Losy moich Rodziców. Pierwsza praca Mamy w powojennej Polsce i pierwsza miłość mojego Brata.

 

W czasie trzymiesięcznej  podróży do Polski , pociąg sapie, sypie iskrami i zmęczony kilkakrotnie zatrzymuje się  w polu.

Wygnańcy już wiedzą, już się dowiedzieli, że w takiej sytuacji należy się zrzucić na alkohol dla maszynisty. Ktoś zachomikował sporo spirytusu i teraz sprzedaje. Mama wyciąga z supełka resztki moniaków, które pewnie i tak są już bez wartości.

Ale to wystarcza , napojony maszynista odzyskuje werwę i ochoczo rusza w dalszą podróż. Ta sytuacja się regularnie powtarza, ale w końcu dobijają do Krakowa.

 Tam przenoszą ich do przejściowego obozu dla wygnańców.

Mama jest jak zwykle bardzo aktywna, nie może siedzieć bezczynnie.

Pragnie pracować , tym bardziej, że nie wiadomo jak długo będzie czekała na transport do Godziszki bo tam jeszcze jest niespokojny czas wojenny. Postanawia więc poszukać pracy. W tym celu podąża na spotkanie ze starostą , które niestety jest  niesympatyczny. Zaraz na wstępie zapytał co ona tutaj robi, po co przyjechała ze wschodu. Poczuła się co najmniej dziwnie , może tego nie okazała jak bardzo zabolało serce. Przecież ten urzędnik był Polakiem, a ona tak bardzo tęskniła za Polską. Całe długie lata wojenne zaborcy, obce władze , szkoła, gdzie język rosyjski potem niemiecki i znowu rosyjski i tylko konspiracyjne nauczanie dzieci polskich . Jednak w końcu starosta coś zrozumiał, może jednak Mama próbowała wyjaśnić, a może ktoś mu zwrócił uwagę , bo w krótkim czasie zawiadomił Mamę, że jest praca w Rybnej pod Krakowem.

Oczywiście od razu skorzystała z tej propozycji i przeniosła się z Zenonem z obozu przejściowego do Rybnej. Tam zamieszkali w pałacu zabranym przez władze komunistyczne właścicielom. Poznali miłych młodych ludzi z córeczką Zosią. Okazało się, że łaskawie pozwolono im zostać, oferując mieszkanie w oficynie. A byli to dawni właściciele tegoż pałacu… Równolatek Zosi,  Zenon , który miał wtedy 11 lat, zapraszał dziewczynkę na spacery i ona chętnie z nim przebywała. Była podobno piękna i mądra .

Ta sielanka nie trwała długo, bo po niespełna roku zawiadomiono Mamę, że może już bez przeszkód podróżować dalej. I wkrótce opuściła gościnne progi pałacowe, pożegnała się z uczniami , starała się nie widzieć smutnej miny Zenona, który przeżył rozstanie ze swoim pierwszym zauroczeniem….Gdy po dwóch latach się urodziłam, Zenon wyprosił Rodziców, by nazwali mnie Zosią….

Na medycznej ścieżce. Nie wolno tracić nadziei.

 

W tym szpitalu nauczyłam się też jednego.

Nie należy nigdy myśleć, że choroba jest beznadziejna, bo zdarzają się nieomal cuda.

Przykładem była maleńka, kilkumiesięczna wtedy dziewczynka Klaudia K. ( doskonale pamiętam nazwisko, ale oczywiście celowo nie podaję).

 Cierpiała na tzw. zespół Westa, który manifestował się napadem skłonów. Wyglądało to dramatycznie. Spokojnie leżące dziecko, a nawet śpiące, w napadzie nagle zupełnie unosiło tułów i przyginało go do nóżek. Potem znowu opadało do poprzedniej, leżącej pozycji. Potem następował kolejny skłon. Powtarzało się to rytmicznie, kilkakrotnie w czasie kilku minut. Dziecko było wyczerpane, słabiutkie, było bardzo opóźnione w rozwoju  psychoruchowym.   Nie było skutecznych leków na to schorzenie a i napad trudno było przerwać typowymi lekami przeciwpadaczkowymi.

W tej sytuacji konieczna była diagnostyka centralnego układu nerwowego. Jak już pisałam poprzednio w tych czasach, tj. późnych latach 70 ubiegłego wieku nie było USG, tomografii komputerowej , nie mówiąc o rezonansie.

Jedynym badaniem, w którym można było uwidocznić struktury mózgu i przestrzeni płynowych była odma czaszkowa.

Już wspominałam o tej technice, ale powtórzę w tym miejscu. Należało wykonać nakłucie lędźwiowe, upuścić sporo płynu mózgowo- rdzeniowego a następnie podać taką samą objętość powietrza. Dalszy etap należał do siostry oddziałowej, która umiała jak nikt w tym szpitalu tak kołysać dziecko, by powietrze dostało się do komór bocznych mózgu . Potem wykonywano zwykłe zdjęcie rentgenowskie czaszki na którym powietrze uwidaczniało te przestrzenie, gdzie się dostało. Oczywiście przy prawidłowej budowie mózgu i komór bocznych obraz był jednoznaczny, taki jak w atlasach anatomicznych.

U maleńkiej Klaudii takie badanie wykonywałam po raz pierwszy w życiu, oczywiście pod nadzorem pani Ordynator.

Wszystko się udało.

Niestety obraz uwidoczniony na podstawie tego badania był przerażający. Ta dziewczynka miała bardzo poszerzone i nieregularne przestrzenie płynowe i zniszczone znaczne partie  mózgu . Obraz był jednoznaczny na tyle, że opadły mi ręce.

Wydawało się, że w tej sytuacji nic i nikt nie pomoże temu dziecku.

Bardzo to przeżywałam, dziewczynka została wypisana do domu i od tej pory obraz tego biednego dziecka zatonął w powodzi innych wydarzeń.

Po kilku – chyba trzech latach , jak zwykle  rano wchodziłam do oddziału.

Zobaczyłam dr Czachorowską, która na korytarzu rozmawiała z jakąś panią a obok podskakiwała radośnie pięknie rozwinięta dziewczynka. Mogła być pokazywana na okładkach czasopism dla dzieci jako okaz zdrowego malucha.

Pani dr Czachorowska mnie zatrzymała i zapytała czy pamiętam Klaudię K. Odparłam, że nigdy nie zapomnę. A Ona na to z uśmiechem- właśnie to jest ta sama Klaudia.

Zatkało mnie na moment, ale przytomnie oznajmiłam, że super, że bardzo się cieszę i jaka fajna z niej wyrosła dziewczyna ….

Od tej pory uwierzyłam, że w medycynie zdarzają się cuda. I że nigdy nie należy ferować ostatecznych wniosków.

Po latach , gdy już pracowałam u Pani Prof. Wyszyńskiej w CZD spotkałam się też z jej podobnym spojrzeniem.

Zawsze podkreślała, że nawet najbardziej chorym pacjentom nie należy mówić, że nie mają szans. ….

Bo nie można przewidzieć jak zadziała ręka losu…

Losy moich Rodziców. Powrót do Polski.

Jest maj 1945 roku.

Radość z końca wojny zostaje zmącona informacją, że tutaj będzie ZSRR.

Jakże można się cieszyć w pełni, gdy teraz wszystko będzie inne.

Spotykają się miejscowi Polacy, dyskutują co robić.

Władze chętnie pozbywają się miejscowych. Niebawem zaludnią te tereny swoimi obywatelami. A ci, którzy pozostaną pewnie będą mieli ograniczone prawa.

Znaczna większość mieszkańców Smorgoń podejmuje decyzję wyjazdu na tereny, gdzie teraz będzie Polska.

Mama się waha, przecież w Smorgoniach jest grób jej synka- Wacusia.

Ale żyje pierwszy syn- Zenon i Matka chce, by dorastał w ojczyźnie.

Takie myślenie przeważa. Mama oznajmia swojemu kierownikowi szkoły, że wyjeżdża, ten reaguje śmiechem. Kpiąco pyta, czy Ona naprawdę wierzy, że tam będzie inaczej. Przecież wszędzie ma być ten sam ustrój. Ale Mama odpowiada, że zdaje sobie z tego sprawę , ale przynajmniej będzie słyszała język polski.

Jej przyjaciółka od serca , Konopielkowa z synami już wyjechała. Zaopiekowali się nią kuzyni i przyjaciele.

Mama tutaj nie ma nikogo z rodziny, wszyscy mieszkają w Rakowie i tamtych okolicach. Zresztą nie jest to Jej prawdziwa rodzina, a rodzina jej męża. Przez ubiegłe lata oddalili się od siebie. Zenon bardzo chce jechać do Polski.

Pakują toboły, tapczan na którym urodził się Paweł Konopielko ładują obcy ludzie do wagonu bydlęcego i wkrótce pociąg wyrusza. Z Mamą wyjeżdża jej bliska koleżanka z pracy, namawia do ulokowania się we Wrocławiu, bo ma już informację, że są tam niezniszczone poniemieckie domy i możliwość pracy.

Jednak Mama woli do Godziszki.

Oschła ta Jej Godziszka, ale w końcu najbliższa, bo rodzona. …

Na medycznej ścieżce. Anula zostaje asystentem w CZD…

Plamy, plamy i nasza pedantyczna dyrektor

 

Anula wypiła z nami kawę, która zostawiła świeżą plameczkę na barwnej mozaice nad biustem jednolitej pierwotnie sukni.

Wstała, wystawiając zalotnie bardzo ładne nogi, tym razem obute w nowe czółenka, takie lekkie buty  wyjściowe , charakterystycznym ruchem wygładziła suknię  i ruszyła do boju….

 

Byliśmy ciekawi jak wygląda ta rozmowa z naszą kostyczną zasadniczą  i pedantyczną panią dyrektor. Nie zazdrościliśmy Anuli tego spotkania. Długo trwało i w końcu mieliśmy wątpliwości rezultatu . Ale kamień spadł nam z serca, bo

po godzinie a może dwóch  Anulka zadzwoniła do nas z portierni i beztrosko lecz poważnym nieco przejętym ale nobliwym tonem, poinformowała nas że już jest po rozmowie z Panią Profesor i od pierwszego podejmuje pracę w CZD.

Tak, Anula roztaczała wokół jakiś czar, emanowała inteligencją i przewrotną błyskotliwością umysłu. Ona po prostu zniewoliła naszą panią dyrektor…

Spotykałam ją potem czasami, gdy gnała korytarzami CZD, zawsze zaangażowana, w naszym lekarskim turkusowym i była szczęśliwa. Uwielbiali ją mali pacjenci i personel tego oddziału.

Czasami wracałyśmy razem autobusem do Dworca Centralnego. Ona miała stamtąd  jeszcze co najmniej godzinę jazdy kolejką WKD, ale nie narzekała. Opowiadała, że warto spędzać 4 godziny dziennie w podróży do i z pracy, by się znaleźć wieczorem w zapachach ogrodów Podkowy…

Potem odeszła na emeryturę.

Gdy ja też już wyszłam na wolność i zamieszkałam w Michałowicach, spotkałam się z Anulą, zaprosiłam do naszego domu.

Przybyła wytworna, wyszczuplona, świetnie ubrana w nowiutkie , jak spod igły  , nieskazitelnie czyste ciuchy  i jak zwykle radosna….

Losy moich Rodziców. Milczące statki.

Milczące statki na morzu

 

Jeszcze muszę wspomnieć o tym słynnym marszu śmierci.

Otóż po wyzwoleniu, a grupę w której był Tato , wyzwolili dopiero pod Lubeką Amerykanie. Tak więc nie dotarł do celu, czyli nad morze.

Wówczas opowiadano o pierwszych grupach więźniów, które zdziesiątkowane, osłabione, ledwie żywe ujrzały morski brzeg. Chyba nikt nie wiedział co im jeszcze zgotowali oprawcy. Nie wiem o czym myśleli katowani.

Wpędzono ich na pokłady statków handlowych , a następnie przegnano pod pokład. Nieszczęsni usłyszeli tylko, jak Niemcy ryglują włazy. Żaden z nich nie został z więźniami, bo zresztą po co. Wkrótce zamknięci pod pokładem w ciemności,  duchocie smrodzie brudnych ciał i fekalii poczuli  kołysanie. Początkowo grał silnik statku, ale potem umilkł. Fala szarpała , ludzie chorowali na chorobę morską, może wzywali ratunku, może wzywali milczącego Boga- nikt nie wie i się nie dowie.

Bo alianci, widząc płynące statki dawali sygnały świetlne i dźwiękowe , by się poddali.Pewnie słyszeli to ci pod pokładem, wtedy zrozumieli, że nikt nie kieruje statkami, że Niemcy jak szczury opuścili statki skazując swoich więźniów na niechybną śmierć.

Nie wiem, jakiż szaleniec to wymyślił….

JNa sygnały aliantów na statkach nikt nie reagował. Nie wywieszano białej flagi. Na ponawiany sygnał odpowiadała morska cisza.

Wówczas rozpoczęto ostrzeliwanie tych obiektów.

I wtedy z uszkodzonych statków zaczęły się wysypywać  pasiaki.

Alianci długo nie mogli zrozumieć, ale w końcu zrozumieli czyn Niemców.

Ostatnią ich straszliwą zbrodnię.

Ludobójstwo w najczystszej postaci…..

 

Na medycznej ścieżce. Anula i epikryzy.

Anula i epikryzy

 

 Zastanawiałam się w duchu nad tym, dlaczego dr Czachorowska protegowała Anulę do pracy w klinice Rehabilitacji  CZD.  Myślę, chyba dr Czachorowska chciała dać szansę Anuli, by spełniała się jako lekarz przywracający chorym dzieciom nadzieję na dobre życie. W naszych oddziałach pobyt trwał zwykle krótko , wykonywano potrzebne zabiegi, leczono, ale potem wracały do domów lub właśnie przebywały w oddziałach rehabilitacji.

Anula była niestrudzona w ostrych akcjach, w opiekowaniu się chorymi dziećmi, spędzała przy ich łóżkach cały wolny czas, ale nie znosiła pracy papierowej . Do nich należało pisanie i wklejanie do historii chorób epikryz.

Dobrze zapamiętałam z okresu, gdy pracowałam na Siennej biurko Anuli i jej kąt w maleńkiej wspólnej szatni. Z każdego miejsca, wysypywały się teczki z historiami chorób dzieci wypisanych do domu. 

W tym szpitalu  panował zwyczaj, który wg mnie  nie należał do właściwych. Po zakończeniu leczenia, dziecko wychodzące do domu otrzymywało lakoniczną kartę wypisową, w której nie było informacji o przebiegu choroby , czyli tzw. epikryzy.

Nie wiem, czy chodziło o zachowanie tajemnicy lekarskiej, do tej pory nie rozumiem. Ale tak było. Epikryzę pisało się już dopiero potem. Należało to wykonywać na bieżąco, by uniknąć spiętrzenia pracy.

Jednak w nawale codziennych zajęć , zwykle odkładałyśmy to na później. Wykorzystywałam każdą wolną chwilę, jakieś godziny nocne w czasie dyżurów.

Pisało się na maszynie, wycinało i wklejało do historii choroby, która wędrowała na biurko pani ordynator a dopiero po jej akceptacji do archiwum. Nie zapomnę, jakie miałam trudności z ułożeniem krótkiego rzeczowego opisu choroby. Właściwie nigdy nie pisałam w ten sposób. Zawsze moje teksty były zbyt kwieciste, ubrane w niepotrzebne czasem słowa i widać było wysiłki piszącej, by oddawać atmosferę zdarzenia. Pani dr Czachorowska spędzała ze mną sporo czasu, by to wszystko uporządkować, ułożyć a przede wszystkim streścić tak, by były tam tylko suche fakty. Potem już jakoś poszło i byłam dumna z siebie, gdy akceptowała moje epikryzy bez poprawek. Te nauki bardzo mi się przydały w późniejszej pracy, w CZD, gdzie napisałam sporo prac naukowych wykorzystując ten lapidarny styl, którego nauczyła mnie dr Czachorowska.

Można się łatwo domyślić, że Anula po prostu się nie wyrabiała z pisaniem epikryz na bieżąco. Ukrywała te historie choroby w głębi biurka, wysypywały się z szuflad, były utknięte a jakiś kątach i mimo upomnień, próśb , a nawet podejmowanych prób przez panią ordynator wspólnego z nią pisania tych epikryz, Anula twardo wybierała ciekawsze zajęcia szpitalne.

Gdy dr Czachorowska zdecydowała się na oddanie ulubionej asystentki w ręce prof. Goncarzewicz, dyrektora CZD, chyba umożliwiła jej realizację tego co Anula kochała najbardziej….tam  prace biurowe w tamtych czasach wykonywały sekretarki, a lekarze leczyli….i mogli spędzać więcej czasu przy łóżku chorego co było ich właściwym powołaniem ….

 

Losy moich Rodziców. Pasiak obozowy Taty

 

 

 

 

Oglądam zdjęcia w starym rodzinnym albumie. To mój Tato, sam wkleił i opisał własną ręka te fotografie. Na pierwszej ma 24 lata, na drugiej- 37- jest po pobycie w obozie koncentracyjnym. Wymizerowany, chudy, chory z wyblakłymi zapadniętymi oczami- ale żyje….Na trzecim zdjęciu już zdrowy 45 latek…

 

 

 

 

 

W Szkole , gdzie uczyła moja Mama, w Gorzowie przy ul. Estkowskiego powstała Izba Pamięci. Wówczas Tato oddał tam swój pasiak , odzienie z obozu koncentracyjnego z naszytym numerem obozowym. Jakże dobrze go pamiętam i jeszcze czuję w palach dotyk tej tkaniny. Szorstkiej, grubo i rzadko tkanej  nieomal z okami przez które można było widzieć co jest po drugiej stronie. Ileż przeżyła, przetrwała widziała marsz śmierci i próbował ratować przed zimnem wiatrem i mrozem. To niesamowite, że ochroniła Tatę, a może to zadziałał tylko jego silna wola….

Nie wiem, jakie były dalsze losy tej Izby Pamięci, co się z nią i eksponatami stało. Pewnie wszystko już zniknęło z powierzchni ziemi i tylko pozostała moja pamięć…..

Losy moich Rodziców. Marsz śmierci- relacja uczestnika, mojego Taty

Marsz śmierci- relacja uczestnika, mojego Taty

W kwietniu 1945 roku, gdy Niemcy czuli już na plecach oddech Rosjan i aliantów, wpadli na szalony pomysł .

Bali się , że zostaną odkryte ich zbrodnicze działania w obozach i zarządzili wymarsz więźniów, zwany marszem śmierci. Pewnie też  stale mieli nadzieję, że ludzie ci będą potrzebni w niemieckim przemyśle zbrojeniowym jako tania siła robocza. Marsze te , przemieszczania z innych obozów koncentracyjnych odbywały się już w końcu 1944 roku. 

 

Gdy byłam w Sachsenhausen z dziećmi, na obrzeżach obozu odnaleźliśmy głaz, ustawiony tam po wojnie z napisem, że tutaj się rozpoczął ów  marsz śmierci.

Głaz nic nie mówi, zamyka w sobie tę niewielką treść.

Jest niemym symbolem.

Ale dla nas to było coś więcej. Od razu mieliśmy przed oczami jakby film utkany z kadrów, które na przekazywał Tato. Prawdziwy film, przerażający….

Oto opowieść Taty:

Pod koniec 1944 roku, w obozie panował dziwny nastrój, Niemcy mieli spłoszone niespokojne oczy. Niektórzy znikali i więcej już ich nie widziano.

Pomiędzy więźniami krążyły  informacje, które powodowały szybsze bicie osłabłych  serc. Bo oni , pomimo, że byli ludzkimi cieniami mieli żywe serca i umysły jasne, wyposzczone dietą trocinowo- brukwiową . U zmarłych nie znajdowano na sekcjach ani śladu blaszek miażdżycowych, ani w nerkach kamieni – taka to była wspaniała dieta. Lekarze więzienni się dziwili, a nawet to potem opisali.

Te informacje, które powodowały dreszcz emocji wśród więźniów,  to były przeciekające wieści z frontów, które jednoznacznie potwierdzały, że zbliża się koniec wojny. Po 6 długich latach mroku pojawiał się ślad nadziei. Wszyscy czekali, wyobrażali sobie to rychłe uwolnienie.

Ale  zachowania Niemców i wieści z innych obozów wskazywały, że jeszcze coś się wydarzy złego, że wszystkich czeka jakaś dramatyczna niespodzianka.

Tak, wszystkich czekała wielka niespodzianka. Na szczęście nie zdawali sobie w pełni sprawy z tego co będzie dalej.

Wiadomo było tylko, że z innych obozów już wyszły kolumny odziane w cienkie pasiaki, pędzone w niewiadome miejsce i w niewiadomym celu.

I w tym obozie więźniowie powoli sobie  uświadomili , że czeka ich przeniesienie w inne miejsce. Ale jak miało wyglądać to przeniesienie., nikt nie wiedział. Mówiono, że niektórych przewożono pociągami i prawdę mówiąc wszyscy trochę na to liczyli.

Był kwiecień 1945 roku. Przełom zimy i nieprzyjaznej wiosny. Ci, najbardziej przezorni , przewidujący różne możliwości, z wędrówką pieszą włącznie rozglądali się za czymś, czym mogliby ocieplić swoje grzbiety.

Tato i jego koledzy  wypatrzyli gdzieś stare opony. Z nich uszyli sobie podeszwy do starych drewniaków a wierzchy pokryli kolejną warstwą starych szmat, ukrywając pod nimi stare gazety,  znalezione w biurze projektowym. Resztę starych gazet lokowali pod pasiakiem, by ocieplić plecy. W ten sposób byli nieomal przygotowani do tego ostatniego etapu.

Jednak w duchu każdy liczył, że wkrótce nadejdzie wyzwolenie i ich los się zmieni.  

Ale wyzwolenie nie nadchodziło. Któregoś dnia zarządzono wymarsz.

Po raz ostatni zebrali się na placu apelowym. Potem ustawieni czwórkami rozpoczęli swój marsz, dla niektórych ostatni.

Ruszyli  powłócząc zbolałymi wychudzonymi nogami. Padał deszcz ze śniegiem a oni szli. Maszerowali drogami leśnymi, na postojach szukając wyłaniającej się maleńkiej pokrzywy, z której w starych puszkach gotowali zupę. Ci, którym zabrakło sił, zostawali po drodze, wkopywani buciorami Niemców do przydrożnego rowu.

Mijały dni i noce spędzane na trawie otulającej drogę marszu. Wydawało się, że nie będzie końca udręki. Już nikt nie wydawał z siebie głosu, nawet nie jęczał. Ludzie padali bez słowa i już się nie podnosili i trwał ten zda się surrealistyczny marsz…

Któregoś beznadziejnego dnia , nagle zapanował jakiś ruch i ożywienie.

Wszystkie kolumny zostały zatrzymane. Niemcy stali z niepewnymi minami.

 Więźniowie ujrzeli  szereg eleganckich motocykli i samochody z proporczykami Czerwonego Krzyża. Z jednego z nich wysiadł, jak się potem okazało hrabia Bernadotte. Był to Szwed, przedstawiciel tej organizacji, który przywiózł jedzenie dla więźniów. 

Osłupiali Niemcy zadawali mu pytanie, jak ich znalazł.

Odpowiedział płynnie po niemiecku, że nie miał problemów, bo  jechał śladem trupów przydrożnych. Tato słyszał to na własne uszy….

Ale niestety panowie ci wkrótce odjechali, bo pewnie takie były zasady ich działania.

Przed odjazdem, dopilnowali tylko, by Niemcy przekazali więźniom  puszki z konserwą mięsną, kawę i nieco chleba. Uczynili to niechętnie, z ociąganiem, pod przymusem spojrzeń ludzi z Czerwonego Krzyża.

Wszyscy byli skrajnie wygłodzeni, ale  niektórzy nie wytrzymali , rzucili się na to jedzenie i natychmiast wszystko skonsumowali. Może byli nieświadomi albo nie słuchali rad innych by jeść po odrobinie. Niestety ich wygłodzone żołądki, z zanikami powierzchni trawiennych tego nie wytrzymały. Jedzenie okazało się zabójcze.  Po niedługim czasie wili się z bólu.  Wielu z nich skończyło życie w straszliwych męczarniach.

Tato zawsze był ostrożny i umiarkowany w jedzeniu- o piciu nawet nie wspomnę.

Podzielił więc otrzymany kawał chleba na dzienne porcje, zapakował i tego się trzymał. Oczywiście po wojnie zapadł na chorobę żołądka, wymiotował po każdym posiłku, był bardzo osłabiony i lekarze opuścili ręce. Wówczas uwierzył w profesora Biernackiego, znanego w Poznaniu homeopaty i bardzo wolno, dawkując jego leki , wrócił do zdrowia. Trwało to wiele lat i wymagało sumiennego brania tych leków- pamiętam szafkę w kuchni a w niej to rzędy buteleczek, kroplomierzy i jakiś proszków.

Konieczna była też rygorystyczna dieta i tutaj moja Mama była głównym generałem leczenia. Nie zapomnę, jak codziennie gotowała świeże zupki, pulpeciki ze zdobywanej niełatwo cielęciny i ziemniaczki z masłem. Zero innych tłuszczów, smażenia itp. Ponadto, gdy z powodów zawodowych- a to wykolejenie pociągu, pękanie szyn, czy jakieś inne awarie – Tato nie przybywał na obiad w oznaczonej godzinie, Mama wszystko wylewała i gotowała nowe. Nic nie mogło być odgrzewane nie mówiąc o przechowywaniu do następnego dnia. Nie wytrzymałabym takiego reżimu- nie mam anielskiej cierpliwości i samozaparcia jakie miała Mama.

W rezultacie Tato pozbył się problemów zdrowotnych, ale do końca życia jadł skromnie, zawsze lekkostrawne potrawy , długo żuł i przestrzegał godzin posiłków.

Pewne zdarzenia nawet wydawały mi się humorystyczne. Otóż kiedyś zdobyłam smaczny żółty ser- a były to czasy, gdy jedzenie się zdobywało- przyniosłam Ojcu i zaproponowałam, by spróbował. On popatrzył na zegarek- i powiedział jeszcze nie ma 11, więc nie pora na serek. Taki był- wspominam to z rozrzewnieniem….

 

 

Losy moich Rodziców. Marsze śmierci.

Marsze śmierci – informacje z internetu

W latach 1944- 45 zbliżał się koniec  II wojny światowej  i  wojska alianckie a przede wszystkim Armia Czerwona zaciskały pętlę na nazistowskiej szyi, Niemcy zorganizowali marsze ewakuacyjne więźniów obozów koncentracyjnych. Pomysł był straszliwy i zupełnie nieracjonalny..

Więźniowie nazwali je marszami śmierci, nazwę tę później przejęli historycy.

Kilkanaście dni przed nadejściem frontu, z różnych obozów wypędzano skrajnie wyniszczone cienie ludzkie i gnano w głąb Rzeszy. Planowano zatrudnienie ich jako darmowej siły roboczej na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego.

Tak napisano w Wikipedii, ale opowieści Taty wskazują na możliwy też inny powód. Chyba w panice chcieli zatrzeć ślady swojej zbrodniczej działalności i pozbyć się więźniów- świadków i uczestników tych tragedii.

Była to dramatyczna chwila w historii więźniów hitlerowskich obozów. Większość marszów odbywała się na mrozie, zimą 1944/1945.

Dziennie przemierzano 20- 30 km, noclegi były improwizowane najczęściej pod gołym niebem.

Więźniowie ubrani w cienkie pasiaki często zamarzali na śmierć, a racje żywnościowe były nikłe.

Każda próba wyłamania się z maszerującej  kolumny traktowane były jako ucieczka bądź niezdolność do dalszej drogi i karane natychmiastową śmiercią.

Śmiertelność była ogromna.

Jednak dość licznym udawało się uciec, korzystając z zamieszania i niezwykłej sytuacji.

Pierwsze marsze na ziemiach polskich miały miejsce w 1944 roku z Majdanka.

W styczniu 1945 roku przesiedlono 66 tys. więźniów Auschwitz – rozdzielono ich po obozach Gross Rosen, Buchenwald, Dachau i Mauthausen. W trakcie marszu zmarło z wycieńczenia lub zostało rozstrzelanych 15 tys. osób.

Więźniarki z Prus Wschodnich pędzono do Palmicken( obecnie Jantarnyj) , gdzie rozstrzelano ok. 3000 osób.

Również:

 – w styczniu 1945 r. ewakuowano część obozu Stutthof i obóz Blechhammer,

–  w lutym  1945 r.Gross Rosen, w kwietniu Dora-Mittelbau, Flossenburg, Sachsenhausen, Neuengamme, Magdeburg, Mauthausen, Ravensbruck,

– w maju 1945 r.– Reichenau.

Ewakuacje w kwietniu i maju  często kończyły się masowymi egzekucjami. Oblicza się, że z blisko 700 tysięcy osób, które zostały wysłane do Niemiec, 1/3 zginęła.

 Na terenie Rzeszy więźniów przewożono również pociągami.

W opustoszałych obozach naziści pozostawili najbardziej wyczerpanych więźniów oraz ciężko chorych, którzy nie byli w stanie wymaszerować. Planowano zgładzenie ich, ale nie zdążyli, gdyż front zbliżał się bardzo szybko i uciekali szeregowi SS- mani. Po wyzwoleniu obozów, większość więźniów zmarła z wyczerpania. .”