Barwinkowe spotkanie z farmakologią

SAM_0095.JPG

 

 

SAM_0098.JPG

 

 

 

Barwinek  czyli Vinca  od dawna moją ulubioną rośliną. Czasem spotykam ją w lesie, ale chyba została tam przeniesiona przez ludzi, nie wiem. Jednak pamiętam, że tak jak konwalie jest pod ochroną.

Co innego mój ogródek. Właściwie też jest pod ochroną, bo niewiele w nim zmieniam. Wszystko sobie rośnie tak jak chce. Istna Natura 2000…

    Od dwóch tygodni w czasie tradycyjnych obchodów ogródka oko się samo zawiesza na uroczym błękicie ładnych kwiatków, prawie przytulonych do ziemi . Uwielbiam tę roślinę. Wdzięczną zimą, gdyż nie traci swoich nieco mięsistych liści, rosnącą na nawet najsłabszej glebie i w cieniu. Okrywa wyschłą bezbarwną ziemię swoją bujną zielenią a wiosną ozdabia kwiatkami. Jest wdzięczna, miła dla oka i budzi ciepłe uczucia.

Poza jego niewątpliwą urodą i wiecznie zieloną skromnością okazuje się być też lekiem. To niesamowite jak kiedyś ludziska potrafili wykorzystać towarzyszące im rośliny. Pewnie wiedza przekazywana była przez pokolenia jedni drugim ale też należało mieć pasję poznawania świata i dodatkową by nieść pomoc bliźnim. Zachwycające być taką babką co także czyni czary, które też pomagają. Mieć dodatkowy zmysł.  Oczywiście nawiązuję do wspaniałej roli zielarki i szamanki p. Grażyny Zielińskiej w serialu Ranczo. Nie ma jak seriale! Niech żyją z nami i czasem ciekawe problemy poruszają….

 

     O barwinku ciekawie pisze dr Henryk Różański. Pewnie w medycynie ludowej roślinka ta była stosowana od wieków, ale wzmianka o tym została znaleziona w literaturze niemieckojęzycznej z XIX wieku.  Ludziska zbierali kwitnące ziele lub same liście i suszyli je w normalnej temperaturze. Potem przyrządzali napary ( Infusum Vincae ) , nalewki( Tinctura Vincae) lub odwary ( Decoctum Vincae). Fajne nazwy tych „przetworów „ zielarsko-farmaceutycznych- Infusum, Tinctura, Decoctum. Dla mnie fajne, bo cofam się o 48 lat, kiedy to w Poznańskiej Akademii Medycznej zakuwam farmakologię. Jestem młodziutka, przejęta, bo niebawem za mąż wychodzę. A tu głowa puchnie od  wzorów chemicznych, nazw chemicznych i farmakologicznych, receptariuszy i bulgocze w niej od owych Tinctur…

 

   Ale wracam do mojego  barwinka. Preparatami z niego sporządzanymi płukano gardła i jamę ustną gdy dopadło człeka zapalenie, podawano przy biegunkach, nieżytach przewodu pokarmowego i układu oddechowego, krwotokach z nosa a także stosowano zewnętrznie w leczeniu wyprysków u dzieci. Ponoć barwinek obniża też ciśnienie tętnicze krwi, czyści krewa i działa rozkurczowo, leczy hemoroidy, zmniejsza nadmierne krwawienia miesięczne i skraca ich wydłużony okres.

Oczywiście należy podkreślić że jest to roślina  trująca, gdy zastosuje się większe dawki. I jest zabroniona kobietom w ciąży !

     We współczesnej medycynie oficjalnej nie są używane preparaty z ziela barwinka, ale nowoczesne leki zawierające alkaloidy obecne w tej roślinie. Zidentyfikowano ich 50.

Najbardziej popularne z nich to :

Winkrystyna ( vincristin) i winblastyna ( vinblastin). Jakoś do tej pory nie kojarzyłam nazwy tych leków z moim barwinkiem. Vinca. Nadal odgrywają one dużą rolę w terapii onkologicznej. Łączą  się  z białkiem zakłócając podział komórki, niszczą komórki w fazie M cyklu komórkowego i ostatecznie hamują nadmierny  rozrost tkanki nowotworowej.

Winblastyna stosowana jest w leczeniu  raka piersi, chłoniaków, raka jądra i mięsaka Kaposiego.

Winkrystyna używana jest w leczeniu ostrej białaczki limfoblastycznej , chłoniaków ziarniczych i nieziarniczych, zwojaka nerwowego współczulnego( neuroblastoma), mięśniko- mięsaka prążkowanokomórkowego ( rhabdomyosarcoma) i guza Wilmsa ( nephroblastoma).

Obecnie te alkaloidy  są syntetyzowane, gdyż należałoby do produkcji użyć pół tony liści barwinka by uzyskać np. 1 g winkrystyny.

Inny barwinkowy alkalotid to vincamine . Została wyizolowana z tej roślinki w 1953 r.i  ponoć znakomicie  obniża poziom glukozy we krwi,  podnosi też odporność na infekcje poprzez aktywację układu immunologicznego a także rozszerza naczynia krwionośne w mózgu, poprawiając jego ukrwienie. Podawany jest osobom w podeszłym wieku, w zaburzeniach krążenia mózgowego i ocznego, przy zawrotach głowy, osłabieniu pamięci, przy szumach usznych. Preparaty vincaminowe produkowane są w Szwajcarii, Francji i Niemczech w postaci kapsułek i tabletek powlekanych.

    Jak pisze dr Henryk Różański, oficjalnych dawek sproszkowanego ziela barwnika nie ma. Stosował on 1,5 g surowca dziennie, w kuracjach 2-3 tygodniowych z przerwą co najmniej 2 tygodniową. Tę dawkę rozdrabniał, zaparzał w 150 ml wody i zalecał wypijanie w trzech porcjach w ciągu dnia. W necie można też znaleźć różne domowe przepisy na preparaty z tej rośliny, ale należy pamiętać, że spożyta w większych dawkach jest trująca. Nie podano jakie są te” większe” dawki.

Tak więc nie warto eksperymentować.

A na razie trzeba się cieszyć właśnie kwitnącym najczystszym błękitem ciemno soczyście zielonym dywanom rozłożonym w cieniu drzew i cieszyć jeśli zdrowie dopisuje a myśl o leczeniu gdzieś daleko buja….

 

SAM_0097.JPG

Zdjęcia doktorantki…

Tak sobie oglądam stare zdjęcia rodzinne. I dumam nad tym, co wyrasta z dzieci. Czy mamy na to jakiś wpływ poza przekazaniem genów?

A to Paulinka, nasza najmłodsza, teraz mamusia i doktorantka…

 

 

 

 

SAM_5780.JPG

 

 

SAM_5794.JPG

Puśka z Ewą

 

 

List do Jana na adres: zaświaty.

Postanowiłam tutaj zamieścić list, który zwyczajowo napisałam do mojego teścia- Jana obecnego już w zaświatach i wrzuciłam do „skrzynki pocztowej „Jego blogu 24.04.2015 …opisane wydarzenie było dla nas Ważne  Niezwykłe i Jedyne takie, więc dzielę się naszą dumą….

 

 

Kochany Janie!

Długo milczałam, bo jakoś nie chciałam zakrywać zdjęcia Pawła i tekstu o Nim. Ale życie ma swoje prawa, czas więc powrócić do żywych.

Muszę Ci napisać, że wczoraj mieliśmy ładny, jedyny taki dzień. Być może zaglądałeś do nas i wiesz. Ale przypomnę. Otóż nasza najmłodsza córka, Paulina została doktorem nauk humanistycznych. Jest psychologiem, ma zajęcia ze studentami, które lubi. Ma to po Was urodzonych pedagogach – po Tobie, po pięknej Helenie i mojej Mamie- Stefanii. Miło  myśleć i widzieć, że geny nie umierają z ludźmi, a zostają i są aktywne w pokoleniach.

    Dziewczyna dość długo zbierała tzw. materiał. Przebadała przy użyciu różnych testów 294 osoby, których najpierw musiała zainteresować tematem i celowością poddania się testom.  Byli to rodzice małych dzieci. Gdy wyrazili pisemną zgodę na te  badania ,  oceniała ich zachowania zdrowotne. Problem jest ciekawy, gdyż w dzisiejszych zapędzonych czasach, trudnościach ze zdobyciem pracy, przy małych dzieciach myślenie o zdrowiu pojawia się zwykle wtedy, gdy jakieś niedomaganie człeka dopada. I po 7 latach tych przygotowań, opracowywania wyników- muszę się pochwalić, że sama sobie z tym dała radę- zwykle korzysta się z pomocy statystyków, czytania ogromu pozycji literaturowych , urodziła piękną , 197 stronicową pracę zatytułowaną Rozprawa doktorska. Praca otrzymała doskonałe recenzje, podkreślano dojrzałość samodzielność, logiczne myślenie autorki  i wskazywano, że takie opracowanie nie miało miejsca do tej pory. Potem musiała zdać egzamin z angielskiego, psychologii i filozofii.

Wczorajsza obrona była już właściwie tylko formalnością.

Ale to nie znaczy, że nie było emocji przed. W trakcie okazało się, że Twoja wnuczka pięknie spokojnie mówi, jest wyluzowana, tworzy miłą niewidoczną ale wyczuwalną przestrzeń ze słuchaczami. Oczywiście jak to w obronach bywa- najpierw promotor odczytał jej życiorys podkreślając fakt, że jest bardzo dobrym pracownikiem ale przede wszystkim Matką. W czasie gdy prowadziła swoje badania a potem pisała tę pracę urodziła dwóch wspaniałych Synów. Potem recenzenci odczytali swoje opinie i rozpoczęła się dyskusja. Zadawano wiele pytań, wątpliwości. Dyskusja była żywa, ciekawa a doktorantka z wielkim urokiem i znajomością tematu wyjaśniała, uzasadniała. Jednym słowem rodzice puchli z dumy, jak się możesz spodziewać. Nawet na końcu mama jako pediatra zadała pytanie, które spotkało się z żywym odbiorem nieomal wszystkich….

Potem musieliśmy opuścić salę oczywiście razem z doktorantką. W tym czasie członkowie Rady Naukowej obradowali lub udawali, że obradują nad ostateczną akceptacją pracy.

Po kilkunastu minutach zostaliśmy poproszeni o powrót i ogłoszono oficjalne zatwierdzenie doktoratu. Potem były gratulacje i gratulacje….

Finałem zwyczajowo był wspólny obiad w stołówce kampusu uczelni….

I powrót do domu, gdzie druga nasza córka- Ewa  upiekła z chłopakami Pauliny ciasteczka , które ułożyli w wielki napis BRAWO!

I nam po raz drugi rosło serce.

Tak, Kochany nasz Janie, czuję jak i Wy się cieszycie z nami, gdy wasze Wnuki  są dojrzałe, mądre i się kochają….

I my ich kochamy tak jak Was, nieustająco, bezgranicznie

Całujemy Was Dalekich…

 

W Wieńcu Zdroju…

SAM_9421.JPG

Wieniec Zdrój, Sanatorium Zacisze, ponoć przeznaczone do wyburzenia

 

SAM_9402.JPG

Wieczorne Sanatorium Zacisze

 

SAM_9532.JPG

Park i nowy, jeszcze nieczynny  obiekt

 

SAM_9415.JPG

Pawilon zabiegowy  w kompleksie z sanatorium Tęcza

 

SAM_9447.JPG

Szlak w wienieckim lesie

 

 

Po wstępnym rozejrzeniu się i po zachwytach sosnowych zakwaterowaliśmy się zgodnie z rezerwacją w Sanatorium o dziwnej w tej kujawskiej okolicy nazwie Hel. Od razu przyszło skojarzenie z tym prawdziwym Helem, wąskim pasemkiem lądu pomiędzy zatoką Gdańską a Bałtykiem, z szumem morza, zatopionym miastem na końcu półwyspu a także fokami karmionymi o 14 czy 15 na oczach ludzi przez fajnych młodych pracowników Gdańskiego Uniwersytetu. Każda foka ma tam swoją tabliczkę, tzw. target. Gdy pracownik pokazuje odpowiednią, tylko ta jednak foka podpływa, dotyka nosem do swojej tylko swojej tabliczki, którą doskonale jak widać rozpoznaje i w nagrodę dostaje rybę.

   Ale ja jak zwykle popłynęłam dygresją. Więc wracam. No cóż, jak Hel to Hel. Ten prawdziwy. Ale ten wieniecki okazał się miły, z własnym klimatem. Jest niewielki, pokoik był całkiem całkiem  z dużymi  oknami wyprowadzającymi wzrok prosto na  sosny. Jakżeby inaczej?

     Wieniec Zdrój to ociupeńka miejscowość uzdrowiskowa położona wyraźnie  wyżej niż okoliczny Włocławek rozłożona na wydmach porośniętych lasami sosnowymi, muszę się powtarzać, bo to ważne,  przetkanymi nagimi o tej porze roku drzewami liściastymi , obejmowanymi za nogi przez rozłożyste jałowce. Na pniach drzew zaznaczono szlaki turystyczne, drogi rowerowe a także śmiesznie wyglądające  pieczątki z grzybami. Podobno lasy te rodzą obficie grzybowo i w sezonie ludzie zbierają tu mnóstwo różnej maści kapeluszowatych . Okna  sanatoryjnych obwieszone sznurkami z nanizanymi grzybami przybierają smak i zapach prawdziwego letniska. My na razie oglądaliśmy wytyczone drogi z pieczęcią grzybową na pniach , węszyliśmy zapachy zbutwiałych liści zmieszane z wonią wszechobecnej żywicy.

    W centrum  znajduje się  nieco wyżej położony niewielki park z młodymi nasadzeniami różanymi, magnoliowymi etc. Wszystkie roślinki miały jeszcze plakietki z nazwami. Oj, musi być tu cudnie, jak to wszystko zakwitnie. Teraz sobie to wszystko smacznie spało, tylko wielkie sosny sięgające nieba tam rosły , w pewnych odległościach jedna od drugiej tworząc z koron przepiękną podniebną sieć. Tak smak parku był niepowtarzalny, nie mówiąc o tym , że jak się okazało, jedynie tam miał zasięg mój telefon komórkowy, gdyż sieć T- mobile była poza tym nieosiągalna. Działał na szczęście Mirkowy Plus i ponoć jeszcze Play. Tak więc ów park stał się nam jedynym oknem na świat. Może to i dobrze, że należało wyleźć z domu i dam się udać by złapać zasięg. W ten sposób filtrowała się część informacji ze świata, które mogły zaburzyć wypoczynek , oszczędzając ludziom czasem niepotrzebnych emocji codziennego dnia toczącego się gdzieś daleko.

     Na obrzeżach parku znaleźliśmy tylko 4 sanatoria. Był tam pudłowaty czteropiętrowy , pokomunistyczny  Hutnik , położony najdalej, po drugiej stronie parku rozsiadła się niezła w kształcie architektonicznym  willa Zacisze. Jak się dowiedziałam,  ponoć ma zostać wyburzona. No cóż, czasem remont jest droższy niż wyburzenie i postawienie nowego obiektu. Nie wiem jak to będzie wyglądało, i pewnie niedługo moje zdjęcie będzie miało wartość historyczną . Za Zaciszem w głębi  był ukryty nasz Hel o którym już wspominałam. Nieopodal posadowiono nowiutki pawilon zabiegowy nieomal opierający się o ścianę lasu połączony ze starym, też odrestaurowanym w którym teraz  mieści się sanatorium Tęcza. Z zewnątrz Tęcza wygląda ładnie, ale ktoś mi powiedział, że niestety są tam pokoje bez łazienek. To piszę ze względu na informacyjny cel, jeśli ktokolwiek chciałby się tam wybrać, niech wie.

     Z każdego miejsca parku widoczny był nowy wielgaśny, chociaż 4 piętrowy obiekt, niestety nieco komunistyczny ale na szczęście balkoniasty w kształcie litery U, zwróconej brzuchem do przebiegającej  za prywatnymi domami szosy do właściwego Wieńca. Mirek obliczył krokami, że jedno ramię U ma długość ok. 120 m. Trwają tam jeszcze prace wykończeniowe, ponoć w maju ma nastąpić otwarcie. Jak głosi fama i ulotka będzie tam miejsce dla 900 kuracjuszy- 70 miejsc dla niepełnosprawnych, reszta to komercja no i NFZ. Jest tam basen i różne instalacje SPA- w tym fryzjer z kosmetyczką itd.

Dla nas jedynym plusem może być widok z najwyższych pięter, uwielbiamy takie no i oczywiście sąsiedztwo lasów.

Ten kolos budzi obawy, czy aby na pewno znajdzie się tylu chętnych by go zaludnić, ale pewnie nowy właściciel  całego uzdrowiska to sobie wyobraża. Nasz Hel ma być podobno zamknięty i remontowany, a willa Zacisze w ogóle zburzona. Pożyjemy, zobaczymy. Mirek zapowiada, że jeszcze odwiedzimy to miejsce. Tego nie wiem, ileż to razy tak planowaliśmy, a potem się okazywało, że stale nie przychodził ten czas.

Ale na razie Wieniec Zdrój na stałe zagościł w naszych sercach i żyje we wspomnieniach. I to dobre….

W marcowym Wieńcu Zdroju.

SAM_9431.JPG

Nieomal w sercu Wieńca Zdroju

 

SAM_9437.JPG

Wszędzie o krok od sanatorium i zabiegowni lasy

 

SAM_9419.JPG

jeszcze bezkwiatowy, bo marcowy parczek w centrum, sosny wszędzie, w tle nowy, jeszcze nie oddany do użytku obiekt

 

SAM_9405.JPG

I słońce maluje sosny

 

 

 

Ta opowieść czekała cierpliwie, aż się nieco przeterminowała. Bo działo się to w marcu, a teraz już kwiecień. Najpierw wtłoczyła się na strony tego blogu Japonia, nabrzmiewając bez końca nieomal ożywającymi w miarę pisania wspomnieniami, potem Jackowe wirtualne spotkania. Ale cierpliwość popłaca. Właściwie nic to z płaceniem nie ma wspólnego, ale takie powiedzenie przyszło mi do głowy, gdy sięgnęłam po nieco już zapomniany Wieniec. I od razu wrócił, maleńki , ciepły, urokliwy…..a zaczęło się tak:

Któregoś pewnie jesiennego dnia nasza bardzo bliska Basieńka, od urodzenia włocławianka wspomniała o niedalekim uzdrowisku z niezwykłymi solankami, pięknie położonym pomiędzy starymi sosnami i teraz rozbudowywanym z iście europejskim rozmachem. Nazwy nie podała, ale pobudziła moją ciekawość. A głównie te wielkie lasy pobudziły. Bo tęsknimy za naszym nadbużańskim miejscem, ale domek tam lodowaty i o tej porze roku zamieszkanie niemożliwe. Tak więc były w nas sosny i tęsknota .

I właściwie nazajutrz , gdy nasza mazowiecka melancholia z  oknem i dzień wczesnomarcowy zajrzałam do netu. Wujowi google zadałam pytanie: uzdrowisko Włocławek. I cóż się ukazało moim zdumionym oczom. Wuj od razu pokazał na  Wieniec Zdrój.

A dlaczego się zdumiałam i w dodatku od razu zabiło mi serce? Otóż przez ponad dwadzieścia lat pracy w CZD wypisywałam skierowania do sanatorium moim małym pacjentom. Mieliśmy jakby przydzieloną miejscowość , którą należało wpisać. Był to Wieniec Zdrój. Jakoś nie miałam okazji by sprawdzić gdzie dokładnie leży ani też zapytać rodziców jak tam jest.

I teraz okazja przyszła do mnie sama via Basieńka.

Gdy przeczytałam Wieniec Zdrój , od razu jakby wróciły klimaty pracy o której już zupełnie zapomniałam. I moje dzieci i ich rodzice- jak wielu pamiętam. Niektórzy jeszcze teraz się odzywają , mam już „ poradniane wnuczęta”, dzwonią, maile piszą oczywiście z prośbą o jakąś poradę. I jest wtedy miło.

Wracam więc do Wieńca- ładna nazwa, dźwięczna, chociaż Mirek miał wątpliwości czy ładna. Miał jakieś inne skojarzenia. Od razu uspokoiłam, że nie ma związku z tym ostatecznym, przyjął to i szybko zapomniał o poprzednim myśleniu.

Jak zwykle w takich sytuacjach gdy rodzi się chęć wyjazdu w określone miejsce, siadłam do komputera i wyszukałam oferty pobytu, net wyznaczył trasę, napisałam, odpowiedziano, że mają miejsce, potwierdziłam i po pewnym czasie wystartowaliśmy. Trochę na przekór temu, co się działo w domu- wnuki chorowały, pomagać należało, a my do sanatorium.

Córka wprawdzie sugerowała, że jakoś da radę, ale pojechaliśmy z niepokojem.

Wybraliśmy trasę dłuższą, bo 215 km od Warszawy, ale dwoma autostradami. Najpierw A2, która okazała się pomimo niedzieli pełna tirów najczęściej z plakietką Rus, gnających do Niemiec , na szczęście po odbiciu w Strykowie na A1, byliśmy nieomal sami na tej trasie. Pomni poprzedniej jesiennej jazdy z Jastarni , zatrzymaliśmy się jeszcze przy A2 na kawkę, małe co nieco i oczywiście siusianie. I dobrze się stało, bo od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal na dużym, bliższym Łodzi  odcinku A1 nie ma możliwości pokuszania. Są przygotowane parkingi, niektóre już nawet czynne, ale bez jedzonka.

Tak więc nasyceni, odświeżeni pognaliśmy dalej. Niebawem pokazała się informacja, że już będzie węzeł Włocławek Zachód . Tam zjechaliśmy na krajową , ruch samochodowy był już większy, ale podróż była krótka, po niewielkim zawirowaniu na przedmieściach Włocławka i zasięgnięciu języka u miłego pana oczekującego na przystanku autobusowym zawinęliśmy na trasę do Wieńca. Po chwili otworzyły się przed nami wielkie lasy, zanurzyliśmy się z rozkoszą. I nawet widok szpitala z zagęszczeniem parkujących samochodów nie popsuł nastroju. My mknęliśmy w kierunku Wieńca Zdroju. Wiedziałam, że trzeba pilnie uważać gdzie skręcić , bo jest tak mały , że można przegapić. Ale nie przegapiliśmy. Dostojnie wjechaliśmy na uliczki naszego uzdrowiska.

Dookoła wielkie ale przyjazne pnie sosnowe z koronami sięgającymi nieba, całość położona jakby wyżej, na niewysokiej płaskiej rozległej wydmie, a powietrze kryształ.  W centrum znajduje się ogrodzony park a właściwie parczek z licznymi nasadzeniami róż i innych krzewów, o tej porze roku jeszcze uśpionych. Wszędzie mieszkają sosny, także w tym parku. Zauważyłam też świeże nasadzenia świerkowe. Nie wiem co planują właściciele uzdrowiska, jaką zmianę , bo gdy umrą wiekowe sosny, wyrosną świerki i wtedy żal będzie. Ale co tam, po nas choćby potop…..Dookolne lasy przetykane  drzewami liściastymi teraz jeszcze bezlistnymi były przejrzyste, świetliste. Jedynie wielkie jałowce ciemniały u  stóp leśnych strzelistych wielkoludów. Było cudnie, przecudnie…

O ludzką twarz Kościoła. Chyba coś drgnęło.

SAM_0017.JPG

Zdjęcie zdjęcia z Wyborczej. Kardynał Gianfranco Ravasi – przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury, przez wielu uważany za kandydata na przyszłego papieża, autor licznych śmiałych niezależnych publikacji watykańskich

 

 

Całkiem niedawno w Wyborczej zamieszczono list Adama Michnika( redaktora naczelnego tej gazety) i Jarosława Mikołajewskiego (  poety, pisarza,  dyrektora Instytutu Polskiego w Rzymie w latach 2006-2012, wieloletniego przyjaciela nieżyjącego już Ryszarda Kapuścińskiego) do papieża Franciszka wysłany bezpośrednio ale jak pomnę również do redakcji jakiejś postępowej watykańskiej gazety, którą czytuje papież. Nie zachowałam tego nr , ale przypominam sobie, że list ten opisywał  niewesołą sytuację Kościoła w Polsce – zaangażowanie polityczne budzące niechęć wielu wiernych, tolerowanie ks. Rydzyka z jego działalnością właściwie podobną do sekty, wykluczanie księży realizujących myśl Jezusa, czego przykładem jest choćby traktowanie ks. Lemańskiego i wiele innych zachowań Kościoła powodujących, że w społeczeństwie zaufanie do tej Instytucji spadło z 90% ( okres stanu wojennego) do nieco ponad 50. 

 

I oto w minioną sobotę  znalazłam artykuł- relację pana Jarosława Mikołajewskiego ze spotkania w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej ( zwanym popularnie pałacem prymasowskim ). Określił  je jako wydarzenie historyczne. W ramach przygotowań do październikowego Dziedzińca Dialogu odbyła się tam dyskusja osób reprezentujących różnorodne często skrajne poglądy i przekonania. Na to spotkanie , zorganizowane przez biskupa Nycza  przybył kardynał Gianfranco Ravasi – przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury, przez wielu uważany za kandydata na przyszłego papieża, autor licznych śmiałych niezależnych publikacji watykańskich  Zaproszono  też socjologa prof. Mirosławę Grabowską ( dyrektorCBOS), redaktora naczelnego Gazety Wyborczej- Adama Michnika, konserwatywnego posła do Parlamentu Europejskiego -Marka Jurka, znanego prawnika prof. Wiktora Osiatyńskiego.

Spotkanie prowadziła red Katarzyna Jankowska i ponoć było transmitowane na żywo w TVP Kultura i w Internecie. Szkoda, że nie miałam o tym  informacji, jakoś media też nie zadbały, by udostępnić tą wiedzę.

 

Wszystko odbyło się jakby po cichu, bez specjalnego rozgłosu. Żal.

 

Ale ważne, że ukazała się relacja z tego spotkania w papierowej Wyborczej. Autor  po krótkim wstępie  wyodrębnił w niej  rozdział pt.

 

„ Czego nie widać”. Ciekawy…

 

I tam czytamy,  że nawet słuchając na żywo  nie można było dostrzec :

 

Jak uczestnicy – księża szturchali się łokciami, gdy nagle zobaczyli ks. Lemańskiego . Kim jest ten ksiądz nie muszę przypominać. To wojownik o ludzką twarz Kościoła, wyklęty przez naszych biskupów, odsunięty od zwykłej posługi kapłańskiej i pomimo dość młodego wieku zesłany na emeryturę. I nic nie pomogły  listy jego parafian do papieża. Pewnie w ogóle ich nie dostał, a odpowiadali w jego imieniu ludzie nieprzychylni takim poglądom i działaniu i podpisywali się papieskim nazwiskiem.

 

 Autor artykułu zauważył , że pewnym momencie do ks. Lemańskiego podszedł jeden z organizatorów mówiąc- „ Proszę-tam rejestrują się goście na L.” Już to dla mnie niezwykłe, że został oficjalnie zaproszony. Coś drgnęło….

 

Obecny tam ks. Aleksander Seniuk, następca ks. Twardowskiego w Kościele Sióstr Wizytek w Warszawie przywitał się z wyklętym ks Lemańskim okazując  zwykłe ludzkie ciepło. Tego też nie było w bezpośredniej relacji. Nam się mogło to wydać zwykłym zachowaniem człowieka kulturalnego ale w sytuacji skostniałego naszego Kościoła „ wybrzmiało wyjątkowo”.

 

Także kardynał Kazimierz Nycz- gospodarz debaty skłonił się z daleka chociaż przyjaźnie ks. Lemańskiemu.

 

I nie można było ujrzeć na monitorze reakcji publiczności a  głównie księży w trakcie obrad, która” nagradzała brawami jedne słowa a kręciła głową na inne”. 

 

Też nie zarejestrowano momentu, gdy” po debacie ktoś zapytał ks. Lemańskiego i zapytał , czy podejdzie do kardynała Ravasiego, a ten powiedział, że poznałby go co prawda z radością, ale nie chce stawiać hierarchy w niezręcznej sytuacji”.

 

Wśród zaproszonych był odważny kapłan ks. Jerzy Galiński, który  był redemptorystą i już wtedy jak i teraz , jako ksiądz diecezjalny ośmiela się przestrzegać polski Kościół przed ks. Rydzykiem.

 

Autor relacji wyznaje też, że po jego i Michnika słynnym liście do papieża w sprawie kościoła w Polsce wielu polskich duchownych miało się domagać odwołania debaty z udziałem naczelnego Wyborczej…

 

W tym miejscu pan Jarosław Mikołajewski  pisze” I tym większa chwała kardynałom Ravasiemu i Nyczowi, że na debatę się zdecydowali”.

 

To ostatni dzwonek, by coś zmienić. Bo ludzie coraz częściej odwracają się od Kościoła w Polsce, a przede wszystkim dramatycznie spada zaufanie społeczeństwa do tej Instytucji.

 

Ta debata pozwala mieć nadzieję na zmiany.

 

Są tam różne spostrzeżenia, które rzucają światło , ocieplają wizerunek księży i powodują, że człek zaczyna wierzyć w możliwość takiej przemiany Kościoła, by bez lęku wejść do kościoła,   jeśli się zechce uczestniczyć np. w Mszy, bez lęku, że za chwilę padną z ambony słowa dzielące ludzi. Może jestem naiwną optymistką. Ale wiara ponoć czyni cuda. Więc miejmy nadzieję….mimo wszystko….

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Listy od Jacka.” Australia”.

IMG_0831.jpeg

To zdjęcie dostałam teraz od Jacka. Wprawdzie to nie Czerwony Maluch, ale jakoś się komponuje z treścią listu…..

 

 

 

I przyfrunął do mnie na skrzydłach internetu  kolejny filmopodobny list od Jacka. Moja skrzynka mailowa się nasyca , lubi takie teksty, oj jak lubi…..

Był rok 1981. Pierwszy poranek matki- Gerty Fajger- Łukaszewicz i 18 letniego syna, a mojego bratanka-  Jacka na obczyźnie. Zamierzonym celem tej ucieczki- wycieczki z kraju jest Australia . Już wiem dlaczego wyjechali z Zielonej Góry, już list czeka , potem będzie o tym …

A na razie ich Czerwony Maluch obudził się pod dworcem w Wiedniu….

 

<<

“Australia”

 

Obudziło mnie olśnienie, czyli jak kiedyś napisał poeta Słońce, które świeciło jasno nad Franz Joseph Banhoff. Z przymrużeniem oka spojrzałem na mamę. Już nie spała. 

– Jacek, ja chcę do domu…

– zawsze zdążymy, na razie idę na spacer….

W ogóle nie wiedziałem jak to ugryźć. Mieliśmy być w obozie, a dla mnie obóz to namioty, więc połowa Czerwonego to czteroosobowy namiot zakupiony w składnicy harcerskiej.  

Na skrzyżowaniu stał policjant kierujący ruchem porannym. Podchodzę.

– do you speak english?

– etwas….

– I want to go to Australia….

Spojrzał na mnie jak na nienormalnego, ale widząc moją poważną minę odparł machając lizakiem.

– me too want to go Australia….

– let’s go together then….

Zaśmiał się i napisał jakiś podejrzany adres na karteczce.

– you go there…

Spojrzałem na kartkę – Prefektura policji i adres. Nagle zgrzyt hamulców.

– ferfluchten….

Policjant ogłuszył mnie gwizdkiem i odszedł w kierunku malej stłuczki na skrzyżowaniu. Podszedłem do Czerwonego. Mama siedziała wystraszona.

– ja chcę do domu…

– najpierw pojedziemy na policje….

– żadnej policji, wracamy…

– zobaczymy.

Czerwony obudził się niechętnie, ziewnął, zakaszlał i zawiózł nas na adres prefektury. Kolejka jak za mięsem przed Świętami. Sami peerelowcy. Stanęliśmy w kolejce. Po kilku minutach wyszła wiedźma jak z Buchenwaldu i skrzeczącą polszczyzną zaszczekała.

– azylandów przyjmiemy – rerzda nach hause, zu rig, nach Polen….

Spojrzałem na przerażoną mamę.

– wir wollen nach Australie…

Wiedźma spojrzała na mnie spod oka.

– szaden Australia, tylko azyl polityczny…

Mama pociągnęła mnie za rękaw.

– Jacuś, bój  się Boga, jaki azyl, ja chcę do Polski…

– Ich arbaiten fur Solidarność…mówię…

– ja, ja alles fur Solidarność…name und passporten bitte….

Dałem jej paszporty i czekamy. Po kilku godzinach wyszła zszopeniała wiedźma.

– alles fahren nach oboz – tam wrzysdko na fas dzega…dam wrzysdko wam sprachen…alles clar?

–  ja, ja , naturlish…kaleczę niemiecki.

I pojechaliśmy,  kawalkada maluchów, trabantów, wartburgów, vokswagenów i mercedesów do obozu.

– no widzisz mamo, przyda się ten namiot…

– jaki namiot, Jacek – wracamy….

Podjechaliśmy do obozu. Były to stare posowieckie baraki wojskowe w Traiskirchen pod Wiedniem. Patrzę na ten obóz – brakowało mi tylko napisu Arbacht Macht Frei.

– masz racje, mamo, trzeba sprzedać ten namiot.

Zanim tam weszliśmy, przypomniały mi się fragmenty opowieści Dziadka o obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen…..>>

 

 

Listy od Jacka. Złodziej i wódka.

W jednym z listów Jacek opowiada o pierwszym spotkaniu z Austrią. A właściwie z Polakami, którzy tam mieszkali…oto ten list, a właściwie scenariusz…czytam i widzę film. Nic dziwnego- Jacek jest filmowcem w Australii. Był rok 1981.. Syn z matką wybyli z Polski…

 

IMG_0418.jpg

Zdjęcie od Jacka. Oto on….

 

 

<<

“Złodziej i wódka”

 

Czerwony Maluch dowiózł nas do Wiednia około trzeciej nad ranem. Zaparkował pod dworcem głównym, ziewnął i zasnął.

Mama patrzy przerażona wokół.

– co robimy?

– mama odpocznie a ja pójdę na spacer.

– nigdzie nie chodź….

– zaraz wrócę.

 Zżerała mnie ciekawość.

 – poczekamy do świtu.

– mamo, żywej duszy wokół, zaraz wracam.

 Otwieram drzwi Czerwonego i ni stąd ni zowąd, stoi jakiś facet jak duch. Jak go zagadać, myślę.

Facet uśmiecha się głęboko.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Jurek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– mam dwie butelki, ale wie pan, nie znam cen. 

Faxt wyciąga jakąś reklamę przecen. Pokazuje Żytnią i cenę – 100 szylingów. 

– no widzi pan, to na przecenie, a ja płacę 80 szylingów – inni oferują 60. 

Patrzę na reklamę, jego uśmiech…

– dobra.

Sięgam do Czerwonego po butelki. Mama przerażona.

– uważaj…może jakaś policja.

Wymieniamy się towarem z Jurkiem.

– miłego dnia i powodzenia.

 – no widzi mama jak na tym zachodzie forsa leży na ulicy. 

– jakiś gościu patrzy na naszą rejestrację, Jacek.

 Wychodzę z Czerwonego. Gościu się uśmiecha.

– państwo z Polski…macie wódkę?, dobrze zapłacę…Zbyszek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– a ile pan płaci?

– proszę pana, promocja 70, ja płacę 60. ile pan ma?

– miałem dwie, ale już sprzedałem. 

– pewnie po 50…he, he…

– po 80 panu Jurkowi, mówił, że wszyscy go tu znają….bardzo sympatyczny.

Gościu ogląda się wokół. Patrzy na mnie i odchodzi. Słyszę jego pod nosem.

– to złodziej jebany…znów mnie okradł, kurwa, Juruś….ale uczciwie zapłacił.

Gościu zniknął tak jak się pojawił… 

 – Jacek, trzeba odpocząć, zdrzemnij się.

Położyłem się do góry nogami w Czerwonym i pomyślałem: jestem na Zachodzie a wokół  sami Polacy i zasnąłem.

Po kilku minutach snu o Zielonej Górze obudził mnie łomot pod czaszką , czyli dyskretne pukanie w okno. Nie chciało mi się zmieniać pozycji na wiszącą, więc otwieram okno. Widzę uśmiechnięta twarz do góry nogami.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Miecio jestem….

– nic nie mamy, dobranoc..

Miecio zapalił skręta, zakaszlał się na śmierć i wykrztusił.

– znów zaspałem, kurwa, a kto rano wstaje….

 No i w ten sposób poznałem pierwszych trzech Austriaków w Wiedniu…

 Wyjechałem na Zachód,  a wokół sami Polacy.

mówią, że „wszyscy go tu znają i mogą poręczyć”…

„To złodziej…znów mnie okradł, ale chociaż uczciwie zapłacił…” >>

 

Listy od Jacka. Przypadek.

IMGP1900.jpeg

Jedyny syn mojego Brata- Jacek…ciepło w sercu jakoś… To zdjęcie m.in. teraz mi przysłał.  Nie znam daty.

 

To było bardzo dawno, gdy w dalekiej Australii odeszła z tego świata druga żona mojego brata- Zenona, Gerta i  urwał się kontakt z moim bratankiem a ich synem- Jackiem.

Już kiedyś pisałam,  że do Australii wywędrowali w końcu lat 80 ubiegłego wieku. Ona, Gertruda Fajger, była znaną radiową zielonogórską dziennikarką. Mój brat już dawno opuścił rodzinę, więc byli wolni i mogli zrealizować marzenia poznania świata. Tak więc Matka i Syn najpierw pojechali do Austrii a stamtąd dalej, na owe antypody…..

Przedtem Jacek bywał u moich Rodziców w Gorzowie a potem w Warszawie. Gdy zachorowała Gerta , zapadła cisza…..

     Po bardzo wielu latach , w 2011 roku wybrałam się z Mirkiem do Zielonej Góry na grób Brata  . I nagle  okazało się , że dokładnie w tym samym czasie do Zielonej przybył Jacek. To był Przypadek, zupełnie niesamowity. Jakby zaaranżowany przez kogoś , kto ogląda nas z góry, jakby figiel mojego Brata z zaświatów. Zjawiliśmy się niespodziewanie, nikt nie mógł przekazać Jackowi informacji, że będziemy ani nam, że On leci z dalekiej Australii.

Po prostu zjawiliśmy się dokładnie w tym samym miejscu i w tym samym czasie. I się po prostu spotkaliśmy …

„Przypadek”-  podkreśla teraz Jacek delektując się tym słowem z jakimś wewnętrznym skupieniem i namysłem

Po kilku dniach spotkań w Zielonej Górze, przyszedł czas pożegnania. Po powrocie do  domu   napisałam maila na podany przez Niego adres, ale list wrócił.

    Spasowałam więc i poświęciłam się spisywaniu wspomnień rodzinnych zamieszczając je w tym blogu. Jeden rozdział zatytułowany Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza zawiera to co zapamiętałam z Jego dzieciństwa, ze spotkań z Jego Mamą ….

Pisałam sobie i pisałam te listy bo przede wszystkim  chciałam  utrwalić dawne czasy, uratować wspomnienia z nadzieją, że może kiedyś wrócą stale żywe do naszych dzieci czy wnucząt .

Tak sobie właśnie myślałam, właściwie nie spodziewając się, że adresat je przeczyta.

      Aż tu nagle, wyobraźcie sobie , nagle zadzwonił telefon. Tu Jacek…oczywiście serce zadrżało, wszak to moja krew .

Zapytałam skąd dzwoni. Odpowiedział , że zdobył  numer mojego  telefonu a dzwoni z antypodów, czyli z Australii …Można się domyślić, jak długa była ta  rozmowa jaka serdeczna . Tyle nas łączy – On zachował ciepłe wspomnienia o dziadkach -moich Rodzicach- Stefanii i Wacławie od którego otrzymał nie tylko nazwisko. Ale o tym potem….

W pierwszym  mailu po tej rozmowie, Jacek  tak pisał:

 „ Witam Ciociu,

Nasze spotkanie w Zielonej Górze było jak bajka Andersena, tudzież kłania się Kornel Makuszyński podczas wakacji z duchami innego autora…..Prawdziwość słów, to jest prawda czasu, prawda ekranu, prawda…..

Przypadek- ciekawe- szukałem poetów zielonogórskich, a znalazłem Cioci listy do mnie….”

 

Odpisałam, prosząc  Go o jakieś opowieści z życia, bo spodziewałam się, że jest barwne…

Na to Jacek :

<< Skoro Ciocie to interesuje, coś tam będę pisał. Zresztą fajnie, bo na przykład moich chłopców w na razie jakoś nie interesuje cały ten zgiełk ( mówi o synach i Internecie – mój przyp.), a może to jest właśnie forma przekazu dla potomnych…>>

 

I tak się zaczęło…….

.

 

Powrót do Japonii. Ostatni akcent.

SAM_9362.JPGZ ekspozycji u Ewy

 

SAM_9574.JPG

 

 

SAM_9261.JPG

 

 

SAM_9268.JPG

 

 

SAM_9572.JPG

 

 

SAM_9598.JPG

 

 

SAM_9557.JPG

Moja wystawa w pokoiku hotelowym w Nagoi

 

 

Dzisiaj świt zajął mnie myśleniem o czym innym. Korzystając z pięknej pogody, łapiemy chwilę nad Bugiem. Połaziłam po lesie, który jeszcze śpi, krokusiki pozdrowiłam i przylaszczki i fiołki i znowu wróciłam do Japonii….Jednak przyciąganie komputera i wspomnień jest silniejsze od człeka. Więc zasiadłam w lodowatym pokoiku i oto jestem…..

        Na zakończenie opowieści z Japonii nie można wspomnieć o prezentach.

Gdziekolwiek byłyśmy, zawsze przywoziłyśmy drobiazgi dla najbliższych , raczej symboliczne, ale sprawiało nam wielką przyjemność wybieranie i kupowanie . Od pierwszego dnia , gdy coś nam się spodobało i miało godziwą cenę lądowało w naszych torbach, które targałyśmy na zajęcia i wycieczki by wieczorem delektować się każdym nowym nabytkiem.

Tym bardziej cieszyły japońskie pamiątki .  W Kraju Kwitnącej Wiśni jest przesympatyczny chociaż czasem wydawało się nawet, że przesadzony, zwyczaj  bardzo starannego pakowania najdrobniejszego nawet zakupu. Zwykle przed wyjściem ze sklepu znajdowała się oddzielna  lada, za którą stała zawsze uśmiechnięta pani . Uśmiech w sklepie jest tu obowiązkowy. Gdzie te nasze naburmuszone zwykle ekspedientki, które nie zawsze słyszą o co prosimy. Już i tak wiele się i u nas zmieniło w tym względzie, ale do Japonii jeszcze długa droga.

Tak więc owa uśmiechnięta Japonka odbierała od nas zakupione drobiazgi, pakując każdy oddzielnie w piękny kolorowy papier i starannie zawiązując kokardkę dobranej kolorystycznie wstążeczki nie zapominając o naklejeniu nalepeczki okolicznościowej. W naszym przypadku na nalepeczce figurowała gałązka kwitnącej wiśni, bo właśnie była ta pora. Ze zdumieniem zauważyłyśmy, że tak  samo pakowano nie tylko kartki pocztowe, które nabyłyśmy ale też osobno  znaczki pocztowe….

Szkoda, że nie zrobiłyśmy zdjęć tych pakuneczków. Ale cóż, nie ma co płakać, mleko się rozlało.

Kupowane drobiazgi nosiłyśmy z torbach przez cały dzień , by  po wieczornym powrocie do hotelu, nawet gdy nogi nam wrastały w przysłowiowe cztery litery ostatkiem sił zająć się oglądaniem tego, co kupiłyśmy. To już był taki nasz rytuał. Miałyśmy już taki zwyczaj, by tworzyć niewielkie wystawy z prezentów które kupowałyśmy . Codziennie przybywało szczegółów które cieszyły oczy. W ten sposób oswajałyśmy skromny pusty  schludny i obcy pokój hotelowy. W efekcie tworzył się intymny nasz tylko nasz taki prawie domowy nastrój…

Oczywiście Japonia obfitowała w różne ciekawostki którymi chciałyśmy się dzielić z naszymi najbliższymi. I w ten sposób na mojej wystawie znalazły się  drewniane japonki na koturnie ( ocalały u Ewy ), puste tabliczki na modlitwy tu wieszane przed świątynią shinto a w domu zupełnie nieprzydatne, już dawno  zagubione przez wnuczki ; breloczki, które sobie wiszą w mojej kuchni i codziennie mogę sobie oglądać . Są  śliczne te ciupkie Japoneczki.  Także  przetrwały u mnie  jeszcze nie rozpakowane pałeczki z pięknym malunkiem , ozdobne dwie torebeczki dla pary zakochanych czy świeżo poślubionych. Do nich należało włożyć karteczkę z prośbą do bóstwa i zawiesić  przed świątynią. Przywiozłam je do mojego domku. Użytku z nich już nie zrobię, ale są …  Przypomniałam sobie teraz o palczastych skarpetkach. Takie widziałam po raz pierwszy właśnie w Japonii. Myślałam wtedy, że to taka moda, ale teraz, gdy paluchy wiek koślawi doceniłam tamte skarpetki. Przecież pakowanie każdego palca stopy oddzielnie to nie tylko izolacja zapobiegająca jakimś schorzeniom grzybiczym możliwym przy poceniu stóp, ale też bolesnemu ocieraniu palca o palec. Tamte skarpetki gdzieś poszły w siną dal, zresztą były kupione dla córek. A teraz ja paraduję w podobnych, bo na moją prośbę zięć zakupił takowe w Internecie….i jest fajnie.

W Japonii zobaczyłam po raz pierwszy nie tylko palczaste skarpetki, ale ze zdumieniem obserwowałam obuwie Japonek. Zupełnie suchymi bezdeszczowymi ulicami często widywałyśmy Japonki w krótkich kaloszach z wyodrębnionym dużym  palcem stopy. Wydawało się to wtedy nawet zabawne, ale przydałyby się teraz takie, przydały. Jednak do nas ta praktyczna moda nie dotarła i ciekawe, czy kiedyś dotrze….ponoć mają też buty do biegania pięciopalczaste, które zobaczyłam teraz w necie.

Aż nadszedł dzień wyjazdu. Przedtem należało wykonać  dokumentację zdjęciową i ostatecznie zwinąć naszą wystawę, prezenty upchnąć w walizkach pożegnać nasz przyjazny hotelik i powędrować do metra….

potem było lotnisko, tym razem lot nad Koreą Mongolią( przedtem nad Syberią, co już opisałam ) , by pokonać krzywiznę ziemi i skrócić tor lotu. I niebawem witał  Frankfurt nad Menem a potem  Warszawa, która czekała z utęsknieniem a raczej czekały nasze dzieciaki no i mężowie

A nam pozostał ten japoński sen….