Na medycznej ścieżce. Spotkanie w CZD.

Spotkanie w CZD

 

Minęło sporo lat,  pracowałam już w CZD, gdy pewnego dnia odwiedziła mnie moja Anulka. Wówczas nie było telefonów komórkowych a zwykłe słabo działały. Więc nie anonsowała swojej wizyty, tylko po prostu przyszła zawiadamiając mnie wewnętrznym telefonem z portierni CZD.

 Zjechałam na dół windą, zagarnęłam Anulkę do oddziału, usadziłam na kanapie dyżurnego i wówczas zobaczyłam nieodłączne plamki na jej sukni. Była ubrana jak zwykle  wytwornie, suknia nosiła ślady dawnej elegancji, jeno nad biustem widniały te niestety rzucające się w oczy plamki, szczególnie dobrze widoczne w świetle padającym z okna położonego naprzeciwko.

Oczywiście udawaliśmy z kolegą Jurkiem Kryńskim, z którym pracowalismy biurko w biurko, że tego nie zauważamy.

Gaędziliśmy mile, ale w końcu zapytałam, co ją sprowadza do nas.

Oznajmiła ze spokojem, że właśnie udaje się na rozmowę z dyrektorem Centrum w sprawie pracy w Rehabilitacji. Zaniemówiliśmy, bo dobrze znaliśmy naszą profesor Goncerzewicz, która była niesamowitą pedantką, zresztą przybyła do CZD z Poznania, więc komentować nie muszę.  Gdy codziennie wizytowała Izbę Przyjęć, zwracała uwagę pielęgniarkom, że wystaje im rąbek prywatnej spódnicy spod fartucha. Zaczepiała na korytarzu lekarzy niechlujnie zapiętych pod szyją. O sprawdzaniu przez nią czystości nie wspomnę.

A tutaj nasza Anula ma stanąć przed jej obliczem z plamkami. Pomyśleliśmy , porozumiewając się wzrokiem, że nie ma szans na zatrudnienie.

Nie wiedzieliśmy ja zareagować, nic już się nie dało zrobić, więc po prostu milczeliśmy.

Wiedzieliśmy, że Anulę protegowała jej ordynator dr Czachorowska, o której już wspominałam. Ponieważ właśnie niedawno powstał w centrum oddział rehabilitacji, uznała, że Anula ze swoją pasją nadaje się do tej pracy znakomicie.

Losy moich Rodziców. Obozowe biuro projektowe.

Obozowe biuro projektowe

 

Pod koniec wojny, Niemcy wymyślili, że muszą wybudować nową bocznicę kolejową do obozu. Ułatwiałoby to transport cegieł.

Na apelu zwrócili się z pytaniem do więźniów, kto się zna na pomiarach w terenie i pracach w pracowni projektowej.

Tato aż drgnął. Wreszcie coś znajomego. Zapalona iskierka nadziei.  Wszak to była jego specjalność , przecież ukończył Wileńską Szkołę Techniczną ze specjalnością dróg i mostów kolejowych.

Od razu się zgłosił.

Niemcy wyrazili zgodę, by go zatrudnić na próbę.

W założonej już pracowni projektowej już pracowali  fachowcy, pracownicy cywilni , oczywiście Niemcy.

Oni to poddali Tatę licznym testom sprawdzającym, które zdał celująco i został tam zatrudniony jako jedyny z więźniów.

Otrzymał polecenie, by wytyczyć w terenie przebieg nowej trasy . Wiedział, że do tych celów będzie niezbędny  aparat niwelacyjny. Dobrze znał te przyrządy i lubił się nimi posługiwać.  Już go dostrzegł  kątem oka, rozpoznawał. Zapakowany w skrzyneczce koloru kości słoniowej, czekał. Tato uśmiechał się do niego w duchu, gdyż wiedział, że ma jeden z najlepszych w świecie układów optycznych produkowanych w Jenie.

Do realizacji przydzielonego zadania  potrzebował pomocników.

Zgłosił ten problem Niemcom . Wyrazili zgodę, by wybrał do pomocy współwięźniów, o których wie, że potrafią wykonać przydzielone zadanie.

To był duży kredyt zaufania, ale pewnie pracownicy cywili nie mieli ochoty łazić po terenie, często w błocie i na deszczu. Dodatkowo należało dźwigać dość ciężką deskę niezbędną do pomiarów, zwaną łatę.

Tato zaproponował pracę dwóm kolegom. Spotkali się w obozie, mieli sąsiednie prycze, dobrze się poznali i zaprzyjaźnili.

Jeden kończył też szkołę techniczną i znał ten zawód ( zresztą po wojnie został wiceministrem komunikacji ) , a drugi –niefachowiec, ale był człowiekiem uczciwym, dobrodusznym pedantycznym ale przede wszystkim znajdował się w bardzo trudnej sytuacji.   Otóż on,  Adaś Moszczyński, uroczy niedźwiedziowaty pan, którego poznałam po wojnie – mieszkał z rodziną w Bielsku- spotykaliśmy się często- miał potężną  wadę wzroku. Nosił bardzo grube okulary, przez które ledwie widział. W dodatku często spadały mu z nosa w pył ceglany i błoto i ledwie się trzymały pomimo skrzętnego drutowania, w czym pomagał mu Tato. Miałby nikłe szanse przetrwania, gdyby nie ta niespodziewana praca w zespole Taty.

Pomiary w terenie trwały długo a potem należało wyniki nanieść na pergamin i wykonać kreślenia, którymi zajął się Tato. W ten sposób powstał projekt nowej bocznicy kolejowej z miasta Oranienburga do obozu Sachsenhausen.

Po latach, w czasie naszych odwiedzin  w tym miejscu, widzieliśmy te opuszczone teraz tory….

 

Na medycznej ścieżce. Prezent.

Piękny prezent

 

Anula zawsze tonęła w długach, w końcu sama wychowywała dwoje dzieci i musiała utrzymać dom . Wiedziałyśmy o jej sytuacji, ale opowiadała o tym na takim luzie, że  w końcu przestałyśmy się tak bardzo  tym przejmować.

Ale gdy pewnego dnia wkroczyła do dyżurki i od razu pokazała swój nowy pierścionek i bransoletkę- piękny to był komplet, nie uniknęła naszych pytań:

 Jakie to piękne. Skąd to masz?

A ona najspokojniej odparła, że mając w kieszeni pewną niewielką sumę, zastanawiała się jak ją rozdzielić, by starczyło do przysłowiowego pierwszego. Właśnie dochodziła do wniosku, że nie wystarczy…

.I wówczas dostrzegła na wystawie jakiejś galerii ów srebrny komplet.

Tak bardzo zapragnęła go mieć, że nie oparła się pokusie. Zresztą wcale nie próbowała. Miała szeroką radosną duszę i pański gest.

Zebrała wszystkie swoje moniaki i najzwyczajniej w świecie sprawiła sobie prezent….

 

Losy moich Rodziców. Pierwsza i ostatnia choroba Taty w obozie.

Pierwsza i jedyna choroba Taty w obozie..

 

W obozie Tato początkowo został zatrudniony przy produkcji , ładowaniu i transporcie cegieł.

 

Pracowali w pyle, zimnie i na deszczu. Ubrani w cienkie pasiaki, drewniane buty często godzinami stali na apelu. Przedłużane apele oprawcy fundowali często. Zwykle przyczyną była próba ucieczki któregoś z więźniów, drobne uchybienia w pracy czy nierówno zaścielona szmatą imitującą prześcieradło  prycza…Bywało, że apel trwał cały dzień i noc. Czasami te szkielety ludzkie polewano za karę zimną wodą wydobywającą się z gumowego węża…

Któregoś dnia  wieczorem Tato poczuł  charakterystyczne dreszcze, ziębnięcie kończyn. Skulił się na pryczy i dygotał pod cienkim kocem. Już wiedział, że jest chory. Miał doświadczenie z poprzednich lat, jeszcze młodzieńczych, spędzanych na wolności i był pewien, że to angina.

Noc jakoś przetrwał w majakach.

Gdy zabrzmiał sygnał zbiórki na poranny apel, zwlókł się z pryczy i podtrzymywany przez kolegów ustawił się w swoim szeregu.

Czując bliskie omdlenie zdobył się na odwagę. Już niczym nie ryzykował. Gdyby zemdlał, czekała kula w łeb albo podkuty bucior esesmana.

Wiedział, że tak czy tak czeka na niego śmierć.

W ostatnim przytomnym odruchu  słabym głosem zameldował, że jest bardzo chory na anginę.

O dziwo został wysłuchany, a nawet kapo spytał czy jest lekarzem że stawia takie rozpoznanie.

Tato łamanym niemieckim wyjaśnił, że lekarzem nie jest, ale zna tę chorobę.

Chyba lęk Niemców przed jakąś chorobą zakaźną, która mogłaby zagrażać miejscowej ludności spowodował, że  skierowano Go do rewiru.

Był to rodzaj szpitala więziennego, a raczej umieralnia.

Tam mogli postawić właściwe rozpoznanie i ocenić sytuację epidemiologiczną.

Jednak to Go uratowało.

Pozostał przez kilka dni w miarę ciepłym pomieszczeniu i na zwykłym łóżku, a nie deskach pryczy. Leczony był znanym sobie pędzlowaniem gardła jodyną, bo innego leczenia wówczas nie znano i o dziwo wydobrzał.

Była to jedyna choroba Taty w obozie.

Późniejsze przemoczenia, przemarznięcia i inne warunki sprzyjające zachorowaniu nie zagroziły Jego zdrowiu.

I jeśli ktoś uważa, że zahartowanie nie ma korzystnego wpływu na zapadalność na choroby , nie ma racji….

 

Na medycznej ścieżce. Zabłocone buty.

Zabłocone buty

 

Anulka codziennie dojeżdżała kolejką WKD ze swojej Podkowy Leśnej do Dworca Centralnego a stamtąd miała niedaleki spacer do naszego szpitala. Zwykle była pierwsza w pracy, co potwierdzało zasadę, im kto dalej mieszka, tym bardziej jest zorganizowany.

Muszę nadmienić, że nasze kadry czuwały nad dyscypliną. Punktualnie o 8, zabierano z portierni listę obecności i każde, nawet kilkuminutowe spóźnienie należało usprawiedliwiać pisemnie podając termin kiedy się je odpracuje.

Zwykle nie widywałam jak Anula wkracza do pracy, bo wpadałam na ostatnią minutę . Zdarzyło się to zaledwie kilkakrotnie. Ujrzałam wówczas jej buty.. które były solidnie  umorusane błotem . Oczywiście Anula zdawała sobie z tego sprawę i zawsze tłumaczyła, że  musi dojść do kolejki WKD po błotnistej drodze.

Nam, mieszczuchom wydawało się to wówczas trochę dziwne …

Dopiero po wielu latach, człapiąc po bardzo błotnistej drodze do kolejki WKD w moich Michałowicach, wspominałam swoje zniesmaczenie wyglądem butów Anulki.

I pomna tamtych czasów z premedytacją kroczę ulicami Warszawy, nie bacząc na  moje usmarowane buty, tak też można . I jest całkiem fajnie, czuję się wolna jak ptak. .

Losy moich Rodziców. Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć.

Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć

 

 

Mijały powojenne lata. Różaniec gdzieś tam sobie leżał, w jakiejś najmniej dostępnej szufladzie.

 Powoli zapomniany.

Ja, niewielka wtedy dziewczynka zakradałam się do tej tajemnej szuflady i brałam do ręki obozowy różaniec Taty. Może ja go nawet niechcący rozdarłam, był tak wątły i misterny. Leżał więc rozdarty.

Były tam też listy Taty z obozu.

Powoli tamte czasy zacierały się w myśli Rodziców.

Nowe problemy, zawodowe, domowe przysłaniały wspomnienia.

Może Mama widziała, że się bawię różańcem, może nie.

Pewnie w ogóle nie przywiązywała wagi do przedmiotów pomna swojej histerii po zniszczeniu przez sowietów białych kruków i delikatnej porcelany , swoich ukochanych zbiorów. Pisałam o tym w rozdziale do Pamiętnika Janaseniora zatytułowanego zapiski synowej. Nie wiem, co czuła.

Po latach dowiedziałam się, że Tata w zapale niszczenia przedmiotów zbędnych- wyrzucił szczątki tego różańca i większość swoich listów pisanych do Mamy.

Ale  tutaj przesadziłam w poprzedniej ocenie.

Jednak Mama te listy traktowała jak relikwie dawnych czasów. Były dla Niej bardzo ważne. Jeszcze wtedy myślała o swojej wielkiej miłości i były oznaką, że jest kochana.  

Przywiozła je z Wileńszczyzny, przetrwały pożary i wszelkie zawieruchy.

I teraz było Jej przykro , może upatrywała w tym geście wyrzucania jakiś oznak odchodzenia Taty od niej, od syna, chęć oderwania się od tego, co go łączyło z nimi. Może myślała, że ta miłość jest tylko dalekim wspomnieniem.

Oczywiście do końca nie wiem,  co wtedy czuła.

Ale żaliła się, że już nie ma tych listów.

Tak jakby odebrano  fragment Jej duszy.

 Jednak, gdy przeglądam dokumenty Rodziców,  Tato całkiem rozsądnie pozostawił  te najważniejsze obozowe listy- pierwszy, napisany w 1941 roku. kolejny z 1942 roku i z 1943 roku.

Na medycznej ścieżce. Rozmowy z chłopcem w śpiączce.

Rozmowy z chłopcem w śpiączce

 

Nie zapomnę  Anuli w innej akcji.

Do Oddziału Neuroinfekcji przyjęto kilkunastoletniego nieprzytomnego chłopaka.

Przebył ospę wietrzną a zaraz po wygaśnięciu okresu zakaźnego stracił przytomność. Takie dzieci , ale jeszcze w okresie kiedy zakażały, były hospitalizowane w innym szpitalu zakaźnym, który mieścił się przy ul. Wolskiej.

Rozpoznano u niego zapalenie opon mózgowo rdzeniowych i mózgu. Długo był w śpiączce. W każdej wolnej chwili widywałam Anulę, gdy wchodziła do sali, gdzie leżał.

Gdy nie było jej w gabinecie lekarskim, zaglądaliśmy do sali, gdzie leżał ten chłopiec.

Ona przesiadywała na stołeczku, obok jego łóżka, masowała mu ręce, nogi i stale coś mu opowiadała.

Nie było wówczas pań rehabilitantek, które przejmowałyby tę rolę.

Pielęgniarki były stale zajęte zabiegami a my działaniem przy innych pacjentach i papierologii..

A może po prostu nie miałyśmy takiej potrzeby, by częściej przebywać z pacjentem, ograniczając codzienny kontakt do dwurazowych lub częstszych w miarę potrzeby u niego wizyt .

Podziwiałam Anulę  za takie samarytańskie podejście do pacjenta. W tamtych czasach nie myślano o tym, że  pacjent w śpiączce słyszy  i że rozmowa z nim jest terapią.

Anula wiedziała o tym swoim szóstym zmysłem. .

Któregoś dnia wpadła do gabinetu lekarskiego z radością i ogniem w oczach i zakomunikowała, że właśnie G….k , ( bo takie nosił nazwisko ten chłopiec w śpiączce)   otworzył oczy….

Chłopiec powoli odzyskiwał świadomość i poprawiał się jego stan ogólny.

Anula nadal przy nim trwała.

Dziwowałyśmy się , że tak postępuje ale widziałyśmy też efekty jej  działania….

Dopiero po latach zrozumiałam ….

Losy moich Rodziców. Różaniec obozowy.

Różaniec obozowy

 

Jednak w tym miejscu piekielnym ludzie szukali Boga. Modlili się, spowiadali u uwięzionych księży i otrzymywali komunię ze skrawka czerstwego obozowego chleba składającego się głównie z trocin.

Tato miał zdolności manualne. Gdyby odebrał stosowne wykształcenie, byłyby artystą.. Bo On miał duszę artysty.

Zbierał na terenie maleńkie kawałeczki kabla, które gdzieś porzucili elektrycy. Wyciągał z nich włosowate miedziane druciki i z nich splatał delikatne trójwymiarowe krzyżyki ,  druciki przyjmowały posłusznie w palcach Taty kształty paciorków i ociupeńkie ogniwa, które łączyły te elementy w całość, zwaną różańcem. Był tak drobny i misterny, że mieścił się w zamkniętej dłoni. Nikt nie mógł widzieć, gdy nieszczęśnik, właściciel takiego różańca przesuwał jego niby paciorki i wzdychał do Boga.

Niemcy nigdy tego nie odkryli, bo znaleźliby sposób, by ukrócić takie działania Taty. Po prostu zostałby skopany do nieprzytomności, albo poszczuto by na niego wielkie psy, specjalnie szkolone tak, by potrafiły zabijać.

Nie dziwię się, że Tato do końca swojego długiego życia na widok wielkich skądinąd teraz przyjaznych psów- wilków siniał na twarzy i nieruchomiał. Szczekanie psów rozlegające się nieraz w naszym żoliborskim bloku powodowały u niego napady lęku. No, cóż , zwykła nerwica poobozowa. Zespół opisany przez psychiatrów.

Widziałam w moim domu taki różaniec, Tato przywiózł jeden, ostatni. Poprzednie, a było ich niemało ofiarował współwięźniom, pewnie czasem za to dostał kawałek chleba- nie wiem jak to było.

W obozie chleb był świętością. Każdy okruszek w naszym domu, tak był traktowany. Nikt nigdy nie wyrzucał chleba. Tak było i ja to mam w sobie. Podziw, szacunek i zachwyt nad chlebem.

„ Chleba naszego powszedniego…..”

Na medycznej ścieżce. Jestem lekarzem zakładowym.

Jestem lekarzem zakładowym i mam niespodziewanego pomocnika

 

Gdy zjawiłam się na Siennej, właściwie od razu zaproponowano mi dodatkową pracę. Akurat mieli wakat dla lekarza zakładowego a ponieważ przybyłam z przychodni rejonowej dla dorosłych, wydawałam się dobrym kandydatem.

Miałam wątpliwości dotyczące tej dodatkowej pracy, gdyż dwa razy w tygodniu musiałabym  zostawać w szpitalu do 18.

Ale po naradzie rodzinnej zgodziłam się, gdyż wszyscy akceptowali moje pomysły , obiecywali pomoc  i nawet byli ze mnie dumni.

Tak więc pozostałam lekarzem zakładowym. Do moich obowiązków należało okresowe badanie  pracowników ,  nowych kandydatów do pracy, badanie zgłaszających się z infekcjami albo innymi stanami chorobowymi a także reagowanie na zachorowania personelu. Niestety w tych wypadkach byłam pod ręką, więc wzywano mnie dość często.

Nie zapomnę jednego takiego wezwania.

Ktoś zadzwonił, że w pralni leży nieprzytomna pracownica.

Od razu złapałam ciśnieniomierz i słuchawki i pognałam na dół.

Ale po drodze wyprzedziła mnie Anula. Usłyszawszy wezwanie też biegła na pomoc.

Na szczęście okazało się owa nieprzytomna odsypiała potężne upojenie alkoholowe, więc spokojnie opuściłyśmy to miejsce a ofiara dojrzewała na stercie brudnej pościeli….