Zostajemy jeszcze w Bieczu? zostajemy. Więc kierunek Kolegiata, proszę wycieczki

 

 

KolegOdCmWoj.jpg

Biecka Kolegiata – widok z cmentarza ofiar I wojny światowej. Zdjęcie z netu, stąd inna pora roku niż opisywana. Ale co tam, wystarczy, że widok piękny..

 

P4290321.JPG

 

P4290322.JPG

 

P4290323.JPG

 

belkaTęczowaKolegiataBożegoCiałaBieczOkiemJadwigi.jpg

 

PrezbOłtarzKolegiata.JPG

 

ZaśnięcieNMPFaraBieczDziedzitwo.jpg

Trzy powyższe zdjęcia z netu, pozostałe własne

P4290389.JPG

 

P4290388.JPG

 

P4290387.JPG

 

P4280311.JPG

 

P4280307.JPGostajemy jeszcze w Bieczu? zostajemy. Więc kierunek Kolegiata, proszę wycieczki

No i cóż mili moi, powoli zbliżamy się do końca naszej ekskursji ( jak mawiają Rosjanie). Miał być to już ostatni etap, ale tak tu fajnie, że jeszcze  chwilka… Mam nadzieję, że wytrzymacie. Jeśli nie, to siądźcie sobie gdzieś na kawusi, czy pyfku ( wg Witkacego), poczekajcie na nas, wrócimy i wtedy  razem przy stoliku, koniecznie okrągłym z marmurowym blatem, pod bieckim niebem będziemy sączyli te królewskie napoje….

Ale teraz   wędrujemy  do  zachodniej części bieckiej starówki. Przemierzamy Rynek z opisanym już poprzednio ratuszem jawiącym się niby zabawka z tą swoją trochę pstrą elewacją i za chwilę znajdziemy się przy Kolegiacie Bożego Ciała.

Kościół ten jest bardzo charakterystycznym obiektem  w panoramie miasta. Widać go   z wielu miejsc,  jego  dość masywna bryła, ale zmiękczona niewielką obłością, jest przez to   miła dla oka i wydaje się , że za chwilę  oderwie się od ziemi i poszybuje prosto do nieba. A to wrażenie skrzydlatości  powodują zwieńczenia wyrastające ponad dach,  zwane fialami.

( od razu zaglądamy by przeczytać w  smartfonie- tacy są niektórzy z nas  postępowi- noszą te swoje niekształtne telefony w dłoniach na ogólnym widoku- nie to, co ja przywiązana do starej komórki, którą łatwo objąć- ale tym razem wasze smartofony  się przydają  bo już czytamy  w necie o tychże fialach . Niektórzy z Was wiedzą, ale dyskretnie milczą by nie zdołować pozostałych.  Fiale są to charakterystyczne dla architektury gotyckiej i neogotyckiej , pionowe elementy dekoracyjne, wystające ponad dach .  Mają  postać smukłej wieżyczki zakończonej ostrosłupem z krawędziami często dekorowanymi żabkami . Całość bywa zwieńczana kwiatonem.  Poza rolą ściśle dekoracyjną , dodają lekkości całej budowli ale jednocześnie  dociążają przyporę stabilizując konstrukcję tak, by nie doszło do skrzywienia ściany. Fiale mogą też stanowić zwieńczenie skarpy czy naroża wieży, często towarzyszą gotyckim nagrobkom baldachimowym , gotyckich ołtarzy skrzyniowych. Mogą być wykonane z kamienia, sztukaterii, drewna, metali.  Bywają też elementem zdobniczym w rzeźbiarstwie, snycerstwie czy złotnictwie).

 Biecki Kościół  z tymi fialami , z dumą uwidaczniano na miedziorycie z XVI wieku, choć je potem usunięto. Ale dla nas szczęśliwie zostały zrekonstruowane , dodają majestatu i jednocześnie lekkości (  chociaż wspomnianych w necie -żabek i kwiatonów tam nie zauważyłam). Ale może zbyt mało detalicznie się przyglądałam. Wszystko można nadrobić, więc teraz weźmy lornetkę i poszukajmy tego, czego nie widać gołym okiem.

Ale zanim wyjmiemy lornetki, poczytajmy dalej co piszą w necie o tejże Kolegiacie. Od razu pojawia się wielki odwieczny  wiatr historii, podwiewa spódnice dziewczynom, a nam tylko burzy fryzury, bo przecież nosimy spodnie.

Biecka Kolegiata, czyli Kościół Bożego Ciała  należy do najświetniejszych zabytków gotyckiej architektury sakralnej w Polsce i wygląda tak jak przed wiekami. Budowana z cegieł i ciosów kamienny trwa… niezmiennie trwa…zadumaliśmy się nieco nad przemijaniem czasu , ale pora ruszyć dalej.

Jakoś intuicyjnie wszyscy podążamy pod  Prezbiterium , a może ta najstarsza część Kolegiaty wydziela jakieś przyciągające fluidy?  A może najzwyczajniej w świecie  ktoś nam już opowiadał, zachęcał, nie pomnę.

( Dla przypomnienia takim jak ja, troszkę zapominającym- nazwa Prezbiterium pochodzi od słowa prezbiter, czyli ksiądz i  drzewiej nazywano je chórem kapłańskim. Jest częścią kościoła przeznaczoną dla duchowieństwa oraz służby liturgicznej , m.in. ministrantów . Zwykle jest oddzielona od reszty świątyni podwyższeniem, balustradą lub łukiem tęczowym, ale zwykle  tymi wszystkimi elementami  na raz ).

 Wg rejestrów zabytków Królestwa Polskiego budowę bieckiego prezbiterium rozpoczęto już w 1326 roku , a budowę  zakończono ok. 1480 r. Na  jego belce tęczowej widnieje stary magiczny w treści napis z epoki:  1482.

Mój Boże, ileż to lat minęło od tej pory, ile pokoleń życie swoje tu toczyło i poszło sobie do wieczności, zabierając  bóle i radości a kościół , niemy świadek ich życia, jak stał tak stoi. Wybaczcie, że zawsze przy takiej konfrontacji z dawnym czasem, przychodzą do mnie podobne myśli, które zaraz tu zapisuję. Ale zawsze mnie zdumiewa, że ktoś mógł być do nas podobny, no, może był inaczej ubrany, ale serce miał przecież takie  samo jak my….

Prezbiterium bieckiej Kolegiaty” jest szersze niż nawa główna. Jest nakryte ceglanym ostrołukowym sklepieniem kolebkowym z lunetami ( wyjaśnienie poniżej) , ozdobione niezwykle bogatą siecią żeber” i jest typowym obiektem architektury tzw. późnego gotyku (obejmuje on okres XV-XVI w. ). Zdobione jest z zewnątrz ciemniejszą zendrówką, układaną we wzory geometryczne   .

(I tu kolejny edukacyjny moment. Aż musiałam się zatrzymać i pochylić nad nieznaną mi  zendrówką i  zajrzeć do netu . Otóż zendrówka, mili państwo to po prostu cegła, ale nie zwykła, tylko ceramiczna , wypalana do granic zeszklenia. Jej powierzchnie są błyszczące i ciemniejsze niż cegły zwykłej, tzw. wiśniówki. Taka cegła była powszechnie stosowana w gotyku jako element dekoracyjny. Nazwa zendrówka pochodzi od niemieckiego sintern albo francuskiego cendre= popiół. )

Fajna jest ta zendrówka, miła w dotyku, gładka lśniąca i przyjemnie chłodzi dłoń …chociaż tu muszę się przyznać, że z lubością graniczącą z rozkoszą dotykam i gładzę powierzchnię starej cegły, chropawą ale ciepłą….zwłaszcza gdy opowiada to, co zapamiętała, stare dzieje opowiada…

Dalej czytamy:

„W przęsłach sklepień Prezbiterium zachowały się czterolistne zworniki z herbami ( na jednym herb Biecza, na drugim herb Odrowąż), na jednej z dwóch pozostałych nieznany znak- może gmerk  ( znak osobisty) budowniczego”. Ładne toto, chociaż za pierwszym razem nie odkryte, ale warte obejrzenia, jeśli już wiemy czego szukać….

Odrywamy się od oglądania i podziwiania Prezbiterium i obchodzimy Kolegiatę wokół.. Ta część kościoła  została  zbudowana nieco później, bo   w 1519 roku. Napisałam „nieco” starsza, a to  oznacza tylko 39 lat. Cóż to jest wobec wieczności a ile znaczy w życiu tych którzy dopiero się rodzą….Były to czasy panowania króla Zygmunta I Starego. Wzniesiona  w konstrukcji halowej, trójnawowej , z szeregiem kaplic bocznych , jest   typowym obiektem architektury tzw. późnego gotyku (dla przypomnienia- obejmuje on okres XV-XVI w. )  

I oto proszę państwa wchodzimy, uwaga…Przy wejściu do prezbiterium oglądamy XV wieczną tęczę, przedstawiającą scenę ukrzyżowania Jezusa Chrystusa . Zadzieramy głowy, lubimy te belki tęczowe. Są jakby solą kościołów gotyckich. Do zanurzenia się, medytacji w pustej świątyni zachęcają XVII wieczne , renesansowe stalle. I tak robimy, wsuwamy się do wnętrza ław, zatapiamy w nich  i wtedy zda się rozpoczynamy rozmowę z Bogiem. Ktoś nas odrywa , przerywa modły czy tylko rozmyślania, czy wreszcie miły relaks , bo wskazuje pulpit muzyczny ustawiony przy samym ołtarzu i mówi- patrzcie patrzcie, tu piszą, że jest jedynym takim zabytkiem w Polsce a nawet Europie. Bo pozostawił go nam rok 1633!!! Fajnie, że ktoś na niego zwrócił uwagę, bo wszyscy wgapiali się w ołtarz, a tu skromny pulpit przysiadł, a właściwie dumnie wyprężył pierś gdyśmy go zauważyli.

Bo główny ołtarz, to dopiero i barwy i XVI wieczna scena Zdjęcia z krzyża, którą namalował ktoś z kręgu Michała Anioła! Sam ołtarz wzniesiono w 1604 roku! Historia zaskrzeczała, obejrzeliśmy się, ale nikogo przy nas nie było, chyba, że duchy z przeszłości….Nad wspomnianym obrazem płaskorzeźba- scena przedstawiająca Zaśnięcie Matki Boskiej dłuta syna słynnego Wita Stwosza- Stanisława Stwosza. I tu refleksja- jakim szczęściem lub nieszczęściem( bo talent odziedziczony ale sława przyćmiona tym wielkim, znanym sławionym ) było posiadanie słynnego ojca czy wuja ,  jak w przypadku Matejki wspominanego przy okazji witraży w Klasztorze Franciszkanów, o którym już zdążyliśmy zapomnieć, bo tyle nakładających się wrażeń. Ale gdy wrócimy do domu, spokojnie, kartka po kartce przewodnika albo po kolejnych moich wpisach o naszej wycieczce powędrujemy ponownie…

I jeszcze ołtarzyk boczny po lewej stronie od głównego- gdzie Oratorium św. Jadwigi , która ponoć tutaj lubiła się modlić. Gdzie te czasy św. Jadwigo?  A teraz tylko o tobie wspominają i święte szczątki twoje ( a może wcale nie twoje?) umieścili w 2006 roku w relikwiarzu obok Oratorium.

I jeszcze XVII wieczny ołtarzyk po lewej Niepokalanego Poczęcia zwany jakże zdumiewająco- drzewem genealogicznym Najświętszej Marii Panny.

Może te wszystkie ołtarzyki by nie zachwyciły, gdyby nie ich imponujący wiek.

No i na koniec, moi mili jeszcze malowidła na sklepieniu prezbiterium tej świątyni.

Popełnił je Włodzimierz Tetmajer ( och te słynne nazwiska, ich gąszcz kotłujący się w Bieczu ! ). Bo ten malarz to brat przyrodni słynnego poety Kazimierza Przerwy- Tetmajera.

Napisałam na koniec, ale nie łudźcie się, że to prawda. Chociaż usłyszałam westchnienie ulgi. Bo jeszcze jest ambona z 1604 roku , poprawiona w 1697 kiedy to nałożono na nią techniką intarsji barokowy ornament. Widzę, ze oczy niektórym zalśniły, i niemo powiedziały, że kochają barok. Mnie też zachwyca, po tamtych surowościach, taki piękny kontrast i rozbuchanie…

Nie mogę zauważyć, że ktoś z nas, oczywisty pedant- detalista zwrócił uwagę na XVII wieczny ołtarz po stronie lewej od prezbiterium pw. Matki Boskiej Różańcowej , późnorenesansowy, cały lśniący złotem a obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Jest to ikona przywieziona znad Dniepru, specjalnie dla Biecza przez kogoś z drużyny króla Jana Kazimierza!

Już miałam zakończyć, zresztą nie pierwszy raz, gdy nagle nagrobki się odezwały, bo do tej pory milczały jak zaklęte. Otóż jestem nagrobkiem Piotra Sułowskiego ( dużo by pisać o tej postaci , ale już nawet nie wypada rozbudowywać tego wpisu), ale ta rzeźba jest uważana za jedno z lepszych polskich dzieł epoki Odrodzenia …może ktoś z nas wytrwały , albo kochający rzeźby z alabastru i napisy na nich obejrzy pozostałe, ja nie wytrzymuję tego spiętrzenia wrażeń i wychodzę.

Poczekam na dziedzińcu wśród węgierskich rzeźb Apostołów które go okalają…

 

Ooo zabrzmiały organy, widać organista ćwiczy przed mszą, albo specjalnie dla nas zagrał, by serca podnieść jeszcze wyżej. Pyszna Toccata Bacha wyfrunęła z XIX wiecznego bieckiego instrumentu, spod smukłych palców organisty- młodziutkiego chłopca z wielką lwią grzywą….

 

 

 

Idziemy dalej, proszę wycieczki….

bieczii.png

Mapa Polski z Bieczem db. zaznaczonym już była, więc tym razem ten czerwony punkcik, to właśnie miasteczko ze snów, gdzie mówią wieki…

 

BieczStary.jpg

Biecz na XVII wiecznej rycinie…

 

KościółKlasztorFranciszkanówBiecz.jpg

Biecz. Klasztor oo. Franciszkanów Prowincji Matki Bożej Anielskiej , zbudowany w latach 1645- 1663 z przytulonym do niego kościołem św. Anny. ( z lat 1641-1650).  Obiekty te oznaczono na schemacie zabytków Biecza nr 10.

 

ZabytkiBiecza.png

 

 

 

Idziemy dalej , proszę wycieczki…..

Tak dużo minęło czasu od ostatniego wpisu z wycieczki do Biecza. Stale wkradały się inne tematy. Ale Biecz czekał, odwieczny, przyzwyczajony do tego, że ludzie z niego wyjeżdżają, wracają, pokolenia przemijają, a on jest i zaprasza.

Takoż i my dzisiaj wrócimy do ciebie, piękny, stary królewski Bieczu.

O podróży pociągiem, klimatycznej  i romantycznej , szczególnie dla mnie, córki kolejarza,  już pisałam. O starej Kapliczce opowiadającej piękną legendę,  i o najstarszym zachowanym polskim szpitalu też możecie znaleźć w tym blogu, bo już było.

A teraz pora na dalszą wędrówkę.

Gdy oderwiemy się od myśli krążących nad najstarszym polskim szpitalem św. Ducha zobaczymy bielejące pobliskie zabudowania.  To klasztor oo. Franciszkanów Prowincji Matki Bożej Anielskiej , zbudowany w latach 1645- 1663 z przytulonym do niego kościołem św. Anny. ( z lat 1641-1650).  Obiekty te oznaczono na schemacie zabytków Biecza nr 10.

Miejsce nie jest zwykłym terenem gdzie te sacralia postawiono.

Gdy przyłożymy ucho do ziemi, usłyszymy jak opowiada o dziejach zamku, który tu kiedyś zbudowano.  Zamku Królów Polskich. Wiatr historii zmiótł go z powierzchni, ale ziemia zachowała pamięć. Dzisiaj można podziwiać tylko jeden zamkowy ślad, ale za to jaki ! Są to wielkie drzwi zamkowe , ozdobione orłami jagiellońskimi z XVI wieku, które wiodą  do kościoła.

Ale po kolei było tak.  Upomnieli się o lepsze, niepodmokłe miejsce reformaci. Dotychczas mieszkali blisko Ropy, która corocznie brutalnie wpływała za ich progi. Zamek jeszcze dogorywał, gdy starosta biecki Jan Wielopolski przeniósł do grodu, na grzbiet wzgórza starostwo a braciszkom ofiarował to miejsce magiczne, dawno już opuszczone. Braciszkowie,  bardzo pracowici, od razu wzięli się do dzieła , odbudowali zamek , przeznaczając go na swój klasztor.

Tak więc od dnia , gdy w XVII wieku zostali mieszkańcami dawnego zamku, są tu nadal. Ile już pokoleń franciszkanów , ojczulków w czarnych habitach przepasanych białym sznurem przeniosło się w zaświaty, a nieśmiertelny zamek- klasztor stoi jak stał.

Raz się zdarzyło, a było to  w 1770 roku, gdy konfederaci barscy stoczyli w pobliżu bitwę pod Siepietnicą,  widząc , że Rosjanie mają znaczną liczebną przewagę , uciekli  do Biecza. Ścigający ich Rosjanie złupili miasteczko a szczególnie kościół i klasztor franciszkański, mordując kilku zakonników.

Gdy będziemy stali nieruchomo, nikt z nas nie puści nawet pary z ust, może usłyszymy odgłosy tamtej bitwy, rozpaczliwy krzyk mieszkańców, potem już tylko ciszę nabrzmiewającą bólem  i pogrzeb braciszków w milczeniu złowrogim, bo nie modlili się za wrogów, jeno za swoich. A pan Jezus przecież nauczał : „ Miłujcie nieprzyjacioły swoje”. Ale oni nie słuchali, bo jak świat światem nikt nie słucha słów pana Jezusa, tylko udaje, że jest pobożny, a tak naprawdę diabła ma za skórą, jak dobitnie pokazuje nasz czas. Czas który przyszedł z dobrą zmianą. Mój Boże, widzisz to i nie grzmisz? A może Ciebie w ogóle nie ma?

Remont kościoła i klasztoru wykonano dopiero w 2003 roku ustawiając na pamiątkę figurę Matki Boskiej Niepokalanej. No cóż, niech ludkowie pamiętają , że pan Bóg czuwa a Królową mamy jedną  …

No już, Mili moi, dość tych rozmyślań, pora wejść do środka, zarządzam, albo ktoś z Was znużony moim gadaniem tam się już znalazł.

Więc  pokornie wchodzimy do kościoła św. Anny. A tam czeka barokowe jednonawowe skromne wnętrze. Zachwycamy się, że tak skromnie, tak jak przystało na franciszkanów. Jest ok. Z głównego ołtarza patrzy na nas św. Anna. O czym myśli, nie wiemy, a może nie myśli już w ogóle, bo się zmęczyła tym nieustannym myśleniem. OOO db jest patrzeć na niemyślącą o niczym św. Annę bo potrzebny jest nam jej spokój, spokój w naszym rozedrganym świecie ma wagę złota.

Ale po chwili medytacji powoli czujemy jak powraca nasz  wewnętrzny niepokój,  bo jednak niepokój mamy w sobie . Medytacje daleko na wschodzie, gdzieś na Tybecie pewnie. A my w Bieczu….ale tym razem nasz spokój zaburza widok konkretny. Bo widzimy  obraz zawieszony na ścianie  obok ołtarza. To „ Zdjęcie z krzyża”,   ponoć dzieło malarza z kręgu samego El Greca. Zatapiamy się w cierpieniu Najwyższego, gdy nagle zalewają nas smugi światła. Szarawo było na dworze, a tu  jasność kolorowa przyszła z gwałtownie  wyglądającym zza chmur słońcem. Widać litościwie chciało nas ożywić, pobudzić i zagrało w witrażach. Mój Boże, jakieście cudne szepnęliśmy do witraży. A one na to, że nie tylko jesteśmy cudne, ale bardzo znane i ważne, bo projektował nas w 1908 r. sam Mistrz Matejko! Wprawdzie to nie ten Matejko o którym pomyśleliśmy, a jego bratanek, ale jednak.

Po chwili słonecznego i witrażowego olśnienia, pochyliliśmy głowy w nabożnym szacunku. Bo przed nami stanął sam  św. Franciszek ze  św. Antonim u boku. . Któraś z nas zaśpiewała św. Antoni, św. Antoni, serce zgubiłam pod miedzą, ale zamilkła gdy doznała kuksańca w bok od nabożnej koleżanki. A niby dlaczego nie można tak pośpiewać św. Antoniemu, niech chłop ma chwilkę radości i zapomnienia. Ale już się stało, nikt już nie śpiewał a my gęsiego, za braciszkiem, przewodnikiem  powędrowaliśmy za główny ołtarz, gdzie stoi sobie spokojnie pogrążony w wiecznej drzemce pulpit muzyczny z XVIII wieku…

Gdy wydobyliśmy się  zza ołtarza, trafiliśmy  prosto pod ołtarz boczny, gdzie powitała nas zadowolona, że wreszcie komuś może się pokazać XVI wieczna pięknie wyrzeźbiona Matka Boska Biecka , którą przebrano w strój szlachcianki , z czego jest niezmiernie  dumna. Zwykła kobieta z Nazaretu tak doceniona, no no. szlachciankę zgrywa. I dobrze, każdy ma prawo być dowartościowany, tym bardziej, że zasługuje. W końcu dała nam ludzkiego Boga , jednego z Trójcy ( niepojęte, ale jednak). Nie ma co rozważać, albo się wierzy albo nie. To nie może być objęte rozumem.

Nasze zagapienie, zamyślenie i rozterki przerwał miłym głosem braciszek, który był nam przewodnikiem. Czy chcecie odwiedzić w podziemiach ukryte w krypcie szczątki bardzo ciekawego człowieka- Wacława Potockiego. Widząc, że się zanosi na dłuższe opowiadanie, bo ta postać zasługuje  na nie w pełni, powiedzieliśmy, że już nogi bolą, może innym razem. Braciszek nie oponował, jeno pokazał nam zawieszoną w kruchcie tablicę z . epitafium Marii Amalii Mniszchowej ( 1736-1772) . Czytamy  napis…”D.O.M. Maria Amelia z hrabiów Bruhlów Mniszchowa Generałowa Wielkopol. Umarła w 36 r. wieku swego d. 30 kwiet. R. 1772 w Dukli. Prosi o Zdrowaś Maria„.

Kimże była ta Maria, ktoś zapytał. Braciszek już się szykował do dłuższej opowieści, ale widząc nasze ręce zaciskające kije do Nordic Walking , na których to się wspieramy, nasze  nóżki nieco wiekiem wykoślawione i oczki z wyrazem splątania wyczerpującą wycieczką , się zlitował i tylko krótko powiedział :  To córka Henryka Bruhla, pierwszego ministra Augusta III, żona Jerzego Augusta Mniszcha, Marszałka nadwornego koronnego. Znała 6 języków ! Bywała na dworach cesarskich, gdzie próbowała zainteresować sprawami Polski. Teraz na spokojnie doczytałam w necie, wysnuwając jedyny wniosek, że jej biografia jest tak bardzo obszerna i tak bogata w wydarzenia,  że pewnie mój blog pękłby z tego nadmiaru. Więc nie piszę. Braciszek na koniec powiedział, że bohaterka tego epitafium zmarła młodo, oficjalnie  na gruźlicę , ale wysoce prawdopodobne, że została zatruta. Jej mąż wystawił jej rokokowy grobowiec w Dukli, w Warszawie w Kościele św. Antoniego a także w Sanoku możemy znaleźć jej epitafium . identyczna jak w Sanoku znajduje się w Bieczu. I właśnie przed tą tablicą stoimy i może rozmyślamy nad upływem czasu a także nad sprawiedliwością ludzką ….

Ale mili moi, koniec tych rozmyślań, bo czas goni. A właściwie goni nas braciszek, który przestępuje z nogi na nogę, byśmy zdążyli wszystko obejrzeć. Nic dziwnego, dumny jest ze swojego klasztoru, i ma być z czego dumny, przyznajemy.

Więc potulnie drepczemy na dziedziniec,  pod klasztor. I już oglądamy wieżyczkę zegarową z 1744 roku wykonaną przez braciszka Klemensa Czechowicza. Fajnie, że nie tylko się modlił ten braciszek wznosząc oczy w niebo, tylko zajął się konkretną pracą . I teraz możemy oglądać to dzieło i myśleć o jego artyście. I już sama nie wiem co ważniejsze, czy modły czy praca u podstaw. Z nikim się nie dzielę tą wątpliwością. Bo wszak Pan Jezus wybrał kiedyś kobietę, która słuchała jego słów a nie tę, która zajmowała się domem…

Idziemy, idziemy dalej, ponagla nas współczesny braciszek . Wiedzie nas  na piętro  i z dumą pokazuje  bibliotekę, unikatową- bo  same tam białe kruki . Cokolwiek by to znaczyło, chyba wiek jej księgozbiorów mówi sam za siebie. Mój Boże, I jęknęłam, to woluminy z XV wieku!. A jest ich ponad 2000! No coment.

I jeszcze chór muzyczny nam został a tam 16 głosowe organy firmy Braci Rieger sprawione w 1903 roku….

A na dziedzińcu przycupnęło 14 kaplic Męki Pańskiej i  przy XVII wiecznym murze, od strony południowej klasycystyczna kaplica z rzeźbą Chrystusa przy słupie ….już wszystko nam się miesza, zamęt w głowie od tych staroci, spiętrzenia wrażeń. Wszystko trzeba będzie w głowie poukładać, gdy już wrócimy do domu. A może nie zdążymy, bo już czekają nowe przygody. …

I jeszcze tylko pod stopami mówią wieki, to głosy z wału ziemnego z czasów potopu szwedzkiego  ochraniać miał klasztor od strony południowej. …

Tak Bieczu miły, tu właśnie słychać jak mówią wieki……

 

KlasztorFraniciszkanĂłwBiecz.jpg

 

jednonawowy Kościół św. Anny, przytulony do Klasztoru Franciszkanów

 

franciszkaniez portaluBarkaFranciszkanie.jpg

 

A oto braciszkowie- franciszkanie, wprawdzie w innym mieście, ale ten strój od wieków taki sam….z portalu Barka

Wszystkie zdjęcia z netu.

Obiecuję własne, gdy może Bóg da, jeszcze wrócę do Biecza….

 

 

 

Kierunek serce królewskiego miasta Biecz…

Kochani moi! Pewnie zauważyliście ( lub nie) , ile czeka rozgrzebanych wcześniej tematów. A to Białoruś,  a to o Konopnickiej pisanie, czy terapia Wiechem z wędrówką po warszawskiej Pradze .

A tu stale nowe się otwierają. Tym razem obiecuję sobie, że będę konsekwentna i zakończę jeden wątek. Tamte poczekają, nie uciekną i kiedyś powrócą.

Może powrócą, bo tyle się dzieje w naszej Kaczolandii – i śmieszno i straszno się dzieje. Więc lepiej uciekać na emigrację wewnętrzną z tej Krainy , bo można się setnie poparzyć.

Tak sobie rozważając patrzę na już liściaste krzaczki czarnej porzeczki, agrestu i magnolię przed kwietnym wybuchem a tu jeszcze nieposadzone bratki. Też czekają, aż pewnie M. przyszpili i zmusi do działania w tym temacie.

Ale na razie spokojnie siedzę przed laptopem w bezpiecznej świtem zaznaczonej porze dnia , kosy mi śpiewają. A dookoła już szaleje wiosna. Mówię Wam, żyć nie umierać.

I znowu jesteśmy w Bieczu, gdzie było fajnie, i jest zacisznie, bo daleko i dawno . …

 

 

 

Kierunek serce królewskiego  miasta BieczZabytkiBiecza.png

Zabytki Biecza:
1. Fundamenty zamku na Górze Zamkowej
2. Kościół Bożego Ciała
3. Baszta kowalska
4. Dom Barianów-Rokickich wraz z basztą radziecką
5. Kromerówka
6. Ratusz z wieżą
7. Dawna Synagoga
8. Gród starościński
9. Szpital św. Ducha
10. Klasztor Franciszkanów
11. Szczątkowy kirkut

SzpitalSwDucha1.jpg

 

Ocalały XIV wieczny Szpital św. Ducha.

którego „ściany zachodnia i wschodnia są zdobione cegłą zendrówką. Od wschodu możemy oglądać dwa portale, od zachodu portal kamienny, obecnie zamurowany. Nad tym portalem znajduje się rzeźbiony w kamieniu orzeł jagielloński z datą 1487, prawdopodobnie przeniesiony z trzeciego zamku w XVII wieku.”

 

Kierunek serce królewskiego miasta Biecz .

Gdy już obejrzeliśmy niepozorną przydworcową kapliczkę, rozmyślając o biedaku.  kamiennym chlebie i Bogu karzącym złych ( opis powyżej, jeśli ktoś dopiero dzisiaj się włączył w czytanie mojej pisaniny), nadeszła pora ruszyć dalej.

Zarzucamy więc na ramiona  swoje plecaki, bo jesteśmy trochę staroświeccy i żadne kółeczkowe walizy nas nie kuszą, w ręce ujmujemy nasze kostury lub już nowoczesne kije do Nording Walking i patrząc w szczelinę pomiędzy wzgórzami Pogórza Karpackiego, zwaną  Obniżeniem Gorlickim,  ruszamy w górę. Prosto do Biecza.

Droga nas wiedzie zawsze ta sama, królewska, wydeptana stopami orszaków , obecnie nazywana ulicą Fuska, znanego bieckiego farmaceuty o którym dużo już tu  było. A wstępnie myślałam takie to mało romantyczne, ulica imienia farmaceuty. A tymczasem był to Człowiek tak niezwykły, że nie tylko ulicę jego imieniem nazywać trzeba. Zresztą , jeśli kto nie wierzy, niech zajrzy do poprzednich wpisów….

I dzisiaj właśnie sam pan Fusek doprowadza nas w pewne magiczne miejsce. Idziemy za nim, ledwie nadążając. Dokąd ach dokąd nas dziś wiedzie. Zaraz zobaczymy…

Gdy już jesteśmy w połowie wzgórzowego zbocza , nagle odbijamy nieco w lewo . I już widzimy gdzie czeka na nas trochę smętnie bardzo stary, zaniedbany obiekt .To szpital św. Ducha, mówi pan Fusek.  ( nr 9 na załączonym schemacie zabytków Biecza). Pomimo wyraźnego opuszczenia, jednak stoi dumnie. Bo służył ludziom przez wieki, ma wielkie zasługi i my go doceniamy.

I dalej opowiada nam pan Fusek.

Patrzcie państwo! Czy czujecie klimaty?

Bo ten  dawny szpital jest najstarszym  zachowanym budynkiem szpitalnym w Polsce!  Wprawdzie w Europie powstawały szpitale już w VIII wieku, w Polsce pojawiały się  w XIII wieku, ale dopiero w 1395 r. sama królowa Jadwiga ufundowała ten biecki i  wyposażyła tak, że był najznamienitszy  w naszym kraju!. Rajcowie miejscy i mieszkańcy nie tylko w pełni akceptowali, ale też bardzo się cieszyli, bo potrzeb było bez liku. Miasto wtedy liczyło już 3000 mieszkańców i grasowały choróbska wymagające izolacji chorych. Zachował się odpowiedni dokument z tamtych czasów, w którym zapisano, że królowa ofiarowuje plac koło murów  gdzie przedtem stał zamek, ale niestety  spłonął w pożarze w 1388 r. Królowa zwolniła też z podatków sąsiedni folwark w Libuszy z 3 stawami rybnymi. To był duży wkład w działalność szpitala.

Następni królowie : Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary i Stefan Batory,

dokładali swoje „cegiełki”, by szpital nie tylko trwał, ale się rozwijał aż stał się najbogatszym w kraju i najlepiej wyposażonym. Swoją drogą ciekawe jest jak wyglądało owe wyposażenie? W dzisiejszych czasach sprzętu jest multum, ale bywa że źle zarządzany i przez większą część doby stoi bezczynnie. Och, myślę, że królowa Jadwiga by nie dopuściła do takiej sytuacji. Ale ona sobie śpi w krypcie wawelskiej i nie ma zamiaru wchodzić w paradę obecnym władzom, chociaż pewnie w grobie się przewraca słysząc o kolejnych reformach, które nam lada moment zafundują…

A tak w ogóle to wówczas zajmowali się szpitalami zakonnicy. Powstawały tzw. parafie szpitalne z własnym kościołem , nazywane w starych źródłach- prepozyturami. 

I aż dziw bierze, że biecki szpital trwał w swoim pierwotnym stanie aż do XIX wieku, kiedy to przeprowadzono  remont i do 1950 roku korzystali z niego biedni, a następnie został przekazany szkole średniej na internat dla chłopców. Po wybudowaniu nowego gmachu liceum, opuszczony szpital zaczął popadać w ruinę. 

W latach 80 XX wieku podjęto próbę remontu, ale wobec zawirowań politycznych remont przerwano. Następowała dewastacja do takiego stopnia, że pozostały tylko mury i dach. Obecnie, jak piszą w Wikipedii jest ponownie remontowany. Jakoś nie dostrzegamy żadnego remontu, ale może jednak tam działają jakieś niewidzialne duszki remontowe .

Ze szpitalem, jak zwykle bywało połączony był Kościół św. Ducha. Jednak zaniedbywany, stopniowo umierał, popadał w ruinę i ostatecznie rozebrano go pod koniec XVIII wieku.

      Ale koniec opowieści,  mówi pan Fusek już nieco zniecierpliwiony, bo ziółka właśnie na zboczu pachną i niedługo pora zbierać, a wszystkie legendy jeszcze nie  spisane, a apteka zostawiona na bożej łasce, a może trzeba o coś tam walczyć . Uspokajamy, łagodzimy , mówimy, że jak na razie czasy spokoju w kraju, więc nie musi dążyć z orężem. Bo był człowiekiem bojowym . Ale on nam nie dowierza, kręci się niespokojnie i mówi, pora działać. Milczymy, gdyż w obecnej sytuacji już nawet ekolodzy milczą , nie przywiązują się do wyrąbywanych drzew łańcuchami. Są, ale jakby ich nie było. Już nawet panu Fuskowi nie opowiadamy o czym niedawno się dowiedzieliśmy. Duży fragment pięknego parku naprzeciwko kliniki przy ul. Karowej ogrodzono upiornym wysokim betonowym murem . Bo to czyjaś własność. Jak to możliwe, by miejsca tak ważne w mieście dostępne wszystkim i radujące oko oraz filtrujące złe powietrze, zdominowali dawni właściciele albo i nie właściciele, a my  wszyscy pokornie pochylamy głowy . No cóż. Takie czasy przyszły. I w takich czasach przyszło nam żyć….łza się kręci w oku albo jak widzę kogoś z was furia ciska. Na nic to, łzy i furia….

Tego nie opowiedzieliśmy panu Fuskowi, bo już przestępował z nogi na nogę. 

A jeszcze miał nam pan pokazać wspaniałą basztę gdzie teraz Muzeum i opowiedzieć o jedynej w Polsce dawnej szkole katów. Obiecuje, że tak będzie, zaprasza do swojej apteki i dalszej wędrówki po mieście.  A popatrzcie sobie jeszcze, mówi,  posiedźcie na wiosenniewesołozieleniejącej już trawce albo na  murku, podumajcie o ludziach szlachetnych i dawnych czasach. A potem nie zapomnijcie zajrzeć do Kościoła św. Anny……gdzie są piękne witraże sporządzone wg malunków samego pana Matejko. Uszy nam płoną. Ależ niespodzianka, wszystkiego o Bieczu nie dało się przeczytać. Cieszymy się, będę czekał z kawusią wonną, zapewnił. Byle nie z ziółkami odpowiadamy ze śmiechem. Będą ziółka, będą, mruczy pod nosem. Ale tego już wszyscy nie słyszą. I dobrze…

 

królowaJadwigaAndegaweńskaMarcelloBacciarelli.jpg

( od 12 roku życia !!!) Królowa Jadwiga Andegaweńska – obraz namalował Marcello Bacciarelli w XVIII wieku ( chyba z wyobraźni? nie wiem, nie doczytałam, czy są jej podobizny z epoki.) Pewnie wtedy miała te 20 lat, gdy fundowała szpital w Bieczu

 

NagrobekJadwigiAndegaweńskiejKatedraWawel.jpg

 Nagrobek królowej Jadwigi Andegaweńskiej w Katedrze na Wawelu, wykonany w 1902 roku przez Madeyskiego. Zmarła trzy lata po  wybudowaniu Szpitala w Bieczu. Została pochowana wraz z córką….mój Boże….

Wszystkie zdjęcia z netu.

 

 

Zatrzymani przed wejściem do Biecza przez pana Fuska.

WitoldFusekMuzeumBiecz.JPG

Portret Witolda Fuska namalowany przez jego syna- Wiesława. Obraz znajduje się w zbiorach bieckim Muzeum w części Basztowej. ( zdj. z netu)

 

 

Zatrzymani przed wejściem do Biecza przez pana Fuska

 

Jesteśmy  na początku naszej wycieczki do Biecza. Przybyliśmy tu nocnym bezkuszetkowym pociągiem , więc wygnieceni i skotłowani wysiedliśmy na dworcu. Ale sił nam przybyło, gdy radośnie powitała nas Stara Kapliczka i opowiedziała piękną biecką Legendę. Była opuszczona i nieco zaniedbana a w dodatku okolona brzydkimi halami przemysłowymi , którymi w ogóle nie warto było się interesować ani tym bardziej przejmować. Były i już. Ale Kapliczka spowodowała, że serca nam urosły tzn urosły nam skrzydła a serca stały się cieplutkie.

Wróciliśmy więc na peron, by chwilę posiedzieć przed dalszą eskapadą. Wiemy już jak dojść do miasteczka. Jest właściwie jedna droga wiodąca Obniżeniem Gorlickim pomiędzy wzgórzami Pogórza Karpackiego. To na pewno stara droga królewska, więc magiczna, owiana wiatrem historii. I tak się czujemy, prawie zaszczyceni że tu jesteśmy. I jest nam dobrze, przyjaźnie. Zresztą nie muszę tego powtarzać w nieskończoność, bo sami wiecie…

Gdy wybieramy właściwie tę jedyną znaczną ulicę w Bieczu, by się dostać do serca miasta, dziwujemy się że nazywa się dla nas dość dziwnie i obco. Gdyby nosiła ona nazwę np. Kowalskiego , Sikorskiego czy choćby Biecka,  nikt by nie zwrócił na to uwagi. A my czytając, że to ulica Fuska, nie wytrzymaliśmy, wróciliśmy na peron, gdzie była ławka , wyjęliśmy przewodnik i szukaliśmy kim był ten człowiek o nietypowym nazwisku a w dodatku tak wielce uhonorowany w Bieczu. Okazało się to, co się okazało. I o tym będzie ten wpis. 

 Siedzimy więc  na bieckim peronie, bo tylko tam ławeczka, chrupiemy kanapki z żółtym serem przełożone korniszonami i otwieramy wikipedię . Wuj gogle chętnie nam opowiada. A tu aż się roi od informacji. Otóż pan o ciekawym nazwisku- Fusek ( nosił aż trzy imiona Witold Kazimierze i Grzegorz !- ależ brzemię, mówimy )  urodził się w 1885 roku w Bieczu, zmarł  w 1941 w Auschwitz. Wstępnie piszą o nim dość oschle : polski farmaceuta, regionalista, działacz narodowy i instruktor harcerski. Ale potem rozwijają wątek i dowiadujemy się co następuje. Urodził się właściwie w bieckiej aptece, którą posiadał jego tata- Wilhelm ( raczej niezbyt polskie to imię ) , który był polskim patriotą , weteranem Powstania Styczniowego . Mamusia zaś Wanda Suchecka ( tak tak powiecie, to ta co nie chciała Niemca- ale ta mamusia nie była tą Wandą)  pieczętowała się herbem Poraj. Nasz już teraz bliższy znajomy młody Witold Fusek, edukację odbywał w Tarnowie, potem w Sanoku, i na Farmacji UJ w Krakowie. Okresowo praktykował u ojca by osiąść na stałe w Bieczu w 26 wiośnie życia. Tu nie tylko mieszał mikstury i sprzedawał farmaceutyczne specyfiki, ale działał. Np. współtworzył bibliotekę Czytelni Ludowej. Ale niestety wybuchła I wojna światowa, więc chcąc nie chcąc został wcielony do wojska austriackiego , gdzie ratował rannych zwożonych do szpitala polowego.

W 1918 r,  podjął walkę z alkoholizmem szerzącym się wśród młodzieży. Głosił liczne referaty na ten temat. Ale musiał być jeszcze bardziej aktywny, bo wkrótce założył miesięcznik „Młodzież”oraz I Biecką Drużynę Skautową im. Zbója Biecza, brał czynny udział w zlotach skautów –w 1929 w Anglii i w 1931 w Pradze.

Równocześnie w Polsce Niepodległej został przyjęty do Wojska Polskiego jako rezerwista sanitarny.

Ale nie zahamował. Dalej działał. Społecznie w ramach Akcji Katolickiej i w Stowarzyszeniu  Miłośników Biecza, był miejskim radnym.

Miał też swoją może tajemną, może nie, ale bardzo osobistą pasję. Ponoć  zachwycał się lekami pochodzenia roślinnego. Wiele roślin sam hodował, jak piszą, nawet w aptece je hodował. Musiało być tam cudnie, te zielone wonie pewnie jeszcze się tam unoszą, a jeśli nawet nie, to można sobie dokładnie wyobrazić.  Opracował „Zielnik roślin polskich”, utrzymując bliskie kontakty ze znanymi botanikami Władysławem Szaferem i Adamem Wodziczko.( tak, tak znamy te nazwiska- np. Klucz do oznaczania roślin- jak fajnie sobie przypomnieć biologię, dawno zapomnianą- powiedział ktoś z naszej grupy, która właśnie siedzi na peronie w Bieczu i studiuje te materiały).

Tak tak, moi Drodzy, ale to nie wszystko o Fusku. Jeszcze tu piszą, że w 1939 roku w 350 rocznicę śmierci Marcina Kromera ( pamiętamy, że ten człowiek orkiestra urodził się w Bieczu a zmarł w Lidzbarku Warmińskim- ktoś dopowiada), wydał książkę „ Biecz i dawna Ziemia Biecka na tle legend, bajek, przesądów i zwyczajów” . Oj, nie wiedziałam dlaczego Fuks tak mnie przyciągnął. A tu jest klucz! Legendy! O których czytałam i jedną już wrzuciłam. Dodatkowo czytam, że księga ta została ponownie wydana w 1998 roku. Litości! Może ktoś pomoże ją zdobyć, bo pewnie sama już nie zdążę w natłoku tematów i spraw różnorakich.  I teraz do mnie dotarło, dlaczego jako ta rybeńka złapałam się na haczyk i tak dobrze mi poszło, że Was uwięziłam w tym temacie na dłużej. O rety, nie tylko apteka, ziółeńka wonne, ale też legendy mnie wciągnęły. Kocham pana, panie Fusek!

Ale wróćmy jeszcze do biografii Fuksa. Otóż działał w Stronnictwie Narodowym w Gorlicach, a było to w 1934 roku. Za co w listopadzie 1938 roku był więziony ( co prawda tylko przez kilka dni) w bieckim areszcie.

We wrześniu 1939 sam zgłosił się do wojska, po czem  ze szpitalem polowym przemaszerował do Brzeżan, unikając aresztowania przez sowietów, którzy jak wiadomo z Niemcami zamykali Polskę w kleszcze i miażdżyli. Tym razem  mu się udało  Ale zawsze niespokojny i niepokorny od razu razem z rodziną zaangażował się w ruch oporu.   Razem z miejscową inteligencją ( chylę czoła) tworzył Narodową Organizację Wojskową na swoim terenie, gromadził broń i kolportował prasę podziemną. Jakby tego było mało, w piwnicy swojego domu zorganizował z Józefem Kostrzewskim nasłuch radiowy a wychwytywane komunikaty przekazywał w podziemnym obiegu.

Jednakowoż jak zwykle bywało w społeczeństwie znalazły się szuje. Zawsze się takowe znajdują ( niestety). Ktoś go zadenuncjował, wskutek czego został aresztowany w lipcu 1940 roku. Ale pewnie nie udowodniono mu winy, bo został wypuszczony. Wolnością nie cieszył się długo. Dalej działał, ale pewnie już go namierzyli i szybko to odkryli, bo po niespełna roku, w maju 1941 ponownie został więźniem. Na dodatek zatrzymano także jego żonę ( Stefanię z d. Oczkowską ) , córkę Halinę ( mieli 4 dzieci, dwoje zmarło i żyła ona oraz syn Wiesław o równie ciekawej biografii jak dziad i ojciec- ale nie zanudzam, kto chce niech o nim poczyta- jedno jest charakterystyczne, że poza wieloraką aktywnością również malował ) i aresztowano też cały personel apteki. Wszyscy zostali przewiezieni do Tarnowa a stamtąd do Auschwitz. Otrzymał numer 18 699 . Długo tam nie żył, bo zmiotła go, jak opowiadali współtowarzysze, biegunka głodowa.

Tak tak. Kochani moi. Nie dziwmy się tej obco nam brzmiącej nazwie bieckiej ulicy, która wiedzie do serca miasta. Teraz wszystko jasne, prawda? Dużo wiemy , dowiedzieliśmy się i właśnie ruszymy do miasteczka. A będzie nam towarzyszył On, Witold Fusek, Człowiek Niezwykły,  polski farmaceuta, regionalista, działacz narodowy i instruktor harcerski i hodowca ziół….

Może , a raczej jest pewne , że opowie nam jeszcze niejedną biecką legendę….

No więc kochany panie Fusek, ruszamy…..tylko proszę nie zbierać ziółek przydrożnych, bo nigdy nie dotrzemy do celu….

 

Pod Starą przydworcową Kapliczką w Bieczu.

Pod Starą przydworcową Kapliczką w Bieczu.

 

I już jesteśmy w Bieczu

 

Podróż trwała zaledwie ułamek sekundy. Wysiadamy na niewielkiej stacyjce. Rozglądamy się i jest jak na filmiku z you tube, sporządzonym przez jakiegoś romantyka , tak o nim myślę .

Jeśli link z jakiego powodu się, nie otworzy, zapraszam bezpośrednio do you tube. Wystarczy wujowi gogle zadać pytanie – dworzec kolejowy Biecz i od razu nas tam zaprowadzi bo to jest Dobry i kochany wujek

 

 

 StacjaKolejBiecz.jpg

Stacja kolejowa w Bieczu . Zdj. z netu

 

Gdy postawimy obolałe stopy na peronie w Bieczu, od razu złapiemy wiatr w żagle. Bo zobaczymy miasteczko o którym marzyliśmy. Nieomal takie samo, jak na starych rycinach. Wymażemy tylko z pejzażu jakieś nowe budowle, bo możemy wszystko. Wystarczy tylko wydać odpowiednie dyspozycje swojej wyobraźni i wszystko, co chcemy się spełnia!

Nawet to, że położona nieopodal skromna Stara Kapliczka opowie nam legendę, którą przechowuje i tylko wybranym opowiada. Tak, jesteśmy wybrani, bo zgromadzeni wokół kapliczki, słyszymy wydobywający się z niej  słabiutki szept.

Kochani, w tym miejscu był dom. Dom złej gospodyni, tak złej, że musiała mieszkać poza murami miasta, bo nikt nie chciał jej oglądać i słuchać. Żyła więc samotnie hodując w sobie Zło, które bardzo kochała. Pielęgnowała je jak najpiękniejszy kwiat, co zapełniało tak dalece jej czas, że nawet nie zauważała  jak szumne i piękne orszaki królewskie przejeżdżają obok. Jednym słowem była tylko Ona i jej Zło. 

To, co napisałam, podpowiedziała mi moja wyobraźnia. To tylko margines znanej bieckiej legendy. Legendy o skamieniałym chlebie. W tej opowieści jest to, że pewna ( zła dodaję od razu) gospodyni mieszkająca poza murami miasta, w pobliżu tej kapliczki, jak zwykle upiekła chleb. Pisząc o tym poczułam ten zapach. Odwieczny zapach świeżo upieczonego chleba. Czujecie już ? Cieniutkie jego plasterki wysyłały rodziny swoim  sybirakom w Święta Bożego Narodzenia, by się z nimi podzielić tym co jest symbolem pamięci i wspólnoty….

Gospodyni o której mówi powyższa legenda, chciała jak najszybciej skonsumować swój chleb. Bo nie tylko była Zła, ale jak mniemam równie Żarłoczna. Wobec tego położyła świeży wypiek na parapecie, czekając niespokojnie kiedy wystygnie, bo po gorącym bolał ją brzuch.

Nie dziwcie się kochani, że zapach który się roznosił po okolicy poczuł pewien Biedak. Przełykając ślinę , głodny jak wilk, tułał się po okolicy, szukając dobrych ludzi. Bywało, że takich spotykał. Nakarmili, napoili , pozwolili się wykąpać i w jakiś sprany, ale jeszcze całkiem dobry ciuch ubrali. I tak sobie żył wolny jak ptak , może się modlił , nie za siebie, bo był skromny ale za innych potrzebujących. Tym razem też miał nadzieję, że ktoś go wspomoże w jego biedzie samotności i w burczeniu brzucha z powodu wielodniowej głodówki. ( tego nie ma w legendzie, to moje dodanie).

Żebrak ten podszedł do okna i grzecznie poprosił do kawałek czegoś do jedzenia.

Oczywiście myślał o tym wonnym, świeżym brzuchatym chlebie, który się wylegiwał na parapecie .

Jednak  Gospodyni syknęła na niego ze złością- idź precz brudny Bezdomniku, nie smrodź mi swoją brudną odzieżą i gnijącym ciałem pod oknem , nie pluj śliną zza czarnych kołków zębowych gdy do mnie mówisz i w ogóle to trzeba pracować, pracować pracować, to i chleb będzie….i zamknęła z furią okno. Biedak chwilę postał milczał, bo nie miał już sił i żadnych argumentów na takie dictum. Zresztą w duchu przyznawał jej rację , ale nie widział jak ma zmienić swoje życie. Nikt nie chciał cuchnącego Brudasa. Popatrzył w niebo, gdzie piękne chmury płynęły i gdzie przesiadywał na swoim stolcu Wielki Pan Bóg. Niby Wszechmocny, ale nie litościwy dla takich jak on. Popatrzył więc Biedak w niebo, pomyślał, podrapał się po kudłach i ledwie włócząc nogami poszedł w swoją nieznaną nam  stronę…

Tymczasem Gospodyni widząc zza firanki, że wreszcie zniknęła za linią horyzontu ta smrodliwa Postać, otworzyła okno, splunęła na chwasty rosnące w jej ogrodzie. Bo tam nawet kwiaty nie chciały rosnąć , sięgnęła ręką po swój chleb.

I zdrętwiała. Chleb był dziwnie pokawałkowany, w dotyku zaś zimny, lodowaty nawet i bardzo bardzo twardy. Z niemałym trudem dźwignęła największe jego części,  by zanieść to dziwo do swojej równie lodowatej kuchni i jak zwykle się wgryźć w miąższ chleba, własnego chleba, którego nigdy nie dała i nie da nikomu, nawet głodnemu. Każdy kawałek ważył prawie tonę. Bo to nie był chleb,  tylko kupa kamieni……

 

I to jest koniec Legendy o skamieniałym chlebie, (tj. o głodnym biedaku, gospodyni, chlebie, odmowie nakarmienia potrzebującego i boskiej karze za ten grzech- przemienieniu świeżego chleba w kupkę kamieni), którą urozmaiciłam, okrasiłam  swoimi obrazkami utworzonymi w oczach i Wam teraz Kochani opowiedziałam.

Nic nie mówicie? Tak trzeba.

Jakoś się nie rozchodzimy, to fajne, że tak sobie stoimy i dumamy  pod starą kapliczką, którą ktoś postawił nieopodal dworca i okolił brzydkimi halami .

Wiem, Kochani o czym będziemy myśleli, bo jesteśmy jakoś do siebie podobni.

Będziemy myśleli  o biedakach, których wokół nas pełno i ludziach, którym wiecznie mało i pieniędzy i zaszczytów , których serca już dawno umarły. I pomyślimy też  o dobrym Panu Bogu, chociaż w tym wypadku, w tej legendowej opowieści to był  Pan Bóg ze Starego Testamentu, Bóg karzący złych….

 

i tak postawszy, pomyśliwszy powędrujemy dalej wzdłuż torów , by potem powoli wdrapywać się na wzgórze….a zasmucona, stara ale spragniona towarzystwa Kapliczka nas pożegna, mówiąc do widzenia…

 

240px-Kapliczka_2_Biecz.JPG

 

 

 Stara Kapliczka w Bieczu. Zdjęcie z netu.

 

 

Bierzemy pociąg do Biecza :)

 

Warszawa Centralna

17.03.17

 

23:27

III/2

TLK 53171

TLK
PKP Intercity

wagon bezpośredni

tylko 2 kl.

na części trasy tylko 2 kl. (Kraków Płaszów- Biecz)

rezerwacja obowiązkowa

na części trasy Mini-Bar (Warszawa Centralna- Kraków Płaszów)

miejsca dla osób z dziećmi do lat 6

 

 

Biecz

18.03.17

06:53

 

 

 

 

 

Bierzemy pociąg do Biecza 🙂

 

WyborczaAndrzejRysuje.png

 

 

Co Wy na to ? Kochani moi decyzja podjęta. Nie ma co pisać o tęsknocie za Bieczem, która bezproduktywnie zżera, tylko działać. Jedziemy? Jedziemy !!! Uciekajmy stąd gdzie nas atakują telewizyjne twarze, złe słowa i czyny haniebne. Uciekajmy „gdzie pieprz rośnie „ , chociaż tu nie rośnie, ale będzie inaczej, fajniej i czyściej.

 

Jako że jestem córką kolejarza romantyka mam w genach umiłowanie pociągów. Ten szum, ten stukot miarowy, kiedyś jeszcze komin z buchającą parą czy też dymem. I siedzenia dość niewygodne, polegiwanie wzdłuż i w poprzek przedziałów, czy nawet ( wtedy jeszcze byłam mała) najzwyklejsze spanie na półce bagażowej. Tym razem musimy przetrwać. Nie jest źle. To tylko jedna noc, a za nią już czeka ukochany nasz Biecz.

Wybierzmy się więc, zbiórka na Centralnym i w drogę.

Podróż, zapewniam będzie niezwykła. Ktoś wyjmie wałówę. O, już zapachniało wiejską czosnkową i zaproponuje flaszeczkę. Kiełbasę chętnie, pomimo pewnych problemów z trawieniem, ale picie z gwinta mamy już za sobą. Jesteśmy dorośli i trochę schorowani. Więc tylko suszymy, jak mawia moja beskidzka kuzynka, gdy ktoś już nie używa alkoholu- mówi, że suszy. Albo przed Krakowem wpadniemy do wagonu barowego, bo jak piszą takowy pojedzie z nami , ale tylko do Krakowa. Więc musimy się spieszyć, by nas nie odczepiono w czasie pałaszowania czegoś tam .  

Miętoszeni, wymiętoszeni, trochę spoceni ale szczęśliwi będziemy gnali do naszego wymarzonego Biecza.

Od razu przypominam naszą podróż, pamiętasz Graniu, do Zakopanego. My miałyśmy kuszetkę, a Mirek, który zdecydował na wyjazd w ostatniej chwili wsiadł do zwykłego wagonu. Jak niewiele minęło od tego czasu lat, no, może ze 20, ile sił miał człek i umiał się cieszyć. Wylegując się na twardym posłaniu kuszety rozmyślałyśmy wtedy, jak tam czuje się nasz pan i władca? Bo jechaliśmy słynną :”rzeźnią”, czyli najtańszym całonocnym pociągiem. Wysiadłszy na dworcu w Zakopanem wciągnęliśmy pierwszy rześki zapach gór zmieszany z miejscowym słodkim kominowym, bo była zima, wypatrywałyśmy Mirka. I wówczas go zobaczyłyśmy. Roześmiany kroczył wśród rozbawionej młodzieży a jedna z dziewczyn taszczyła gitarę. Pożegnał się z nimi kordialnie i podszedł do nas, ponurawych bo przejętych, że pewnikiem przeżył katusze podróży, zaskoczone jego dobrą miną. Nie czekając na nasze pytania oznajmił, że było super. Siedział w gąszczu młodych, razem z nimi na podłodze korytarza, bo wolnych miejsc w przedziałach już nie było, gadali, śpiewali i noc minęła jak dobry sen. No, cóż, pomyślałyśmy, młodość czyni cuda. On, człowiek, dość wygodnicki, który nie bardzo lubił podróże koleją, nie mówiąc o podróżowaniu nocą dzięki młodym przeżył piękną przygodę. Fajnie , uznałyśmy.

Po tej przydługiej opowieści wracam do naszej wycieczki. Może wiosną, czy latem lub jesienią, każda pora roku dobra i piękna, jak już napisałam, wsiądziemy na Centralnym do pociągu Tanich Linii Kolejowych ( jakże słodko brzmi ta nazwa, po polsku, po naszemu , swojsko, nie jak jakieś intercity czy coś tam. )

Będzie już ciemno, bo jak wynika z powyższego skopiowanego rozkładu jazdy , nasz pociąg ruszy po 23. Będzie rozkosznie, wesoło, bo towarzystwo przecie stanowimy przednie, trochę pośpimy, zwalając się w zapadniach snu na sąsiadów. Ale i to będzie miłe, bo lubimy siebie, swoje ciała. Będzie więc miękko, puszyście nawet i gorąco. Nagle przebudzeni wyleziemy na korytarz patrząc na uciekające światełka mijanych miast i wsi. Pięknych, polskich. Będą nas witały duże światła dworców, nieco sennych wprawdzie, ale uroczych. Gdy za oknem znikną światła, a otuli nas tylko gęsta czerń , pewnie zobaczymy gwiazdy, mrugające do nas nieco lodowato. Ale są takie odwieczne ,  nasze, tajemne odległe ale bliskie, bo znajome od dzieciństwa. Może nawet zobaczymy Wielki Wóz ( muszę sprawdzić na mapie nieba , która pora roku będzie właściwa, by pojawił się za oknami naszego pociągu). Może moja równie ulubiona Kasjopeja zalśni, zamruga i przypomni nam jakieś młodzieńcze podgwiezdne całowanie, przytulanie i może spełnienie, ale raczej niespełnienie, takoż piękne.

 Kto wie, kochani co nas jeszcze będzie czekało w podróży? Tego nie da się przewidzieć. Bo zawsze podróż to przygoda. A hoj więc przygodo, ruszamy….

 

PociągZabawka.gif

 

Zdj. z netu