśmy w połowie wzgórzowego zbocza , nagle odbijamy nieco w lewo . I już widzimy gdzie czeka na nas trochę smętnie bardzo stary, zaniedbany obiekt .To szpital św. Ducha, mówi pan Fusek.  ( nr 9 na załączonym schemacie zabytków Biecza). Pomimo wyraźnego opuszczenia, jednak stoi dumnie. Bo służył ludziom przez wieki, ma wielkie zasługi i my go doceniamy.

I dalej opowiada nam pan Fusek.

Patrzcie państwo! Czy czujecie klimaty?

Bo ten  dawny szpital jest najstarszym  zachowanym budynkiem szpitalnym w Polsce!  Wprawdzie w Europie powstawały szpitale już w VIII wieku, w Polsce pojawiały się  w XIII wieku, ale dopiero w 1395 r. sama królowa Jadwiga ufundowała ten biecki i  wyposażyła tak, że był najznamienitszy  w naszym kraju!. Rajcowie miejscy i mieszkańcy nie tylko w pełni akceptowali, ale też bardzo się cieszyli, bo potrzeb było bez liku. Miasto wtedy liczyło już 3000 mieszkańców i grasowały choróbska wymagające izolacji chorych. Zachował się odpowiedni dokument z tamtych czasów, w którym zapisano, że królowa ofiarowuje plac koło murów  gdzie przedtem stał zamek, ale niestety  spłonął w pożarze w 1388 r. Królowa zwolniła też z podatków sąsiedni folwark w Libuszy z 3 stawami rybnymi. To był duży wkład w działalność szpitala.

Następni królowie : Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary i Stefan Batory,

dokładali swoje „cegiełki”, by szpital nie tylko trwał, ale się rozwijał aż stał się najbogatszym w kraju i najlepiej wyposażonym. Swoją drogą ciekawe jest jak wyglądało owe wyposażenie? W dzisiejszych czasach sprzętu jest multum, ale bywa że źle zarządzany i przez większą część doby stoi bezczynnie. Och, myślę, że królowa Jadwiga by nie dopuściła do takiej sytuacji. Ale ona sobie śpi w krypcie wawelskiej i nie ma zamiaru wchodzić w paradę obecnym władzom, chociaż pewnie w grobie się przewraca słysząc o kolejnych reformach, które nam lada moment zafundują…

A tak w ogóle to wówczas zajmowali się szpitalami zakonnicy. Powstawały tzw. parafie szpitalne z własnym kościołem , nazywane w starych źródłach- prepozyturami. 

I aż dziw bierze, że biecki szpital trwał w swoim pierwotnym stanie aż do XIX wieku, kiedy to przeprowadzono  remont i do 1950 roku korzystali z niego biedni, a następnie został przekazany szkole średniej na internat dla chłopców. Po wybudowaniu nowego gmachu liceum, opuszczony szpital zaczął popadać w ruinę. 

W latach 80 XX wieku podjęto próbę remontu, ale wobec zawirowań politycznych remont przerwano. Następowała dewastacja do takiego stopnia, że pozostały tylko mury i dach. Obecnie, jak piszą w Wikipedii jest ponownie remontowany. Jakoś nie dostrzegamy żadnego remontu, ale może jednak tam działają jakieś niewidzialne duszki remontowe .

Ze szpitalem, jak zwykle bywało połączony był Kościół św. Ducha. Jednak zaniedbywany, stopniowo umierał, popadał w ruinę i ostatecznie rozebrano go pod koniec XVIII wieku.

      Ale koniec opowieści,  mówi pan Fusek już nieco zniecierpliwiony, bo ziółka właśnie na zboczu pachną i niedługo pora zbierać, a wszystkie legendy jeszcze nie  spisane, a apteka zostawiona na bożej łasce, a może trzeba o coś tam walczyć . Uspokajamy, łagodzimy , mówimy, że jak na razie czasy spokoju w kraju, więc nie musi dążyć z orężem. Bo był człowiekiem bojowym . Ale on nam nie dowierza, kręci się niespokojnie i mówi, pora działać. Milczymy, gdyż w obecnej sytuacji już nawet ekolodzy milczą , nie przywiązują się do wyrąbywanych drzew łańcuchami. Są, ale jakby ich nie było. Już nawet panu Fuskowi nie opowiadamy o czym niedawno się dowiedzieliśmy. Duży fragment pięknego parku naprzeciwko kliniki przy ul. Karowej ogrodzono upiornym wysokim betonowym murem . Bo to czyjaś własność. Jak to możliwe, by miejsca tak ważne w mieście dostępne wszystkim i radujące oko oraz filtrujące złe powietrze, zdominowali dawni właściciele albo i nie właściciele, a my  wszyscy pokornie pochylamy głowy . No cóż. Takie czasy przyszły. I w takich czasach przyszło nam żyć….łza się kręci w oku albo jak widzę kogoś z was furia ciska. Na nic to, łzy i furia….

Tego nie opowiedzieliśmy panu Fuskowi, bo już przestępował z nogi na nogę. 

A jeszcze miał nam pan pokazać wspaniałą basztę gdzie teraz Muzeum i opowiedzieć o jedynej w Polsce dawnej szkole katów. Obiecuje, że tak będzie, zaprasza do swojej apteki i dalszej wędrówki po mieście.  A popatrzcie sobie jeszcze, mówi,  posiedźcie na wiosenniewesołozieleniejącej już trawce albo na  murku, podumajcie o ludziach szlachetnych i dawnych czasach. A potem nie zapomnijcie zajrzeć do Kościoła św. Anny……gdzie są piękne witraże sporządzone wg malunków samego pana Matejko. Uszy nam płoną. Ależ niespodzianka, wszystkiego o Bieczu nie dało się przeczytać. Cieszymy się, będę czekał z kawusią wonną, zapewnił. Byle nie z ziółkami odpowiadamy ze śmiechem. Będą ziółka, będą, mruczy pod nosem. Ale tego już wszyscy nie słyszą. I dobrze…

 

królowaJadwigaAndegaweńskaMarcelloBacciarelli.jpg

( od 12 roku życia !!!) Królowa Jadwiga Andegaweńska – obraz namalował Marcello Bacciarelli w XVIII wieku ( chyba z wyobraźni? nie wiem, nie doczytałam, czy są jej podobizny z epoki.) Pewnie wtedy miała te 20 lat, gdy fundowała szpital w Bieczu

 

NagrobekJadwigiAndegaweńskiejKatedraWawel.jpg

 Nagrobek królowej Jadwigi Andegaweńskiej w Katedrze na Wawelu, wykonany w 1902 roku przez Madeyskiego. Zmarła trzy lata po  wybudowaniu Szpitala w Bieczu. Została pochowana wraz z córką….mój Boże….

Wszystkie zdjęcia z netu.

 

 

Biografia jedyna taka…jak jedyne takie życie Simony Kossak.

SimonaOkładka.jpg

 

 

Biografia jedyna taka…jak jedyne takie życie Simony Kossak

 

Kochani moi! Dzisiaj proponuję króciutką przerwę na oddech w trakcie naszej wycieczki do Biecza.  Pewnie czujecie się trochę zmęczeni. Oddech ten przyszedł sam, z chwilą gdy panie w michałowickiej Bibliotece podały mi książkę Anny Kamińskiej pt.

 „ Simona opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak”. Wydawnictwo Literackie 2015.

Od razu muszę się przyznać bez bicia, choć ze wstydem, że niczego o Pani której biografię dzierżę w dłoni,  nie wiedziałam. Widocznie zapowiedź tej książki oraz jakieś info z życia Simony przeszły obok mnie niezauważalnie.  No cóż, tak się stało i tyle. Zresztą wiecie dlaczego- praca, rodzinka no i lektury fachowe zajmowały mój czas…..

Tak więc, usadówmy się w wygodnych fotelach z lekturą w dłoni jako i ja się rozłożyłam zwyczajowo na kanapie, czytajmy tę powieść- biografię jak najpiękniejszy film. Tak, bo ta biografia, do innych niepodobna , ciepła to nie tylko prawie beletrystyka ale najprawdziwsza gotowa fabuła filmowa.

 

SimonaSarnaPocałunek.jpg

 

 

Najpierw słów kilka o Simonie Kossak, ostatniej z rodu, która przyniosła ze sobą nie tę płeć, której wszyscy oczekiwali.  Nie była planowanym czwartym Kossakiem . Ta potomkini słynnych Kossaków, prawnuczka Juliusza, wnuczka Wojciecha, córka Jerzego ośmieliła się być dziewczyną. Nie odziedziczyła też zdolności swoich przodków, bo nie malowała,  jak cała męska gałąź jej  rodu, ani we wczesnym okresie życia nie zdradzała talentów pisarskich jak jej ciotki Maria Pawlikowska- Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec. Talent pisarski , gawędziarski i posługiwania się kamerą ponoć w sposób nadzwyczajny dotarł do niej później. Jej filmy o tematyce przyrodniczej są podobno niezwykłe. Opowiada w nich o zwierzętach tak, że stanowią odniesienie do życia ludzi. Jeden z tytułów Kamasutra, traktuje o miłości połączonej z czułością …o miłości owadów. Mam nadzieję znaleźć jej filmy  w necie, ale jak na razie nie widzę…

 

Była dzieckiem wychowywanym w nieomal wojskowym drylu , które musiało milczeć przy stole gdy siedzieli dorośli , ponoć kary cielesne nie były jej obce, a lustro niełaskawe. Lustro jej stale mówiło, że jest  brzydka. Ale jej brzydota widoczna na zdjęciach licznie zamieszczonych w książce i w opowieściach ludzi którzy ją znali, a z którymi rozmawiała autorka książki, była wielką  urodą fascynującej, pełnej temperamentu brzyduli o cudnych wyrazistych oczach i przyjaźni dla świata, radości życia i korzystania z niego bez barier. O ukochaniu zwierząt i wyborze życia jakie wiodła nie będę pisała. Bo tego nie da się po prostu tak sobie streścić. To byłaby profanacja opowieści Anny Kamińskiej.  Tylko na marginesie warto dodać, że Simonę ( wiemy już dlaczego dostała takie właśnie imię) nazywano hippiską albo czarownicą z Białowieży.

 

Kogo kochała ta dziewczyna, a właściwie pani profesor? Czy słynnego fotografika Leszka, który z nią tak długo mieszkał w puszczy , czy przyjaciół wybranych, czy córki siostry, czy tylko zwierzęta. Czy po prostu życie, bujne wypełnione po brzegi życie.

 

I jeszcze jedno. Dzieje Simony są opowiadane na tle niezwykłych klimatycznych  miejsc. A to słynna krakowska Kossakówka z Jerzówką obok czy wreszcie Białowieża…

 

Tę książkę naprawdę warto przeczytać.

Zastanawiam się, czy to tylko  wielki sukces pióra autorki, pani Kamińskiej czy jej stopienie się , współodczuwanie z niepowtarzalną barwą osoby której poświęciła lata pracy. Jakaś emanacja zza światów….duchowe zjednoczenie z Simoną….

 

SimonaMotorynka.jpg

 

SimonaZRysiem.jpg

 

SimonaŁosieWyborcza.jpg

 

 

PortretStaraSimona.jpg

Simona Gabriela Kossak ur.1943 w Krakowie, zmarła w 2007 r. w Białymstoku. Profesor dr habilitowany nauk leśnych…..

Wszystkie zdj. z netu.

 

 

 

Zatrzymani przed wejściem do Biecza przez pana Fuska.

WitoldFusekMuzeumBiecz.JPG

Portret Witolda Fuska namalowany przez jego syna- Wiesława. Obraz znajduje się w zbiorach bieckim Muzeum w części Basztowej. ( zdj. z netu)

 

 

Zatrzymani przed wejściem do Biecza przez pana Fuska

 

Jesteśmy  na początku naszej wycieczki do Biecza. Przybyliśmy tu nocnym bezkuszetkowym pociągiem , więc wygnieceni i skotłowani wysiedliśmy na dworcu. Ale sił nam przybyło, gdy radośnie powitała nas Stara Kapliczka i opowiedziała piękną biecką Legendę. Była opuszczona i nieco zaniedbana a w dodatku okolona brzydkimi halami przemysłowymi , którymi w ogóle nie warto było się interesować ani tym bardziej przejmować. Były i już. Ale Kapliczka spowodowała, że serca nam urosły tzn urosły nam skrzydła a serca stały się cieplutkie.

Wróciliśmy więc na peron, by chwilę posiedzieć przed dalszą eskapadą. Wiemy już jak dojść do miasteczka. Jest właściwie jedna droga wiodąca Obniżeniem Gorlickim pomiędzy wzgórzami Pogórza Karpackiego. To na pewno stara droga królewska, więc magiczna, owiana wiatrem historii. I tak się czujemy, prawie zaszczyceni że tu jesteśmy. I jest nam dobrze, przyjaźnie. Zresztą nie muszę tego powtarzać w nieskończoność, bo sami wiecie…

Gdy wybieramy właściwie tę jedyną znaczną ulicę w Bieczu, by się dostać do serca miasta, dziwujemy się że nazywa się dla nas dość dziwnie i obco. Gdyby nosiła ona nazwę np. Kowalskiego , Sikorskiego czy choćby Biecka,  nikt by nie zwrócił na to uwagi. A my czytając, że to ulica Fuska, nie wytrzymaliśmy, wróciliśmy na peron, gdzie była ławka , wyjęliśmy przewodnik i szukaliśmy kim był ten człowiek o nietypowym nazwisku a w dodatku tak wielce uhonorowany w Bieczu. Okazało się to, co się okazało. I o tym będzie ten wpis. 

 Siedzimy więc  na bieckim peronie, bo tylko tam ławeczka, chrupiemy kanapki z żółtym serem przełożone korniszonami i otwieramy wikipedię . Wuj gogle chętnie nam opowiada. A tu aż się roi od informacji. Otóż pan o ciekawym nazwisku- Fusek ( nosił aż trzy imiona Witold Kazimierze i Grzegorz !- ależ brzemię, mówimy )  urodził się w 1885 roku w Bieczu, zmarł  w 1941 w Auschwitz. Wstępnie piszą o nim dość oschle : polski farmaceuta, regionalista, działacz narodowy i instruktor harcerski. Ale potem rozwijają wątek i dowiadujemy się co następuje. Urodził się właściwie w bieckiej aptece, którą posiadał jego tata- Wilhelm ( raczej niezbyt polskie to imię ) , który był polskim patriotą , weteranem Powstania Styczniowego . Mamusia zaś Wanda Suchecka ( tak tak powiecie, to ta co nie chciała Niemca- ale ta mamusia nie była tą Wandą)  pieczętowała się herbem Poraj. Nasz już teraz bliższy znajomy młody Witold Fusek, edukację odbywał w Tarnowie, potem w Sanoku, i na Farmacji UJ w Krakowie. Okresowo praktykował u ojca by osiąść na stałe w Bieczu w 26 wiośnie życia. Tu nie tylko mieszał mikstury i sprzedawał farmaceutyczne specyfiki, ale działał. Np. współtworzył bibliotekę Czytelni Ludowej. Ale niestety wybuchła I wojna światowa, więc chcąc nie chcąc został wcielony do wojska austriackiego , gdzie ratował rannych zwożonych do szpitala polowego.

W 1918 r,  podjął walkę z alkoholizmem szerzącym się wśród młodzieży. Głosił liczne referaty na ten temat. Ale musiał być jeszcze bardziej aktywny, bo wkrótce założył miesięcznik „Młodzież”oraz I Biecką Drużynę Skautową im. Zbója Biecza, brał czynny udział w zlotach skautów –w 1929 w Anglii i w 1931 w Pradze.

Równocześnie w Polsce Niepodległej został przyjęty do Wojska Polskiego jako rezerwista sanitarny.

Ale nie zahamował. Dalej działał. Społecznie w ramach Akcji Katolickiej i w Stowarzyszeniu  Miłośników Biecza, był miejskim radnym.

Miał też swoją może tajemną, może nie, ale bardzo osobistą pasję. Ponoć  zachwycał się lekami pochodzenia roślinnego. Wiele roślin sam hodował, jak piszą, nawet w aptece je hodował. Musiało być tam cudnie, te zielone wonie pewnie jeszcze się tam unoszą, a jeśli nawet nie, to można sobie dokładnie wyobrazić.  Opracował „Zielnik roślin polskich”, utrzymując bliskie kontakty ze znanymi botanikami Władysławem Szaferem i Adamem Wodziczko.( tak, tak znamy te nazwiska- np. Klucz do oznaczania roślin- jak fajnie sobie przypomnieć biologię, dawno zapomnianą- powiedział ktoś z naszej grupy, która właśnie siedzi na peronie w Bieczu i studiuje te materiały).

Tak tak, moi Drodzy, ale to nie wszystko o Fusku. Jeszcze tu piszą, że w 1939 roku w 350 rocznicę śmierci Marcina Kromera ( pamiętamy, że ten człowiek orkiestra urodził się w Bieczu a zmarł w Lidzbarku Warmińskim- ktoś dopowiada), wydał książkę „ Biecz i dawna Ziemia Biecka na tle legend, bajek, przesądów i zwyczajów” . Oj, nie wiedziałam dlaczego Fuks tak mnie przyciągnął. A tu jest klucz! Legendy! O których czytałam i jedną już wrzuciłam. Dodatkowo czytam, że księga ta została ponownie wydana w 1998 roku. Litości! Może ktoś pomoże ją zdobyć, bo pewnie sama już nie zdążę w natłoku tematów i spraw różnorakich.  I teraz do mnie dotarło, dlaczego jako ta rybeńka złapałam się na haczyk i tak dobrze mi poszło, że Was uwięziłam w tym temacie na dłużej. O rety, nie tylko apteka, ziółeńka wonne, ale też legendy mnie wciągnęły. Kocham pana, panie Fusek!

Ale wróćmy jeszcze do biografii Fuksa. Otóż działał w Stronnictwie Narodowym w Gorlicach, a było to w 1934 roku. Za co w listopadzie 1938 roku był więziony ( co prawda tylko przez kilka dni) w bieckim areszcie.

We wrześniu 1939 sam zgłosił się do wojska, po czem  ze szpitalem polowym przemaszerował do Brzeżan, unikając aresztowania przez sowietów, którzy jak wiadomo z Niemcami zamykali Polskę w kleszcze i miażdżyli. Tym razem  mu się udało  Ale zawsze niespokojny i niepokorny od razu razem z rodziną zaangażował się w ruch oporu.   Razem z miejscową inteligencją ( chylę czoła) tworzył Narodową Organizację Wojskową na swoim terenie, gromadził broń i kolportował prasę podziemną. Jakby tego było mało, w piwnicy swojego domu zorganizował z Józefem Kostrzewskim nasłuch radiowy a wychwytywane komunikaty przekazywał w podziemnym obiegu.

Jednakowoż jak zwykle bywało w społeczeństwie znalazły się szuje. Zawsze się takowe znajdują ( niestety). Ktoś go zadenuncjował, wskutek czego został aresztowany w lipcu 1940 roku. Ale pewnie nie udowodniono mu winy, bo został wypuszczony. Wolnością nie cieszył się długo. Dalej działał, ale pewnie już go namierzyli i szybko to odkryli, bo po niespełna roku, w maju 1941 ponownie został więźniem. Na dodatek zatrzymano także jego żonę ( Stefanię z d. Oczkowską ) , córkę Halinę ( mieli 4 dzieci, dwoje zmarło i żyła ona oraz syn Wiesław o równie ciekawej biografii jak dziad i ojciec- ale nie zanudzam, kto chce niech o nim poczyta- jedno jest charakterystyczne, że poza wieloraką aktywnością również malował ) i aresztowano też cały personel apteki. Wszyscy zostali przewiezieni do Tarnowa a stamtąd do Auschwitz. Otrzymał numer 18 699 . Długo tam nie żył, bo zmiotła go, jak opowiadali współtowarzysze, biegunka głodowa.

Tak tak. Kochani moi. Nie dziwmy się tej obco nam brzmiącej nazwie bieckiej ulicy, która wiedzie do serca miasta. Teraz wszystko jasne, prawda? Dużo wiemy , dowiedzieliśmy się i właśnie ruszymy do miasteczka. A będzie nam towarzyszył On, Witold Fusek, Człowiek Niezwykły,  polski farmaceuta, regionalista, działacz narodowy i instruktor harcerski i hodowca ziół….

Może , a raczej jest pewne , że opowie nam jeszcze niejedną biecką legendę….

No więc kochany panie Fusek, ruszamy…..tylko proszę nie zbierać ziółek przydrożnych, bo nigdy nie dotrzemy do celu….

 

Pod Starą przydworcową Kapliczką w Bieczu.

Pod Starą przydworcową Kapliczką w Bieczu.

 

I już jesteśmy w Bieczu

 

Podróż trwała zaledwie ułamek sekundy. Wysiadamy na niewielkiej stacyjce. Rozglądamy się i jest jak na filmiku z you tube, sporządzonym przez jakiegoś romantyka , tak o nim myślę .

Jeśli link z jakiego powodu się, nie otworzy, zapraszam bezpośrednio do you tube. Wystarczy wujowi gogle zadać pytanie – dworzec kolejowy Biecz i od razu nas tam zaprowadzi bo to jest Dobry i kochany wujek

 

 

 StacjaKolejBiecz.jpg

Stacja kolejowa w Bieczu . Zdj. z netu

 

Gdy postawimy obolałe stopy na peronie w Bieczu, od razu złapiemy wiatr w żagle. Bo zobaczymy miasteczko o którym marzyliśmy. Nieomal takie samo, jak na starych rycinach. Wymażemy tylko z pejzażu jakieś nowe budowle, bo możemy wszystko. Wystarczy tylko wydać odpowiednie dyspozycje swojej wyobraźni i wszystko, co chcemy się spełnia!

Nawet to, że położona nieopodal skromna Stara Kapliczka opowie nam legendę, którą przechowuje i tylko wybranym opowiada. Tak, jesteśmy wybrani, bo zgromadzeni wokół kapliczki, słyszymy wydobywający się z niej  słabiutki szept.

Kochani, w tym miejscu był dom. Dom złej gospodyni, tak złej, że musiała mieszkać poza murami miasta, bo nikt nie chciał jej oglądać i słuchać. Żyła więc samotnie hodując w sobie Zło, które bardzo kochała. Pielęgnowała je jak najpiękniejszy kwiat, co zapełniało tak dalece jej czas, że nawet nie zauważała  jak szumne i piękne orszaki królewskie przejeżdżają obok. Jednym słowem była tylko Ona i jej Zło. 

To, co napisałam, podpowiedziała mi moja wyobraźnia. To tylko margines znanej bieckiej legendy. Legendy o skamieniałym chlebie. W tej opowieści jest to, że pewna ( zła dodaję od razu) gospodyni mieszkająca poza murami miasta, w pobliżu tej kapliczki, jak zwykle upiekła chleb. Pisząc o tym poczułam ten zapach. Odwieczny zapach świeżo upieczonego chleba. Czujecie już ? Cieniutkie jego plasterki wysyłały rodziny swoim  sybirakom w Święta Bożego Narodzenia, by się z nimi podzielić tym co jest symbolem pamięci i wspólnoty….

Gospodyni o której mówi powyższa legenda, chciała jak najszybciej skonsumować swój chleb. Bo nie tylko była Zła, ale jak mniemam równie Żarłoczna. Wobec tego położyła świeży wypiek na parapecie, czekając niespokojnie kiedy wystygnie, bo po gorącym bolał ją brzuch.

Nie dziwcie się kochani, że zapach który się roznosił po okolicy poczuł pewien Biedak. Przełykając ślinę , głodny jak wilk, tułał się po okolicy, szukając dobrych ludzi. Bywało, że takich spotykał. Nakarmili, napoili , pozwolili się wykąpać i w jakiś sprany, ale jeszcze całkiem dobry ciuch ubrali. I tak sobie żył wolny jak ptak , może się modlił , nie za siebie, bo był skromny ale za innych potrzebujących. Tym razem też miał nadzieję, że ktoś go wspomoże w jego biedzie samotności i w burczeniu brzucha z powodu wielodniowej głodówki. ( tego nie ma w legendzie, to moje dodanie).

Żebrak ten podszedł do okna i grzecznie poprosił do kawałek czegoś do jedzenia.

Oczywiście myślał o tym wonnym, świeżym brzuchatym chlebie, który się wylegiwał na parapecie .

Jednak  Gospodyni syknęła na niego ze złością- idź precz brudny Bezdomniku, nie smrodź mi swoją brudną odzieżą i gnijącym ciałem pod oknem , nie pluj śliną zza czarnych kołków zębowych gdy do mnie mówisz i w ogóle to trzeba pracować, pracować pracować, to i chleb będzie….i zamknęła z furią okno. Biedak chwilę postał milczał, bo nie miał już sił i żadnych argumentów na takie dictum. Zresztą w duchu przyznawał jej rację , ale nie widział jak ma zmienić swoje życie. Nikt nie chciał cuchnącego Brudasa. Popatrzył w niebo, gdzie piękne chmury płynęły i gdzie przesiadywał na swoim stolcu Wielki Pan Bóg. Niby Wszechmocny, ale nie litościwy dla takich jak on. Popatrzył więc Biedak w niebo, pomyślał, podrapał się po kudłach i ledwie włócząc nogami poszedł w swoją nieznaną nam  stronę…

Tymczasem Gospodyni widząc zza firanki, że wreszcie zniknęła za linią horyzontu ta smrodliwa Postać, otworzyła okno, splunęła na chwasty rosnące w jej ogrodzie. Bo tam nawet kwiaty nie chciały rosnąć , sięgnęła ręką po swój chleb.

I zdrętwiała. Chleb był dziwnie pokawałkowany, w dotyku zaś zimny, lodowaty nawet i bardzo bardzo twardy. Z niemałym trudem dźwignęła największe jego części,  by zanieść to dziwo do swojej równie lodowatej kuchni i jak zwykle się wgryźć w miąższ chleba, własnego chleba, którego nigdy nie dała i nie da nikomu, nawet głodnemu. Każdy kawałek ważył prawie tonę. Bo to nie był chleb,  tylko kupa kamieni……

 

I to jest koniec Legendy o skamieniałym chlebie, (tj. o głodnym biedaku, gospodyni, chlebie, odmowie nakarmienia potrzebującego i boskiej karze za ten grzech- przemienieniu świeżego chleba w kupkę kamieni), którą urozmaiciłam, okrasiłam  swoimi obrazkami utworzonymi w oczach i Wam teraz Kochani opowiedziałam.

Nic nie mówicie? Tak trzeba.

Jakoś się nie rozchodzimy, to fajne, że tak sobie stoimy i dumamy  pod starą kapliczką, którą ktoś postawił nieopodal dworca i okolił brzydkimi halami .

Wiem, Kochani o czym będziemy myśleli, bo jesteśmy jakoś do siebie podobni.

Będziemy myśleli  o biedakach, których wokół nas pełno i ludziach, którym wiecznie mało i pieniędzy i zaszczytów , których serca już dawno umarły. I pomyślimy też  o dobrym Panu Bogu, chociaż w tym wypadku, w tej legendowej opowieści to był  Pan Bóg ze Starego Testamentu, Bóg karzący złych….

 

i tak postawszy, pomyśliwszy powędrujemy dalej wzdłuż torów , by potem powoli wdrapywać się na wzgórze….a zasmucona, stara ale spragniona towarzystwa Kapliczka nas pożegna, mówiąc do widzenia…

 

240px-Kapliczka_2_Biecz.JPG

 

 

 Stara Kapliczka w Bieczu. Zdjęcie z netu.

 

 

Bierzemy pociąg do Biecza :)

 

Warszawa Centralna

17.03.17

 

23:27

III/2

TLK 53171

TLK
PKP Intercity

wagon bezpośredni

tylko 2 kl.

na części trasy tylko 2 kl. (Kraków Płaszów- Biecz)

rezerwacja obowiązkowa

na części trasy Mini-Bar (Warszawa Centralna- Kraków Płaszów)

miejsca dla osób z dziećmi do lat 6

 

 

Biecz

18.03.17

06:53

 

 

 

 

 

Bierzemy pociąg do Biecza 🙂

 

WyborczaAndrzejRysuje.png

 

 

Co Wy na to ? Kochani moi decyzja podjęta. Nie ma co pisać o tęsknocie za Bieczem, która bezproduktywnie zżera, tylko działać. Jedziemy? Jedziemy !!! Uciekajmy stąd gdzie nas atakują telewizyjne twarze, złe słowa i czyny haniebne. Uciekajmy „gdzie pieprz rośnie „ , chociaż tu nie rośnie, ale będzie inaczej, fajniej i czyściej.

 

Jako że jestem córką kolejarza romantyka mam w genach umiłowanie pociągów. Ten szum, ten stukot miarowy, kiedyś jeszcze komin z buchającą parą czy też dymem. I siedzenia dość niewygodne, polegiwanie wzdłuż i w poprzek przedziałów, czy nawet ( wtedy jeszcze byłam mała) najzwyklejsze spanie na półce bagażowej. Tym razem musimy przetrwać. Nie jest źle. To tylko jedna noc, a za nią już czeka ukochany nasz Biecz.

Wybierzmy się więc, zbiórka na Centralnym i w drogę.

Podróż, zapewniam będzie niezwykła. Ktoś wyjmie wałówę. O, już zapachniało wiejską czosnkową i zaproponuje flaszeczkę. Kiełbasę chętnie, pomimo pewnych problemów z trawieniem, ale picie z gwinta mamy już za sobą. Jesteśmy dorośli i trochę schorowani. Więc tylko suszymy, jak mawia moja beskidzka kuzynka, gdy ktoś już nie używa alkoholu- mówi, że suszy. Albo przed Krakowem wpadniemy do wagonu barowego, bo jak piszą takowy pojedzie z nami , ale tylko do Krakowa. Więc musimy się spieszyć, by nas nie odczepiono w czasie pałaszowania czegoś tam .  

Miętoszeni, wymiętoszeni, trochę spoceni ale szczęśliwi będziemy gnali do naszego wymarzonego Biecza.

Od razu przypominam naszą podróż, pamiętasz Graniu, do Zakopanego. My miałyśmy kuszetkę, a Mirek, który zdecydował na wyjazd w ostatniej chwili wsiadł do zwykłego wagonu. Jak niewiele minęło od tego czasu lat, no, może ze 20, ile sił miał człek i umiał się cieszyć. Wylegując się na twardym posłaniu kuszety rozmyślałyśmy wtedy, jak tam czuje się nasz pan i władca? Bo jechaliśmy słynną :”rzeźnią”, czyli najtańszym całonocnym pociągiem. Wysiadłszy na dworcu w Zakopanem wciągnęliśmy pierwszy rześki zapach gór zmieszany z miejscowym słodkim kominowym, bo była zima, wypatrywałyśmy Mirka. I wówczas go zobaczyłyśmy. Roześmiany kroczył wśród rozbawionej młodzieży a jedna z dziewczyn taszczyła gitarę. Pożegnał się z nimi kordialnie i podszedł do nas, ponurawych bo przejętych, że pewnikiem przeżył katusze podróży, zaskoczone jego dobrą miną. Nie czekając na nasze pytania oznajmił, że było super. Siedział w gąszczu młodych, razem z nimi na podłodze korytarza, bo wolnych miejsc w przedziałach już nie było, gadali, śpiewali i noc minęła jak dobry sen. No, cóż, pomyślałyśmy, młodość czyni cuda. On, człowiek, dość wygodnicki, który nie bardzo lubił podróże koleją, nie mówiąc o podróżowaniu nocą dzięki młodym przeżył piękną przygodę. Fajnie , uznałyśmy.

Po tej przydługiej opowieści wracam do naszej wycieczki. Może wiosną, czy latem lub jesienią, każda pora roku dobra i piękna, jak już napisałam, wsiądziemy na Centralnym do pociągu Tanich Linii Kolejowych ( jakże słodko brzmi ta nazwa, po polsku, po naszemu , swojsko, nie jak jakieś intercity czy coś tam. )

Będzie już ciemno, bo jak wynika z powyższego skopiowanego rozkładu jazdy , nasz pociąg ruszy po 23. Będzie rozkosznie, wesoło, bo towarzystwo przecie stanowimy przednie, trochę pośpimy, zwalając się w zapadniach snu na sąsiadów. Ale i to będzie miłe, bo lubimy siebie, swoje ciała. Będzie więc miękko, puszyście nawet i gorąco. Nagle przebudzeni wyleziemy na korytarz patrząc na uciekające światełka mijanych miast i wsi. Pięknych, polskich. Będą nas witały duże światła dworców, nieco sennych wprawdzie, ale uroczych. Gdy za oknem znikną światła, a otuli nas tylko gęsta czerń , pewnie zobaczymy gwiazdy, mrugające do nas nieco lodowato. Ale są takie odwieczne ,  nasze, tajemne odległe ale bliskie, bo znajome od dzieciństwa. Może nawet zobaczymy Wielki Wóz ( muszę sprawdzić na mapie nieba , która pora roku będzie właściwa, by pojawił się za oknami naszego pociągu). Może moja równie ulubiona Kasjopeja zalśni, zamruga i przypomni nam jakieś młodzieńcze podgwiezdne całowanie, przytulanie i może spełnienie, ale raczej niespełnienie, takoż piękne.

 Kto wie, kochani co nas jeszcze będzie czekało w podróży? Tego nie da się przewidzieć. Bo zawsze podróż to przygoda. A hoj więc przygodo, ruszamy….

 

PociągZabawka.gif

 

Zdj. z netu

 

Tęskno mi do Biecza…

BieczMapaPolski.png

Wszystkie drogi prowadzą do Biecza :). Zdj. z Wikipedii.

 

P4280278(1).JPG

 

P4280274.JPG

Już niedługo pojawi się Biecz…szosa równa jak stół, piękne domy i góry opisane w tekście….zdj. własne w opracowaniu technicznym R.M., za co Mu dziękuję 🙂

 

 

 

Tęskno mi do Biecza

A miało być gładko i krótko, miało być tylko o naszej wycieczce. I co się z tego zrobiło? Sami zobaczycie, gdy poczytacie moją pisaninę. Otóż w tej opowieści pojawił się Bóg. Może to moja głowa zwariowała nieco a może to On mi dyktował , nie wiem.

Od ponad półwiecza mam koleżankę J. Pokonuje swoje liczne zakręty życiowe z trudem wprawdzie, ale daje radę. I zawsze mówi, że kieruje nią Bóg. Do tej pory uważałam, że co najmniej przesadza wiążąc swoje losy z dyktatem Boga. Że to pycha nas, maluczkich tak myśleć. Czyżby widział ze swojego nieba każdego ludzika z osobna, czyżby się włączał dając raz zło a raz dobro, byśmy mogli docenić to ostatnie. Gdzieżby sam Najwyższy miał czas na takie drobiazgi, gdy musi zawiadywać całym wszechświatem i pilnować żeby ten się nie rozpadł?

Ale dzisiaj do mnie dotarło, że może jednak J. ma rację. Może Superior znudzony swoimi  wielkimi sprawami, w chwilach relaksu coś podrzuca i nam, zda się  niewidzialnym pyłkom oglądanym z Jego projekcji. Może robi to dla własnej rozrywki, może się nami bawi , a może jednak Jego niewidzialna ręka ustawia nas jak pionki na szachownicy. I nic nie możemy bez Jego Siły. Może….Wszak Bóg jest Wszechmocny….

Tak więc pozostając przy tej konwencji, dzisiaj sobie pomyślałam, że tę wycieczkę to On nam narzucił i kierowani imperatywem z nieba, uważając butnie , że to nasz pomysł wybraliśmy się najpierw do Horyńca, gdzie pomoczywszy w siarczkowej wodzie ( też dar Niebios) obolałe członki jak niegdyś Marysieńka Sobieska , zwiedziwszy niedaleki Lwów ( co już opisałam w tym blogu) postanowiliśmy lądować w Zakopanem, na ukochanej Cyrhli. Uwielbiamy to wysokie miejsce nad zakopiańskim smogiem , rozległą panoramę Tatr i dawne klimaty, gdzie urzędowaliśmy z naszą rebiatą ( dla pokoleń, które nie znają rosyjskiego, wyjaśniam, że rebiata to dzieci)  u niezapomnianych Majerczyków i w słynnych Siedmiu Kotach.

Trasę wybrałam przednią, ale nie chcę grzeszyć pychą, więc uznaję, że trasę pokazał nam Bóg swoim rozkazującym Palcem.  Bo niby dlaczego nagle pomyślałam, że warto zrobić przerywnik w wycieczce, gdzieś zanocować, coś może obejrzeć przy okazji. Gdy tak pomyślałam, zerknęłam  na mapę i od razu ujrzałam Biecz. Krótkie czytanie w Wikipedii , (którą pewnie też redaguje Najwyższy)  utwierdziło mnie w tym pomyśle. Wybrałam hotelik położony tak jak lubię , na szczytowym brzeżku miejsca wysokiego z doliną pod stopami.

Czy pamiętasz Graniu, jak jechaliśmy wzdłuż polskiej ściany wschodniej na południe?

Dziwowaliśmy się jak pięknie wygląda nasz kraj. Jak się zmienił ten region kiedyś uważany za najuboższy i najbardziej zaniedbany. Dużo nowych domków  jak spod igły,  nawet te stareńkie odświeżone, wygładzone z  czyściutkimi obejściami  i ogrodami w kwiatach.  Do celu prowadziły nas  szosy gładkie jak stół.

I nagle zobaczyliśmy białe miasteczko na grzbiecie wysokiego wzgórza. Zbliżało się do nas a my mknęliśmy na spotkanie. Pogórze Karpackie falowało, a jego Obniżenie Gorlickie otwierało podwoje, by nas przyjaźnie wchłonąć i wprowadzić  do Biecza.  Za nami oddychała Słowacja oddalona tylko o  35 km ,  a w odległości zaledwie  100 km była Ukraina. Czaiła się niepewna czy ją lubimy, bo ona nas chyba nie bardzo, z Polakami dzielnie pływającymi w  miejscowym sosie, troskliwie pielęgnującymi dawne  nasze pamiątki. ( spotykaliśmy wielu  w czasie wycieczki do Lwowa- chwała im za to, że wbrew innym potrafili ocalić tam  polskość )

Tak więc zgodnie z planem znaleźliśmy się w Bieczu . Nie ma co, trafiliśmy w sedno!.    Oczywiście trzymając się konwencji wspomnianej na wstępie, pomysł wycieczki nie był nasz, a był Stwórcy i był doprawdy przedni.

Ale zanim Biecz nas przywitał, jechaliśmy najpierw wzdłuż rzeki by ją potem przekroczyć.  Nazywano ją  przedziwnie, a nawet nieco nieprzyjemnie  – Ropa. Myślę, że Panu Bogu też ta nazwa nie odpowiadała, ale tu dał ludziom swobodę. Wystarczyło, że ofiarował im urodziwie garbaty krajobraz  i tę rzekę pożerającą bez bólu liczne maleńkie strumyczki. Nie wiem czy trochę żałował, że w okolicy też umiejscowił pokłady ropy naftowej. Chyba nie, bo ludzie pięknie to wykorzystali, Krosno, Jasło wznieśli i urodzili Łukaszewicza ( cóż za zbieżność mojego nazwiska rodowego, różnica tylko jednej litery), by ten z kolei skonstruował lampę naftową. W jej świetle  uczyli się moi Rodzice. …

Tak więc nazwa rzeki, pewnie trochę zanieczyszczonej tą ropą, albo tylko ocierającą się o jej pokłady jest trafna.   Jedna z dyskutantek w którymś  forum napisała, że znalazła w słowniku geograficznym Królestwa Polskiego, tom IX, str. 739 taki oto zapisek : rzeka Ropa „ …Nazwę otrzymała od rop tłustych, których źródła na jej dorzeczu gęsto się znajdują…”.

I już zrobiło się jaśniej. Jesteśmy więc na tzw. Galicyjskim Szlaku Naftowym.

Gdy znad Ropy  wznosi się szosa wiodąca do serca właściwego Biecza, zasapana dziwi się, że nagle dociera tak wysoko, bo aż  na 368, 7 m n.p.m.

      Ale zanim dotarliśmy do centrum  Biecza myśleliśmy  nad jego dziwnawą nazwą. Poczytywaliśmy w przewodnikach i naturalnie necie. Pierwsze wzmiankują o tym mieście zapiski tynieckich zakonników  z  XI wieku a potem inni piszą o nim  Begech, Begecz, Berez, Beycz, Byecz oraz Bebech, Biejecz by stopniowo skrystalizował się Biecz.  

Okazuje się, że tu, na zamku miejscowości wtedy zwanej Beze,  w 1228 roku Konrad Mazowiecki podpisał dokument o sprowadzeniu do Polski Krzyżaków. Niektórzy uważają, że to on po raz pierwszy użył aktualnej nazwy Biecz.!

Nad pochodzeniem jej zastanawia się wielu badaczy pisma, czy jak im tam J . Ostatnio skłaniają się najprostszego wytłumaczenia. Otóż w języku starosłowiańskim biejecz oznacza po prostu gród.

Oczywiście nie można pominąć w tych rozważaniach legendy, bo one zawsze dodają pieprzu do całej „ potrawy” dociekań. Otóż ponoć na tych terenach grasował znany zbój zwany Beczem ale też wg innej mieszkało tu ( jak i w Beskidach ) legendarne plemię Biesów.

Miło jest myśleć o tym, że po tej ziemi człapały stopy ludzi żyjących już w czasach neolitu – czyli epoki kamiennej (na terenach Polski  trwał on w latach 5200-1900 p.n.e.) oraz w okresie kultury łużyckiej (  od około 1350/1300 lat p.n.e. do około 500/400 lat p.n.e.). Tu zwyczajnie, po ludzku cierpieli, może umierali z miłości, ale też kochali się, brali w dłonie swoje maleństwa, przytulali a w końcu , tak jak my  umierali. Pewnie tu zostały ich duchy, myśleliśmy. Tyle ich przez tysiąclecia się nazbierało, że jak mawiała moja Mama, matematyczka, racjonalna choć trochę romantyczka , znakomita „opowiadaczka „ różnych historii- myślę, że w tym miejscu się ze mną zgodzisz- Graniu. Otóż Mama powiadała „tyle nas tam będzie, jak my się tam wszyscy pomieścimy”. Jednak wierzę, że tak, ludzkie maleńkie cząstki energii czy jakieś śladziki czy odbicia zaledwie DNA krążą wokół nas, czujemy to wielokrotnie, doświadczamy. Ale dość tych rozważań na marginesie, hamuj mówię sobie…pora na konkrety.

W 1257 roku miejscowość dostała prawa miasta, które mu nadał prawdopodobnie  Bolesław Wstydliwy.

W 1311 i 1312 roku bywał w na zamku w Bieczu Władysław Łokietek. ( koronowany na króla Polski w1320 r.), gdy w okresie rozbicia dzielnicowego  podjął walki o zjednoczenie Polski. . Już wcześniej miasto nazywano królewskim, a za Łokietka –  stolicą Polski.

Potem , w 1386 nastała w Polsce dynastia Jagiellonów. I nadal  królowie  lubili przybywać do Biecza. Zda się, że słyszę ten wielki szum, podniecenie i radość mieszczuchów , bo oto  drogą znad Ropy nadciąga orszak królewski. Musiało być pysznie. Królowie byli miastu łaskawi, nadawali mu  liczne przywileje i patrzyli jak pięknie rozkwita.

Tak więc Biecz był miastem królewskim Korony Królestwa Polskiego ( łac. Corona Regni Poloniae),bo  tak w latach  1385-1569  nazywano nasze odrębne państwo. Miasto  rosło w potęgę i do połowy XVI wieku należało do największych w Polsce. !

W okresie jego świetności mawiano potocznie o rozległej ziemi bieckiej używając łacińskiej nazwy-  Terra Biecensis.

W Bieczu wzniesiono  trzy zamki i dwór . Wszystkie były  rezydencjami królów. Oczywiście pozostały z nich jedynie ślady na ziemi, ale jakżeż  „ parzące” w stopy turystów. Przekonaliśmy się o tym ….

Aż nadszedł wiek XVII a z nim potop szwedzki, liczne choróbska a nawet zarazy oraz pożary. Miasto nagromadzenia tylu nieszczęść nie zdzierżyło. Ugięło się i powoli z bólem zapadało. Winem już nie handlowano a liczne warsztaty rzemieślnicze umierały.

„Kres świetności miasta nastąpił wraz z I rozbiorem  Polski, kiedy Biecz znalazł się w zaborze austriackim. Habsburgowie sprzedali miasto rodzinie Siemieńskich . I wtedy utraciło status miasta  królewskiego…

Po okresie stabilizacji. „ pod koniec XIX wieku nastąpiło ożywienie gospodarcze, zaczął się rozwijać przemysł petrochemiczny, powstała linia kolejowa, odradzało się szkolnictwo i życie kulturalne”

Powrócili dawni  rzemieślnicy ( od wieków  kwitło tu sukiennictwo i płóciennictwo.) Równocześnie rozwijały się różne sztuki artystyczne . „Sławę Biecza utrwalali poeci, malarze i rysownicy. „

Przebywali tu Jan Matejko i St Wyspiański.

I wojna światowa otarła się  o Biecz, ale nie przyniosła zniszczeń miasta. Jednak były ofiary w ludziach, zwykle byli to cudzoziemcy. Teraz z wysoko położonego klimatycznego cmentarza spoglądają na obcą im ziemię. Pewnie się już przyzwyczaili do tego miejsca. Bo jest piękne. I nawet stąd wydaje się być bliżej do nieba, jest tak klimatycznie .  

XX lecie międzywojenne sprzyjało dalszemu rozwojowi Biecza. M.in. powstało Towarzystwo Przyjaciół Biecza , które organizowało życie kulturalne i doprowadziło do powstania  niezwykłego Muzeum Ziemi Bieckiej.

Potem nastąpił dramat  II wojny światowej. Zginęło wielu mieszkańców, zniszczono większość obiektów kulturalnych oraz gospodarczych. Mordowano mieszkających ty Żydów. Miło jest czytać, że bitni Polacy organizowali się i  potajemnie  tworzyli silny ruch oporu, dokonywali  licznych akcji zbrojnych i sabotażowych. Napisałam, miło jest czytać. Ale przy  uruchomieniu nawet odrobiny wyobraźni, mogą przyjść obrazy jak z filmów o wojnie. Przerażające, tragiczne. Dla nas, szczęśliwców , którzy nie doświadczyli smaku wojny to tylko filmy i wyobraźnia. Oby dalej to wszystko pozostało w wyobraźni, rozmyślam bezradnie i smętnie oglądając naszą rzeczywistość…

Po ostatniej wojnie ( byle ostatniej, piszę z niepokojem )  z energią przystąpiono do odbudowy miasta, a szczególnie niszczejących zabytków. Piękny był to czas, czas  jednak wolności ( chociaż okrojonej , jak wiadomo, ale jednak Wolności), radości, że już koniec zmory,  entuzjazmu i działań dynamicznych i skutecznych. Wystarczy obejrzeć to co odbudowano nie tylko w Warszawie. Zadziwić się tylko można tempem i jakością odgruzowywania i rekonstrukcji miasta.

Ale wracam do Biecza, bo o nim miało być. Obejmował on tak rozległe tereny, że wyodrębniano poszczególne dzielnice które jeszcze do połowy XIX wieku miały swoje samorządy. Pomimo tego, że już nie ma tych urzędowych podziałów zachowały się nazwy ulic albo okolicznych wiosek które kiedyś były nazwami dzielnic. Ciekawa wydaje się położona za Ropą Belna, gdzie ponoć zachowały się już nieczynne szyby naftowe. Nie mogę znaleźć, czy można tam coś zwiedzać. …Wszystkie tereny położone poza murami miasta dalej nazywane są przedmieściami, co teraz brzmi słabo, ale jakże dumnie. Bo teraz Biecz już niestety jest miasteczkiem.

Dla mnie słodkim miasteczkiem wielkiej urody i klimatu . Jego centrum zostało zawieszone wysoko nad doliną Ropy. Mieliśmy szczęście, bo z balkonu hoteliku rozciągał się szeroki trochę wprawdzie zakrzaczony, ale jednak przepastny widok na to co w dole.

Niestety zaplanowaliśmy zbyt krótki pobyt, bo miał być tylko przystankiem na naszej trasie. Zdążyliśmy tylko nasycić oczy bajkowym Ratuszem na Rynku. Jego wieża wygląda jak zabawka. Jest pokryty równą dwukolorową mozaiką szachownicopodobną. Wówczas się tylko dziwowaliśmy, ale nie był to czas zgłębiania dlaczego ma właśnie taką elewację.

Dopiero po powrocie doczytałam, że  ratusz pierwotnie gotycki ( z 2 połowy XV wieku), został zbudowany z cegieł i ozdabiany wysokimi oknami  posiadał też  wieżę strażniczą z zegarem. Jednak wieść niesie,  w XVI wieku wieża ta z niewiadomych powodów runęła grzebiąc młodego trębacza.

Szkoda, że o tym nie wiedziałam będąc w Bieczu, bo na pewno próbowałabym nawiązać z nim jakiś astralny kontakt J

Od razu przystąpiono do jej odbudowy za sprawą i za udziałem finansowym Marcina Kromera. To niesamowite, gdy czytam , chociaż trochę wiedziałam, że ten „ człowiek orkiestra” – wielki humanista, historyk , pisarz , teoretyk muzyki i dyplomata , biskup warmiński , jeden z przywódców polskiej kontrreformacji, sekretarz króla Zygmunta I Starego, przedstawiciel dyplomatyczny Rzeczypospolitej w Państwie Kościelnym, urodził się  w 1512 roku, właśnie tutaj, w Bieczu  a zmarł w 1589 roku w Lidzbarku Warmińskim. Kochani ! jeśli ktoś wie, co nas łączy z tym ostatnim miastem, nie muszę mówić jak bliska nam jest postać Kromera. Jeśli nie, to spieszę poinformować, że po wojnie przybyła tu z Wileńszczyzny Mama Mirka Helena Konopielko z synami a w późnych latach 50 ubiegłego wieku dobił do nich po 12 latach katorgi na Sybirze- Jan. Chłopcy wyfrunęli z tego nowego gniazda rodzinnego a Rodzice spędzili tam swoje chyba najszczęśliwsze lata a potem przenieśli się na przepiękny miejscowy cmentarz. Od dziś będąc tam wspomnę Marcina Kromera i miasto o którym dzisiejsza opowieść- perełkę wśród innych w Polsce – Biecz.

Nastał już wtedy renesans. Dlatego zgodnie z modą tego okresu wieża została zwieńczona kopułą a zewnętrzne jej ściany zostały wyłożone sgraffitem w geometryczne wzory, górę wieńcząc zdobną attyką . Potem ubrano ja w barokowy hełm , który spłonął w pożarze miasta w 1903 r. , potem pokryto go gontami, by w 1998 roku  najprawdziwszą blachą miedzianą.  

 W takiej formie ratusz przetrwał do XX wieku, kiedy to na jego miejscu wzniesiono nowy budynek zostawiając jedynie część zachodnią z wieżą. W 1964 – 1967 roku dokonano konserwacji wieży i w znacznej części odtworzono dekorację sgraffitową imitującą boniowanie ( czyli symulującą budowę z bloków kamiennych)

Na wieży od zachodniej strony wmurowano herb Marcina Kromera oraz Ligęzów a także tablicę poświęconą 100 rocznicy urodzin Adama  Mickiewicza. Na ścianie wschodniej znajduje się unikatowa jak podaje wikipedia tarcza zegara z XVI wieku . Był to wówczas jedyny publiczny zegar w Bieczu.

Teraz rozumiem dlaczego obecna wieża tak wygląda. Jak już wspomniałam jest przecudnie bajkowa .

Od początku wieża była symbolem potęgi miasta i stamtąd rozlegał się hejnał . Dźwięk trąbki sygnalizował otwieranie i zamykanie bram oraz wiele innych informacji, których nie wymieniono w źródłach, albo nie czytałam zbyt dokładnie, bo taki jest ich gąszcz, że moja fruwająca a nie pedantyczna natura tego nie zdołała unieść J . Można sobie tylko dośpiewać. W 2005 roku hejnał wrócił na dawne swoje miejsce . W samo południe możemy tam przybyć , posłuchać i pomarzyć o dawnych czasach, o jakich na pewno śni ta perełka, mój Biecz….

W najniższej piwnicy znajduje się loch zwany turmą, do którego wtrącano skazańców. Na jej ścianach ponoć zachowały się różne napisy i kalendarze wyryte przez skazańców. Powyżej znajdowała się cela, gdzie dziś można oglądać kopie średniowiecznych narzędzi tortur.

Wychodząc stamtąd poszukajmy ozdobnych ceglanych płytek ( na razie nie wiem gdzie one są ) . Na pewno ktoś z naszej grupy znajdzie. Tak uwieczniono odkryte w 1958 roku w czasie prac archeologicznych fundamenty pradawnego ratusza.

 

Niestety mieliśmy zbyt mało czasu na detaliczne zwiedzanie. Ale dopóki żyjemy, wszystko przed nami. Pojedźmy tam razem, Kochani, zapraszam….a kończąc opowieść ratuszowo- wieżową szykuję dla siebie i dla Was niespodziankę.

Wrócimy do  wnętrza wieży, a tam odkryjemy drewniane schody. Wdrapiemy się na górę, pomimo niewielkiej zadyszki ( ale w naszym wieku brak zadyszki może świadczyć, że już jesteśmy duchami) . I oto otworzy się przed nami  platforma widokowa.

Widok z niej zapiera dech, tak  piękna jest panorama Beskidu Niskiego z przytulonym Pogórzem Karpackim okolonym Ropą, rzeką o chyba najbardziej dziwnej wielomównej nazwie która wyrzeźbiła sobie leniwą dolinę…ten widok, to tylko opis z książek i netu, przepisany stamtąd prosto w moje oczy. Bo tak mam, gdy ktoś opowiada albo czytam, wyświetla mi się film w głowie. I zapamiętuję ten film i Wam opowiadam . Musimy tam być, na pewno jest tak jak widzę wyobraźnią, uwierzcie. A niedługo zakwitną jabłonie i będzie jak wtedy, gdy po raz pierwszy i jak na razie jedyny, sam Pan Bóg z dumą pokazał nam swoje dzieło….

Kochani, nie mówcie, że już macie dosyć, błagam. Wiem, że teraz czasy pisma obrazkowego, ale jestem staroświecka i lubię literki. No, cóż, tak mam i już. Więc jeśli ktoś ziewa mocno i ma wtórny do zmęczenia oczopląs, niech idzie do łóżeczka albo na fotelik przed reklamy w  TV. Ale kto ze mną wytrwa, to zapraszam jeszcze krótko do miejsc w których byliśmy , ale wracać tam stale chcemy. Tak nam tęskno za Bieczem….Miejsca te wpiszę pod zdjęciami, zgoda? Nie słyszę protestów , więc tak uczynię. J. Tak myślałam wczoraj, ale dzisiaj mi przyszło, że jednak to będzie w kolejnym wpisie, bo ten za długi…

A na zakończenie ponawiam apel, jeśli nie przekonałam. Pojedźmy kiedyś do miejsca, które darował nam Stwórca …do jednego z najpiękniejszych Polskich miasteczek, do polskiego Carcassonne, po prostu do Biecza….

A potem śnijmy sen jak my wtedy  gdy ułożeni w świeżej wonnej pościeli długo słyszeliśmy echa  dawnego jakże bujnego tam życia i przewijał się przed naszymi oczami film udziergany z historii i codzienności , zapachu  wiatru od gór i światła księżyca który wszystko widział i zapamiętał …jako ja śnię teraz….

 

P4290392.JPG

 

 

P4280292.JPG

Ratusz i jego wieża z dziwną bajkową elewacją, o których tyle napisałam…

 

 

 

 

P4280298.JPG

Na balkonie hoteliku w Bieczu. Grania śni na jawie zapatrzona w szeroki, cudny pejzaż….

Zakochałam się….

Kochani moi! Będzie długo, uprzedzam z góry, długo ale i ciekawie. Bo romantycznie zakochani tak czasami  mają 🙂

SAM_6717.JPG

 

SAM_6718.JPG

 

SAM_6719.JPG

Zdjęcie ze zdjęcia kalendarzowego Wajraka. Mój Ukochany….

 

 

Zakochałam się…

Pewnie ktoś zapyta-  jak to możliwe, zakochanie w takim podwójnie balzakowskim wieku ?

A jeśli dodam, że nie tylko w moim wieku można, ale w dodatku mój obiekt zakochania ( tu pewnie się zadziwicie i pokręcicie  niemo głowami z politowaniem), mój obiekt zakochania i westchnień  to ….jeleń. Już słyszę Wasze szepty na boku- odbiło jej na starość, ani chybi….

A więc tak mili moi, trafiło mnie gdy przewróciłam stronę kalendarzowego Wajraka na luty tegoż roku. Wisi sobie toto spokojnie w maleńkiej łazieneczce, gdzie  kieruję swoje pierwsze kroki przed świtem. Nic w tym dziwnego,  że tam pierwsze kroki, ale ja tam zmierzam nie tylko w jednym prozaicznym celu ,  lecz także w innym o wiele  ciekawszym. Biegnę tam, by się wpatrywać  jak przysłowiowa sroka w gnat w fotografię pstrykniętą przez pana Wajraka  ( w czołówce tego wpisu zamieściłam zdjęcie z tego zdjęcia)  .

Jak widzicie, jest na nim jeleń. Po pierwsze- jego  oczy. Codziennie patrzą na mnie tak samo, nie uciekają wzrokiem, nie rozglądają się za innymi kobietkami, nie strzelają na boki spojrzeniem. Są mi wierne,  wielkie, delikatne, smętne, tęskne i w dodatku okolone cudnymi rzęsami i ta mordeczka, morduchna, przesłodka szczupła mordka pokryta delikatnym włoskiem. Nieco rozdęte chrapki na końcu , tak ten nosek, mówię Wam, jest doprawdy bajkowy.   A nad tym uszeńka duże, pięknie rozstawione i postawione na baczność , nieomal czuję jak miękkie i ciepłe, a powyżej rogi. Rogi to cudo, istne dzieło sztuki rozłożyste rozkrzewione jak moje krzaczory na działce i bardzo symetryczne. Jak może dźwigać takie coś ta niewielka główka i szczupła szyja. Aż dziw mnie bierze co rano. Nie odrywając wzroku od mojego jelenia, mimochodem  robię co trzeba i opuszczam świątynię dumania unosząc ze sobą ten obraz . I tak zaczyna się mój dzień, zawsze dobry, bo z jeleniem.

Przy okazji sobie rozmyślam o moim Wybranku  i poczytuję o nim porannie i całodobowo w necie.

Ludziska powiadają o swoich pobratymcach-  znaleźć jelenia, być jeleniem. Nie wiem skąd się wzięło takie określenie.  Może od jeleniej łagodności, braku agresji ?   Po prostu nie wiem i wujek gogle chyba też nie wie. Jedynie niektórzy specjaliści od duszy ludzkiej  piszą, że jeleń to dziecięca naiwność i łagodna słodycz.

A może jego zwyczaje spowodowały, że tak się mówi .  Bo piszą, że z natury lubi urzędowanie w dzień, ale gdy przeszkadzają mu ludzie lub drapieżniki, ustępuje pola hałaśnikom. Wówczas dni spędza ukryty w gęstych lasach i wychodzi dopiero wtedy, gdy jest spokojniej , czyli nocą. Wtedy przynajmniej ludzie raczej śpią . Jednym słowem jak może unika hałasu, zgiełku i zagrożenia.  Unika , bo jest prawdziwym jeleniem.

Czytam dalej, że śpi króciutko, bo  jedynie 60-100 minut na dobę. Mój Boże, jak to możliwe, że tyle wystarczy. Oj przydałoby się tak nam, ludziom , np. studentom  w czasie sesji, gdy na chybcika zakuwają – dobrze pamiętam ten czas, chociaż odległy o mile świetlne.  Albo dyżurantom medycznym, kiedy to wystarczyłaby nieomal chwila snu na odpoczynek a nie ta bezsennościowa pobudzeniowa bomba adrenalinowa, uruchamiana z tej okazji, która w człowieku  jeszcze buzuje przez następny dzień , nie pozwala spać by nagle wygasnąć drugiego dnia przynosząc ogólne sflaczenie. Ale wówczas przychodzi następny dyżur. I koło się kręci. Syn mówi, że też tak ma, więc pewnie wszyscy, którzy pracują nocami tak mają. Tak więc przydałoby się być jeleniem i mieć jego króciutki  wzmacniający sen…

Kolejny jeleni plusik to absolutny wegetarianizm.   Być jeleniem, to nie polować, jeno łagodnie wyszukiwać pędów, liści, pogryzać korę , chociaż z bólem serca, bo drzewka żal,  wynajdywać owoce, trawkę skubać , czasem podkraść zboże , wykopać ziemniaczka czy buraka i schrupać na surowo. Zimą natomiast gdy tamtego wszystkiego mało, mchem się posilić, pomiętolić z lubością w pysku to włochate gąbczaste. Pychota. Wymarzone byłoby takie życie. I spacery wzmacniające kondycję byłyby  konieczne a nie tylko wyprawy po gazetę i jedzenie sklepowe ( brr) a potem, to już zamiast  deseru  byłyby  zachwyty nad wagą łazienkową i nad kreacjami z młodości pasującymi jak ulał i w dodatku  przemiana materii owocowałaby  ładną poranną kupką ( chociaż jak na razie z tym nie mam problemów, ale gdyby były, to właśnie roślinna recepta jelenia jak znalazł) .

Czytam dalej, że jeleń nie jest samotnikiem. Po prawdzie, nie bardzo pasowałoby mi życie w grupie, kiedyś lubiłam, ale przeszło gdy PESEL spoważniał. Tak więc taka nazywana przez myśliwych ( brr- z trudem napisałam to odrażające słowo ) ale to oni  nazywają taką grupę jeleni chmarą. Jedyne co by mi odpowiadało, i pewnie Wam, kochani, że temu stadu przewodzi kobieta. Nazywana jest łanią licówką która jak widomo nam też, zawsze ma przy sobie młodziutkie cielę. Mój Boże, jak ja uwielbiałam mieć małe dzieci, gdyby nie mój zawód i pewne dolegliwości zdrowotne, miałabym ich całe dziesiątki J. Małe tak, bo ze starszymi więcej kłopotu. Jelenie wyrostki, jak mają w zwyczaju,  poszłyby  wcześnie na swoje. I byłoby ok. Z małym mogłabym przewodzić stadu.  J

 I nie przeszkadzałoby mi, że nasza ukochana ostatnia  „dobra zmiana” nazywałaby mnie feministką, wegetarianką lub tajemnie obco ale też fascynująco brzmiącym określeniem gender  ( na szczęście ostatnio zapomniano jakoś  o tym , chwała bogu, ciekawe kiedy to słowo ożyje, bo mnie np. jakoś podnieca ). Na szczęście nie nazwą mnie cyklistą, bo  uwielbiam  per pedes- chociaż to ostatnie też jakoś dziwnie się kojarzy. Zresztą wszystko może się kojarzyć ….

Jednak jest coś w jelenim życiu , co by mi nie odpowiadało. To rykowisko. W drugiej połowie września mojego łagodnego jelenia dosiadałby demon chuci.  Na szczęście musiałabym przetrwać tylko  3- 5 tygodni opętania mojego ukochanego. Wolałabym tego nie oglądać  . Widok to iście żałosny, takie opętanie. Bidulek wtedy  nic nie je, jedynie żłopie wodę , tapla się w błocie a potem bezwstydnie  ociera o drzewa ( jak się dowiedziałam, pasożytów ze skóry się pozbawia- to rozumiem) . Ale dlaczego wtedy  ryczy jak szalony , ryczy tak, że cała okolica drży w posadach. W dodatku w  tym stanie pobudzenia walczy z innymi panami. A potem gdy ten stan amoku mija ( nie wiem czy po spełnieniu z jakąś jelenią kobietą, czy tylko  wymęczony przez demona), wychudzony o 10 a nawet 20% , ucieka  w gęstwiny, gdzie ma swoje ostoje, i liże rany.

Nie chciałabym być u boku mojego Ukochanego gdy zakochany przeżywa istne męki Tantala.  To spektakl dla mnie właściwie odrażający .  Nie rozumiem z jakiego powodu, jak pisze w necie Jan Adamski z powodu niejasnego ( zgadzam się w pełni) , ludziska z małych miasteczek i wsi,  w latach 60 czy 70 ubiegłego wieku,  zdobili swoje domostwa obrazami z widoczkiem jelenia na rykowisku, stojącego na tle  gór, jezior czy rzek. Były  to dzieła domorosłych malarzy a całości kiczu dopełniały zwykle bardzo zdobne, złotem powlekane , bywało że kosztowne ramy. Jeleń na rykowisku stał się symbolem kiczu i złego smaku, Chociaż teraz jak widzę w necie są pasjonaci, zbieracze tamtych obrazów. I fajnie, tylko na boga, gdzie oni to wieszają, lub wolę makatki kuchenne z pięknie wyszywanymi „złotymi „ zdaniami. Ale koniec tej przydługiej  kiczowatej dyskusji ogłaszam, bo pora kroczyć dalej w moją opowieść.

 

Biednego mojego rozszalałego nagle jelenia opuszczam więc , ale nadal rozmyślam szykując się do wspomnianej ucieczki- wycieczki.  Już chyba lepiej mają ludzie, bo swoje podboje miłosne raczej czynią  w ukryciu, tajemnicy i gdy wszystko idzie dobrze, wracają do domu skruszeni. Chyba , że nie wracają, albo przypadkowo zostają namierzeni. Może jednak lepsze już życie z jeleniem. Wszystko jasne , otwartym tekstem pisane . Jest czas rykowiska i już. Koniec kropka. Jak uważacie?

By przetrwać te parę tygodni amorów Ukochanego Jelenia, wybrałam ustronne miejsce dla siebie. Z pewnością tam nie spotkam kolejnego pobudzonego faceta jeleniowego, chociaż muszę to jeszcze sprawdzić…Otóż w połowie września, uprzedzając jeleniego czy jeleniowego demona seksu,  poleciałabym nad Morze Śródziemne. Dobra to pora, już nie za gorąco a woda jeszcze ciepła. Nie wybrałam Malty choćby z powodu, że tam ichnia „ dobra zmiana „ już wycięła prawie wszystkie drzewa a mieszkańcy skądinąd gorliwie religijni ( na niewielkiej swojej wyspie mają tyle kościołów ile dni w roku i wystrojeni bywają tam często) równocześnie polują na ptaki ( widziałam miejsca na gołych skałach, z zaroślami gdzieniegdzie, z tabliczkami obrazującymi myśliwego ze strzelbą i z psem , usiane łuskami- okropność mówię Wam). A teraz Malta to nazwa powtarzana w publikatorach, gdzie różne szyszki będą radzić i wybierać. Tak więc, nie polecę na Maltę ale np. na ukochaną kiedyś Sardynię. Ta włoska wyspa, o której kiedyś tu pisałam, zachwyca uratowaną zielenią, jest usiana zachowanymi nuragami z zamierzchłych czasów ( jest ich kilka tys.)  czyli wieżami gdzie lokowano zwłoki, by wyschły na wietrze a także wdrapywali się tam żywi by bronić krainę przed złymi obcymi. Na Sardynii też strzelali do odpoczywających w przelotach ptaków, ale przynajmniej je zjadali, bo byli głodni- to jeszcze jakoś, chociaż z trudem mogę zrozumieć, a nie jak Maltańczycy , którzy robili to dla zabawy.  Tak, będę się wylegiwała na złotym piasku , wystawiała ciało na łagodne wtedy już słońce i poddawała pieszczocie bardzo słonej wody. A potem połażę po okolicy wśród niesamowitych tworów skalnych, wyrzeźbionych przez wiatr i wodę. Posiedzę pod wielkim skalnym żółwiem, lub innym takim….potem będzie najprawdziwsza włoska kawka, sjesta poobiednia pod wielkimi tamaryszkami rosnącymi sobie zadziwiająco bujnie na słonym piasku plaży….

Opalona, wygładzona, odmłodzona wrócę gdy przestanie szaleć mój jeleń.

A zapytacie skąd wówczas wezmę dziecko, gdy ominie mnie okres godowy.

Będę nowoczesną jelenią panią. Po prostu zafunduję sobie  in vitro…

Koniec tej gadaniny, biegnę do lustra, może mój nosek się wydłużył i rozdęły chrapki i właśnie się pojawiają pierwsze gładziutkie na nim włoski….

SAM_6719.JPG

 

 

Jeszcze kilka informacji nt jeleni, które nie zmieściły się w konwencji mojej poprzedniej opowieści, bo nie fruwają frywolnie. Te informacje są stabilne i poważne, co musicie mi , Kochani wybaczyć. Czasami trzeba mieć poważną minę a nie wypisywać głupotki  jedynie czasem przeplatane faktami.

Otóż :

1. Jelenie żyją 12-15 lat, ale zdarzają się 20 letni starcy.

Dziewczyny jelenie dojrzewają wcześnie, bo już w 2 roku życia, ale chłopaki później , bo w 5- 7 swojej wiośnie. Nie komentuję tego, bo chciałoby się napisać, że u ludzi jest z reguły podobnie, chociaż lata się liczą inaczej.

Po 234 dniach od owego sławetnego rykowiska , powiązanego z wiadomą konsumpcją , któraś ze szczęśliwych nałożnic rodzi ślicznego dzidziusia. Może być jedynakiem albo bliźniakiem. Dzieciątka mają piękne żółtobiałe plamki na bokach, które zanikają jesienią , a po kilku dniach od momentu przyjścia na świat są już na tyle silne, że  wędrują za swoją mamą i towarzyszą jej aż do okresu przedszkolnego, tj do 3 roku życia. Mamuńka karmi je swoim smakowitym ? mleczkiem przez 8-10 miesięcy

2. Poroże jeleni to nie tylko ich uroda. Im który ma większe i im bardziej rozkrzewione, tym bardziej szaleją za nim ich kobiety. To widoma oznaka wysokiego poziomu testosteronu a także najlepszego zestawu genów. Więc panie jeleniowe nie muszą wybierać, zastanawiać się wielce, czy takie ryczadło się nada na tatusia jej dziecka, tylko patrzy na rogi. Nie to co u nas. Żona mówi do męża- musimy się rozstać, dlaczego pyta mąż- nie mogę już dalej żyć z rogaczem, odpowiada ona. Krzywię się czytając taki dowcip. Zupełnie nie koresponduje z moim jeleniem z kalendarza, który jest łagodny i wierny. Nie rozumiem, dalej nie rozumiem, dlaczego my, ludzie źli z gruntu rogaczem nazywamy tego , którego żona „idzie w długą”. Że naiwny może? Nie wiem? Doprawdy nie wiem….

Poroże jelenia , jego duma, rośnie wraz z narastającym poziomem testosteronu, o czym już pisałam, ale gdy w marcu, czy kwietniu jego poziom naturalnie spada, poroże stopniowo wygładzone przez czas i ocieranie o gałązki, odpada. Mówi się wtedy, że jeleń je zrzuca. Porzuca tym samym swoją dumę, z którą obnosi się w sierpniu i w czasie rykowiska. Dorosłe osobniki potrafią zrzucać swoje” korony” już w lutym, a młodziutkie w maju lub czerwcu, lub rok po urodzeniu. Ponoć ludziska w marcu tłumnie  penetrują  gęstwiny leśne, by znaleźć te trofea, choć czasem znajdują je na zwykłej leśnej drodze.

. 3. Ludzie nie byliby ludźmi, gdyby nie podpatrzyli i nie wykorzystali obserwacji corocznie odradzającego się poroża jeleni .

Ponad 2000 lat temu Chińczycy podawali mężczyznom sproszkowane poroże jako medykament na jego płciowe ułomności. Leczyło ono nie tylko niemoc seksualną, ale też likwidowało  bóle kręgosłupa . Jak mniemam , pewnie były to bóle związane z osteoporozą o czym jeszcze wtedy ludziska nie wiedzieli. I zalecając spożywanie sproszkowanego poroża nieświadomie dostarczali nie tylko  testosteron , przydatny płci męskiej cierpiącej z powodu andropauzy, leczący też ich osłabłe wtedy kości ale wielkie ilości wapnia i innych minerałów zgromadzone w dojrzałym zwieńczeniu jeleniej głowy też były superlekiem.

Zajęli się  tym problemem także polscy badacze. Pani Jolanta Podsiadła przeprowadziła z nimi wywiad i oto co napisała potem. ( podaję w skrócie).

Ponieważ poroże należy do najszybciej regenerujących się organów u ssaków, potrafi rosnąć nawet 2 cm na dobę, rozpoczęli badania nad komórkami macierzystymi tam znalezionymi. Było to 12 lat temu. Poroże otrzymywali z ogrodu zoologicznego we Wrocławiu i badali w laboratorium AM w tymże mieście. Po 2 tygodniach wyprowadzili „pierwszą w świecie stabilną linię komórek macierzystych „ i nazwali je MIC-1 ( nazwa pochodzi od imion naukowców) jednocześnie opatentowali je. W ten sposób powstał bank  tych komórek co umożliwiało dalsze badania. Ze zdziwieniem zauważyli szybkie tempo ich namnażania, zdolność do całkowitej regeneracji oraz całkowitą obojętność immunologiczną co powoduje, że po podaniu nie odrzuca ich żaden organizm . Ich szczególna właściwość to pobudzanie innych komórek do wzrostu a także „ samoleczenia”.

Wobec tego naukowcy uznali, że te komórki macierzyste mogą mieć zastosowanie nie tylko w kosmetologii, ale i w ortopedii , neurologii czy w okulistyce ( regeneracja rogówki)

4. I nadeszła pora na legendy

Jeszcze w czasach przedchrześcijańskich, wśród ludów zamieszkujących basen Morza Śródziemnego urodziła się legenda o Jeleniu z krzyżem. Podchwycił ją i rozpropagował zakon benedyktynów a następnie inni. W ten sposób powstawały opowieści o patronach myśliwych jak św. Hubert czy św. Eustachy a  także następująca historia. Myśliwy ściga  jelenia, a ten nagle się odwraca i wszyscy widzą krzyż pomiędzy jego rogami. A jeleń mówi ludzkim głosem. Tu należy postawić kościół. I ludzie posłuszni rozkazowi, kościół stawiali. I tak powstały kościoły na św. Katarzynie w Górach Świętokrzyskich ( znany nam, dobrze znany i lubiany), kościoły na Mazowszu, w Jeleniej Górze, gdzie wg legendy z jeleniem się spotkał Bolesław Krzywousty. …

 

I pora zakończyć  moją  i internetową opowieść. Bo właśnie poczułam przymus odwiedzenia  łazieneczki . Właściwie nie mam typowego powodu. Po prostu muszę z wiadomej  już Wam przyczyny kolejny raz zerknąć na kalendarz i popatrzeć w oczy Ukochanego 🙂 Jest, kochani moi, jest i czeka. Jeleń ze zdjęcia, moja ostatnia miłość…dobry dzień się rozpoczyna, dzień z jeleniem …

 

CętkiMłodegoJeleniaZanikok6mies.jpg

Zdjęcie z netu. Dzieciątko….

K.J. Christian1910z Agra-Art.jpg

Zdj z netu. Kicz z lat 70 XX wieku…

 

nuragi z zew.jpg

Sardynia, opisana w tekście nuraga. Zdj. własne

grĂłb gibantĂłw- wymiary-kudzie obok.jpg

Sardynia. grób gigantów. Zdj. własne

skała1.JPG

Sardynia. Niezwykłe twory skalne. Zdj. własne

T,7.jpg

Sardynia. Tamaryszki na plaży Zdj własne