Losy moich Rodziców. Decyzja małżeństwa powoli dojrzewa.

Chyba trudna była ich miłość, zawsze osobno.

A może tym bardziej wydawała się  atrakcyjna? Nie wiem.

Wiadomo, że wkrótce zaczęli planować wspólne życie. Tylko jak ono miało wyglądać ?  Przecież byli bardzo związani ze swoim zawodem .

A ich miejsca pracy były tak bardzo odległe- dzieliły ich dziesiątki kilometrów.

W Rakowie nie było linii kolejowej, więc Tato tutaj nie miał czego  szukać.

Pewnie Mama składała jakieś podania do inspektoratu szkolnego o przeniesienie do Wilna lub jego okolic , gdzie pracował Ojciec. Ale w ogóle nie otrzymywała odpowiedzi  albo były to odpowiedzi odmowne.

Może myśleli, że jeśli zostaną  małżeństwem, wówczas i z pracą będzie łatwiej.  

I powoli dojrzewała w nich myśl, by jednak podjąć ryzyko i zawrzeć związek małżeński. Przecież tak bardzo chcieli być razem.

 

Na medycznej ścieżce. Dyżury w pogotowiu ratunkowym.

W czasie tego stażu należało odbyć także kilkanaście dyżurów całodobowych w Pogotowiu Ratunkowym.

Nasz zespół należał do bardzo dynamicznych, nie z powodu młodej pani doktor, ale z powodu niemal rajdowego kierowcy , który kiedyś pracował na erce i miał szybkość we krwi. Często gnaliśmy  środkiem ulicy, nie zważając na tory tramwajowe, czasami przefruwaliśmy trawniki a ja z trudem hamowałam mdłości. Z impetem wjeżdżaliśmy w maleńkie podwórka starych domków na Młocinach . Początkowo się dziwiłam, że kierowca zwykle  wjeżdżał  tam tyłem. Ale wkrótce  się przekonałam, jak cenny był ten manewr. Dawał on możliwość szybkiego opuszczenia miejsca postoju.

 Otóż kiedyś wjechaliśmy jak zwykle tyłem po wąskiej drożynie podwórkowej otoczonej parkanami , wysiedliśmy z karetki i gdy już dochodziliśmy do wejścia domku, wybiegł do nas mężczyzna z siekierą, którą wymachiwał niby cepem. Nie było wyjścia, wskoczyliśmy do karetki, i z gwizdem, sprawnie  opuściliśmy to podwórko. Zatrzymaliśmy się dopiero za rogiem i wezwaliśmy policję, zwaną wówczas milicją. Po pewnym czasie przyjechali panowie i wkrótce zapanowała dziwna cisza. Okazało się, że tym człowiekiem z siekierą był nasz pacjent, który na widok ekipy pogotowia ożył w szybkim tempie. Ponieważ opuścił domek w pudle milicyjnym, wyjaśniliśmy to wszystko z jego stareńką matką i zgłosiliśmy w dyspozytorni naszego pogotowia to wydarzenie.

Oczywiście bez przerwy otrzymywaliśmy kolejne zgłoszenia, ponaglenia , ale takie wydarzenia , jakie opisałam czasami zaburzały płynną pracę.

Zawsze się bałam, że może ktoś inny w tym czasie umiera, a pomoc nie nadjeżdża. Zgłoszenia były dość enigmatyczne- zasłabnięcia, bóle brzucha, bóle klatki piersiowej. Może dyspozytorki nie były wykształcone w takim stopniu jak obecnie, ale informacje dostawałam skąpe i jeździliśmy wg kolejności zgłoszenia . Wszystkie te objawy mogły być spowodowane poważną chorobą ale także przyczyną błahą.

I wówczas dziękowałam Bogu, za to, że w naszym zespole jeździł doświadczony felczer. Potrafił rozpoznawać intuicyjnie chyba , które zgłoszenie wygląda dramatycznie i należy przeskoczyć kolejność, delikatnie podsuwał mi swoje sugestie diagnostyczne i nawet sugerował terapię. Chętnie korzystałam z jego pomocy, bo wnosił w moją wiedzę medyczną życiowe, praktyczne elementy. Był po prostu mądrym człowiekiem.

Gdy zanurzałam się w łańcuchowo ułożone podwórka, które łączyły kamienice starego Żoliborza towarzyszył mi i bezbłędnie prowadził i ochraniał.

Bronił mnie przed agresywnymi często  pijanymi pacjentami albo w przypadku pacjenta o dziwo trzeźwego- przed pijanymi członkami jego rodziny lub kumplami.

W ten sposób przetrwałam w całości ten okres, gdy dzięki dyżurom w pogotowiu, poznałam nie tylko kawał prawdziwego życia medycznego ale też zakamarki uliczek żoliborskich, podwórka łączące się tajemnymi przejściami i maleńkie chatki w ogródkach działkowych.

Losy moich Rodziców. Mimo upływu czasu i odległości uczucie nie zamiera.

 

Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu, opisane ręką Ojca. Tato jest po lewej, w drugim rzędzie zwrócony profilem.

 

 

Od pamiętnego wieczoru wigilijnego Stefa zaczęła częściej bywać w rakowskim domu rodziców Wacława.

Czas płynął. Gdy nadeszła piękna wonna wiosna, ogródek przydomowy Łukaszewiczów zapłonął wielobarwnymi kwiatami. To było królestwo matki Wacława. Stefa wielokrotnie opowiadała, nawet w późnej starości, o tym cudzie ogródkowym. 

Ojciec Wacława, Tomasz, rzadko bywał w domu. Ale jeśli był, to witał Stefę  łagodnym i dobrotliwym  uśmiechem. Lubił jak na jej smagłej góralskiej twarzy wykwitał delikatny rumieniec. Była taka świeża i dziewczęca. Zachowała tę urodę do końca swojego życia. To było niezwykłe nawet dla mnie, Jej córki.

Mijały lata.

Mama przybyła do Rakowa w 1925 roku.

Tato ukończył Szkole Techniczną w Wilnie w 1930 roku.

Potem jeszcze przez dwa lata służył w wojsku, w Suwałkach.

Nie miał problemów z pracą.

Otrzymał w Wilnie taką, o jakiej marzył.

Pracował w Oddziale Drogowym PKP.

Mimo rozłąki ich uczucie trwało. Jak widać ani czas ani odległość nie stanowiły przeszkody.

Ale w końcu trzeba było podjąć jakąś decyzję…..

Na medycznej ścieżce. Pan doktor konsultant.

W przypadkach , gdy miałam wątpliwości dotyczące rozpoznania choroby mojego pacjenta, kierowałam go do Punktu Konsultacyjnego w pobliskim Szpitalu Bielańskim. Pracował tam dość sędziwy dr. Korkuczański .

Był to prawdziwy lekarz, nigdy nie odmawiał pomocy, zawsze przyjmował chorego  w tym samym dniu, w którym ten się do niego zgłosił.  Nie zauważyłam, by odesłał pacjenta wyznaczając jakiś odległy termin.

Dzięki konsultacji tego doktora, poznałam nazwę i istotę dziwnego  objawu . Mimo pewnej wiedzy teoretycznej wyniesionej ze studiów byłam niedouczona i bardzo często  spotykałam się z czymś nowym albo nietypowym. I uczyłam się pokory oraz tego, że w medycynie nie ma nic pewnego pod słońcem.

Otóż  któregoś dnia  przyszedł  do mojego gabinetu  bardzo szczupły mężczyzna w średnim wieku , który właściwie na nic się nie uskarżał.  Na tę wizytę namówiła go żona, bo sądziła, że ma jakieś pasożyty. Posiłki zjadał obfite, chętnie , ale systematycznie ubywał na wadze. 

Badałam go wg ogólnych zasad, i gdy rozpoczęłam obmacywanie brzucha natychmiast zauważyłam dziwny twór. Był położony w prawym podżebrzu i balotował ponad wątrobą , nieomal widocznie pod powłokami  brzusznymi. Twór ten przypominał  gładką piłeczkę o wymiarach nieco większych niż piłeczka pingpongowa. Byłam bezradna. Nie dając nic po sobie poznać ani nie wyrażając mojego zdziwienia obecnością tego znaleziska  namówiłam pacjenta, by niezwłocznie poszedł do Bielańskiego Punktu Konsultacyjnego. Zachowałam kartę, gdzie był jego adres  i byłam skłonna odwiedzić go w domu, gdyby się do mnie nie zgłosił po konsultacji.

Jednak następnego dnia wrócił  z notatką na odwrocie skierowania.

Pan doktor podawał nazwę tego objawu i termin hospitalizacji.

Był to klasyczny objaw Courvoisiera .

Gdy zajrzałam do podręczników dowiedziałam się ,że jest to objaw kliniczny charakterystyczny dla zaawansowanego nowotworu okolicy trzustkowo- dwunastniczej najczęściej raka głowy trzustki lub przewodów żółciowych lub dwunastnicy i brodawki Vatera. Wtedy, gdy guz poprzez naciekanie lub ucisk zamyka drogi żółciowe dochodzi do znacznego powiększenia pęcherzyka żółciowego, który jest wyczuwalny przez powłoki i niebolesny.

Już później nie widywałam tego pacjenta. Pewnie wkrótce przeniósł się na ten drugi świat. Mam nadzieję , że bardzo nie cierpiał…Zapamiętałam jego twarz i rozmyślam o kruchym ludzkim życiu.

I tak dzięki mojemu doktorowi konsultantowi poszerzałam wiedzę medyczną a przede wszystkim byłam spokojna, że mam tak silne wsparcie.

Byłam mu niezmiernie wdzięczna za to że jest i że jest właśnie taki.

Mimo, że nigdy go nie poznałam i nie mogłam podziękować osobiście, zachowałam go w swojej wdzięcznej pamięci.

Losy moich Rodziców. Wieczerza wigilijna.

Gdy nadszedł wieczór wigilijny, moja przyszła Mama z trudem usiłowała wyhamować wewnętrzne drżenie.

Oczywiście o właśnie rodzącym się zmroku przyszedł po nią Wacław.

I wówczas już opanowana, spokojna, podążyła z nim do  rodzinnego domu Łukaszewiczów. Powitali ją serdecznie , od razu przełamując pierwsze lody. Za chwilę siedziała przy rodzinnym stole, a obok niej rozsiadła się cała rodzinka. A była liczna pogodna i przyjazna. Czuła się tam swobodnie, nikt specjalnie nią się nie zajmował, więc wkrótce i ona rozpoczęła się uśmiechać.

Spod rzęs obserwował ją Wacław i nadal się nią zachwycał.

Obok niej przydzielono miejsce ojcu Wacława, Tomaszowi. Był dyskretny, delikatny i spokojnie zadawał jakieś niekrępujące pytania.

Właściwie na temat jej rodziny nie padło żadne pytanie. Może oczekiwali, że sama opowie. Ona jednak na ten temat milczała i tylko chętnie opowiadała o szkole, o swoich zajęciach z młodzieżą i miłych kontaktach z nauczycielami.

Oczywiście najważniejsza była ceremonia wigilijna.

A więc wspólna modlitwa nad stołem z tradycyjnymi potrawami. Potem łamanie się opłatkiem , składanie sobie życzeń. Potem było wspólne śpiewanie kolęd. Piękne głosy niosły się daleko, a słowa znajomych jej kolęd sprowadziły na Stefę  kolejne fale wzruszeń, tęsknotę za domem i po chwili widziała już tylko swoje góry sięgające ogromnego gwiaździstego nieba.

I   wtedy ukradkiem ocierała łzy.

A biesiadujący nie okazywali, że to widzą….

 

Na medycznej ścieżce. Antoni został księdzem.

….całkiem niedawno przeczytałam gdzieś o najstarszym  nowym księdzu w Polsce. Jest nim Antoni Kieniewicz.

Wszystko się zgadzało. To przecież nasz dawny znajomy, Antek Kieniewicz.

Ten niesamowity mężczyzna po śmierci żony i wychowaniu dzieci  rozpoczął studia w seminarium i po kilku latach otrzymał święcenie. W Internecie jest zdjęcie z jego prymicji, gdy wspólnie z synem, Piotrem odprawiają mszę.

Nawet nie mam odwagi komentować – wszyscy oni to wspaniali ludzie, którzy swoim życiem dawali przykład prawdziwego chrześcijanina, a właściwie prawdziwego człowieka.

Tak ich zapamiętałam…

..a Marzenka na pewno jest szczęśliwa w tym nowym innym świecie, w który tak gorąco wierzyła.

Jeszcze raz tylko napiszę o Marzence, by uzasadnić jak wielkie miała serce otwarte bez ograniczeń dla ludzi gdy wrócę do naszych wspólnych czasów, ale to za chwilę ..

Losy moich Rodziców. Moja Mama i Jej maska.

Stefa nawet wtedy, gdy była onieśmielona,  czy zdenerwowana albo smutna, umiała pokrywać to bardzo spokojnym zachowaniem. Czasami można to było interpretować mylnie, że nic Jej nie dolega, że jest wszystko ok. A nawet wydawać się mogło, że jest osobą oschłą i pewną siebie.

Ale Wacław wiedział i potem ja też rozpoznawałam, gdy była już bardzo stara, że to tylko maska.

Pod nią kryła się bardzo samotna , spragniona miłości czułości i ciepła , osoba.

Zawsze była dość  zasadnicza,  strofowała nas, sprowadzała do pionu i właściwie zarządzała całą naszą rodziną, nawet leżąc bezwładnie na  tapczanie w swoim mieszkaniu, kierowała zdalnie każdym z nas.

Ale kiedyś zdarzyło się tak.

To było bardzo silne doznanie i tylko żal, że przyszło u kresu życia Mamy.

Otóż któregoś dnia wyjechałam na działkę, gdzie spędziłam dwa dni. W tym czasie Mama miała bardzo dobrą opiekę, bo zamieszkała z nami  kobieta wielkiej poczciwości, Ukrainka, która nieustannie czuwała nad Mamą. Byłam więc  spokojna o Rodziców. Gdy wróciłam, od razu poszłam do Ich mieszkania , weszłam do  pokoju Mamy. I wówczas spytałam, czy się cieszy, że wróciłam. Moje pytanie było spontaniczne i nigdy przedtem nie padało. Widocznie też byłam mało czuła. Mama milczała, a potem odpowiedziała z trudem, wówczas już miała problemy z oddychaniem- a jeśli jesteś spragniona i ktoś ci poda wodę- czy się cieszysz?…..

Na medycznej ścieżce. Losy Marzenki.

Ponieważ w 1975 roku zmieniłam pracę,  kontakty z Marzenką i jej rodziną  stopniowo się rozmywały.

Wszyscy mieliśmy mnóstwo problemów rodzinnych i zawodowych, więc one nas całkowicie absorbowały .

Ostatni raz  ją widziałam  w Klinice Neurochirurgii przy Nowogrodzkiej.

Odwiedziłam ją i wówczas krótko rozmawiałyśmy. Opowiadała o swojej wspaniałej teściowej, żonie prof. Kieniewicza, kobiecie wielkiej urody, klasy i religijności. To na  w tym czasie przejęła opiekę nad dziećmi .

Marzenka oczekiwała na operację kręgosłupa. Miała problemy z dyskiem i nawet jakieś objawy neurologiczne z tym związane. Była jak zwykle spokojna i pogodzona z losem.

Ale podobno potem wszystko było dobrze, wróciła do pracy i obowiązków domowych. 

Po latach dowiedziałam się od Marysi Zieniewicz, farmaceutki o której już pisałam, że Marzenka zapadła na jakąś chorobę i zmarła.

Najmłodsze dzieci chyba miały wtedy niewiele ponad 10 lat.

Antoni pozostał sam.

Myślę  o Marzence,  jej rodzinie i losie niesprawiedliwym ….

 

Losy moich Rodziców. Zaproszenie…

Po pewnym czasie, może po roku znajomości, może później,  Wacław przyszedł z zaproszeniem od swoich rodziców . Proponowali oni, by spędziła  z nimi święta.  

Stefa była zaskoczona, a może i trochę dumna, że znajomość z Wacławem nabiera innych wymiarów.

Jeśli już jego rodzice wiedzieli o zakochaniu syna, akceptowali tę obcą w tutejszych stronach dziewczynę i chcieli ja poznać, ba nawet z nią spędzić świąteczny wieczór, to mogła się poczuć szczęśliwa.

Początkowo nie chciała się zgodzić, przecież najnormalniej w świecie była zawstydzona i zalękniona, jak takie spotkanie może wyglądać. Przekonywał tak gorąco, że w końcu uległa . I drżeniem serca oczekiwała na ten może najważniejszy wieczór w jej życiu….

Wacław był spokojny, bo już zdążył ją trochę poznać. A może niepokoił się tak samo jak ona. Przecież taka sytuacja w jego życiu zdarzała się po raz pierwszy. Jego ukochana musiała zdać najprawdziwszy egzamin z dojrzałości, czekała ją  konfrontacja z rodziną . Wiedział jak zachowuje się w towarzystwie równolatków, czuł jej lęki, zażenowanie, mimo, że tego nigdy nie okazywała.

Była osobą zamkniętą, od dzieciństwa opanowywała uczucia, a może miała takie geny odziedziczone po swoich surowych przodkach ….