Nasza Klasa. Bożena Kolasińska z d. Jodko.

PICT0090.JPG

Bożena Kolasińska z d. Jodko

 

P6120507.JPG

Bożena z prawej i Kostusia, podziwiają wzgórzową panoramę naszego miasta, Gorzowa

 

 

Rozmowa telefoniczna- koledze łamie się głos, przestaje mówić, potem wraca, koleżanka pochlipuje. Płaczemy….bo wczoraj opuściła nas  Bożena Kolasińska. Koleżanka z ławy szkolnej naszej łacińskiej klasy zawarciańskiego LO. Wtedy Bożena Jodko. Dzielna Niezależna Dziewczyna.

I Jej odejściem zakończyła się epoka wspólnych gorzowskich czasów…

     Przed kilku laty przyszła do Niej choroba. Udało się, był czas ponownego zachwytu, zachłyśnięcia się  życiem i urodą świata,  wycieczek i  radości . Ale Zło wróciło. Bezlitosne . Wiedzieliśmy, bo sama nam o tym opowiadała, ze spokojem i pogodzeniem. Mówiła, że wie jak to jest, bo Matka, Siostra, Mąż….

Myśleliśmy o Niej a w duchu modliliśmy się, żeby nie cierpiała. A może liczyliśmy na cud. Przecież ponoć cuda się zdarzają….jednak cud nie nastąpił ….

      A może  przejście do Drugiego Lepszego Świata jest jakiegoś  rodzaju cudem? Nie wiem….

     Dzisiaj jak zwykle co tydzień , postanowiłam do Niej zadzwonić i nagle usłyszałam męski głos  w Jej komórce, zaskoczenie. To Syn, że Mama odeszła o wczoraj o 8 rano . Tak jak chciała w domu wśród swoich zasnęła. Spokojna. Już spokojna…. Syn sam chciał zadzwonić, bo byłam na liście, którą sporządziła. Niezwykłe. Kiedy w modzie są lamenty, użalanie nad sobą , kurczowe czepianie się życia, Ona pomyślała wcześniej kogo zawiadomić.  Niezwykłe…..

 

Dzisiaj jestem z Tobą Bożenko.  Płaczemy. Taki czas, czas opłakiwania.

Ale też czas , kiedy wracasz do nas  taka jak kiedyś.

Są lata 60 ubiegłego wieku. I szumi nam  młodość  zielona i czysta  jak nie zapisana jeszcze karta….

Widzę Ciebie wysoką, szczupłą, chłopięcą , kiedy  wracacie ze szkoły ul Przemysłową. Ty,  czasem trochę na uboczu, zwiewnie się przemieszczasz, bo centralnie kroczy chodnikiem niewysoka Tereska i kilku chłopaków. Wszyscy, cała Wasza mocna zawarciańska grupa,  jesteście rozbawieni, wyluzowani,  bo wreszcie koniec „ naukowej” męki tego dnia.

I wiosna taka jak teraz w Parku Wawrzyniaka kusi zapachami, wabi kwieciem .

Widzę jak Was w swoich ramionach powoli zamyka ten park. Mieszkacie nieopodal.

My, już nie tak skonsolidowani jak Wy, suniemy dalej, przez most na Warcie szerokiej i rzewnej i dalej aż pod wzgórza koszarowe…

Nasze LO przy ul Przemysłowej w Gorzowie Wlkp. nadal istnieje.

Tylko grono kolegów coraz mniejsze. Pierwsza odchodzi Marysia Zielińska, potem Robert Kuryłowicz i Lilka Szatkowska. Może jeszcze inni, o których nie wiemy. Niedawno  Teresa Koryluk Łakoma z domu a dla nas Kostusia ukochana wybiera wolność i ten drugi bezproblemowy i ponoć piękniejszy świat. I w ślad za Nią wczoraj o 8 rano podążyłaś Ty-  Jej najbliższa Przyjaciółka.

Bożenko. Może przeczytasz to, co teraz piszę. Tego Ci nigdy nie powiedziałam , że kiedy się lepiej poznałyśmy,  żałowałam , że nie miałyśmy jakiś bliższych relacji w LO.

Ale los nam pozwolił to nadrobić, Dał nam Internet, Naszą Klasę i możliwość ponownych kontaktów. 

Spotkałyśmy się po 43 latach od matury, gdy wreszcie wpadłam do Gorzowa by obejrzeć stare kąty i pooddychać nadwarciańskim powietrzem.

Nie miałam już nikogo z rodziny w moim mieście, więc wybrałam hotel.

Gdy zadzwoniłam do Kostusi, że oto jestem, usłyszałam radosny głos. A my właśnie buszujemy z Bożenką po sklepach, więc niebawem wpadamy. I wpadłyście .

Kostusia była mi bardzo dobrze mi znana ze wspólnych wyczynów koszykarskich  w naszym LO, ale Ty poznawana od początku.

Od razu poczułam bliskość, radość , było gadanie z polegiwaniem  na moim łożu, potem  wspólne oglądanie widoków z okna wysokiego piętra na piękny wzgórzowy zielony  Gorzów i  nagłe  zaproszenie do Ciebie  do domu. Dla mnie  niespodziewane, bo wtedy jeszcze niewiele nas łączyło. Nie zapomnę mego zaskoczenia a potem przemiłego uczucia ciepła gdy to zaproponowałaś. Wzruszyła mnie , coraz rzadziej spotykana w naszym zapędzonym świecie , Twoja  gościnność – spontaniczna, od serca. Zwykłe a właściwie niezwykłe zaproszenie do swojego domu. Otwarcie się na drugą osobę.

Popołudniowe spotkanie u Ciebie. Nowe gorzowskie osiedle, piękne mieszkanie, oglądanie, pokazywanie, Zdjęcia Rodziny, Męża, poczęstunek i nalewka z pigwy własnej roboty i kot.

Atmosfera domowa, przyjazna, od razu ciepła przez duże C.

Tak, nasze relacje stopniowo się rozgrzewały, przecież w ogóle się nie znałyśmy.

Ale przez te minione 8 lat częstych rozmów telefonicznych stałaś mi się bliska, nieomal jak ktoś z rodziny.

Lubiłam słuchać z jakim żarem opowiadałaś o ukochanym wnuku, o podróżach, wrażeniach i planach na przyszłość.

Zawsze wtedy czułam tę magiczną moc naszej wspólnej ławy szkolnej której siła  miała szczęście się ujawnić po tylu latach.

     Gdy przyszło do Ciebie to Zło ostateczne,  zachowywałaś się bohatersko.  

Zawsze potrafiłaś tak  mówić o swojej chorobie, z takim spokojem, że właściwie to Ty podtrzymywałaś na duchu rozmówcę.

Jakby odwrócenie ról.

My słabi i bezradni i Twoja siła .

Skąd ją czerpałaś, tę siłę,  może nam zdradzisz tajemnicę.

Bo będzie  nam ona  potrzebna, przecież czeka nas to, co Ty już przekroczyłaś.

Czeka nas tylko jedna linia.

Po jej jednej stronie Życie doczesne a po drugiej Wielka Niewiadoma.

     Jednak chcemy wierzyć, że ten drugi Świat istnieje, bo to jest jak pewnik że się spotkałyście  Kostusią. Musiałyście się spotkać, bo byłyście chyba nierozłączne. Tyle było  w Was radości że ta wspólna energetyczna radość nie mogła obrócić się w nicość. Dalej istnieje ….

Pewnie teraz  z Kostusią planujecie kolejne wyprawy w przestrzeń bez ograniczeń, jakieś klasowe spotkanie, które zawsze organizowałyście  a może sobie po prostu siedzicie w Parku przy Wawrzyniaka niewidoczne dla śmiertelnych, Wy już Nieśmiertelne….

wiemy, że jesteście gdzieś niedaleko, zda się , że słychać  perlisty śmiech Kostusi i Twój niskobrzmiący, miły sercu…jest dobrze…

 

P6120503.JPG

 

Bożena z Kostusią w pokoju hotelowym, gdzie się zatrzymałam w 2008 roku. Gorzów Wlkp.

 

 

P6140759.JPG

Nasza Klasa. Gorzów, bulwar. 2008

 

P6140768.JPG

Bożena na pierwszym planie po lewej, w tle Kostusia. 2008 r. Gorzów

 

 

PICT0086.JPG

 

 

 

List od Jacka. „Moje kino.”

StaryRynekRatuszZGóra.jpg

Nie znalazłam zdjęcia kina o którym jest króciutka opowieść, która poniżej, więc Rynek i Ratusz.

W Zielonej Górze urodził się Jacek, lubi tu wracać. ..to urocze miasto…

 

 I kolejny list  od bratanka, Jacka Łukaszewicza….filmowca urodzonego w Zielonej Górze a od lat młodzieńczych mieszkańca Sydney

 

 

„Moje kino…

Cztery lata temu mój były wykładowca, a teraz kolega Jurek Domaradzki zrobił film pt. : “Piąta pora roku”. 

Dwa lata później byłem w Zielonej .

Lubię snuć się po deptaku. Mijalem Kino Nysa – moje Kino w którym się wychowałem. Wcześniej o tym nie myślałem.

Moją uwagę zwróciła ręcznie napisana kartka: “ dziś o 16 odbędzie się projekcja filmu pt: ”Piąta pora roku” w reżyserii Jerzego Domaradzkiego. Wszedłem do kasy. W okienku siedziały dwie starsze Panie pochłonięte rozmową o historii – jakoś wydały mi się znajome…

Kupiłem bilet, ale projekcja nie gwarantowana, bo musi być minimum pięciu widzów. Wróciłem przed czwartą i projekcja odwołana.  Dokupiłem więc cztery bilety i znalazłem się w świecie mojego dzieciństwa. Z tym, że teraz sala była pusta. 

Więc bawiłem się zmianą miejsc od pierwszego rzędu do balkonu. Na balkonie oglądałem fragmenty filmu oprawionego w moje kino.

W pewnym momencie usłyszałem magiczny dźwięk terkotania rolki filmowej na projektorze.

Poszedłem na górę i pan kinooperator – pan Tadeusz – wyprosił mnie, bo dla nieupoważnionych wstęp wzbroniony. Wróciłem po pięciu minutach z poczęstunkiem i przegadaliśmy cały film w projektorni.

Moje Kino było moim kinem na dwie godziny. 

Przyszedł mi pewien pomysł do głowy.

Po piętnastu biletach udało mi się przekonać pana Tadeusza na udział w moim filmie ‘Kino”.

W sumie pięć dni zdjęć – tutaj ( w Sydney- przyp. Z.K.) do tej pory bym czekał na pozwolenie różnych instytucji. 

Prześlę Cioci link za kilka tygodni.”

Ta książka otworzyła mi oczy.

w-imie-dziecka-b-iext30337561.jpg

 

 

Ta książka otworzyła mi oczy.

Może trochę przesadzam, ale jednak. Muszę się przyznać wszem i wobec, że długo tkwiłam w poczuciu, że jedynie w moim zawodzie jest tak blisko dramat ludzki cierpienie i śmierć. Gdy przez ponad 50 lat zajmowałam się chorymi miałam zamknięte oczy na dookolny świat. Tylko pacjenci byli we mnie. Przyznaję. Pochłonięta tylko jednym nie myślałam o innych zawodach.

 I dopiero  teraz ujrzałam jak na dłoni, że są inne, chyba trudniejsze, bardziej nawet obciążające psychikę z powodu konieczności wyborów moralnych. . Lekarz miał tylko pacjenta i jego chorobę w której miał pomagać a taki np. sędzia a szczególnie rodzinny jedną decyzją definiował  życie nie tylko jednostki ale też całej rodziny.

I to się stało, stało się to otwarcie moich oczu dzięki temu, że emerytura przyniosła wolny czas na lektury i przemyślenia a kilka dni temu przemiłe Panie  z michałowickiej biblioteki podały mi  książkę Iana Mc Ewana „ W imię dziecka”, mówiąc zwyczajowo to dla pani.

To był kamień milowy i pełne moje zrozumienie.

Przed kilku laty  córka przyjaciół , która przez wiele lat była sędzią rodzinnym zmieniła zawód i została notariuszem. Nie wytrzymała, mówili jej rodzice. Przyjęłam to dość obojętnie, chociaż tkwił we mnie ten fakt bo zasiał myślenie. Wprawdzie nie miałam z tą dziewczyną bliższych kontaktów ani czasu na rozmowy, wracało pytanie : Jak to jest być sędzią rodzinnym.

Ale dopiero lektura tej książki wypełniła to myślenie treścią , obrazami, przykładami które odsłoniły  trudy tego zawodu.

     Angielski, 68 letni obecnie pisarz Ian Mc Ewan nie jest prawnikiem. Jest tylko pisarzem, którego wiele książek sfilmowano.

Historie które opisuje w swojej książce „ W imię dziecka” zna z opowieści pełnokrwistego sędziego rodzinnego.

Z przenikliwą znajomością psychiki ludzkiej wpisanej w wykonywanie tego zawodu dzierga swą powieść.

Niezwykłą dla mnie.

Fiona Maye jest sędzią sądu najwyższego, specjalistką od prawa rodzinnego. Znana  z błyskotliwej inteligencji, sumienności i wrażliwości” .

Jest też kobietą,  kobietą bezdzietną, bo nie było czasu, bo praca zawodowa, kariera. Teraz ma 59 lat i jej mąż tyleż samo. Pewnego dnia mówi do niej, że chce jeszcze pożyć normalnie, z fascynacją i seksem. Odchodzi.

Ona zostaje w pustym mieszkaniu ale z dokumentacją swoich rozpraw. To jej życie. Odrębne, nie jego. On tego nie zna.

Żadnej łzy, rozpaczy, tylko praca. Zdeterminowana, jakby pogodzona wymienia zamki w drzwiach.

Któregoś dnia on czeka z walizami na schodach. Mówi, że kocha , że tam, z inną kobietą była pustka.

Ponownie więc mieszkają razem, omijają się, potem wymieniają grzeczności.

W snach przychodzą do niej sprawy w których podejmowała decyzje. Decyzje życia i śmierci. Nieodwołalne, sprawiedliwe, ale bolesne.

W powieści opisane są te sprawy dokładnie, przejmująco, obrazowo. Trafiają do serca czytelnika i przynoszą zrozumienie.

Ona nigdy nie przekracza granicy pomiędzy swoją funkcją a intymnością ludzi którym feruje wyroki.

Do czasu.

Nagle włącza swoją aktywność zwyczajną ludzką, by przekonać do swojej racji. Otwiera młodego człowieka o którego życiu ma zadecydować. Odwiedza go w szpitalu, pomna swojej młodości, rozmawia. To rozmowa, której nikt z młodym nie odbywał. On czyta swoje wiersze, potem jest muzyka, a  nawet śpiew.

Ów młodzieniec, otwarty przez nią na życie, rezygnuje z zasad swojej religii, nie ogląda się na wolę rodziców. Jest uratowany .  

Jednak to nie szczęśliwy koniec tej historii.

Okazuje się bowiem, że po pewnym czasie  ten już  teraz 18 letni chłopak jej nadal potrzebuje. Stała się dla niego jedyną kotwicą, więc jej szuka , odnajduje . Chce bliskości macierzyńskiej innej niż z matką fundamentalistką,  prowadzenia za rękę, rozmów, wspólnych chwil z poezją i muzyką.

Ale ona wtedy go odrzuca. Wie, że nie może być blisko . Nie może jako prawnik. Ale mogłaby jako zwykły człowiek.

Tragedia się staje.

I gdy przychodzi noc, ona wreszcie płacze , płacze po raz pierwszy . Jak zwykła kobieta. Przytula się do męża….

 

Naprawdę warto sięgnąć po  tę książkę, to tylko 250 stron, jeden dzień czytania.

Książkę inną niż większość.

Nietypową.

Interesującą i wzruszającą.

Dobrze napisaną i przetłumaczoną.

Dziękuję moim Paniom Bibliotekarkom z michałowickiej biblioteki za zakup tej książki, bo One decydują o wyborze  i wybranie z półki ze słowami- to dla pani….

I dziękuję autorowi, bardzo dziękuję….

 

 

Ianmcewan.jpg.

pisarz Ian Mc Ewan. Zdjęcie z Wikipedii

 

 

List do Jacka. O pierwszej australijskiej świętej.

 

KomuniaŚwiętychiArchaniołów,AlbrechtDurer.jpg

XIV wieczny obraz Durera. Komunia świętych

 

 

 

Kochany Jacku!

Dzisiaj chciałam z Tobą pogadać o świętych.

Pewnie jesteś zdziwiony, że taki przyszedł temat, ale sam go wywołałeś ostatnim listem, który zamieściłam w poprzednim wpisie.  Wspomniałeś w nim o beatyfikacji Mary MacKillop ( późniejszej świętej, pierwszej w Australii!)  i wizycie Jana Pawła II na australijskiej ziemi. Byłeś aktywnym świadkiem tych wydarzeń, filmowałeś je dla telewizji polskiej (TVP). Kiedyś Twoja nieżyjąca już Matka o tym nam opowiadała z dumą i nam serca rosły.

Przy okazji opisywania tego Wydarzenia  odsłoniłeś tajniki zdobywania niezwykłych zdjęć. Twoja Matka pokazywała nam kiedyś to Zdjęcie o którym piszesz. Na nim to  JP II błogosławiąc wiernych dotyka obiektywu Twojego aparatu . I nawet jeśli odjąć nasz sentyment, bo wszystkie zdjęcia i filmiki były Twoje,  robiły mocne wrażenie.

      Wiesz, ja dopiero „dojrzewam „ w problematyce naszego kościoła. Do tej pory patrzyłam na coraz bardziej licznych świętych okiem krytycznym. W ogóle jakoś bardziej odpowiadał mi protestantyzm, bez świętych, przepychu, celibatu itp.

Po co nam te pompatyczne ceremonie, kiedy dookoła zwykli ludzie walczą o codzienność. Niedawno  wspominałam o rodzicach przewlekle chorych dzieci opisując życie rodziców Czarka i Michała. Ale może nie o to chodzi naszym purpuratom. Wszak obowiązek opieki nad potomstwem niezależnie od ich stanu fizycznego czy psychicznego to po prostu obowiązek, tylko obowiązek.

A na świętość trzeba sobie, jak widać, specjalnie zasłużyć. Życiem nadzwyczajnym, walecznym, godnym naśladowania a potem już cudami, zsyłanymi  z zaświatów, co ustalono dopiero w 1983 . Ilu mamy świętych tego nikt nie wie, bo we wczesnym chrześcijaństwie nie prowadzono ewidencji. A świętymi zostawali różni ludzie, chociaż zwykle męczennicy za wiarę

     Nie jestem pewna, czy coś wiesz na temat Świętej Mary MacKillop, której beatyfikację filmowałeś. Ja nic nie wiedziałam i dlatego mniemam,  że  moi Przyjaciele też nie . Dlatego  pomyślałam, że warto coś o Niej poczytać i streścić tutaj.

Mary była dzieckiem twardych szkockich  górali, którzy przybyli do Australii i tu założyli rodzinę. Wychowywała się wśród licznego rodzeństwa, w biedzie, gdyż ojciec , niedoszły ksiądz, człek bardzo aktywny społecznie nie dorósł do bycia głową swojej rodziny i po prostu odszedł. Poświęcała się rodzinie, potem została nauczycielką a wreszcie zakonnicą. Zajmowała się dziećmi z najbiedniejszych rodzin. Pasją tą zaraziła wiele australijskich dziewczyn, które podążały jej śladem. Nazywano je „brązowymi kangurkami”. Zakładały sierocińce, zakłady poprawcze, domy starców i hospicja. Siostry nie mieszkały tak jak inne zakonnice w klasztorach, ale w namiotach i chatach w pobliżu szkół, które zakładały i w których uczyły. 

Działalność s. Mary i jej współsióstr nie podobała się części duchowieństwa Kościoła katolickiego. Doszło nawet do tego, że pewien biskup  rozwiązał ich zgromadzenie które nazywano józefinkami  i ekskomunikował jego założycielkę na pięć miesięcy. Potem się zreflektował i ponownie przyjął do kościoła.

Byłam zdziwiona czytając o tym. Nie mogłam zrozumieć co było przyczyną takiej wrogości kleru. Przecież te kobiety czyniły tyle dobra.  

I wiesz Jacku, dopiero  zrozumiałam  czytając inne doniesienia też zawarte w Internecie a których nie podaje wikipedia. Można mieć wprawdzie wątpliwości co do ich prawdy, ale wszystko ułożyło się w jeden ciąg zdarzeń.  Otóż te zakonnice , były pionierkami w walce z pedofilią w Kościele. Dla nas teraz to nie nowość, bo coś w temacie się dzieje, ale przed laty? Temat był skrzętnie zamiatany pod przysłowiowy dywan.  Obecna Święta Mary MacKillop żyła w latach 1842- 1909!  Były to czasy  kiedy to kobietom odmawiano wielu praw, np. nie mogły brać udziału w wyborach. Wtedy też  w Kościele i w całej Australii panowały uprzedzenia i fanatyzm. Katolicy występowali przeciwko protestantom, Anglicy przeciwko Irlandczykom, Europejczycy przeciwko Chińczykom, bogaci przeciw biednym.

I w takiej to sytuacji Ona jako jedna z pierwszych na świecie, a może nawet pierwsza, w dodatku kobieta  odkrywała  mroczne tajemnice kościoła. Podobno działała  bezwzględnie i twardo, nie oszczędzając żadnego z winnych, zadziwiała odwagą i  konsekwencją . Zarzucała niecne czyny winnym chociaż byli najpotężniejsi.  

Jednym słowem Mary zdrowo namieszała w tym wrzącym tyglu, dostarczając paliwa odsłanianiem upadku moralnego księży.

Gdy zapoznałam się z Jej życiem  polubiłam tę Świętą.  Działaniem wyprzedzała swój czas o wiele wiele lat.  

     Nic dziwnego, że  jeszcze gdy żyła, ludzie widzieli w niej obrończynię swoich praw i uważali, że jest świętą za życia.  

Po jej pogrzebie w 1909 r. ludzie zaczęli tłumnie odwiedzać cmentarz, zabierając do domów ziemię z jej grobu .

Nie było wyjścia , kler zadecydował by ekshumować Jej szczątki . W 1914 r przeniesiono je przed ołtarz Matki Bożej w nowo wybudowanym Memorial Chanel w Mount Street w Sydney.

W 1995 r. beatyfikował ją JPII a po 5 latach kanonizował Benedykt XVI

Ponoć od dawna przybywają tu  pielgrzymki nie tylko z całej Australii, ale też Japończycy, Kanadyjczycy, Amerykanie i Francuzi. Mówią, że  przeczytali o Mary MacKillop w jakiejś notce prasowej i postanowili odnaleźć jej grobowiec.

„Zaskoczeniem może być to, że przy grobie Mary spotykają się nie tylko katolicy. Modlący się tu mężczyzna, słysząc, jak inny przybyły mówi z pewnym zażenowaniem, że jest protestantem, odpowiedział mu:

„To nie ma znaczenia. Ona przyciąga tu każdego…”. Rzeczywiście, Mary „przyciąga” tak wiele ludzi, że podczas niedawnych prac renowacyjnych siostry musiały czasowo zamknąć kaplicę…..”

      I to by było na tyle Jacku. Miło było pogadać z Tobą, czy raczej „pomonologować”  na taki temat. Ciekawe, czy zaglądasz czasem do kościoła, gdzie jest pochowana. Czy w trudnych momentach życia tam się modlisz? Tego nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, co w Twojej duszy gra…..pozdrawiam najserdeczniej twoja ciociazosia

PS.

A w ogóle kwestia wiary jest dla wielu problematyczna. Albo jest albo jej nie ma. Chociaż- w  ostatniej rozmowie telefonicznej powiedziałeś coś, co daje do myślenia. Powiedziałeś, że istnieje jakaś Siła Wyższa, która decyduje o losach człowieka. Nie zwykły ślepy los, a celowe działanie. Zadziwiłam się, przyznam….ale się z Tobą zgadzam. Tak żyje się łatwiej….

 

Mary_mackillop.jpg

 

Mary MacKillop, pierwsza australijska święta, pionierka walki z pedofilią w Kościele.

List od Jacka. Historia jednego zdjęcia.

I Jacek list napisał „…. wiosna, cieplejszy wieje wiatr, wiosna, znów nam ubyło lat, wiosna, wiosna

wkoło itd….

Te miniaturki, jak Ciocia je nazywa, to rzeczywiście takie Paciorki Jednego

Różańca. Wobec tego coś będę bazgrolił dalej….”

 

IMGP1913.jpeg

Jacek po prawej….

 

 

Jacek Łukaszewicz

Historia jednego zdjęcia

 

” W 1995 roku przyleciał do Sydney nasz Papież na beatyfikację Mary McKillop.

Wielkie wydarzenie.

Kręciłem dokument z pobytu Jana Pawła II dla TVP. Mieliśmy operatora z telewizji,  Wojtka, więc nie martwiłem się o materiały medialne.

Wszyscy akredytowani reporterzy mogli przebywać tylko w miejscach dla dziennikarzy, ogrodzonych  i otoczonych przez panów w garniturach ale bez poczucia humoru.

Więc cały świat oglądał wszystko z jednego punktu widzenia.

A ja z reguły lubię coś innego.

W parku – Domain – była odprawiana Msza przed beatyfikacją. Cały park otoczony był rusztowaniami dla snajperów.

Zmieniłem garnitur na moro, wziąłem kamerę, akredytację bezużyteczną i poszedłem do parku. Jakoś nikt nie zwracał na mnie uwagi. W związku z czym wspiąłem się na wieżę snajperską i miałem ciekawą perspektywę. Po czym po krótkiej rozmowie ze snajperem zszedłem na dół i dalej kręciłem. 

Następnego dnia Beatyfikacja wspomnianej Mary McKillop.

Stoimy wszyscy jak baranki w obozie dla dziennikarzy.

Wychodzą. 

Czapki Kardynałów i na końcu Nasz Papież.

Wojtek stał przy mnie. Powiedziałem, że za chwilę będzie skakał przez barierkę z kamerą. Nie bardzo rozumiał.  Ale skoczył.

Na niego ochrona, wtedy spokojnie przeszedłem przez barierkę i mam zbliżenie Ojca Świętego dotykającego kamerę błogosławiąc Polaków.

I w tym momencie skoczyła na mnie ochrona i zostałem aresztowany.

I znów pomógł mi polski paszport, bo po jakimś tam przesłuchaniu i pouczeniu puścili mnie wolno. No itd.”

Życzenia Wielkanocne.

SAM_3558.JPG

 

SAM_3562.JPG

Tegoroczna pocztówka od dawnych pacjentów…..jestem z nimi….

 

 

 

Życzenia Wielkanocne

 

Miało być jak zwykle. Zwykłe lapidarne życzenia. Takie jak np. :

Z okazji nadchodzących wielkimi krokami wiosennych Świąt Wielkanocnych życzę Wam, Kochani, Zdrowia, Szczęścia i Radości.

 

Ale będzie trochę inaczej.

Będzie o Michasiu i Czarku. Moich dawnych pacjentach, już dawno pełnoletnich, którzy z okazji każdych Świąt nadal przysyłają mi kartki. Pisze  ich Mama, bo im  Los zaraz po urodzeniu odebrał wzrok.  Za to hojnie obdarował  chorobami licznych narządów ale  dla równowagi dała uśmiech, łagodność, pogodę ducha. Dał też Im Rodziców, którzy zasługują na miano Świętych za życia.

Nigdy  nie zapomnę tej Rodziny. Widzę Ich twarze, zachowanie, twarze” pokerowe” rodziców „ ubrane w pogodę ducha” i wesołe baraszkowanie misiowatych chłopaków. Przybywali ze swojej maleńkiej wsi oddalonej o przeszło 100 km , starym Maluchem, zawsze punktualni, skromnie, ale ładnie ubrani . Dzieci zadbane. Pewnie bardzo oczekiwane, duma, że synowie, najpierw Czarek po dwóch latach Michaś. Taki sam , niestety ten sam zespół. Gdyby chociaż dziewczynka, byłaby zdrowa, ale byłaby nosicielką tego tragicznego genu. Ale co dalej? Jakie miałaby dzieci. Nie wiedzieli, że tak może być, że dwaj będą tak samo chorzy, poradnictwo genetyczne było wtedy skromne. Potem już nic nie dało. Rozpoznanie suche na kartce. Zespół taki i taki. Jaskra wrodzona, operacja, głębokie  niedowidzenie, wada nerek, teraz już dializy, niewielkie opóźnienie w rozwoju,  deformacje kostne bo otyłość i nerki niewydolne i jeszcze ta padaczka….wszystko poukładane, jednakowe, przewidywalne, tylko co dalej? Walka, próba jakiegoś leczenia tylko objawowego, w które zresztą nie wierzyli, wizyty systematyczne u różnych specjalistów. Dobrze, że CZD byli w jednym gmachu, potem już pełnoletność synów i jeżdżenie z nimi po okolicznych miastach z każdym problemem i czasem listy do mnie, że działają, że walczą i jest jak jest, i bez żalu i słowa skargi. Niezwykli. I jeszcze pole nie obsiane i bydlęta głodne.

Tylko te spracowane dłonie

Gdy wszyscy wchodzili do gabinetu w CZD, to jakoś jaśniało. Pomimo tragizmu sytuacji czuło się ich siłę, jakieś pogodzenie z losem ale i w tym siłę.

Wówczas przychodziło myślenie, z symbolicznym „ biciem się w piersi” że mam brak pokory, że narzekania, że nasze problemy wobec tamtych maleńkie i że to jest grzech , wielki nasz  grzech – wyolbrzymiać, przewidywać najgorsze i się żalić.

Nigdy tego od nich nie słyszałam.

Pewnie płakali w ukryciu, że roli nie będzie miał kto uprawiać, że gospodarzami nigdy nie będą ich synowie i że tak ich los doświadczył. Pewnie płakali Ci Rodzice. W skrytości, bo sąsiedzi patrzyli.

   Ale do mnie przynosili swoją łagodność uśmiech zatroskany i jak wspomniałam wielką siłę.

A cóż ja im mogłam dać, tylko uśmiech dawałam.

Uśmiech , którym zakrywałam ból ściśniętego serca, i pytanie  gdzieś w środku zamknięte, nigdy nie wypowiedziane przy wielu też innych rodzicach przewlekle chorych dzieci.  Dlaczego?  Gdzie jest ten ponoć sprawiedliwy Bóg?

.

I to by było na tyle. Za dużo napisałam, za obszernie, zbyt emocjonalnie i przez to chaotycznie. Ale jestem z Nimi, szczególnie w takim dniu kiedy to Chrystus Zmartwychwstał…..

 

Pomyślmy więc o Nich, Kochani , w tę cudną radosną Wielkanoc, przy okazji dzielenia się jajkiem i składania życzeń . I potem gdy owies zielony i pisanki i baranek na świątecznym stole i szynki i baby wielkanocne. …

Pomyślny   o Tamtych Ciężko Doświadczonych. O Czarku i Michasiu i o wielu innych którym cierpienie dano i o ich Rodzicach- Świętych za życia.

Może jednak dobry Bóg popatrzy i zobaczy, posłucha i usłyszy  a w swej Łaskawości da Im siłę i pozwoli  przetrwać …..

 

Trzymam w ręce pocztówkę od Chłopaków , a tam napisano, że nadzieja jest….

 

” Radosnych Świat Wielkanocnych wypełnionych nadzieją budzącej się do życia wiosny…..”

 

SAM_3525.JPG

 

SAM_3530.JPG

 

SAM_3540.JPG

 

SAM_3533.JPG

 

SAM_3508.JPG

Pozdrowienia i życzenia z michałowickiego domu i z ogródka…

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. Pozdrowienia z Fiji (Fidżi)

WyspyWidzzKosmosu.jpg

Fidżi widziane z kosmosu

 

Fidżi, gdzieś w środku.png

W uwypukleniu linii  biegnącej centralnie przez mapę z północy na południe leży państwo Fidżi

 

Fiji_and_oceania.jpg

Położenie Fiji

 

FidĹźiScubaTravel,com,pl.jpg

 

 

Kochany Jacku!

Udało się! Wydobyłam się z lepkiej wsysającej umysł i serce magmy naszej rzeczywistości politycznej i wylądowałam na Melanezji. Pozdrawiam słonecznie.  Zapraszam Ciebie i  Wszystkich Przyjaciół. Z Sydney masz tylko ponad 3 tys km a polscy przyjaciele tylko ponad 15 tys km. W dzisiejszych czasach cóż to jest za odległość. Spotkajmy się na tych Rajskich wyspach wrzuconych przez niespokojną wulkanami ziejącą ziemię na bezmiar Pacyfiku.

 Jest cudnie, rozluźniająco, odmładzająco , pogadamy, pomilczymy, oczy nasycimy, siły odzyskamy  by ich starczyło na bezbolesny  powrót do mrocznego kraju….

Tu jeszcze jest lato, bo tak jak w Twoim Sydney trwa ono do kwietnia, by potem przejść w łagodną mokrą zimę trwającą do października.

Siedzę na plaży i moczę obolałe stopy w bardzo słonej wodzie,  Pacyfiku, bardziej słonej niż nasz Bałtyk. Szumią cicho te ciepłe , z rzadka dobijające do brzegu fale , bo Ocean o tej porze roku jest prawdziwie Spokojny i jego fale są  długie.  Coś w tym jest . Jedność lenistwa fal  i mojego lenistwa. Woda i powietrze mają 27 stopni, więc komfort. Zimą ocean jedynie o 3 stopnie chłodniejszy. Żyć nie umierać!

A wszystko przez Twój list, w którym opisujesz Twoją przygodę reporterską na Fiji.

Jednak nie znalazłam w nim opisów jak tam jest, co jak wiesz uwielbiam.  Zaintrygowana , zaciekawiona jak zwykle bywa, gdy czegoś nie wiem, nikt nie namawia,  postanowiłam sama sprawdzić.

Takam Zosiasamosia….

Początkowo chciałam tak jak ludzie pierwotni dobić tam statkiem , by patrzeć jak powoli wyłaniają się z morza wyspy. A jest ich tu 320 dużych z czego 100 niezamieszkałych i setki małych. Nie zapomnę rejsu po Morzu Śródziemnym, kiedy przed laty  w nocy wracaliśmy z Kos na Rodos. Oglądane w dzień liczne wyspy były urocze, ale zwykłe, bez nocnej deformacji. Gdy nastała zupełna ciemność stały się groźne, czarne i otaczały nas budząc grozę i zdziwienie, że jest tak inaczej. Wydawały się tak blisko, że czuliśmy się osaczeni. Marzyłam więc o rejsie morskim, o wietrze, o ustach słonych od bryzy, o bezmiarze i pięknym uczuciu, że gdzieś  na horyzoncie rysuje się zarys lądu. Jednak taka podróż na Fiji czyli po naszemu Fidżi trwałaby nie krócej niż 6 miesięcy.

Więc wzięłam samolot. Jest też oswojony, bo latania w życiu miałam sporo, wpatrywania się w okienko i co za nim, maleńkie makiety map świata w dole. Też romantycznie i pięknie, szczególnie, że w Michałowicach mam lądujące samoloty na Okęciu niemal na wyciągnięcie dłoni. No, trochę przesadziłam, widzę je w pewnej odległości, ale już mają wysunięte podwozia, widać koła i sapiąc obniżają lot…też cudnie.

 Wprawdzie Almatur już wyprzedał na ten okres wycieczkę w te strony, ale od czego Internet i własna inwencja. Lecieliśmy nad Syberią, , by skrócić trajektorię lotu, potem „spadaliśmy” nad Japonię i dalej już tylko szmaragdowy przezroczysty Pacyfik i zielone wyspy na nim. Widoki były przepiękne. Po licznych przesiadkach  wylądowałam .

I oto jestem. Myślę o Azjatach , którzy przybyli tu  w XVII wieku. To niesamowite jak sprawnymi byli żeglarzami, by pokonać takie odległości. O Angolach myślę, którzy potem zajęli wyspy i o Hindusach zatrudnianych przez tamtych wyspiarzy na plantacjach trzciny cukrowej. Zabytków tu nie ma, więc jest okazja by wpatrywać się w twarze ludzi spotkanych. A to jasne łagodne szerokie i promienne rdzennych Polinezyjczyków a to szczupłe i szarośniade Hindusów i angoli wielkozębne białe. Tak, obserwowanie ludzi , ich zachowań, obrządków to może być pasja. Ciekawe, czy też tak masz, Jacku. Pewnie też, bo widzisz podwójnie przez swoje oczy i oko kamery.

I zieleń. Wielka nieustanna zieleń tropikalnych lasów deszczowych, spływająca ze zboczy wygasłych wulkanów, rzednąca czasem w dole z łagodnym przejściem w wielkie trawy sawanny. Tam wśród drzewiastych paproci, bambusów ponoć można zobaczyć rajskie ptaki i inne zwierzęta. Po prawdzie widziałam tylko kozę mieszkającą na drzewie i ciekawą świnkę nieopodal jednego z domków a właściwie altan. Zapomniałabym o wszędobylskich jaszczurkach, iguanach, które nieruchomo siedzą na ścianie mojego okrągłego bungalowu zwanego falą  i hipnotyzują owady, by jednym skokiem dopaść zdobycz. Początkowo bałam się, że wpadną do mojego łóżka, ale najwyraźniej nie były mną zainteresowane. Ale co mam ci pisać, tyle widziałeś, że już się niczemu nie dziwisz. Jedno mnie tylko ciekawi, jak te” żywota „ znalazły się na wyspach, przypłynęły czy co?

Każda wyspa tego archipelagu jest ponoć  otoczona przecudną rafą koralową. Mam zamiar skorzystać z propozycji nurkowania, by obejrzeć z bliska. Pewnie na zamiarze się skończy, bo ….za to widzę wielkie wyfruwające z oceanu ptakoryby. To Manty ale ładniej – diabły morskie, jak ktoś powiedział. Lubią przebywać w grupach., wyskakiwać bardzo wysoko nad powierzchnię wody, by,  jak piszą, oczyścić ciało z pasożytów. Ale to mało romantyczne wytłumaczenie. Po prostu są ciekawe świata i lubią akrobacje. Są cudne, elastyczne, choć ponoć niejadalne,  a, że  żywią się tylko  roślinami i drobnymi rybkami, więc dla nas bezpieczne..

Zbudziłam się o świcie i od razu poczułam się wybrana szczególnie , bo byłam jedną z pierwszych osób na świecie, do których zawitał nowy dzień. Już w samolocie tubylec wracający na swoją wyspę oznajmił mi z wielką radością, że ich wyspy mieszkańcy nazywają  Viti, co oznacza Wschód Słońca. Bo tu rodzi się słońce, gdy  mieszkańcy kuli ziemskiej toną w ciemnościach nocy…Piękne, prawda?

Tak więc na razie siedzę na plaży, z wielkimi okularami przeciwsłonecznymi na nosie, wysmarowana kremem z filtrem, moczę nogi w bardzo słonej wodzie leniwych fal i popijam nieco narkotyczny wszędobylski tu napój zwany kava. Nie ma nic wspólnego ze znaną u nas kawą, chociaż miejscowi lubią szczególnie celebrować jej picie. Chętnie częstują przybyszów, czego sama doświadczyłam. Polinezyjska kava jest wywarem sproszkowanego korzenia pieprzu metystynowego i w odróżnieniu od uwielbianego przez nas napoju o nazwie kawa nie pobudza a daje relaks , ułatwia zasypianie, wprowadza w lekką euforię, a czasami nawet jak opisują „powoduje lekkie mrowienie w okolicy genitaliów co zwiększa przyjemność czerpaną z uprawiania seksu”. Ta ostatnia pozycja już na szczęście mnie nie dotyczy, ale wiedzieć warto. Na pewno w tym miejscu Jacku się obruszysz, bo kiedyś ładnie napisałeś, że lubisz swoje ciotki, które są wiecznymi dziewczynami . List ten od Ciebie zamieściłam w blogu i nosi nazwę „ Kobiety”.

Tak więc kołysana oceanem, pieszczona słońcem, wprowadzana w łagodność i lekką euforię ( w Polsce napój ten jest zabroniony, jako narkotyk)- niemożliwie- wspaniały jest ten błogostan- wdycham zieloną wilgoć lasów deszczowych czuję, że jestem w Raju…Tym bardziej, że daleka muzyka mnie przenika . Prawdziwa, najbardziej  popularna bo rdzenna,  polinezyjska. Więc płyną do mnie śpiewy ich  mandolin, strzępiaste gitary akcentowane gdy trzeba bębnami . Potem tylko same bębny , pewnie ogłaszają urodziny dziecka….

Zasłuchana, zapatrzona, zauroczona, odmieniona, uwznioślona, wypoczęta , świeża i radosna budzę się po godzinie pod moim michałowickim niebem.

Tak więc Jacku, dzięki Tobie odbyłam piękną podróż, niezapomnianą, uzyskałam  iście niebiański spokój ducha, zasypiam popijając dyskretnie kavę co u nas zabronione,  izoluję się od wiadomości Złego , trwam w tym błogostanie mniemam , że na wieczne czasy. I to wszystko uzyskałam ratując zawartość portfela. Życie jest piękne, nucę….

Czego i Tobie życzę i przyjaciołom naszym , pozdrawiam Twoja ciociaklocia .

Aha, zapomniałam dodać, że u nas jest godzina 12 w południe a w Twoim regionie- 1 w nocy. Więc zanurzam się Twoją noc, oceaniczną , w Twoje sny….nie bój się , przecież wiadomo, że nawet najczęściej pita kava nie otworzy cudzych snów….po prostu tak mnie poniosła wena…

Jeszcze raz dzięki za piękne dni podróży na Fji czyli Fidżi …zosia

 

640px-WayaWayasewa.jpg

Czasami można przejść z wyspy na wyspę…

 

wioskaNavalaCentralna częśćWyspyVitiLevu.jpg

 

plaza.jpg

 

Manta_birostris-Thailand.jpg

Diabeł morski

UihaPig_C_M.jpg

 

Iguana.jpg

 

GoatUpATree2_C_M.jpg

 

 Wszystkie zdjęcia z Wikipedii i polecanych przez nią publikacji

 

Listo od Jacka. ” Śmierć na końcu lufy”

 

Kolejna opowieść bratanka o swojej pracy na antypodach….

IMGP1913.jpeg

Jacek w pasiastej koszuli

 

Autor Jacek Łukaszewicz

„Śmierć na końcu lufy

Kilka lat temu miał być przeprowadzony zamach wojskowy na Fiji. Australijczycy byli niemile widziani, ponieważ rząd nie popierał nowych władz.

 W międzyczasie kręciłem taki dokument o byłym zespole Marleya – The Whailers – podczas turnee w AU ( Australii- przyp.zk). Zespół został zaproszony na koncert do Suvy( stolica Fiji- przyp.zk ) w weekend ogłoszenia tam stanu wojennego.

Oprócz kontynuowania doko, dostałem też propozycje nakręcenia pierwszych wydarzeń “wojennych”, a ponieważ byliśmy z zespołem, byliśmy vipami. Umieścili nas w hotelu naprzeciwko lotniska z jednym wyjściem – brakowało tylko bramy typu Arbaht…

W spodniach miałem zaszyte kilka tysięcy na łapówki i po upiciu naszych aniołów stróżów wymknąłem się z kamerami na zewnątrz podczas godziny policyjnej.

Jakieś dziesięć minut jazdy była pierwsza blokada wojskowa.

Pomyślałem, że fajnie byłoby zrobić wywiad z dowódcą. Piechotą było zbyt niebezpiecznie. Nagle podjechała Nyska bez świateł. Na Fiji każdy samochód to taxi. Chciał 50 – zaoferowałem mu 200 pod warunkiem, że zorganizuje rozmowę z kapitanem.

Podjechaliśmy do blokady – zatrzymali nas po drugiej stronie. Mój kierowca wyszedł z samochodu i podszedł do żołnierzy. Jedną kamerę miałem na kolanach, drugą trzymałem normalnie. Nagle jeden z żołnierzy uderzył kolbą karabinu kierowcę w twarz. Podszedł do samochodu.

Przyłożył mi karabin do głowy i zaszczekał o dokumenty.

 Łamaną angielszczyzną i ręką z trzęsącą się kamerą podałem mu paszport. Polski.

Gościu nie wiedział jak reagować – łamaną angielszczyzną wytłumaczył mi, że jest godzina policyjna itd. Po czym zarekwirował mi kasetę  z nagraniem Koziołka Matołka, tudzież Krecika, które wożę ze sobą jako tzw.  przykrywkę.

I wtedy zobaczyłem Śmierć – śmierć na końcu lufy, której Bogiem jest teraz ktoś, kogo nie znam i w kogo istnienie nie wierzę.

To była iluzja wpatrzona w kulę, która czeka na swoją następną ofiarę w samobójczym wzlocie i wylocie. 

Przypadkowo miałem przy sobie polski paszport , a może to nie miało znaczenia.”

List od Jacka.” Kobiety”

hp_scanDS_781513414917.jpeg

Australia, kamera, Jacek i kobieta .

 

A to kolejny list od Jacka, wrzucany tu na jego sugestię i moją przyjemność. W rozmowie telefonicznej ze swoich antypodów powiedział, że chce  coś w ten sposób opowiedzieć swoim kolegom odzyskanym po latach (za przyczyną tego blogu i moich w nim listów do bratanka, Jacka Łukaszewicza)…

 

Autor Jacek Łukaszewicz

“ Kobiety”

 

Nie wiem kim są kobiety i kto wymyślił termin kobieta. Ja na przykład dobrze się czuję, kiedy z jakiegoś tam powodu mówią na mnie małolat, pomimo sędziwego wieku. Dla mnie płeć żeńska będzie zawsze dziewczyną, bo z dziewczynami jest fajnie, a wszystkie tak zwane kobiety chcą być dziewczynami. I są nimi, bez względu na wiek, bo w dziewczynie jest i dojrzałość “kobiety” i doświadczenie “staruszki. One to mają genetycznie zakodowane od małego. Najważniejsze w życiu każdej dziewczyny jest jakiś tam chłopak, który zajmie się gniazdkiem, które ona sama sobie uwije, tudzież stworzy. I wtedy jest dylemat, czy żyć dla dziewczyny, czy żyć dla siebie, czy żyć dla nas.. Znam mnóstwo par, które są razem z wielu względów. Z reguły jest to podział życiowy, który trzyma się dzięki wspólnemu czemuś tam. Podziwiam takie małżeństwa jak Cioci, bo wiem jaka jest cena, ale niektórych na to nie stać, albo nie chcą, a chcieliby, tylko nie mogą, czyli im się nie udaje. 

 

Pierwszą moją dziewczyną była moja Mama, urodziła mnie i otwierając oczka we krwi już wiedziałem, że mam przejebane. Później poznałem mego ojca – fajny facet, gawędziarz, ale dla mnie miał czas dopiero czterdzieści lat później, ciągle jako chłopak. I dopiero po rozmowie z tym chłopakiem, wiedziałem  już na pewno że jestem w dupie. 

Miałem rację – ojciec wyszedł dystyngowanie pomimo opery mamy i mojego poparcia moralnego kiedy miałem siedem lat. No, dobra, myślę: nie ma ojca, nie mam rodzeństwa, to trzeba się zaprzyjaźnić. 

Dagmara była córką przyjaciółki mojej Mamy. Kiedyś zasialiśmy 50 amerykańskich centów w doniczce, i nic się nie urodziło. Później mój kolega Leszek został jej kolegą, a ona miała takie powiedzenie po zakupach, że “ spociła się jak ta kurwa “ w wieku ośmiu lat.

Później byłem kilka razy zakochany platonicznie, ale tak naprawdę urzekały mnie ciotki. U niektórych poczucie humoru, jakieś tam historie nowożytne, u niektórych wdzięk osobisty. W każdej ciotce widziałem dziewczynę, dziewczynę, która wie, że jest już kobietą, ale nie chce jeszcze być staruszką. Była w tym jakaś kokieteria rodzinna. Coś fajnego. A może to bzdura.

Cnotę straciłem, albo zyskałem przez przypadek. Moj kolega Jasiu miał kapitalną narzeczoną, Baśkę, którą znałem jeszcze z Polski, ze Szczecina. Jaś był na miarę Freda Astair’a. Nawet tak wyglądał. Zawsze kradł najdroższe kosmetyki dla Basi. Dla niego był tylko Hugo Boss. Mieszkaliśmy na tym samym piętrze w obozie. Kiedyś dał mi w prezencie Hugo Bossa, po czym pokłócił się z Baśką, i gdzieś poszedł w tango. Szukałem go, w końcu poszedłem do jego pokoju. Ciemno. Baśka się obudziła.

– chodź Jasiu….uwielbiam tego Bossa….twojego….

– już jestem…. 

I tak straciłem cnotę jako Jaś pod wpływem Hugo Bossa.

 

C.D.N….może”

List od Jacka. ” Matura”

hp_scanDS_781513252741.jpeg

Jacek w trakcie realizacji filmiku dyplomowego…

 

A oto  kolejny minitekścik Jacka przysłany do mnie  z Sydney  w zeszłym roku….:

„Autor Jacek Łukaszewicz

Matura

Po przygodach austriackich byłem już za stary na szkołę średnią. Mama się zmartwiła.

– musisz zrobić maturę i nadrobić ten stracony rok.

– jaki stracony, ale dobra.

No i zrobiłem kurs dwuletni w jednym roku w koledżu na dzikim zachodzie Sydney w Liverpool. 

Listopad 1983 roku był wyjątkową patelnią w Sydney. Jakieś lato stulecia, czy coś takiego. 

“ Hej za dzień matura, za dzień cały…” dźwięczały mi Czerwone Gitary pod czaszką we śnie. Byłem przygotowany idealnie – ściągi maczkiem pisane na każdy temat, oraz wzory matematyczne, chemiczne i fizyczne. 

Wstałem o 7 rano. „Słońce świeciło jasno” – już gdzieś to słyszałem. Mama przygotowała garnitur. Brązowy sztruks. Spojrzałem z niesmakiem.

– mamo, przecież patelnia na zewnątrz.

– maturę piszesz wewnątrz, będzie klimatyzacja, a poza tym to ważny egzamin w twoim życiu – wejście w wiek dojrzałości.

– mamo, w wiek dojrzałości to ja wszedłem w wieku piętnastu lat….

– nic nie gadaj, tylko ogol te swoje wąsy.

– jakie wąsy?

– no ten mech, który masz pod nosem.

– to nie mech, tylko wąsy.

– no właśnie, idź i się ogol, zaraz zrobię ci zdjęcie. 

– ale nie mamy filmu w aparacie.

– twój Dziadek zawsze mówił, że trzeba mieć w zapasie kilka rolek, wiec kupiłam trzy dni temu i zrobię ci zdjęcie – no idź juz, bo szkoda czasu.

Mama zrobiła mi zdjęcie na balkonie w pełnym słońcu sadystycznym, bo nie mieliśmy lampy błyskowej. Po tej sesji byłem juz “ spocony jak ta kurwa” – cytat mojej koleżanki Dagmary z Zielonej Góry. 

Wchodzę do baraku – żadnej klimatyzacji – wszyscy studenci na luzie w satyrach w krótkich majteczkach, podkoszulki itd. Patrzą na mnie jakoś dziwnie i kłaniają się na wszelki wypadek. Usiadłem przy swoim biureczku z jakimś numerem – żadnych nazwisk – i zacząłem ściągać maczek na normalną pisownię. Po przerwie wracamy na egzaminy i spod kartki z moim numerem wystaje jakaś notka: “ hi, i’m Jess – call me, I’m in the third raw behind you, i numer telefonu – stacjonarny, bo jeszcze wtedy nie byliśmy więźniami łagrów cyfrowych. 

Po czterech dniach egzaminów zdjąłem sztruks i wyjąłem z kieszeni jakieś siedem notek od różnych dziewczyn egzaminatorskich. Mama patrzy na mnie.

– jak ci poszło, Jacuś?

– myślę że ojciec byłby ze mnie dumny – mam siedem numerów telefonów.

– pytam o egzaminy…

– pełny sukces….

Dzwonię do kumpli.

– robimy tą imprezę na plaży za tydzień?

– pewnie, tylko dup brak…

– spoko, ja załatwię….

Następnego dnia spotkałem się z pierwszą dziewczyną. Poszliśmy na kawę. Nuda i brak tematów. 

– dlaczego zostawiłaś mi swój numer?

– bo taki przystojny jesteś w tym garniturze….

Po czy zamilkła i zanudziła mnie na śmierć swoim tępym spojrzeniem.

Przez tydzień spotkałem się z całą siódemką. Sympatyczne dziewczyny, tylko małomówne, a ja bardziej cenię intelekt nad wygląd – zresztą może wtedy było inaczej.  

No i zorganizowałem plażową imprezę ku uciesze moich kumpli, którzy świetnie się bawili, a ja siedziałem gdzieś z boku i myślałem, że kumple świetnie się bawią z dziewczynami, które nie mają nic do powiedzenia i siedziałem gdzieś z boku popijając piwo, które postawili kumple za zorganizowanie dla nich towarów, czyli wypociłem te dziewczyny garniturem.