Na medycznej ścieżce. W dawnym Szpitalu im. Dzieci Warszawy….

Powrót do macierzystego żółtaczkowego oddziału

 

Po odbyciu kolejnych trzech miesięcy wylądowałam w swoim macierzystym oddziale, czyli żółtaczkowym Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej / Śliskiej.

Niestety , pomimo towarzystwa miłej koleżanki o której wspominałam, aktualnej Pani profesor Anny Jung i dr Dębskiego, godziny się ślimaczyły.

Wirusowe zapalenia wątroby tutaj hospitalizowane miały  charakter przewlekający się, objawy stosunkowo rzadko były burzliwe i my, lekarze mieliśmy niewiele do zdziałania, poza obserwacją stanu chorych. Jednym słowem nudziłam się tutaj setnie i marzyłam o moich neuroinfekcjach…

Pracowała w tym oddziale też dr Krysia Derecka. Była dynamiczną, bardzo żywą pulchną blondynką. To ona opowiadała, że jako mała dziewczynka przenosiła przez podkop w murze getta paczki z jedzeniem.

Jakoś sobie radziła ze swoim temperamentem w warunkach tego oddziału, często zbiegała na dół do dyżurki i  właśnie ona mnie namawiała na rozpoczęcie doktoratu.

Tematów było sporo, gdyż wówczas bardzo silnie rozbudowywała się immunologia i można było prowadzić różne badania i obserwacje.

Na materiale zebranym na podstawie badań nad odpornością u dzieci z wirusowym zapaleniem wątroby dr Dębski jak i dr Jung napisali doktoraty. 

Ale ja lubiłam aktywny tryb życia, i najnormalniej nie wytrzymywałam .

Coś tam czytałam, szkoląc do tej pory nieudolnie poznany język angielski, miałyśmy zajęcia z panem, który nauczał francuskiego.

Po pewnym czasie  oba te języki pomieszały się w mojej głowie i od tej pory używając jednego, wtrącałam słówka z tego drugiego.

Niestety nie miałam talentu do wchłaniania języków obcych, nie odziedziczyłam tego po Ojcu, a może po prostu za mało się przykładałam….

Na medycznej scieżce. Dawny Szpital im.Dzieci Warszawy…

I jeszcze kilka zdjęć z mojego dawnego szpitala, wykonanych w czerwcu 2013 roku. Gdy wchodziłam do tego budynku, czułam przyspieszony rytm serca. Pozostał moją jedyną taką miłością….o jego historii i ludziach napisałam wcześniej w tym samym rozdziale…

 

 

 

1.JPG

 

 

Szpital po prawej

 

 

 

2.JPG

 

 

 

Szpital po prawej, widok z ul. Śliskiej. W głębi po lewej wieżowiec proj. Libeskinda w budowie…

 

 

 

 

2a.JPG

 

 

Widok od Siennej. Opisywany już przeze mnie taras na drugim piętrze, gdzie w czasie, gdy tam pracowałam, chore  niemowlęta nabierały sił po przebyciu ciężkiej infekcji jelitowej…

 

 

 

2b.JPG

 

 

 

Ten sam taras, widok od Śliskiej.

 

 

 

3.JPG

 

 

 

Ocalałe szczątki tablicy upamiętniającej darczyńców….

 

 

 

4.JPG 

 

 

Klatka schodowa, którą przemierzałam niezliczoną ilość razy, często biegiem, pędząc na pomoc chorym dzieciom…

 

 

 

5.JPG 

 

 

..widok z poziomu trzeciego piętra..

 

 

 

6.JPG

 

 

Droga do nieba…

 

 

TarasGĂłrnyPtak.JPG

 

 

 

…a może to odwiedziny zaprzyjaźnionego ducha…górny  taras w koronach drzew…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Różne. Stare dobre małżeństwo, czyli o czym mówią chmury.

Stare dobre małżeństwo, czyli o czym mówią chmury.

Obserwuję obrazy malowane na niebie i rozmyślam…

Wokół mnie szeroka przestrzeń kotliny górskiej nasycona zapachami wielkich traw i szumnymi dźwiękami dzwonków fiołkowych.

Właśnie w trawach tych leżę i czekam na obraz, który dzisiaj namalują mi chmury. Dziwię się, gdy obrazy czasami się powtarzają. Widać, że nie tylko wiatr i słoneczne blaski, ale też okoliczne szczyty narzucają swoje pomysły chmurom. A chmury jak to chmury, ulotne, elastyczne, wrażliwe do bólu, spełniają wszelkie te pomysły. Układają się w dziwne wzory, a potem już w obraz i moje myślenie…

Tego dnia widzę wyraźnie, jak grzbietem góry idą powoli dwaj wędrowcy. Przygarbieni, strudzeni suną w kierunku szczytu Skalitego. Tam czeka wolność i rozpłynięcie w niebieskich przestworzach.

Dla mnie są parą starych ludzi. On i i dziwnie bujnowłosa ona. Nie wiem, które z nich prowadzi. Czy tak jak w życiu, czasem kobieta, czasem mężczyzna. To nie jest ważne. Ważne, że są razem. Że chcą być razem.

Teraz czas zatrzymuję i cofam. Widzę ich, młodych pięknych długonogich roześmianych i zakochanych. Wybrali siebie, a może los zdecydował. Nie wiem. Może tylko przypadek. Spotkali się na jakimś obozie sportowym czy w pociągu, na ulicy może na plaży. Coś się takiego wydarzyło, że ich oczy się rozpoznały, nie mogły się rozstać i zapomnieć. Przyciągały się wzajemnie jak magnes. Potem ciała bardzo tęskniące były. Noce parne i szepty miłosne.
Może były jakieś rozstania, ale i powroty.
Ich dzieci urodzone rosły.
Oni się starzeli, nie widząc swoich coraz bardziej niezdarnych ruchów, zmarszczek i przygarbionych sylwetek.

Życie już prawie za nimi, nie chcą go powtarzać. Już wszystko było.

Teraz idą bardzo wolno. Może to ich ostatni szczyt do zdobycia, a potem tylko wolność i rozpłynięcie w niebieskich przestworzach…

 

 Tekst własny zamieszczony kiedyś w MM- Gorzów pod nickiem Łuka- Klarka,

 

O Kazimierzu Kummerze z ” Mojego alfabetu…” Zenona Łukaszewicza.

Kazimierz Kummer

 

PRZERWANY LOT ( 2 )

 

Nie doczekał swojej pierwszej książki- niewielkiej powieści wydanej w tym samym roku przez Wydawnictwo Morskie w Gdyni a zatytułowanej „ Klatka”. Jest to utwór dziwny, osnuty na kanwie owych historycznych wydarzeń bydgoskich, zaś bohaterem jest Polak, który nie wystrzelił ani jednego pocisku w stronę Niemców, ale po uwięzieniu zostaje ulokowany w klatce i wożony na NSDAP- owskie mityngi jako ten, który mordował niemieckie kobiety i dzieci. A prasa berlińska publikowała fotografie tego „ krwiożerczego” Polaka. Okazał się świetnym do siania nienawiści do Polaków, dobrze został wykorzystany w goebbelsowskiej propagandzie.

     Powieść została napisana w konwencji realistycznej, ale poza tym ma elementy gorzkiej groteski, szyderczej zadumy nad powikłaniami ludzkiego losu. O niej to napisał Andrzej Kijowski, iż jest to „ dobra, ciekawa, oryginalna powieść. Opis wydarzeń z dnia 3 września jest pełen dramatyzmu, jest autentyczny, jest taki, iż angażuje człowieka uczuciowo.(….). Kummer jest naprawdę utalentowanym pisarzem. Jego pisarstwo zapowiada się dziwacznie, ponuro, przypomina trochę Celine,a : tak właśnie realistyczny opis wymarszu na wojnę w „ podróży do kresu nocy” przerodził się w senną fantasmagorię czy też obłęd bohatera, Naturalnie Kummer jest „ niewinniejszy” , nie idzie aż do „ kresu nocy”, jego parabola nie odnosi się do istnienia, lecz obejmuje tylko szczególną jego rewelację- wojnę, okupację. Jest dość wąska, lecz przez to bardzo konkretna i mimo wszystko nie traci kontaktu z historycznym kontekstem, który był jej punktem wyjścia”.

     Po kilku latach Michał Misiorny zebrał opowiadania Kazimierza Kummera i wydano je w osobnym tomie. Poprzedził je swoją przedmową, nawiązując do studenckich lat autora i podatności wpływom „ chuligańskim”, przez co przeżył dramatyczne wydarzenia.

Nie jest tajemnicą, że część przynajmniej owych „ chuligańskich” wpływów leży po stronie mojej skromnej osoby. To przecież ja się z nim przyjaźniłem a moje przekonania, którym się nieraz poddawał Kazik, nie były zbyt przychylnie oceniane, zwłaszcza przez ówczesny

 „ beton” stalinowski….

    I tak oto każdego lata wspominam przyjaciela, którego unicestwiła brawura wakacyjna i przerwała tak obiecująco zapowiadający się twórczy literacko lot. A miał zaledwie 28 lat.

 

O Kazimierzu Kummerze z ” Mojego alfabetu…” Zenona Łukaszewicza.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A tak pisze Zenon o swoim przyjacielu z lat studenckich……Teksty Brata będę załączała w całości, jedynie podzielone na części.

 

KummerZdjęcie.jpeg

 

Kazimierz Kummer. Zdjęcie z Wikipedii.

 

 

<< Kazimierz Kummer

 

PRZERWANY LOT ( 1 )

  

   To już minęło ponad trzydzieści lat od jego tragicznej śmierci, a ja każdego lata przywołuję w pamięci obraz przyjaciela lat młodości. Poznaliśmy się i zaprzyjaźnili w 1951 roku, obaj rozpoczynając studia polonistyczne na Uniwersytecie Poznańskim. Kazimierz Kummer przyjechał z Chojnic, wychowany w ZMP- owskim drylu, ja- z Gorzowa, już po publikacjach w „ Tygodniku Katolickim”, redagowanym przez niezapomnianego księdza Kazimierza Łabińskiego. Sporo więc nas dzieliło, ale łączyła wspólnota pokoleniowa i żywe zainteresowania literackie. Wynajmowaliśmy też pokoje w tej samej dzielnicy Poznania. I tak początkowa znajomość szybko przekształciła się w przyjaźń : wspólne przygotowywanie się do kolokwiów i egzaminów, wspólne wędrówki po kawiarniach i „ podrywanie” co ładniejszych dziewcząt. I gorące, młodzieńcze dyskusje o literaturze, coraz bardziej krytyczne wobec obowiązującego kanonu socrealistycznego. I tak stopniowo Kazik pozbywał się złudzeń, wszczepionych mu przez działaczy ZMP, stawał się coraz bardziej nieufny wobec wszelkich modnych wówczas wartości. Równolegle ze studiami zaczął pisać zgrabne, realistyczne opowiadania, które gdzieś tak po roku udawało mu się wydrukować w jakimś poznańskim piśmie. Jako Pomorzanin był też szczególnie zainteresowany tzw. krwawą niedzielą w Bydgoszczy, czyli wydarzeniami z 3 września 1939 roku, gdy to w wyniku niemieckiej prowokacji doszło w tym miejscu do zabójstw wielu Polaków. Jest to zresztą dość dokładnie już wyjaśniony i opisany fakt historyczny.

     Będąc już na drugim roku studiów Kazik mocno czymś wzburzony podczas zebrania ZMP rzucił z gniewem legitymację organizacji, porównując jej działalność do działalności organizacji hitlerowskich. Miał na myśli zapewne łączące je spoiwo, jakim był totalitaryzm. Następnego dnia aresztowano go i w zamkniętym procesie osądzono na kilka miesięcy więzienia. Po odbyciu kary musiał dokonać publicznie samokrytyki, aby móc dalej studiować. Przycichł, zgasł jakby w sobie, ale z tym większą pasją zajął się twórczością literacką. Po ukończeniu studiów przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie pracował w regionalnej Rozgłośni Polskiego Radia, aż do tej tragicznej śmierci w upalny lipiec 1962 roku. Był na Helu, wypłynął zbyt daleko w morze….On, który potrafił godzinami pływać i nurkować w jeziorze Charzykowskim, dla którego woda była jak tlen. Oto ironia losu!….>>

    

 

Teksty brata – Zenona Łukaszewicza. Nadzieje matki…

Na marginesie „ Lotu nad własnym ziemskim losem”( 4 ).

 

Jeszcze w czasach gorzowskich Zenon rozpoczął pisanie. W 17 roku życia wydrukowano jego opowiadanie w ogólnopolskim czasopiśmie, co nasilało niechęć Ojca do syna, gdyż wymarzył sobie, że  potomek będzie kontynuował jego pasję zawodową i zostanie inżynierem. Nie zapomnę spotkań obiadowych w domu, kiedy to zasiadaliśmy wspólnie i nagle dochodziło do krótkiej wymiany zdań pomiędzy Tatą a Zenonem w wyniku której Zenon rzucał łyżkę i nie kończąc obiadu, wybiegał z domu. Dla mnie to wspomnienie stało się traumą, gdyż w ogóle nie lubiłam awantur i konfliktów. Tak dalece się lękałam powtórki w swoim własnym domu, że swoim dzieciom pozwalałam na wszystko, byle nie uciekały z domu, co czasami było  moją wadą.

Zenon przyjeżdżał do domu zwykle niespodziewanie. I wówczas było to dla mnie wielkie święto. Onieśmielał mnie, nie tuliłam się do niego jak kiedyś. Ale lubiłam gdy cmokał mnie  na powitanie. Pachniał męskim tytoniowym potem . Widziałam radość w oczach Matki i dumę z syna. Pewnie Jej się wydawało , że jej syn podbije świat. Znam to uczucie, kiedy myśli się o zdolnym pierworodnym dziecku, że nie będzie dla niego przeszkód by żeglować po wielkim horyzoncie. Nie ma jeszcze lęków, zawodów, które zmieniają takie myślenie. Dopiero potem, gdy przychodzi rozczarowanie, człowiek się uczy pokory, najpierw zdumiewa a potem godzi z losem. I nigdy już potem, gdy dorastają kolejne dzieci nie myśli podobnie…  

Kiedyś Brat przywiózł mi metalowy pierścionek z czerwonym oczkiem, który z dumą pokazywałam koleżankom. Niestety szybko go zgubiłam, ale może ucieszyło się inne dziecko, które znalazło- myślałam.

Czasami przyjeżdżali do nas koledzy Brata, którzy razem z nim studiowali . Był to delikatny o twarzy anielskiej Staszek Grochowiak , czy Kazimierz Kummer. Już wówczas nie garnęłam się do nich, gdyż powoli stawałam się pannicą, a pannicy nie wypadało… Ci dwaj bardzo utalentowani koledzy Zenona odeszli przedwcześnie…

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Moje dziecięce wspomniania…

Na marginesie „ Lotu nad własnym ziemskim losem”. Wspomnienia o bracie.

 

Ale już pora, by opowiedzieć od  czasach, które znam z opowieści Mamy i Brata a także kiedy  dorosłam na tyle, by pamiętać….

Był Gorzów, wrzesień 1947 roku, Zenon miał  wtedy 13 lat.

Jak mówiła Mama, ponoć ten dojrzewający już chłopiec  bardzo się cieszył z siostrzyczki. Nie wstydził się zabierać mnie na spacery, pchając poniemiecki drewniany wózek z czasami wrzeszczącym niemowlęciem. A może nie wrzeszczałam, a tylko błogo się uśmiechałam. Bo bardzo lubiłam kochałam i podziwiałam mojego brata.

Potem, gdy już potrafiłam chodzić, zawsze uczestniczyłam w domowych spotkaniach z jego kolegami. Pakowałam się na kolana młodzieńców i słuchałam jak dyskutują. Podobno nawet z tego wrażenia jednemu z nich obsiusiałam kolana- przypominam, że w tamtych czasach nikt jeszcze nie wymyślił tego genialnego rozwiązania, jakim są pampersy. Fakt obsiusiania przyjęto ze śmiechem , a poszkodowany nawet się nie obraził.

 Jakże dobrze pamiętam bardzo przystojnego Orlińskiego, którego oficerki budziły mój wielki respekt i podziw. A także krzywonosego Wojtycha. Widuję go czasami w TV, jest uznanym aktorem, ma fizjonomię bardzo podobną do Kobieli. Ostatnio zauważyłam  z żalem , że chyba zoperował sobie swój cudny, wielki, fantazyjnie zakrzywiony w bok nos.

W czasie gdy Zenon zdawał maturę, ja zachorowałam na świnkę. Odseparowano mnie w jednym  pokoju, a Zenon zaglądał do mnie przez okienko umieszczone w górnej części drzwi. Zawsze na to czekałam i pojawienie się umiłowanej twarzy witałam z radością i entuzjazmem. Pomimo tej mojej pewnie spóźnionej izolacji , zdążyłam przekazać Bratu w odpowiednim czasie swojego wirusa, gdyż egzaminy maturalne zdawał ze świnkowym obrzękiem ślinianek. Nie wiem doprawdy jak potrafił się zmobilizować, pójść na te egzaminy i uzyskać nawet dobry wynik.

Gdy miałam pięć lat, Zenon opuścił nasz dom, wyjechał na studia.

Potem dowiedziałam się od Mamy, że dostał się na Wydział Polonistyki Uniwersytetu Poznańskiego, co było zadaniem niełatwym, gdyż kandydatów było wielu, wysyp wojennych  roczników młodzieży zagęszczał listy chętnych do podjęcia studiów. 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Na marginesie ” Lotu nad własnym ziemskim losem” ( 2 ).

Na marginesie „ Lotu nad własnym ziemskim losem” ( 2 ).

 

 „ Lot nad własnym ziemskim losem „ mojego brata- Zenona, jest dość lakoniczny, właściwie jedynie czasem przebija w tym tekście jakaś nuta osobista.

Znajduję tam takie oto zdania:

 „ opiekowałem się bratem, jak umiałem” ale zmarł.  „ I znowu zostałem sam”. W tych kilku słowach jest smutek, poczucie odpowiedzialności , i równocześnie żal, że zawiódł , nie dopilnował. To słowa, które  przynoszą mi  rozmyślania. Wyziera z nich uczucie wyalienowania i równocześnie potrzeba bliskości. Chyba od początku nosił to w sobie . Mama opowiadała, że jako kilkuletnie dziecko , w Rakowie chodził sam do pobliskiego lasu i gdy wracał po kilku godzinach opowiadał jak było pięknie. Widział dużo i potrafił to przekazywać. Już wówczas Mama myślała o nim, że jest nietypowym dzieckiem. Wolał samotne wyprawy do lasu, niż zabawy w towarzystwie rówieśników. Co nie oznacza, że nie potrafił szaleć z Kolą- synem smorgońskich sąsiadów, Mirkiem- moim przyszłym mężem i młodszym o 6 lat bratem- Wacusiem. Mama bawiła się z nimi śnieżkami- co zostało uwidocznione na jakimś zdjęciu. Wacuś, typowe dziecko wojenne, wychowane właściwie na ulicy był jego podporą. Mama opowiadała, że kiedyś krzyczała na niesfornych synów. I wówczas czteroletni Wacuś powiedział : „ chodź Nieniuś ( tak nazywał Zenona) idziemy. Niepotrzebna nam taka mamka- chamka”….Tak więc śmierć brata na pewno odcisnęła się silnym piętnem na kształtowaniu osobowości Zenona.

Tak sobie teraz myślę, że może Jego nieuporządkowany tryb życia, którego byłam świadkiem i  o którym słyszałam , mógł wskazywać jak gorączkowo „ łapał” chwile, jak pragnął bliskości ludzi i jak czasem ich ranił. Przyciągał i odpychał równocześnie.

Był w nim jakiś niepokój samotnego westernowego  jeźdźcy….

Na koniec życia pisze, „ ten lot wybrałem sam”. Jestem dumna z tych jego słów. Może  chciał, żebym widziała, że się nie uchyla się od odpowiedzialności, nie zrzuca winy na nikogo. A przecież jak często myślałam, że zawsze szuka jej w innych. Jakże się myliłam…Gorzko to brzmi, ale daje mi ukojenie, że odszedł ode mnie człowiek w jakimś sensie odpowiedzialny albo tylko świadomy swoich win…

W tym tekście są też słowa, których się po Nim nie spodziewałam, biorąc pod uwagę stale żywy konflikt ojciec- syn. Zenon  bowiem pisze, że podziwiał Ojca za pracowitość i ambicje pogłębiania edukacji….

Tak więc ten ostatni tekst mojego Brata jest dla mnie przyczynkiem do rozmyślań, analiz ,  wracam do tych pozostawionych mi słów, czasami łaknąc ich jak przysłowiowego deszczu. Nie ukrywam, że chciałabym jakoś ocieplić Jego wizerunek, który noszę w sobie. Wizerunek ukształtowany przez Rodziców, moje obserwacje i relacje innych….

 

Na marginesie ” Lotu nad własnym ziemskim losem” ( 1 )

Na marginesie „Lotu nad własnym ziemskim losem” ( 1 ).zenon.JPG

Zenon w swoim pokoju w zielonogórskim mieszkanku przy ul. Zawadzkiego. Nasze ostatnie spotkanie…

 

 

 

Nie mogę tedy się oprzeć potrzebie własnego komentarza do przedstawionego tekstu mojego Brata- ostatniego w Jego życiu.

Opowieść swą , na moją prośbę spisał wówczas, gdy miał 74 lata i za sobą aktywność zawodową, umarłe ambicje i szalone życie…Cztery lata później odszedł nagle i dla nas niespodziewanie. Wprawdzie narzekał  na swój stan zdrowia, ale był na pospolicie zwanym „chodzie”…

W „ Locie nad własnym życiem”  jak i w rozmowach ze mną przedstawia się jako człowiek przegrany, stary , schorowany , osamotniony i zepchnięty na margines życia zawodowego, bytujący na granicy nędzy.

Nadal bardzo dużo czyta, ale głównie dzięki starym gazetom przysyłanym mu z Wolsztyna przez brata ostatniej żony- Inki. Odwiedza go jedynie stary lekarz psychiatra, i jakiś profesor z miejscowej uczelni,  z którymi toczy dyskusje o życiu literaturze i o ogólnych  problemach kulturalnych.

Bardzo rzadko się widujemy, gdyż w jego maleńkim zagraconym głównie książkami mieszkaniu , w którym wegetuje z żoną nie ma miejsca dla gości. Do tego odległość z Warszawy do Zielonej Góry jest znaczna a i moje obowiązki domowe i zawodowe nie pozwalają na opuszczanie domu na dłużej. Pozostaje kontakt listowny, do którego niestety ja nie mam serca oraz telefoniczny. Tak więc gadamy czasami dłużej, ale poza narastającymi problemami zdrowotnymi nie staje czasu na wspomnienia, czy na opowieść o innych świeżych wrażeniach ze świata.

Gdy mi się czasem udaje wysłuchać jego opowieści o zdrowiu, może coś  poradzić i zmienić temat, ożywia się i wówczas błyskotliwie, pięknie,  opowie coś o literaturze, którą do końca kocha…Wiem, że jest to jego jedyna miłość, której zawsze był wierny….Tak wiele pytań teraz ciśnie mi się na usta. Nie zdążyłam ich zadać. I tak zostało….

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Komentarze siostry.

Przerwany  „Lot nad własnym ziemskim losem” .

I tak niespodziewanie Zenon zakończył opowieść o swoich dziejach.

Oczekiwałam, że tekst, który zatytułował  „ Lot nad własnym ziemskim losem” będzie pełny i wyczerpujący. A tymczasem został przerwany w momencie gdy ja się pojawiłam na świecie i tak skutecznie zajęłam Rodziców, że on poczuł się wolny…i mógł zajmować się tym, co Go interesowało najbardziej.

Może celowo właśnie wtedy kończy opowieść , by pobudzić moje refleksje i jakże żywe wspomnienia .

Nie zamknął tego tekstu, jakby zapraszając, dopuszczając mnie do próby podsumowania a może nawet próby zrozumienia tego bliskiego mi  człowieka o kontrowersyjnej osobowości i skomplikowanym życiu…