Losy moich Rodziców. Smorgonie…

 

 

Herb Smorgoń

 

 

 

Z chwilą uzyskania skierowania do pracy w podwileńskich Smorgoniach, w moją Mamę wstąpił nowy duch.

Uwierzyła w  to, że koło fortuny obraca się na korzyść Jej i jej małżeństwa.

O miasteczku poczytała w jakiejś encyklopedii.

Najbardziej ją zainteresował fakt, że był tam kiedyś słynny w Europie ośrodek tresury niedźwiedzi zwany akademią smorgońską. Powstał w XVI wieku i został zamknięty dopiero po powstaniu listopadowym, tj po 1831 roku.

Prawdopodobnie w XVI wieku na te ziemie przywędrowali Cyganie.

Zajmowali się kotlarstwem, handlem końmi ale zwykle kradzieżami. Dlatego mieszkańcy z ulgą przyjęli jeszcze jedną z ich umiejętności- szkolenie niedźwiedzi. Tę grupę nazywano niedźwiednikami. Stopniowo ta grupa wzrastała liczebnie, co wiązało się z modą panującą wówczas w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Był to zwyczaj popisywania się różnymi dziwami natury. Magnaci sprowadzali na swoje dwory Murzynów, wojska husarskie były wyposażone w skóry lwów, tygrysów, panter.

W ten klimat doskonale wpisywały się muzyczne popisy Cyganów i taneczne ich wychowanków.

A tymi wychowankami były niedźwiedzie.

Szkoła niedźwiedzi była zorganizowana i prowadzona przez  cygańskich książąt tzw. królów cygańskich.

W tamtych odległych czasach, w okolicznych lasach, w właściwie kniejach  żyło mnóstwo zwierzyny.

Królowały tutaj niedźwiedzie.  

Co pewien czas okoliczni mieszkańcy  zapuszczali się w leśne ostępy, wykradali młode niedźwiadki  i potem oddawali je na nauki tańca do akademii.

Wybierano jedynie zwierzęta płci męskiej, gdyż panie nie miały dostępu do edukacji.

Radziwiłł sprowadzał także małpy w celu ich edukacji, ale tacy uczniowie stanowili margines akademii.

Właściciele niedźwiedzi ustalali z władzami akademii kwotę , za którą pobierały one nauki. Potem przydzielano każdemu misiowi stałego nauczyciela.

Nauka tańca odbywała się w wielkiej specjalnie skonstruowanej izbie. Jej podłogę stanowiła ściana pieca kaflowego.

Misia przymocowywano do słupa, by nie uciekał . Na tylne łapy nakładano mu onuce i łapcie.

Następnie  rozpalano w piecu. Rozgrzewano go nieomal do czerwoności .

W tym czasie Cygan rozpoczynał grę na skrzypcach.

Niedźwiadek parzony w przednie łapy, szybko stawał na tylnych i wykonywał ruchy podobne do pokracznego tańca.

Poprzez odruch Pawłowa wyrabiał w sobie skojarzenie dźwięków skrzypiec, piszczałki i  gorącej podłogi.

Potem gdy słyszał taką muzykę, rozpoczynał swój taniec.

Nauka trwała 6 lat.

Po tym okresie opiekunowie misia zabierali swojego ucznia na tourne po dworach szlacheckich i miastach, a za pokazywanie sztuczek pobierali datki, z których znaczny procent był przeznaczony do kasy smorgońskiej akademii.

Ciekawostką jest to, że mimo sztucznych warunków życia, które stwarzano misiom, nie straciły one swojego zapisanego przez naturę systemu zimowego snu.

Nie udało się przeskoczyć natury niedźwiedzi i każdej zimy zapadały one w głęboki sen. Nie mając szans przełamania praw natury, w akademii stworzono  specjalne zimowe sypialnie dla misiów.

Wystrój tych pomieszczeń miał przypominać gawrę,  były więc wyłożone igliwiem i gałęziami.

Tam misie spędzały słodko czas od 1 listopada do 15 lutego.

W ten to sposób same sobie planowały zimowe wakacje.

Wiosną znowu wyruszały w świat ze swoimi opiekunami.

 

Popularność Smorgoń w tym okresie historycznym potwierdzają używane wówczas określenia. Tak więc kogoś, nie grzeszącego inteligencją, określano mianem „ dudy smorgońskiej” a o kiepskim tancerzu mawiano, że się porusza” z gracją smorgońskiego absolwenta”

 

Do  innych smorgońskich ciekawostek należały słodkie obwarzanki. Wypiekano je tutaj w dużych ilościach i miały niepowtarzalny smak i aromat. Wożono je do Wilna, gdzie w czasie słynnych Kaziuków cieszyły się wielkim powodzeniem. Tak więc, przed tym świętem widać było na drogach mnóstwo wozów z tym słodkim ładunkiem a potem cieszono się barwnymi straganami, na których dominowały właśnie smorgońskie obwarzanki.

Mniam mniam….

Nawet zachowała się śpiewka o takiej treści: : Smorgońskich obwarzanków kupię/ sobie penki/ Tylko ty Józiuku nie oddawaj renki…”.

     

 I właśnie do tych Smorgoń, gdzie panowały duchy z przeszłości a rzeczywistość była barwniejsza niż w Rakowie we wrześniu 1938 roku przybyła moja Mama z 4 letnim wówczas synkiem, a moim bratem- Zenonem.

Przywiozła ze sobą trochę ciuchów, jakieś sprzęty , dywaniki do mieszkania oraz wielką nadzieję na dalsze szczęśliwe życie.

Oczywiście jak zwykle okazało się, że sama nadzieja to za mało……

 

tekst o Smorgoniach na podstawie Wikipedii i opowieści Mamy

 

Na medycznej ścieżce. Dobra rodzina mimo wszystko…

W swoim rejonie miałam też bardzo sympatyczną i niezwykłą rodzinę .

Zwracała powszechną uwagę  wyraźna ułomność pani domu skontrastowana z anielską  urodą jej twarzy .

Czasami spotykałam bardzo przystojnego  ojciec  tej rodziny, gdy zdążał z siatą pełną zakupów do niewielkiego bloczku, gdzie mieszkali.

Pani G. jak napisałam,  miała twarz anioła i pomimo znacznej wrodzonej wady kręgosłupa, urodziła 4  dorodnych dzieci.

Tworzyli piękne duchowo stadło. Opiekowali się sobą nawzajem, byli pogodni i uczynni w stosunku do innych.

Ich dzieci były fajne, ładne , uczyły się dobrze i niektórych spotykałam po latach, gdy już założyli swoje rodziny.

Od nich się dowiedziałam, że pani G. już dawno nie żyje, namęczyła się biedaczka, bo miała zniekształconą klatkę piersiową i związaną z tym mniejszą objętość płuc ze skutkami w postaci zaburzeń budowy i pracy serca. Już w czasie naszej znajomości , gdy miała około 40 lat , uskarżała się na  uporczywy kaszel, nawracające infekcje oskrzelowo- płucne, męczyła się łatwo. Mimo tego była uśmiechnięta i aktywna zawodowo….

Byli to może zwykli a może niezwykli, dobrzy i mili ludzie, którzy pozostali w mojej pamięci . Nie  muszę  zamykać oczu, by ich dokładnie widzieć….

Losy moich Rodziców. Odpowiedź z kuratorium.

Do Rakowa wracałam z nadzieją.

Odebrałam Zenona, który chętnie przebywał u dziadków.

Zdałam Teściom relację z rozmowy z kuratorem, omijając epizod mojego załamania się. Najnormalniej w świecie wstydziłam się łez. Chciałam uchodzić za twardziela w spódnicy.

Nie wiem, czy rodzice Wacka byli zadowoleni, bo pewnie woleliby mieć całą rodzinę blisko siebie. Ale zdawali sobie sprawę z tego, że nasze życie na odległość na dłuższą metę nie ma szans.

Wróciłam do pracy i nadal nic się nie działo.

 Jednak tuż przed wakacjami, otrzymałam prawie równoczasowo dwa listy z Wilna.

Był list od Wacka i z kuratorium.

W obu była zawarta informacja o pozytywnym załatwieniu naszej najważniejszej sprawy.  

Otrzymałam zawiadomienie, że od września mogę podjąć pracę w Smorgoniach.

Jak bardzo biło mi serce z wrażenia i radości, nie muszę opisywać.

Wstąpiła we mnie otucha, że wszystko będzie dobrze, inaczej niż do tej pory.

Może szczęście się do nas uśmiechnie.

Te wakacje były dla mnie jedne z najpiękniejszych.

Odwiedziłam Wacka, razem pojechaliśmy do Smorgoń.

Wynajęliśmy tam mieszkanie dla mnie i Zenona.

Jednak Wacek miał nadal mieszkać w Wilnie, gdyż codzienne dojazdy nie byłyby możliwe. Jednak rodziła się nadzieja na wspólne rodzinne niedziele.

Miasteczko było sympatyczne.

Na medycznej ścieżce. Dyżury w operze.

 

Do innych ciekawych znajomych z okresu mojej pracy w rejonie należał  pan Pączkowski.

Wtedy był w średnim wieku, wysoki, szczupły. Gdy wchodził do gabinetu zachowywał się jak lord.

Miał jakieś problemy z oskrzelami, więc wpadał na rutynowe badanie a raczej po recepty na  stale używane leki.

Po kilku wizytach wyznał, że pracuje w Pagarcie. Chyba nie piastował tam jakiegoś znacznego stanowiska, ale zaproponował protekcję. Gdy się dowiedziałam na czym ma ona polegać, ucieszyłam się i poczułam się nieomal wyróżniona.

Otóż ten pan załatwił nam, lekarzom z tej poradni tzw. dyżury lekarskie na spektaklach w Teatrze Wielkim. W zamian za czuwanie nad zdrowiem artystów i ludzi na widowni, otrzymywaliśmy dwa darmowe bilety na określony spektakl. Gdyby się coś działo, należało podążać do akcji i dlatego nasze miejsca  na widowni były korzystnie położone. Blisko sceny, bo  z brzegu 10 rzędu amfiteatru.

A czasie moich dyżurów na szczęście nie działo się nic złego, widać czuwał nade mną mój Anioł Stróż.

Jakieś skręcenie nogi baletnicy, chrypka śpiewaczki, czy skok ciśnienia tętniczego dyrygenta.

Lubiłam te dyżury….

Losy moich Rodziców. Rozmowa w Wilnie.

Gdy Wacek przybył do domu na święta Wielkanocne, postanowiliśmy, że sama pojadę do Wilna na rozmowę w sprawie pracy.

Może tylko ja postanowiłam, nie pomnę.

Chyba z reguły kobiecie  bardziej zależy  na podtrzymaniu żaru domowego ogniska.

I tak któregoś dnia zebrałam się w sobie, wzięłam dwa dni urlopu załatwiając z koleżanką, że mnie zastąpi w szkole, Zenona zostawiłam u teściów i wybrałam się w drogę.

Po wielu godzinach dotarłam do Wilna.

Nawet nie spotkałam się z Wackiem, bo był w pracy.

Od razu udałam się do kuratorium i poprosiłam o bezpośrednią rozmowę z Inspektorem. Miałam trochę szczęścia, gdyż był on na miejscu.

Przyjął mnie po kilku minutach.

Wyłuszczyłam moją prośbę.

Miałam przygotowany tekst, w którym logicznie uzasadniałam swoją prośbę.

Wysłuchał.

Potem westchnął i odpowiedział, że niestety nie ma wolnych etatów nauczycielskich w Wilnie i bliskiej okolicy.

W tym momencie nie wytrzymałam.

I ja, dzielna, odważna i zamknięta kobieta pękłam.

Zalałam się łzami i z gniewem i rozpaczą ponownie rozpoczęłam błaganie.

Chyba się wzruszył.

W końcu byłam młodą, niebrzydką kobietą, a może był wrażliwy na damskie łzy. Nie wiem.

Ale widząc, że nie ma szans, bym opuściła jego gabinet, rozpoczął gorączkowe myślenie.

Sprawdzał jakieś dokumenty, gdzieś dzwonił.

I po pewnym czasie zakomunikował, że prawdopodobnie niedługo zwolni się etat dla nauczycielki w Smorgoniach, bo jest tam osoba, która niebawem odchodzi na emeryturę.

Obiecał, że mnie zawiadomi w najbliższym czasie.

Powiedziałam, że będzie się dowiadywał o tę posadę mój mąż.

Opuściłam jego gabinet z mieszanymi uczuciami.

Czyżby mój upór i łzy zadziałały?

Myślę, że on miał  w zanadrzu  jakieś wolne etaty, ale nie chciał, bym opuszczała Raków.

To miasteczko było położone na głębokich  rubieżach Rzeczpospolitej i ze złą a właściwie żadną komunikacją z innymi miastami. Z tego powodu pewnie niewielu było kandydatów do pracy w tym zapyziałym miejscu.

Wyszłam i jak na skrzydłach popędziłam do Wacka, który wynajmował tutaj mieszkanie. Właśnie wrócił z pracy i po wysłuchaniu mojej opowieści wydawało się, że jest zadowolony.

 

 

Na medycznej ścieżce. Pani od francuskiego, książki i glany..

Ale poza opisanymi przypadkami, praca w przychodni przynosiła mi też możliwość poznania wielu  ciekawych osób.

 O jednej z sióstr Halamek, słynnych przedwojennych tancerek już pisałam wcześniej.

Była też rodzina pp Drobczyńskich.

Pani była nauczycielką francuskiego.

Miała nieco orientalną urodę. Była drobna, szczupła miała niewielki nosek i ogromne czarne jak węgiel , żywe oczy z długimi rzęsami . Emanowała energią i radością.

Wyobrażałam sobie, że podobała się uczniom i że musiała być ogólnie lubiana.  

Czasami tylko przychodziła do przychodni z powodu jakiś banalnych infekcji, które nakładały się na zawodową chrypkę.

Po latach spotkałam ją w Liceum Ogólnokształcącym im. Stefanii Sempołowskiej w Warszawie. Szkoła ta była położona blisko domu i  wybrała ją  trójka naszych dzieci.

Najstarsza córka ambitnie uczęszczała do  odległego od nas, ale najwyżej notowanego  w rankingach LO im. Lelewela.

Ucieszyłam się, gdy stwierdziłam, że  w pobliskim  LO im. Sempołowskiej naucza Pani Drobczyńska.

Tak się nawet zdarzyło, że  była wychowawczynią Marcina.

Było mi miło, że nasza znajomość sięga dawnych czasów. Myślę, że ona też czuła podobnie. Ale poza tym miała bezpośredni sposób bycia, w kontaktach z ludźmi nie tworzyła sztucznych barier.

Dzięki niej mogłam być spokojna, że ona czuwa nad moimi i nie tylko moimi dziećmi i natychmiast reaguje, gdy zauważy coś niepokojącego.

Telefony interwencyjne od niej na szczęście zdarzały się  rzadko.

Dzieciaki mieściły się w średniej zachowań , uczyły się dobrze.

No, może Marcin dostarczał więcej emocji. Nie z powodu zachowania, ale z powodu zmienności ocen.  Gdy się nie przygotował,  zdobywał dwóje ( jedynek wówczas nie było) ale zaraz potem otrzymywał piątki. Tak więc ostatecznie wypadał  dobrze.  

Po latach powiedział, że w czasach licealnych rozwijał się intelektualnie, kosztem wiedzy podstawowej. Faktycznie, bywał w kinach, teatrach, na koncertach, ale przede wszystkim czytał.

Czytał bardzo dużo, czasami zawalał noce .

Pod urzędem Dzielnicowym Warszawy Żoliborz były kioski z różnymi wyrobami. Tam właśnie mieścił się jego zaprzyjaźniony antykwariat. Zawarł znajomość z panem, który prowadził ten punkt. Marcin dostawał, tzn. kupował za przysłowiowe  grosze prawdziwe smakowite kąski literackie.

Bywało, że wracał do domu z workiem książek, tak szczęśliwy , jakby złapał Pana Boga za nogi.

Na wywiadówkach starałam się być, czasami jedynie przemieszczałam się do różnych gabinetów gdyż równocześnie były zebrania w klasach Marcina i Ewki. Dopiero potem kontynuowała tradycję uczęszczania do tej szkoły nasza najmłodsza, Paulina, młodsza o 6 lat od Marcina.   

Lubiłam zebrania z panią Drobczyńską. Były rzeczowe, pogodne.

Potrafiła  odróżniać prawdziwe problemy, nie koloryzowała, nie przesadzała, a nawet czasami pewnie nie o wszystkim mówiła rodzicom, radząc sobie z młodzieżą , która ją bardzo lubiła. Miała styl kumpeli a jednocześnie trzymała dystans.

Oczywiście na wywiadówce siedziałam trochę spięta, bo jednak coś tam mogło wypłynąć na powierzchnię, jakiś grzeszek mojego synka. Ale właściwie nigdy nie było większych uwag.

Jedynym problemem z Marcinem, o którym wspominała p. Drobczyńska to  była zmiana butów.

To całkiem fajna historia.

Mianowicie w tamtych czasach w szkole obowiązywała zmiana butów, w których się chodziło po ulicy na specjalne, szkolne. Te szkolne, były  bardzo „wytworne” , nawiasem mówiąc obrzydliwe, sztywne, płócienne sznurowane. Nosiły dumną nazwę – juniorki.

Trudno się dziwić, że młodzież ich nie cierpiała i starała się ominął ów nakaz.

Marcin w tych czasach zdobył upragnione wysokie czarne buty, zw. glany. Ojciec kolegi z klasy pracował w „ tramwajach” i były to ich służbowe buty. Za niewielką cenę sprzedawał  je wyrostkom szkolnym., dla których był to szczyt mody, luzu i prawdziwej zachodniej wolności…

Oczywiście pewnego dnia Marcin ostatecznie wywiercił nam przysłowiową dziurę w brzuchu i nazajutrz dumny i blady przyniósł takie buty do domu . Odbyło się niomal komisyjne przymierzanie.  Podziwiałam, z jakim uporem  codziennie je sznurował , wysoko, jak trzeba. Nawet lubiłam te jego glany, bo taki luzacki styl też mi pasował.

I wówczas Marcin zaczął paradować po szkole w tych swoich ukochanych glanach.

Pani Drobczyńska zwracała mu uwagę, że nie zmienia butów. Marcin wbijał w nią  swoje bardzo niebieskie oczęta i niewinnie obwieszczał, że on przecież buty zmienia. Wskazywał na swój worek, a którym spoczywały  juniorki i mówił, że z domu przychodzi w juniorkach i zmienia je na szkolne glany….fajny pomysł, z którego śmiała się jego wychowawczyni i rodzice. Oczywiście wkrótce opanowała naszego synka i bidulek się ugiął ….

Pani Drobczyńska uczyła francuskiego i chyba nieźle. Cała nasza trójka zdawała maturę z tego języka, z łatwością porozumiewała się z rodowitymi Francuzami, o czym mogłam się przekonać, gdyż w naszym domu często przebywała młodzież z tego kraju. Ewka poznała na obozie językowym dziewczynę z Lyonu i ta załatwiła jej pracę we Francji. Ewka a potem Marcin co roku wyjeżdżali tam do pracy , opiekowali się dziećmi , pomagali w pracach farmerskich i zawierali ciekawe znajomości. Gdy ktoś z tych znajomych przybywał do nas, bardzo się cieszył mój Tato, gdyż miał okazję pogadania w ich języku, którego uczył się w szkole średniej. Ogólnie mówiąc towarzysko brylował mój Tato.

Po latach zadzwoniła do mnie pani Drobczyńska, z jakimś problemem zdrowotnym syna. Był u mnie kilkakrotnie w CZD, ale okazało się, że problem był niewielki i szybko sam się rozwiązał. Potem spotkałam tego chłopaka w CZD, był już lekarzem i został zatrudniony w tym szpitalu. Nic dziwnego, bo był studentem bardzo dobrym , miał tzw. czerwony dyplom.

I tak przeplatały się nasze losy. …..

 

Losy moich Rodziców. Marazm naszego związku.

Z opowieści mojej Mamy.

Mijały lata spędzane w Rakowie.

Gdy nasz syn, Zenon dorastał, nie było z nim ojca.

Wacław wpadał z Wilna, gdzie pracował,  na święta, na krótkie urlopy.

Ale odległość z Wilna była znaczna i nie docierała do Rakowa kolej żelazna, więc podróż trwała długo.

Wtedy, gdy pojawiał się Wacław w domu, dziecko do niego lgnęło, ale on rzadko  znajdował wolne chwile na rozmowy z dzieckiem.

Musiał odwiedzać też swoich rodziców, poza tym stale coś czytał, poszerzając wiedzę fachową.

Dla mnie znajdował tylko odrobinę czasu na czułość.

Miałam wrażenie, że coś się pomiędzy nami  kończy.

Po wstępnych uniesieniach zwykłe życie zabijało ten pierwiastek wzajemnej fascynacji.

A przebywanie osobno,  powodowało, że oddalaliśmy się od siebie.

Czułam, że on ma swoje życie, w tym dalekim Wilnie.

Ponieważ usiłowałam walczyć o przeniesienie do jakiejś szkoły zlokalizowanej bliżej Wilna, pisałam podania do Kuratorium.

Ale nie otrzymywałam odpowiedzi.

I ten marazm naszego związku trwał.

Na medycznej ścieżce. Wirusy, wirusy

Z opisaną poprzednio historią wiąże się jeszcze jedno . Gdy wracam wspomnieniami do tamtych wczesnych lat 70 ubiegłego wieku nie mogę o tym przestać myśleć.

Otóż opisana pacjentka  otrzymywała zastrzyki.

W tamtych czasach nie było sprzętu jednorazowego. Zwyczajowo gotowano strzykawki i igły w metalowych pojemnikach. Wówczas uzyskiwano temperaturę ok. 100 stopni.

Jednak wirusy zapalenia wątroby, wówczas zresztą jeszcze nie poznane, giną w temperaturze znacznie wyższej.

A tzw. autoklawów , gdzie osiągano pożądaną temperaturę, ok. 200 stopni C, w przychodniach nie było. Zobaczyłam taki dopiero trochę później, w szpitalu im Dzieci Warszawy, gdzie m.in. hospitalizowano dzieci z żółtaczką.

Tak więc istniało ogromne prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że ona, zarażona tym wirusem, dalej go przekazywała .

Jak przez mgłę przewija mi się myślenie, że ona miała swoje igły. Te poradniane były tak tępe, że z reguły namawiałam pacjentów, by kupowali dla siebie. Były dostępne w każdej aptece. Może to tylko takie myślenie życzeniowe, by zabić wyrzuty sumienia.

Może gdybym zawczasu pomyślała….chyba też nic by nie dało, bo wiedza w tamtych czasach na była w porównaniu z aktualną, nikła.

Jest jeszcze jedna możliwość. Być może , że ta pani chorowała na  tzw. żółtaczkę pokarmową, gdzie droga zakażenia jest inna.

W tamtych czasach , we wczesnych latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku diagnostyka wirusologiczna zapaleń wątroby dopiero raczkowała….

Były to lata 1971-1975.

Wirus zapalenia wątroby B został wyizolowany w połowie lat 60 XX wieku. Ale dopiero na początku lat 80 XX wieku wprowadzono odpowiednie testy diagnostyczne i szczepienia.

Wirusa zapalenia wątroby C wyizolowano dopiero w 1989 roku. Przedtem podejrzewano, że może być jeszcze jakiś wirus poza A i B- nawet stosowaliśmy określenie wirusowe zapalenie wątroby nie A i nie B.

Aktualnie jest już wyizolowanych pięć typów wirusów zapalenia wątroby.  

A ile jeszcze podobnych pozostaje  nieodkrytych.

Zresztą w naszych czasach w ogóle znaczenie wirusów narasta. I wg opinii fachowców to one staną się naszą plagą.

Zresztą obecny przebieg zakażenia wirusem RSVRespiratory syncytia virus)  u moich wnuków i chyba u mnie i Mirka  przeczy temu, co przeczytałam w wikipedii i podręcznikach medycyny. Wg tych źródeł u starszych dzieci i dorosłych powoduje dość łagodną chorobę górnych dróg oddechowych , Ciężko chorują młode niemowlęta i ludzie ,  którzy mają zmniejszoną odporność ( otrzymują leki immunosupresyjne, mają defekty genetyczne, czy są zakażeni HIV).

W naszym wypadku , jak i u przedszkolnych kolegów Wiktora przebieg choroby był długotrwały i uporczywy. Potem zachorował 5 miesięczny brat Wiktora, nasz najmłodszy wnuczek—Patryk, który w rezultacie wylądował w szpitalu.

Dla rozpoznania przydatny jest wczesny test wykonywany ze śliny chorego, który może potwierdzić obecność tego wirusa . Młodszy wnuk, Patryk, brat Wiktora, miał wykonany taki test przed przyjęciem do szpitala. Po uzyskaniu wyniku potwierdzającego, znalazł się w sali, gdzie leżały dzieci z tą samą chorobą.

Objawy choroby były podobne, podwyższona ciepłota ciała, kaszel, katar, ogromna ilość wydzieliny i obturacyjne zmiany osłuchowe w oskrzelach .

Po wykluczeniu nadkażenia bakteryjnego poprzez oznaczenie białka ostrej fazy = CRP, które było prawidłowe stosowano jedynie leki objawowe- nawadnianie, inhalacje z lekami rozkurczającymi oskrzela. Nie podawano antybiotyków co kiedyś było rutyną.

Świat się zmienia….

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Nie pomyślałam.

Jednak przy relacji z mojej pracy w przychodni rejonowej  muszę też wspomnieć o tym, jakie popełniałam błędy.

Do najważniejszych, niezapomnianych należało późne rozpoznanie żółtaczki zakaźnej.

A było tak.

Jeszcze na początku mojej pracy w przychodni  przybyła do mnie niemłoda już kobieta. Była to już kolejna wizyta z powodu określonych dolegliwości. Przedtem była u koleżanki, która przede mną prowadziła ten rejon.

Uskarżała się jedynie na nasilone  kręgosłupa i drobne tzw. łamania w kościach. Objawy zauważyła przed dwoma tygodniami.   Poza tym czuła się dobrze, nie gorączkowała, miała dobry apetyt, i nie zgłaszała żadnych objawów gastrycznych .

Obejrzałam ją dokładnie. Sprawdziłam objawy które w pewnym stopniu pozwalały na rozpoznanie zapalenia korzonków nerwowych czy dyskopatię. Nie znalazłam niczego konkretnego. Okolica stawów, w których pacjentka odczuwała bolesność była niezmieniona. Kontynuowałam więc zaordynowane wcześniej przez koleżankę leczenie. Ponieważ zwyczajowo należało przyjąć 3 serie 10 dniowych cykli z zastrzyków domięśniowych, napisałam odpowiednie recepty . Były to leki  przeciwzapalne i przeciwbólowe oraz  witaminy.

Na bóle stawów czy kręgosłupa uskarżało się tak wielu moich pacjentów, że takie dolegliwości nie obudziły mojej czujności.

Nie wysłałam na żadne badania, ani do Punktu Konsultacyjnego. Biję się w piersi, ale nie pomyślałam ….o tym co nastąpiło potem.

Potem, to ta kobieta przyszła do mnie, czuła się znakomicie , a nawet dziękowała za leczenie.

A ja zdębiałam.

Miała całkowicie zażółconą skórę. Nawet nie musiałam zaglądać na spojówki.

Rzuciłam się do badania.

Nie ukrywam, że byłam przerażona.

Nie widząc żadnych objawów żółtaczki mechanicznej, skierowałam ją od razu do szpitala zakaźnego.

Okazało się , że zachorowała na żółtaczkę zakaźną., z której na szczęście wyszła obronną ręka.

W okresie wylęgania tego schorzenia, który może trwać nawet kilka tygodni,  występują tzw. objawy prodromalne. Do nich należą objawy przypominające grypę- w tym „łamania w kościach”, ale wiedziałam też, że głównie dominują objawy z przewodu pokarmowego jak brak łaknienia, nudności, wzdęcia etc.

Moja pacjentka zgłaszała jedynie bóle stawów.

Gdybym pomyślała szerzej, wypytałabym o kolor moczu i stolca.

W okresie gdy już pojawia się żółtaczka, stolce są odbarwione, szaro gliniaste a mocz  koloru ciemnej herbaty. Ale w czasie gdy była u mnie z poprzednią wizytą ,  nie widać było zażółcenia skóry.

Może jednak było niewielkie zażółcenie spojówek, ale tego nie sprawdzałam.

W świetle lamp poradni to nie rzucało się w oczy. Może trzeba było obejrzeć dokładnie w innym świetle.

Powinnam ją  skierować na jedno z najważniejszych badań- nawet nie krwi, ale moczu.

Może już pojawiłaby się już bilirubina, charakterystyczny objaw zapalenia wątroby.

Oczywiście wcześniejsze rozpoznanie nie miałoby znaczenia, bo leków na to schorzenie nie ma. Ale….

 

Losy moich Rodziców. Zaproszenie na wycieczkę do Wilna.

Wilno. Zatrzymane w kadrze lata 1935- 1937. Oglądam te zdjęcia z albumu rodzinnego, Rodzice są młodzi, pełni energii. Zwracam też uwagę na styl ubierania się ludzi w tamtych latach i starannie dobrane dodatki…..

 

 

 

 

Mama jeszcze pracuje w Rakowie. Wycieczka do Wilna. Od lewej strony Tato, Mama i jej kolega nauczyciele.

 

 

 

Odwiedziny w Wilnie. Od lewej Mama , Zenon.Na zdjęciu po prawej Rodzice z Zenonem. Zenon ma kożuszek specjalnie uszyty dla niego w Żywcu- biały, wyszywany.

 

 

 

 

 

 

W Wilnie z koleżankami. Na zdjęciu po stronie lewej Mama w środku. Na prawym, Mama po prawej.