„Manna z nieba” i tamaryszek

Sardynia, tamaryszki.jpg

Plaża na Sardynii. Drzewa tamaryszkowe zadziwiły nas , bo rosły na nadmorskim piasku  i były wielkie w porównaniu z krzewami, które widywaliśmy w Polsce. ….

 

 

 

 

     Ostatnio przeczytałam, że z polecenia  boga Jahwe  tamaryszek  nakarmił manną wygłodzonych Izraelitów, którzy uciekali z egipskiego domu niewoli i zmierzali do swojej  Ziemi Obiecanej.

Jak podaje Biblia , ludzie widząc pożywienie leżące na ziemi w obfitości  pytali w języku hebrajskim „ co to jest?” czyli man hu. Czyli manna….

A „ było to coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi” ,  „ …miało smak placka z miodem”.

Jedynym warunkiem, który postawił Bóg swojemu ludowi , było zebranie manny do ostatniego ziarna. Tak też zrobili, a w nagrodę 6 dnia zebrali podwójną porcję która się nie psuła do 7 dnia , tj. dnia szabatu. W ten sposób Bóg żywił wędrowców – uciekinierów przez kolejnych 40 lat , aż do czasu dojścia Izraelitów do Kanaan.

     Przez lata badacze zastanawiali się skąd owa manna pochodziła. Wg Wernera Kellera, autora książki „ Śladami Biblii” była to wydzielina krzewów tamaryszkowych powstająca w wyniku symbiozy tego krzewu i jednego z gatunków czerwców, czyli pluskwiaków. Wydzielina ta posiada konsystencję żywicy i formuje się w białe grudki….

Arabowie zaś uważają, że jest to czysta  żywica tamaryszka, która się wydobywa z pędów pod wpływem ukłuć owadów… Ponoć do tej pory jest zbierana i spożywana z ochotą przez wielu jej miłośników….

      Nie zapomnę czasu, gdy  zobaczyłam go po raz pierwszy. Było to krótko po zainstalowaniu się  w stolicy.

Nieopodal naszej dawnej ul. Stołecznej a obecnie Popiełuszki był ( i na szczęście jest nadal)  park przy teatrze Komedia. Lubiliśmy ten uroczy zielony zakątek i wędrując nad Wisłę lub Cytadelę przez  Plac Wilsona ( za tamtych czasów zwanym Placem Komuny Paryskiej) zawsze przemierzaliśmy alejki tego parku. Był też na drodze do maleńkich cichych  zatopionych w zadumie nad czasami, które minęły, żoliborskich uliczek z uroczymi domkami…

Jeszcze czuję zapach tamtej Warszawy, gdzie wszystko było dla mnie nowe, właściwie pierwsze i zachwycające….

       Ale miało być o tamaryszkach , a ja jak zwykle rozwijam tematy poboczne….

Tak więc był rok 1968, gdy  po raz pierwszy zobaczyłam duży  krzew o zjawiskowej urodzie. Przypominał wielki wrzos pokrojem i barwą drobnych kwiatków które chmurką otaczały  wiotkie  igrające z wiatrem gałązki. Stałam przed nim w zachwycie. Zawsze tak było. W moim Gorzowie ani potem w Poznaniu nie zauważyłam podobnych krzewów. Może tam też rosły , ale widać wtedy wzrok zajęty był czym innym . Pewnie uwagę odwracały  zajęcia sportowe, randkowe, edukacyjne albo  wielgaśne tomy anatomii Bochenka ….

teraz otrzymałam okazję na to spotkanie. Pierwsze spotkanie z tamaryszkiem nazwanym oficjalnie Tamarix gallica

W necie  piszą o nim , że jest kurierem  pustyń i stepów. Przybył z  południowej Europy, północnej Afryki, Azji Mniejszej środkowej Azji. Wytrzymuje suszę, zasolenie gleby, zanieczyszczenie powietrza. Uwielbia słońce i lekkie piaszczyste ziemie. W stanie wolnym rośnie często w wyschniętych korytach rzek gdzie sól w glebie….

     Gdy zakładaliśmy pierwszy ogródek, oczywiście pierwszym krzewem o którym pomyślałam, był tamaryszek. Ale nad Bugiem nie czuł się dobrze, marniał, pewnie tęsknił za solą ziemi i ostatecznie umarł. Było nam przykro.

Ale nie straciliśmy nadziei. Po latach kupiliśmy maleńką krzewinkę i nie wierząc , że tym razem nas polubi, posadziliśmy ją nieopodal daglezji i michałowickiej siatki ogrodzeniowej. Ale tym razem nagrodził nasze oczy pięknym kwieciem i luźnym pokrojem długich jak rozwichrzone włosy gałązek. W rezultacie wokół niego zrobiło się ciasno. Ale nic to, cieszymy się, że jest z nami…

    I tak dobrnęłam do końca opowiadania o tamaryszku, ale to nie oznacza, że temat jest zamknięty. Może zajmę się poszukiwaniem biblijnej manny na ziemi u jego stóp

a może tylko będę stała i patrzyła jak wiatr  bawi się  jego włosami  a słońce igra z kolorytem kwiecia nadając barwy ciemnego wrzosu albo nagle je rozświetlając …

i wtedy wrócę do mojej dawnej Warszawy , młodości i pierwszych zachwytów  tamaryszkiem i pieszczotliwie będę go nazywała, mój ty Tamarix gallica co dałeś innym ” mannę z nieba” a nam swoją urodę….

 

 

T,1.JPG

 

 

T.JPG

 

 

T,2.JPG

 

 

T,4.JPG

 

 

T,6.JPG

 

 

.

Dwa w jednym.

 

 

0.JPG

I w tym wirtualnym mieście pojawiła się połowa mojego wiejskiego  domku …

 

1.JPG

I moje kwiaty widzę….

 

 

 

Niedawno wróciłam z centrum stolicy. Smętny tam widok domów oblepionych szmatami , szumnie i cudzoziemsko billboardami zwanych ( ale też opisywanych po „ Polsku” jako bilbordy ) , zanurzony w wielkim ruchu samochodów, hałasie, biegu tłumów.

Oj , to nie jest ta Warszawa sprzed ponad 40 lat. Wtedy jej centrum może też nie było zbyt ładne, ale przynajmniej oglądane  młodymi oczami. Teraz już nie te oczy i nie to miasto. Rozmawiam ze znajomymi, którzy może dlatego że też się zestarzali, postrzegają to teraźniejsze miasto tak jak ja.Może…

Jedno jest pewne, że w czasie tego półwiecza przybyło mnóstwo samochodów i ostatnio bardzo wiele osób  przyjeżdża tutaj do pracy. Znam ludzi, którzy codziennie dojeżdżają z Radomia czy Łodzi . No cóż, wielkie przemiany polityczno społeczne w naszym kraju zmiotły istniejące tam zakłady, a ludzie często lądowali na przysłowiowym bruku, zbyt często ….tak, dużo się tu ostatnio zmieniło ….tempo życia jest inne, nieznane nam kiedyś wyścigi szczurów się pojawiły,  pościg za modą, młodością, do pełnych półek w sklepach licznych marketów . Tak, ludzie gnają przed siebie, depcząc innych a duża część społeczeństwa coraz bardziej się zapada , często sięgając przysłowiowego dna.  Jak długo jeszcze będzie nakręcała się ta spirala ? nie wiem, pewnie w nieskończoność. No cóż, to cena przemian, po prostu” taki mamy klimat „….

     Tymczasem ja uciekam z centrum stolicy, uciekam  tam gdzie przysłowiowy pieprz rośnie, a właściwie na moją wieś , gdzie pieprz jedynie w miejscowym sklepiku kupić można.

Gdy więc zupełnie  przemielona, skotłowana  tumultem  miasta, zostaję wyrzucona z kolejki WKD na michałowickie bezdroża, widzę domki otulone ogródkami, przemierzam małe uliczki pod koronami starych drzew i oczy napawam zielenią i wielką ciszą i wielkim błękitem nad głową.

Tu pełen spokój , bilbordów nijakich nie widać, ludzi niewiele, równina mazowiecka jeno.

Aż zabrzęczała zadzwoniła w uszach ta  cisza, nieliczni przechodnie gdzieś pod ogrodzeniami przemknęli jakiś spóźniony samochód przejechał.

Oj, wsi spokojna, uśpiona , za tobą przecież już zdążyłam zatęsknić. Mam ciebie w genach, we krwi półwiejskiej przecie, półgóralskiej, półwileńskiej i Bóg sam wie jakiej jeszcze .  Ale urodzona w mieście jak na owe czasy dość dużym, bo w chyba 100 tysięcznym Gorzowie, hodowana w wielopiętrowych kamienicach a potem przez 40 lat hodująca własne dzieci  w bloczydle żoliborskim zostałam zarażona miejskim bakcylem.

I dlatego też  będąc na wsi tęsknię za miastem i odwrotnie. Jednym słowem stoję w dużym rozkroku , przestępując z nogi na nogę.

    I posiedziawszy na mojej wsi , zrobiwszy zdjęcia wszystkiego co kwitnie w ogródku, zająwszy się oglądaniem aparatu fotograficznego, nagle napotkałam w nim jakiś program , który okazał się całkiem zabawny.

W ramach zabawy skorzystałam z niego i teraz mam dwa w jednym : 

Jakieś duże miasto do którego zawsze tęsknię i obrazki wiejskie.

Miasto jest piękne i pięknie milczy na moje szczęście , tłumy gdzieś zniknęły.

I jest super…..

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

4.JPG

 

 

5.JPG

 

 

6.JPG

 moje kwiaty wylądowały na bilbordach…

 

 

1.JPG

 

 

 

O sokolnictwie słów parę…

SokolnikStare.jpg

Zdjęcie z netu. XII wieczna rycina nieznanego autora….

 

 

Zainteresowana widokiem sokolnika w Busku ale i zasmucona  widokiem tego zniewolonego wielkiego drapieżnego ptaka  otwieram komputer i w kilku portalach m.in. Związku Sokolników przy PZŁ a także na stronach portów lotniczych na Okęciu i w Pyrzycach, znajduję informacje, których streszczenie zwyczajowo zapisuję…

 

Chyba od  niepamiętnych czasów ludzie ujarzmiali sokoła i używali go w polowaniach. Konfucjusz , filozof chiński, żyjący w latach 551-479 p.n.e. wspomina o cesarzu Wen Wang , który żył ok. 1150 lat przed naszą erą i oddawał się z wielką pasją polowaniom z sokołem. Wg niektórych to jednak Bliski Wschód był ojczyzną tej tradycji.

Znanymi sokolnikami byli Persowie ( VIII wiek n.e.) a także Mongołowie opisani w XIII wieku przez Marco Polo. 

W Europie po raz pierwszy opisano łowy z sokołem w III wieku. Od tej pory zapanowała moda na hodowanie i wykorzystanie tych ptaków. Właściwie na dworach każdego króla  ( także polskiego) i znamienitego rycerza znajdowali się sokolnicy.

Europejskie tradycje polowań z sokołem zamarły dopiero w XIX wieku. Wiązało się to z ruchami rewolucyjnymi, wojnami,  zmierzchem czasów świetności wielmożów, ale głównie  z upowszechnieniem broni palnej. Ta tradycja jeszcze się ostała  w środkowej Azji i na Bliskim Wschodzie .

    W Polsce, od kilkunastu lat liczba sokolników  utrzymuje się poziomie około 150 osób. Jednak około 30 % z nich z różnych względów nie posiada własnych ptaków.

     Długo trwa „ ułożenie” sokoła czy jastrzębia. Są to przecież ptaki z natury  dzikie i nieufne. Dlatego człowiek z nim pracujący musi być cierpliwy i systematyczny oraz tak układać sobie życie zawodowe, by wygospodarować czas na zajmowanie się ptakiem. Treningi i polowania odbywają się zwykle od sierpnia do lutego. Ponieważ te ptaki są aktywne rano i po południu, dlatego w tych miesiącach i o tych porach sokolnik poświęca im 1- 2 godzin swojego czasu.

Od marca do sierpnia ptak przechodzi w stan spoczynku. Wówczas przebywa w wolierze i musi być tylko codziennie karmiony….

    Z kolei pan Piotr Adamczyk na stronie lotniska w Pyrzowicach  opisuje pracę z sokołami na lotniskach. Wiadomo jest, że zderzenie samolotu z ptakami bywa tragiczne w skutkach. Dlatego stosuje się różne metody ich odstraszania. Są to urządzenia dźwiękowe, które imitują odgłosy drapieżników albo po prostu są to huki z armatki . Podobno można usłyszeć te dźwięki, wysiadając z samolotu lub przebywając w okolicy lotniska. Zwykle to wystarcza, by odstraszyć ptaki przelotne. Ale stałych mieszkańców terenów już nic nie zadziwia i wtedy niestety wkraczają do akcji sokolnicy. Zwykle lotniska używają tych dwóch metod równocześnie.

    Sokół w locie nurkowym osiąga prędkość ok. 360 km/h i posiada tak wyśmienity wzrok, że podobno człowiek który posiadał by wzrok sokoli mógłby czytać gazetę z odległości 1,5 km…Pojawienie się drapieżnika nad danym terytorium uruchamia genetycznie zakodowany lęk naszych kawek kruków i innych wolnych ptaków i po prostu uciekają i znajdują inne miejsce zamieszkania i żerowania .

Sokolnik przemieszcza się samochodem po płycie lotniskowej mając ze sobą zwykle pięć sokołów. Każdy z nich posiada zasłonę na oczy tzw. karnal. Dzięki temu jest spokojniejszy i ponoć mniej zestresowany. Każdego dnia  są one wypuszczane w innym miejscu lotniska, (oczywiście po zdjęciu karnala.).

Bezpośrednio przed lotem jest sprawdzany stan nadajnika umieszczonego , który ułatwia lokalizację ptaka i umożliwia ew. odszukanie.

Relacje ptaka z sokolnikiem opierają się jedynie na tym, że sokolnik jest jego jedynym żywicielem. Przejedzony sokół za bardzo oddala się od sokolnika i nie chce wracać. Dlatego codziennie jest sprawdzana waga ptaka i w zależności od tego modyfikowane są dawki pożywienia.  

Ptaki te rozmnażają się w niewoli, czyli są specjalnie hodowane. Dlatego też młode w trakcie szkolenia są przyzwyczajane do tego, że nie muszą polować. Po akcji dostają od sokolnika jedzeniową nagrodę. Wypuszczony sokół nie poluje na ptaki ale na tzw. łapidło. Jest to sznurek, na końcu którego zawieszony jest kawałek garbowanej skóry z przyszytymi piórami. Sokolnik macha łapidłem a sokół symuluje ataki na nie. Wypuszczony sokół polujący na łapidło jawi się dla innych ptaków jako poważne niebezpieczeństwo. Więc odstrasza je poprzez samą swoją obecność na niebie.

    Poprzednio zamieściłam opis mojego spotkania z sokolnikiem w sanatoryjnym parku w Busku Zdroju . I wówczas zastanawiałam się dlaczego sokolnik wymachuje rękawicą  Teraz wszystko jasne-to nie była rękawica, lecz  łapidło. Wówczas też wypatrywałam na niebie sokoła, ale go nie dostrzegałam,  że nie dostrzegłam a także nie uchwyciłam z momentu kiedy lądował na trawie . Trudno się dziwić, jeśli jak czytam osiąga on tak ogromną szybkość w powietrzu, imponujące  350 km/ godz .!

    Zamykam komputer , szukałam odpowiedzi o sokolnictwie, o przyczynach zniewolenia drapieżnych ptaków. I tę odpowiedź otrzymałam.

Ale pozostaje uczucie smuty. Oczywiście całkowicie  odrzucam tradycje polowań , także  polowania z sokołem. Jednak  pozostaje  otwarte pytanie- czy nie ma innych metod odstraszania ptaków znad lotnisk. W dobie dronów i innych sztuczek ta metoda wydaje się archaiczna i w pewien sposób okrutna .

Mam nadzieję, że wkrótce będziemy oglądali te  drapieżne  wielkie ptaki jedynie  wysoko na nieboskłonie… piękne i  niezależne….

 

 

sokółmałe.JPG

Właśnie  wylądował w parku  i konsumuje swoją nagrodę…

 

 

Sokolnik.JPG

Dla mnie symboliczne odejście sokolnika….zdjęcia własne przywiezione z Buska Zdroju

Sokolnicy w Busku Zdroju.

sokolnik1.JPG

Zdjęcie z Buska. Sokolnik  pozostał w mojej pamięci jako czarny i złowrogi…ale tutaj wydaje się mniej złowrogi i niezupełnie czarny…

 

 

 

    Łażąc niedawno po Parku Zdrojowym w Busku Zdroju miałam zawsze hałaśliwe towarzystwo  urzędujące w koronach starych drzew, na puszystym  zawilcowofiołkowym  o tej kwietniowej porze roku dywanie wyścielającym ziemię   a także  nad alejkami i klombami . Były to ogromne stada skądinąd sympatycznych wron . Jednak te gromady  znaczyły tor swojego przelotu białymi , trudnymi do zlikwidowania plamami pochodzenia wiadomego zalegającymi na ławkach , głowach i ciuchach ludzi, czego sama doświadczyłam….

Nie dziwiłam się tej mnogości wron , wszak  starodrzew tego parku to był dla nich istny  rajem.

   Któregoś dnia gdy świt już przeobrażał się w pełnię dnia, wybrałam się jak zwykle do parku i nagle dostrzegłam czarny terenowy samochód , który niepokojąco przemierzał alejki parkowe. Po pewnym czasie pojazd się zatrzymał a ja obserwowałam z daleka. Wysiadł kierowca w zielonym ubraniu leśniczego z chyba najprawdziwszą strzelbą. Widok był na tyle przerażający że szybko stamtąd uciekłam. Zanurzona w czeluściach mojego prastarego sanatorium Mikołaj nie usłyszałam czy w parku odbyła się strzelanina. Domyślałam się, że pan ten być może zamierzał strzelać do ptaków. Ale zajrzałam tam po południu- liczba ptaków raczej nie zmalała, a nawet widać było , że się zmobilizowały w urzędowaniu na tym terenie.

    Minęło kilka dni, gdy po południu, na niewielkiej uliczce przylegającej do parku napotkałam wysokiego szczupłego mężczyznę w czarnej odzieży. Na tle dość barwnie ubranych i raczej dość wiekowych kuracjuszy ten młodzieniec wyróżniał się swą złowrogą sylwetką.

Tym bardziej dziwną, bo na jego przedramieniu zakończonym czarną rękawicą siedział duży ptak. Ptaszysko było  nieruchome, tak bardzo, że aż się wpatrywałam, czy w ogóle jest prawdziwe, żywe. Zauważyłam wtedy, że na głowie ma niewielką , krągłą nieco lśniącą  chyba plastikową czapeczkę w kształcie pilotki spadającej na oczy. Zapytałam czy to sokół, ale pan może nie usłyszał, bo pytałam cienkim cichym głosem, albo zbył mnie wyniosłym milczeniem. Po czym wolnym, lecz stanowczym krokiem oddalił się w kierunku parku, unosząc swoje ptaszysko …

    Po kilku godzinach , po zabiegach wybyłam do drugiego  parku, sąsiadującego z pierwszym, starym. Drzewa jeszcze są tam niewielkie, teren jest zadbany, trawniki, klomby alejki i ogromne niebo wiszące nad tym chyba niedawno założonym parkiem . To miejsce było dla mnie równie malownicze, chociaż zupełnie inne, niż sąsiednie – wiekowe.

    I wówczas nagle ujrzałam stojącego w tym plenerze czarnego młodzieńca, który wymachiwał swoją czarną rękawicą wykonując koliste ruchy wyprostowanej w łokciu ręki. . Wpatrywałam się w niebo, ale nie ujrzałam ptaka. Jednak okazało się, że wpatrywałam się niezbyt dokładnie bo nagle ujrzałam na trawie tę parę – sokolnika z ptakiem . Sprawiali wrażenie zaprzyjaźnionych . Pan często zmieniał pozycję ale ptaszysko z wielkim apetytem rozrywało dziobem i pazurami coś  co wyglądało jak mysz. Wielkie rozłożone skrzydła wyglądały imponująco, opiekun trzymał długą linę łączącą go z ptakiem,  a ptak spokojnie choć pracowicie konsumował.

Zdążyłam zrobić zdjęcia, które zamieszczam poniżej. Oczywiście wykorzystałam w tym celu zoom, bo nie chciałam się zbliżać, by nie przeszkodzić w uczcie i nie spłoszyć.

    Potem się dowiedziałam, że od dwóch miesięcy w Busku urzędują dwaj sokolnicy z jastrzębiami . Jeden pracuje w parku starym a drugi w nowym….

Obraz sokolnika a przede wszystkim ptaka przywiozłam ze sobą do domu. Nie ukrywam, że miałam i chyba mam nadal uczucia mieszane- zainteresowania ale i smuty z powodu zniewolenia tego pięknego dzikiego ptaka.

Podejmując próbę zrozumienia ale także z  nadzieją   wyrugowania tego drugiego uczucia otworzyłam komputer, swoją skarbnicę wiedzy ….cdn

 

 

sokół1.JPG

 

 

Sokół0.JPG

 

 

sokół0000.JPG

My, dzieci z wczasów wagonowych…

 

4.jpg

Zdjęcie ze starego albumu. Na wydmie w Łebie  z Mamą i Pawłem..rok 1957

 

 

 

Dzisiaj, przeglądając treść tego blogu, napotkałam nie zauważone wcześniej komentarze.

Zaistniały pod wpisem o wczasach wagonowych. I rozmarzyłam się.

Jak widać nie jestem osamotniona we wspomnieniach. 

Bo :

    30 marca 2014 r.  marek52 napisał:

„Witam, byłem w Jastarni na wczasach wagonowych z rodzicami. Miałem wtedy 16 lat. Poznałem na wczasach dziewczynę, która pracowała przez okres wakacji w kuchni. Cudowne lata młodości. Od kilku lat jeżdżę na wczasy do Juraty i wspominam tamte cudowne dni. Pozdrawiam.”

    Potem osoba o nicku nnn  pisze:

„Hej! Sama jeździłam na wakacje do wagonów jako dziecko – najpierw do Darłówka, potem też na Hel. Helu już nie ma, ale o dziwo – Darłówko dalej prężnie działa, nawet stronę internetową mają 😀 Może pora odświeżyć wspomnienia? Warunki lepsze niż wtedy, ale czar chyba ten sam 😉 „

    I wreszcie  Wiesław:

„ mam 64 lata mając 10 lat w1960 pierwszy raz zobaczyłem morze, byłem na wczasach wagonowych w Jastarni. Wagony w których mieszkaliśmy , jak pamiętam, były jak na tamte czasy przyzwoite. Stołówka była w dużym pawilonie do której trzeba było przejść kawałek drogi. Pamiętam byłem z ojcem i siostrą, a pogoda była jak w Chorwacji. Były to wakacje dla nas wspaniałe. Do Krakowa gdzie mieszkam do dziś przyjechałem opalony i zadowolony. Tam poznałem koleżankę z GLIWIC JADZIĘ … Jadziu życzę zdrowia .Wiesław. „

    A ja wspominam wakacje z Pawłem, który był mi jak brat. Przyjeżdżał do nas  na wczasy wagonowe z nieodłącznym plecakiem i na chudych, bocianich nogach pędził za mną nad morze, mówiąc „ idę, bo jeszcze się utopi”….odszedł przedwcześnie. Zajęci swoim dorosłym życiem nie zdążyliśmy pogadać pod duszam, powspominać….a teraz już jest za późno.

     Dobrze, że zachowały się wspólne fotografie  w naszym starym rodzinnym albumie …..oglądam i wszystko wraca. Tamta Jastarnia, Łeba, Mielno, urocze domki na szynach z tajemnicą podróży, romantyczne  i szum morza za wydmą i wielka falująca przestrzeń , przestrzeń po horyzont….Świat wtedy otwarty, zapraszający , nieznany daleki…i nasze życie jak biała , jeszcze nie zapisana i niezniszczona karta…Cudowne lata młodości- powtarzam za Markiem

    Pozdrawiam Wszystkich, którzy poznali i zapamiętali tamte smaki, mieli szczęście, by wakacje w wagonach spędzić…. ….

 

 

1.jpg

 

 

2.jpg

 

 

3.jpg

 

 

6.jpg

 

” Niczego nie żałuję”

 

C:fakepathpiaf-1.jpg

Zdj z Wikipedii

 

Jakże pięknie, inaczej niż po polsku brzmi to zdanie w języku francuskim. 

To drapieżne  „r „ brzmiące wieloznacznie toczące się jak echo z pięknym zwinięciem końcowym„ ę” . Cudna jest francuska wymowa ” rien” tego co po polsku miękkim ” nic” wyrażamy , w ogóle ten język ….ale koniec zachwytów nad językiem i jednym wyrazem …

    Każde słowo, każda piosenka Edith Piaf to niezwykłe zderzenie kruchej maleńkiej ( 147 cm wzrostu miała) delikatnej nieporadnej wielookiej istotki z potęgą jej drapieżnego głosu i ekspresją dramatu który nam przekazuje….

    O życiu tej Śpiewaczki i Pieśniarki, wszyscy już chyba wszystko wiedzą. Że była dzieckiem ulicy , porzucona przez matkę (która chciała być  artystką a w efekcie została upodloną narkomanką ) , wychowywana przez czułe prostytutki w domu publicznym ( tam  jej babka była szefową) , wędrująca z ojcem cyrkowcem ( który ją wydarł z tego burdelu) a potem z przyjaciółką z ulicznymi występami, gdzie zarabiała śpiewając.

I wreszcie zauważona na tej ulicy wydobyta  na salony , nauczona poprawnej wymowy i gry ciałem a szczególnie tym co miała piękne- dłońmi. I nazwana Wróbelkiem . Bo Piaf to nie jej prawdziwe nazwisko a Piaf w jej języku to właśnie wróbelek.  

Potem sławą owiana, uciekająca w to co było jej najbliższe- do przygodnych knajp i szemranego towarzystwa, zapadająca się i podnosząca. Z wielką swoją miłością, z tragicznym jej końcem…

    Tak wiele o niej wiemy, wszak żyła w dwudziestym wieku…

    I oto w 2007 roku Olivier Dahan napisał scenariusz filmu o Niej i go wyreżyserował. Wybrał do kreowania tej Wielkiej Postaci aktorkę Marion Cotillard, która wspaniale udźwignęła tę trudną rolę. Obejrzałam ten film wczoraj po raz kolejny. Zawsze z jednakowym wzruszeniem i zachwytem. Nie dziwię się, że aktorka otrzymała za tę rolę Oskara. Dla mnie powinna dostać Oskarów co najmniej – naście.

Nie wszyscy krytycy w pełni zachwycali się tym filmem. Ale nie chcę tego czytać, bo mam swoje odczucia…

    Piaf to też moje wspomnienie z wczesnej młodości, gdy siedziałam zasłuchana w czarny winylowy krążek po którym skrzypiąco wirowała igła. Głos i piosenki wciskały mnie w fotel. Młoda byłam, wrażliwa i chłonna wszystkiego a szczególnie emocji.

 I dzisiaj, pomimo, że jak to ładnie nazwał Wiesław Myśliwski „ dotkliwość wieku” znalazła się na mojej twarzy, burzę uczuć hoduję w sobie.

Młodzieńczą , a może mi się wydaje, że jest taka.

Może to tylko starcza skłonność do wzruszeń. Nie wiem.

       Ale jedno wiem, że kocham Piaf i pokochałam ten film o niej….

A ” Kiedy znów zakwitną białe bzy…”

 

 

1.JPG

 

6.JPG

 

 

„Kiedy znów zakwitną białe bzy,
Z brylantowej rosy, z wonnej mgły,
W parku pod platanem
Pani siądzie z panem…”

 

Pośpiewać sobie można za Foggiem, Połomskim i innymi, którzy też polubili tę piosenkę i umieścili w swoim repertuarze , ale „tych lat nie odda nikt…”. Było, minęło.

Pozostały jednak dawne sentymenty do tamtych czasów. Młodzi byliśmy, jeszcze tacy młodzi. Ale wówczas człek sobie nie zdawał sprawy z urody tego czasu , pędził za każdą chwilą, czas przeciekał pomiędzy palcami i wszystko wtedy wydawało się normalne, zwykłe. I ta sprawność i piękne ciało i tylko uczucia latały pod niebo by czasem boleśnie spadać na ziemię…..a potem znowu te wzloty płomienne…

   Teraz jest inaczej.

Jest dużo wolnego czasu a lustro jednoznacznie mówi to co mówi.

Ale też przyszła ochota na smakowanie życia, rozkoszowanie się każdym danym jeszcze do przeżycia momentem i przyszła też pora na wspomnienia. Np.  pierwszy rok warszawskich studiów , kiedy już mężatką  byłam a Piotrek Sz. na poranne zajęcia wpadł nieco spóźniony z naręczem bzów jeszcze mokrych od rosy, pewnie pod drodze wyłamanych z jakiegoś krzewu i życzenia imieninowe składał….spotkałam go po bardzo wielu latach i zobaczyłam bardzo zmęczonego życiem człowieka. Ale w mojej pamięci pozostał tamtym szalonym czarnym chłopakiem z płonącymi oczami…

Jakie czary potrafi wyczyniać pamięć. Przechowuje to co piękne, chwile mniej ciekawe wybiela a o złych zapomina lub zamazuje ich kontury, wygładza, łagodzi. Jestem jej za to wdzięczna, że właśnie taka jest….

    Bardzo lubimy  bzy, te szalone krzewy, ich bujną wiosenną zieleń i wielkie wiechcie kwiatów. Tę istną burzę w ogrodzie rozsiewającą zapachy….

    A pomyśleć, że przywędrował do naszego kraju dopiero w XVI wieku, z Turcji przywieziony. Fajnie , że nie żyjemy w wieku  XV albo i wcześniej jeszcze,  bo jakiż uboższy byłby nasz wiosenny świat….świat bez bzu…Jego rodziną są lilakowate i pomimo, że nazywamy go bzem nie należy do rodziny piżmaczkowatych jak bez czarny czy ligustr…. Miłe nazwy tych rodzin….ktoś kiedyś wymyślił a dawno już zniknął , nawet nie znamy jego imienia. Ale pozostał w bzach, co kwitną majowo …Człowieczy los rozdaje karty w grze zwanej życiem, zapamiętaniem….ale już odkładam na bok te rozmyślania….

… bo właśnie niedawno zakwitł w naszym ogródku….bez….piękny i wilgotny…

 

 

5.JPG

 

 

3.JPG

 

 

00.JPG

 

Moje odwieczne zauroczenie biblioteką trwa…

BibliotekaStara.JPG

Dawna gorzowska biblioteka…

 

 

Gorzowska, jeszcze z dziecięcych lat. Pomimo upływu przeszło półwiecza, zapamiętana. Ukochana. Jedyna taka. Biblioteka.

Nadal mieszka przy ul. Łokietka ta sama piękna poniemiecka willa biblioteczna . Jest już nieczynna, ale pełna uroku  i cicha. Taka jak kiedyś.  Cieszę się, że jest. Mam szczęście.

Bo tam odnajduję moje dziecięce marzenia zaklęte w pamięć. Regały pełne książek, zapachy kurzu , starego druku. Skupiona cisza pełna książkowych bohaterów, ich dziejów i słów zapadających prosto w serce …

I  tam jeszcze przesiaduję, skupiona nad okładaniem dzieł w zgrzebny pakowy szary papier z wyczuwalnymi drobinami drewna, z którego powstał.

     Długo się starałam, by panie bibliotekarki wyraziły zgodę na pomoc. Codziennie tam zaglądałam, wymieniałam książki przeczytane na kolejne. Potem zostałam dopuszczona do zajrzenia w głąb sali z książkami, pomiędzy regały i wreszcie  stało się to, na co czekałam.    Widocznie panie dostrzegły w moich zielonych tę fascynację połączoną z niemą prośbą i kiedyś posadziły mnie przy dużym stole, dały nożyczki i wreszcie dostąpiłam zaszczytu.  Starannie więc przycinałam i dopasowywałam  papier, by rogi nie były zagięte a książka ukryta w całości w szarym opakowaniu….

    Teraz nieodmiennie szukam tych klimatów w miejscowej michałowickiej bibliotece i znajduję echa tamtych dni.

Bo jest tam mój czas zatrzymany, zaklęty w papier i umieszczony w regałach.

Myszkuję pomiędzy półkami  i z zachwytem wyciągam jakieś tomy.

To nic, że ich okładki są śliskie, nowocześnie zafoliowane , bo kartki też pachną  kurzem, chociaż już śladu farby drukarskiej nie noszą a ja mam  okulary na nosie.

Tu wciąż jestem tą  samą małą dziewczynką z moich gorzowskich pradawnych czasów….

 

 

BibliotekaStara.JPG

 

A dzisiaj od wczesnego świtu śpiewa mi w głowie Połomski : ” Moja miła, moja cicha, moja śliczna”….to o niej…

 

Walory mniszka pospolitego , leczniczym też zwanego…

 Patek.JPG

Najmłodszy wnuczek, Patryk ( 20 mies) na mniszkowym klombiku w ogródku dziadków…..

 

 

 

Mleczami je nazywamy, te kwiatki żółcią  sypiące na świeżą trawkę majową, ulubione nasze, rodzinne kwiatki.

A tak naprawdę oficjalnie jest to jest mniszek  pospolity lub lekarski( Taraxacum officinale) . Mlecz to inna roślina chociaż też z mlekiem wyciekającym z  łodygi  , brudzącym dłonie , co odkryłam jeszcze w dzieciństwie.

Mniszek należy do rodziny astrowatych ( Asteraceae) i jest ponoć wieloletni. Trudno zrozumieć dlaczego tak obficie sypie nasionami , może to silna obrona gatunku a może tylko hojność tak częsta w przyrodzie.

W Polsce jest pospolitą rośliną w całej Europie i Azji. Woli tereny nizinne, chociaż widujemy go również w okolicach podgórskich.

Poza urodą kwiatów i dmuchawców ciekawa jest jego wielokierunkowa rola zdrowotna.

Coś tam wiedziałam na ten temat, ale teraz przeczytałam w mądrościach z netu i jest to uporządkowane.  

Otóż odwar z korzeni lub nalewka pomaga w schorzeniach dróg żółciowych i kamicy żółciowej, w dolegliwościach wątrobowych. Zawiera też interferon, co pomaga zwalczać obniżenie odporności , obniża poziom cholesterolu , leczy cukrzycę w początkowym stanie, pomaga zwalczać otyłość, przydatny w leczeniu reumatyzmu, leczy choroby skóry. Wg niektórych badaczy poprawia sprawność seksualną kobiet i mężczyzn.

Wg ekspertów kulinarnych roślinę można spożywać w pysznych daniach.

I tak popularna jest zwłaszcza w krajach romańskich sałatka wiosenna z młodych surowych liści.

Natomiast po przyrządzeniu  wywaru z gotowanych kwiatów i po dodaniu dużej ilości cukru uzyskujemy syrop o barwie i konsystencji i smaku zbliżonym do miodu , który nazywany jest miodkiem majowym.

Z płatków kwiatowych mniszka po dodaniu cytryny i cukru i chyba dalszych typowych procedurach otrzymujemy  wino kwiatowe o charakterystycznym bukiecie  miodowo- ziołowym.

Tradycyjnym i popularnym orzeźwiającym napojem w Wielkiej Brytanii jest „ dandelion and burdock” ( tłum. mniszek i łopian). Uzyskiwany jest z korzenia mniszka , czasem z dodatkiem jego liści w połączeniu z korzeniem łopianu, cukrem, lub słodzikiem i innymi dodatkami.

Młode koszyczki kwiatowe mniszka były kiedyś używane jako namiastka kaparów.

A zwierzęta hodowlane wiedząc co dobre i zdrowe zajadają się świeżą rośliną mniszka…mniam, mniam…

Tak więc pozostaje przełamać nasze tradycyjne postrzeganie tej roślinki co jest etapem najtrudniejszym i wkroczyć z mniszkiem do kuchni.

Ale czy warto?Bo wtedy pochyleni nad surówkami, wywarami, naparami i innymi procesami przetwórczymi możemy zapomnieć o zachwycie nad wiośnianą urodą tej rośliny,  radości budzącego się krajobrazu i piosence, która stale jest blisko: ” …Latawce, dmuchawce, wiatr…daleko z betonu świat…”

 

 

klomb2.JPG

 

Gorzowski kasztanek na naszym mniszkowym klombie …

 

klomb4.JPG

 

 

Klomb.JPG

Matura, matura….

 

cĂłrka Ewy -Julka l.14.JPG

 

 

 

 

Jeszcze niedawno miała 14 lat, jak na tym zdjęciu.

Nasza Julka.

Trzecia wnuczka.

Dzisiaj właśnie jedzie do swojego LO przy ul. Smolnej i przystąpi do pisania matury z języka polskiego.

Życzymy wszystkim młodym połamania!!!