Collegium Maius w Poznaniu ( 11 ).

Zdjęcie z Wikipedii

Zanim zamieszczę kolejny  wpis  z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego (JTM) , mojego kolegi z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, zatrzymajmy się przy gmachu, który był tak ważny dla mnie jak i innych  medyków kształconych w tym mieście, a także dla Jurka, który ponadto spędził tu pierwsze lata pracy  . To tutaj wszystko  się zaczęło- to był  nasz początek medycznej drogi, jakże długiej, nie zawsze prostej i jasnej, zwłaszcza gdy się ją ogląda z perspektywy  prawie 50 lat w zawodzie….

Część mojej opowieści  może być nudna dla kogoś obcego, ale  blog jest głównie adresowany do mojej wielkiej Rodzinki, więc opowiadam dalej  🙂

O tym,  że chcę być lekarzem mówiłam od kiedy zaczęłam mówić 🙂 . Po pierwsze,  moi rodzice, starzy, schorowani i z traumą po II wojnie światowej ,  oswajali mnie niejako z widokiem cierpienia  a po drugie chyba opiekuńczość i chęć niesienia pomocy miałam we krwi , pewnie po tacie- Wacławie ( czy po Rodziewiczach,  czy po Łukaszewiczach, nie wiem) …o następnych moich „ kontaktach z medycyną „, spotkaniach z lekarzami opowiedziałam w tym blogu w rozdziale : Na medycznej ścieżce….a teraz ciąg dalszy o wielkim Gmachu Akademii Medycznej w Poznaniu i moich doznaniach  z wczesnych lat młodzieńczych.

Nie zapomnę, gdy  w 1965 roku, zachwycona i onieśmielona, bo budynek był  potężny urodą i jakąś tajemnicą a ja , niespełna 18 letnia  dziewczyna z niewielkiego relatywnie Gorzowa , przekraczałam  progi Collegium Maius , by w dziekanacie złożyć dokumenty z podaniem o przyjęcie do Akademii Medycznej  ( obecnie Uniwersytet Medyczny).  Tak pisałam  przed laty w tym blogu , o pierwszym spotkaniu i pierwszym zauroczeniu  dostojnym Collegium Maius  :

Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy weszłam do  gmachu rektoratu AM w Poznaniu przy ul. Fredry. Budowla piękna z zewnątrz, miała niezwykłe wnętrze. Wielki, sięgający nieba hall, a na dookolnym obwodzie wspinały się na wysokość kilku pięter malownicze krużganki. Stanęłam w osłupieniu nad urodą tego wnętrza….

Zdj. z Wikipedii

Potem tam, w tym gmachu przy ul. Fredry w Poznaniu  zdawałam wstępny egzamin ustny, zwany „ testem na inteligencję”, który poszedł mi świetnie , jak i pisemny z fizyki i chemii, w odróżnieniu od biologii, z której otrzymałam 3 z zaznaczeniem, że jest to raczej „dzieło” literackie a nie wypracowanie na temat ( powiedziano mi o tym, z uśmiechem,  w czasie owej „rozmowy na inteligencję”, czyli w czasie egzaminu ustnego). I kiedy wreszcie w tłumie innych młodych  wypatrywałam swojego nazwiska ( ówcześnie Łukaszewicz) na liście przyjętych na uczelnię. Stale mam w oczach to miejsce, gdzie wisiała tablica w przeszklonej gablocie i tę listę , pomimo  , że od tego dnia minęły już 53 lata 🙂  .

Potem, już unoszeni  na skrzydłach studenckich , mieliśmy tam zajęcia niezbyt pomnę jeszcze jakie, ale na pewno z farmakologii. Straszliwa to była „ kobyła” wiedzy, przebrnęłam szczęśliwie, zdając nawet na 4, co zaliczono  mi w kolejnej mojej uczelni, do której się przeniosłam po ślubie , tj w Akademii Medycznej w Warszawie.  I do tej pory  mam  w sobie jeszcze  jedno mocne wspomnienie z czasów kiedy tam uczyliśmy się farmakologii. Uczyliśmy się, to małe słowo- zakuwaliśmy jak szaleni…Otóż był wtedy pamiętny „marzec 1968 roku” a my kończyliśmy  III rok studiów , chyba nieświadomi tego, co się dookoła dzieje….może niektórzy z nas wiedzieli, ale należałam do grupy mieszkających w Poznaniu na stancjach, gazet nie czytywałam, radia po prostu nie miałam a rodzice, którzy zawsze mnie  uświadamiali politycznie, byli daleko…

Tego dnia siedzieliśmy na którejś z drewnianych, szerokich prostych  ław  z oparciami ( pamiętam je doskonale ) na parterze Collegium Maius, gdy gwałtownie, z wielkim hałasem  rozwarły się  drzwi wejściowe    i wpadła grupka młodych , mocno zziajanych i jakby zdezorientowanych, wystraszonych   ludzi . Prawie natychmiast, widać ktoś śledził  przez okno wydarzenia na ulicy,  otworzyły się drzwi do zakłady Farmakologii- cichutko wyszedł nasz asystent-i  niecierpliwym, pospieszającym  gestem zapraszał tę grupkę  do środka. Szybko się zorientowali, pobiegli w tym kierunku i po chwili zniknęli w czeluściach Zakładu Farmakologii a  drzwi za nimi się zamknęły  z ledwie słyszalnym szelestem …. ledwie to się stało,  ponownie z hukiem otwarto główne wierzeje i  wtargnęło kilku milicjantów  , pewnie ze słynnej grupy ZOMO ( o czym się dowiedziałam później),  uzbrojonych po zęby, z czapami  nasuniętymi nisko na czoło a paskami od nich zapiętymi  pod  brodą, agresywnych, wrogich ….najpierw rozglądali się nerwowo, bacznie, dyszeli jak psy gończe ….my, niemi świadkowie –  spokojni w kąciku,  jak trusie tylko nogi nam dygotały z przerażenia i oczy mieliśmy jak talerze….zrozumieliśmy od razu, że ścigali tę grupkę młodych,  tylko może nieco od nas starszych … Zachowaniem przypominali wściekłą sforę spuszczoną z łańcucha ,  stukając podkutymi butami obiegli  piękne krużganki , tupali po pięknych dostojnych schodach , spenetrowali wszystkie zakamarki i ostatecznie  jak niepyszni opuścili nasze dostojne Collegium….teraz sobie myślę, że pewnie  byli pod wpływem jakiś środków pobudzających….przecież byli też chłopcami , jak ci, których ścigali….

Jest tu zbyt mało miejsca, by streścić ten straszny czas, opisany  pod linkiem- ale warto poczytać….

https://marzec1968.pl/m68/mapa-1/6905,Poznan.html

I jeszcze jedna historia, już luźna, bez tamtej traumy,  też moja, blogowa,  spisana przed laty a teraz skopiowana . Dotyczy lat 80 ubiegłego wieku :

Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się po raz kolejny na AM-  rozniosły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy  z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, na piętrze, korytarzem właśnie przemykał Jurek. Bardzo się ucieszyłam…ponieważ czekałyśmy na rozmowę z dziekanem, Jurek przysiadł się do nas , chyba były tam ławy jak w szkole , chwilę porozmawialiśmy…ot , dawne czasy się do mnie uśmiechnęły- kawałek wspólnej młodości spędzony w tym gmachu…Gdy spytałam o Jego losy i rodzinę, opowiedział,  że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM , ma piękną żonę, która jest muzykiem  i dwóch synów. Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna,  poza tym spieszyłyśmy  do pociągu powrotnego  ,  więc z Jerzym nawet  nie poszliśmy  na kawę, zresztą nie proponował,  prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM. Pokiwał tylko głową, i sucho skomentował, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak  po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał. Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam. Ot, taki epizod….

zdjęcie własne

Na szczęście mój  syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał  sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, zresztą świetnie mu szło na filozofii, dostał się na wymarzone studia …..

A o naszym stosunkowo niedawnym spotkaniu z Jurkiem , które otworzyło fajne relacje,  pisałam we wstępie do  pierwszej części zamieszczanego tu Pamiętnika JTM …

Zdjęcia Collegium Maius w Poznaniu, w różnych projekcjach z  Wikipedii…

a oto zebrane z różnych miejsc w Wikipedii informacje o  dziejach  gmachu  Collegium Maius w Poznaniu – gmach w stylu neobarokowym z elementami stylu neoklasycznego, wzniesiony  w latach 1908- 1910 , przy ul. Fredry , położonej w części Dzielnicy Cesarskiej w Poznaniu .  Budynek powstał  na potrzeby Komisji Kolonizacyjnej. Komisję tę powołał Sejm Pruski z inicjatywy Otto von Bismarcka, w 1886. Jej zadaniem był wykup ziemi z rąk Polaków i przekazywanie jej niemieckim osadnikom.

Po wybuchu  powstania wielkopolskiego,  jednego z nielicznych zwycięskich powstań Polaków o wolność przeciwko Rzeszy Niemieckiej , toczącego się w latach 1918-1919, do tego gmachu przeniosła swoją siedzibę Naczelna Rada Ludowa, a później Urząd Osadniczy likwidujący kolonie utworzone przez Komisję Kolonizacyjną .

Następnie budynek jako Collegium Medicum przejął  Uniwersytet Poznański.

13 maja 1926 odbył się tutaj bardzo liczny wiec studencki przeciwko Józefowi Piłsudskiemu, zakończony pochodem na Plac Wolności. Powzięto decyzję o zawiązaniu Akademickiego Komitetu Obrony. Działania te zakończyły się fiaskiem i Poznań pozostał pod rządami sanacji.  

W okresie okupacji hitlerowskiej w budynku tym mieściło się prezydium policji. Podczas wyzwalania miasta Poznania w styczniu i lutym 1945 o sam obiekt oraz w jego pobliżu toczyły się dość intensywne walki – ślady od odłamków do dziś widoczne są wewnątrz budynku.

Znamienne , świadczące o wielkiej bitności poznaniaków o Polskę było wydarzenie z 2 marca 1940,  gdy w czasie okupacji Harcerze Szarych Szeregów – Zygmunt Ciesielski i Bernard Intek, współpracując z Adamem Plucińskim, wywiesili na kopule polska flagę …..

A  róże  w hołdzie walecznym Poznaniakom ….zdjęcie własne

To zdjęcie otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego. Obecny profesor  w charakterystycznej pozie zamyślenia…jak dobrze pamiętam ze wspólnych studenckich czasów ten układ dłoni…tak mam, zapamiętuję dłonie….

Może ktoś zapyta , dlaczego zamieszczam w tym miejscu  to  zdjęcie ? –  może dlatego, że ten wpis znajdzie się wśród tekstów pamiętnika JTM, a może dlatego, że  ostatni mój ogląd  wspaniałego gmachu Collegium Maius to wspólne zwiedzanie dawno, dawno temu…

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 10 ). Biegły sądowy .

I nadeszła pora, by powrócić do ciągu dalszego Pamiętnika Kolegi ze studiów , Jerzego T. Marcinkowskiego, którego mam zaszczyt gościć w blogu….ale najpierw kilka zdjęć…

Jerzy T. Marcinkowski, …o czym myślisz Myślicielu ?

Zdjęcie sprzed lat.  Jerzy T. Marcinkowski z nieżyjącym od 2011 roku, Ojcem- prof. Tadeuszem Marcinkowskim i jego drugą żoną, Wiesią Bortel – mistrzem Polski w szybownictwie,  wymienianą wśród  polskich posiadaczy ZŁOTEJ ODZNAKI  SZYBOWCOWEJ Z TRZEMA DIAMENTAMI  w roku 1971. (http://www.zabytkoweszybowce.olsztyn.pl/index.php?page=lektury )   . Od razu Ją pokochały wszystkie dzieci Profesora i nadal utrzymują z nią serdeczny kontakt ….choć nigdy nie zastąpiła im  w pełni przedwcześnie zgasłej  Matki , która dała Im życie i otaczała Miłością jaką tylko Matka dać może……..” niedaleko pada jabłko od jabłoni”- Syn po latach, kiedy dość długo szedł własną drogą , spotkał się z drogą Ojca i już do dziś nią podąża , choć w znacznie szerszej i innej perspektywie  …

Jerzy T. Marcinkowski przy Chrzcielnicy w Andrychowie. To tu był ochrzczony, choć urodził się w Wadowicach…. nie wie dlaczego właśnie tu przyjmował swój Pierwszy Sakrament…. nie zdążył zapytać Rodziców….

A  oto ciąg dalszy fragmentów Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego:

  W mej pracy zawodowej jest jeszcze trzecia droga – od 1983 r. jestem stałym biegłym sądowym w dziedzinie neurologii. Zachęcił mnie ku temu śp. dr med. Aleksander Piechowski z Kliniki Neurologii, który tam funkcje biegłego sądowego pełnił od wielu lat. Podniosłym momentem było złożenie przeze mnie przysięgi biegłego sądowego, którą odebrał ode mnie w tymże 1983 r. ówczesny Prezes Sądu Wojewódzkiego, Jan Małek.

I tak stałem się biegłym sądowym a przeszkoliła mnie, szalenie krótko Pani kierownik sekcji lekarskiej mieszczącej się wówczas na terenie Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu przy ul. Marcinkowskiego 32. Ta przeurocza Pani pokazała mi, jak obchodzić się z aktami, na której stronie na co należy spojrzeć i jak opinię spisać w ten sposób, aby inni biegli sądowi znaleźli miejsce na dopisywanie danych z wywiadu, badania przedmiotowego, rozpoznania klinicznego i właściwej opinii. Dlatego o tym piszę, że na tym faktycznie zakończyło się moje zasadnicze szkolenie i bezpośrednio po tym zacząłem pisać pierwsze opinie sądowo-lekarskie dot. orzecznictwa rentowego dla Wydziału  Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu. Oczywiście później zastępcy Prezesa Sądu Wojewódzkiego, później Sądu Okręgowego wprowadzili szkolenia dla biegłych, ale ograniczały się one do parugodzinnych spotkań, na których znajdowali się biegli z wszystkich dziedzin.

Tak więc, od 1983 r.  stale  pełnię funkcję stałego biegłego sądowego w zakresie neurologii w Okręgowym Sądzie Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, przekształconym następnie w Sąd Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (Wydziały VI, VII i VIII Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu, a obecnie Sądu Okręgowego w Poznaniu) oraz Sądzie Rejonowym dla m. Poznania – Wydziale IV – Sądzie Pracy i Wydziale Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Moje doświadczenia w opiniowaniu sądowo-lekarskim rozwijały się a wkrótce potem ówczesny kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu Pan prof. Zygmunt Przybylski zaproponował mi, abym pisał opinie sądowo-lekarskie w ramach tegoż zakładu. Od tego też okresu, do tej pory , ściśle współpracuję z Zakładem Medycyny Sądowej w Poznaniu. Jako biegły wydałem już kilkadziesiąt tysięcy opinii – niestety dokładnie nie liczyłem. Występowałem jako biegły na rozprawach w wielu sądach – w każdym z województw w kraju. Stąd też znam się na architekturze budynków sądowych. Prowadziłem badania sądowo-lekarskie na terenie wielu zakładów karnych i aresztów śledczych – stąd i tą architekturę i funkcjonowanie tychże jednostek nieźle poznałem. To są szczególne doświadczenia – bardzo ciekawe poznawczo. Na przykład dowiedziałem się od wychowawców w zakładach karnych o bardzo odmiennym traktowaniu przez współwięźniów ojcobójców i matkobójców. Otóż o ile współwięźniowie „są w stanie zrozumieć” i jakoś tam zaakceptować ojcobójców, to dla matkobójców „nie ma zmiłuj się” w tym środowisku – nigdy nie przebaczą! To zagadnienia warte szerszego opisania. W związku z tą działalnością napisałem szereg prac oryginalnych, w których analizowałem wydawane opinie sądowo-lekarskie oraz szereg prac poglądowych, opublikowanych głównie w „Orzecznictwie Lekarskim” – gdzie byłem najczęściej występującym autorem prac. To czasopismo zawiesiło swoją działalność, ale obecnie (w 2017 roku) następuje jego reaktywacja.

I ostatecznie  sprawdziło się stare porzekadło „niedaleko pada jabłko od jabłoni’-  zacząłem powtarzać drogę zawodową mojego ojca – pisząc opinie sądowo-lekarskie.

Na marginesie, muszę tu wspomnieć, że czasami odczuwam agresję ze strony niektórych adwokatów i radców prawnych, której sceną są sale sądowe. Za nieeleganckie uważam częste pisanie przez adwokatów i radców prawnych następującego zwrotu: „kwestionuję opinię biegłego w całości” a potem się okazuje, że zastrzeżenia dotyczą tylko względnie drobnego problemu. Zdarzają się kolejne zastrzeżenia, nieraz wielokrotne, do opinii z pytaniami na które już udzieliłem odpowiedzi. Takie zachowanie wspomnianych prawników jest szczególnie odczuwane w sprawach dotyczących obalania testamentów. Wielokrotnie występowałem w takich sprawach – około pół tysiąca spraw – i wiadomo, że końcowe konkluzje w opinii mogą być korzystne tylko na rzecz jednej ze stron. Chodzi o to, czy spadkodawca w dniu sporządzenia testamentu był świadomy i zdolny do czynności, jaką jest sporządzenie testamentu. Adwokat, który stoi po stronie, dla której opinia jest niekorzystna, potrafi atakować biegłego na wszystkie możliwe sposoby. Ja opinie sądowo-lekarskie staram się napisać jak najrzetelniej. Wypisać z akt sprawy wszystkie istotne fakty i opierając się na tychże faktach ostatecznie rozstrzygnąć, czy  spadkodawca/spadkodawczyni była zdolna do sporządzenie testamentu w danym dniu czy też nie. Adwokat jednej ze stron atakuje moją opinię i zachodzą różne sytuacje, chociażby taka: Pani mecenas na Sali sądowej mówi: „dlaczego biegły tak twierdzi, skoro tutaj – i wskazuje palcem na tekst z historii choroby, gdzie są obserwacje lekarskie – zostało napisane „kontakt z chorym zachowany”. Podchodzę do Pani mecenas i proszę, żeby mi pokazała, gdzie to jest napisane. Pani mecenas pokazuje palcem. Wobec tego, biorę wskazaną kartkę papieru, odwracam i pokazuję Sędziemu ze słowami: „Pani mecenas twierdzi, że tutaj jest napisane ‚kontakt z chorym zachowany’”. Sędzia zakłada okulary, patrzy uważnie na kartkę i mówi „ja nie wiem, co tutaj jest napisane”. W tym miejscu ja mówię – ja też nie wiem Wysoki Sądzie, ale Pani mecenas twierdzi, że jest napisane „kontakt z chorym zachowany”. To jest dotąd jeszcze wielki problem w polskich sądach albowiem obserwacje lekarskie a często całe historie chorób pisywane są ręcznie. Wiadomo, że pismo lekarskie bywa mało czytelne a czasami wręcz nieczytelne. Ja jako neurolog często mam problemy w odczytaniu zapisów poczynionych przez innych neurologów. I tu jeszcze wtrąciłbym uwagę o rzetelności, prawdziwości danych zawartych w dokumentach medycznych. W sprawach o obalanie testamentu wielokrotnie zwróciłem uwagę sądowi na to, że w aktach sądowych nie jest jeszcze pełna dokumentacja medyczna z pobytu w szpitalu. Chodzi o to, że istnieją jeszcze raporty pielęgniarski, pisywanie niezależnie od obserwacji lekarskich. I zdarzały się wielokrotnie takie przypadki, że wyraźnie co innego odnotowywano w obserwacjach lekarskich a co innego w pielęgniarskich. Pamiętam jedną sprawę z oddziału neurologicznego, gdzie pani ordynator wydała opinię dla sądu, że świadomość pacjentki w danym dniu była pełna, podczas gdy zupełnie co innego wynikało z raportów pielęgniarskich.

Kiedyś w sądzie karnym na rozprawie spotkałem się z niezwykłą wręcz agresją ze strony pani mecenas, która broniła męża oskarżonego o to, że wywiózł do lasu swoją żonę a następnie zarzucił jej niespodziewanie pętlę na szyję i udusił na śmierć. Z akt wynikało, że chodziło mu o przejęcie majątku żony. Badałem oskarżonego w areszcie i dowiedziałem się od niego, że nie ma żadnych napadów padaczkowych, nie bierze żadnych leków przeciwpadaczkowych, nie ma żadnych dolegliwości z kręgu padaczki. Ale pani mecenas odwoływała się do faktu, że w dzieciństwie rozpoznawano u oskarżonego na przestrzeni paru lat padaczkę, której napady później całkowicie ustąpiły. Pani mecenas chciała wymóc na mnie, jako na biegłym, że ta zbrodnia została popełniona w napadzie padaczkowym, jakimś zamroczeniu, czy czymś podobnym. Broniłem się zawzięcie w obliczu 3 sędziów, 4 ławników i 2 prokuratorów a także dość licznej publiczności na sali rozpraw. A potem zostałem ‚poczęstowany’ tym, że pani mecenas skierowała na mnie doniesieniu o popełnieniu przestępstwa na policję, aby to policja sprawdziła, czy rzeczywiście posiadam specjalizacje z neurologii i czy rzeczywiście mam tytuł naukowy profesora, jak podaję. Byłem w komisariacie policji, pokazywałem moje dokumenty – wszystko sprawdzono i okazało się, że wszystko jest prawdą.

A wspominam o tym dlatego, by zilustrować, a być może uprzedzić innych lekarzy, którzy podejmują się roli biegłego sądowego, z jaką agresją się mogą spotkać ze strony niektórych adwokatów. Jednocześnie chcę podtrzymać tych lekarzy na duchu, by się  nie zniechęcali, nie rezygnowali, i bez niepotrzebnie wzbudzanych emocji, które mogą się źle skończyć dla ich zdrowia – pewni swego zdania, bronili swojej opinii. Opinia ta musi być zgodna z ich sumieniem i wiedzą lekarską, którą nieustannie muszą pogłębiać. Jednym słowem rola biegłego lekarza to trudny przysłowiowy „kawałek chleba” ale równocześnie misja, by pomagać sądowi w ferowaniu sprawiedliwych wyroków.

cdn.

zdj własne…dziwny dmuchawiec z Horyńca…jakże złożona budowa, a całość tworzy piękną harmonię, powtarzalną- cud natury…trochę przypomina układankę pracy biegłego…

I jeszcze moje spostrzeżenia na marginesie – jak niełatwa jest  praca biegłego ,  przekonałam się choć tylko  w bardzo maleńkim zakresie.  JTM przysłał mi kilka opinii , bym poczytała, może dała jakieś swoje uwagi. I tak było w kilku  przypadkach. Zwykle potężna, zbierana przez wiele lat dokumentacja medyczna, przez którą należało przebrnąć – trzeba się naczytać, natrudzić by uzyskać pewność, że jest obiektywna i rzetelna. W dodatku zderzenie z prawnikami, czego na szczęście nie doznałam, musi być niezłą traumą. Ale jak widać, da się z tym żyć, o czym świadczy ten rozdział pamiętnika i pomimo tylu lat harówy – wciąż doskonała kondycja Jerzego T. Marcinkowskiego ….

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 9 ). Neurologia ( część 2 ).

Dr Teresa Owsianowska, ordynator Oddziału Neuroinfekcji w którym odbywałem staż specjalizacyjny z neurologii oraz kierownik mojej specjalizacji, o której poprzednio napisałem wiele ciepłych słów, była także  konsultantem neurologii zespołu opieki zdrowotnej Poznań-Grunwald. To Ona  poprosiła mnie, abym rozpoczął pracę w Poradni Neurologicznej tegoż zespołu zlokalizowanej w Poznaniu przy ul. Grochowskiej 110. Oczywiście wyraziłem zgodę, bo zawsze chciałem pracować z chorymi .

Tak więc w  1976 r. zostałem  zatrudniony w Poradni Neurologicznej Zespołu Opieki Zdrowotnej Poznań-Grunwald. Mój ówczesny rejon to była połowa dzielnicy Grunwald w Poznaniu. Zakres mojej pracy obejmował ambulatoryjne przyjęcia chorych oraz wizyty domowe. Moje zatrudnienie ustało z chwilą likwidacji ww. Zespołu w 1999 r. Przeprowadzono  wówczas reformę systemu opieki zdrowotnej i zespoły opieki zdrowotnej polikwidowano w całym kraju. Pracowałem tamże nieprzerwanie przez ponad 25 lat, nawet dostałem nagrodę jubileuszową. Do 31.03.2001 r. byłem zatrudniony Poradni Neurologicznej  Spółki Lekarskiej „Medic-Specjal” , ale potem założyłem  własny specjalistyczny jednoosobowy  gabinet lekarski neurologiczny. Do dziś zajmuję się szeregiem pacjentów , którymi opiekuję się od kilkudziesięciu lat – i to jest szczególnie cenne w pracy lekarskiej.

Czy pacjenci zawsze się stosowali do moich zaleceń? W jednym przypadku wyraźnie nie. Chodzi o moją pacjentkę, niezwykle sympatyczną, którą zajmowałem się przez ćwierć wieku. Cierpiała między innymi z powodu zawrotów głowy – więc ją wielokrotnie przestrzegałem aby nie wpadały jej do głowy takie czynności jak mycie okien, wchodzenie na stołki, czy wymiana żarówek. No i stało się, kobieta nie wytrzymała i postanowiła wymyć okna na święta – i wypadła z okna ponosząc śmierć na miejscu. To zrozumiałe, że lekarz bardzo przeżywa śmierć swoich pacjentów, zwłaszcza takich sympatycznych, wieloletnich….

Pracuję też jako neurolog w ramach działalności w EHDN (European Huntington’s Disease Network). Uczestniczyłem, po zdaniu testu (DIM20 CIBIC-plus Certification Test), w badaniach HORIZON – CIBIS/CIBIC-plus – DIM20:  A Phase 3, Randomized, Double-Blind, Placebo-Controlled Safety and Efficacy Study nad lekiem Dimebon wśród pacjentów lekką do umiarkowanej postacią kliniczną choroby Huntingtona – jako niezależny badacz (Independent Rater). Główne objawy kliniczne w zaawansowanej chorobie Huntingtona to ruchy pląsawicze i otępienie. To niezwykle ciekawe doświadczenia z badaniami z podwójnie ślepą próbą, kiedy to badacz nie ma pojęcia kto otrzymuje badany lek a kto placebo. Żartuję, że w tych badaniach stałem się ekspertem od miłości. Mianowicie badałem zawsze w odstępach czasowych chorego/chorą i jego opiekuna, którym najczęściej był współmałżonek/współmałżonka. I „po oczach” rozpoznawałem dwie sytuacje: 1) „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, albo 2) „mam już tego serdecznie dosyć”.

Ponadto byłem powoływany przez prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej w latach 1998-2002 do składu komisji egzaminacyjnej na II stopień specjalizacji z zakresu neurologii.

Moje wykształcenie i doświadczenie w pracy neurologa znajduje zastosowanie także na niwie sądowej. Ale o tym będzie w kolejnym rozdziale.

Jerzy T. Marcinkowski fotografuje świat….

..

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 8 ). Neurologia ( część 1 ).

Jerzy T. Marcinkowski , autor zamieszczanego tu pamiętnika, zdj. z 2017 roku….widać, czuje się  Moc, prawda ?

W 1972 roku ukończyłem staż podyplomowy i chciałem podjąć specjalizację z neurochirurgii, ale  już wówczas pracowałem w Zakładzie Higieny AM, więc  mogłem się specjalizować tylko w ramach wolontariatu (bo inna forma zatrudnienia była wówczas niemożliwa). Gdy poszedłem na rozmowę do  ówczesnego kierownika Kliniki Neurochirurgii AM doc. Feliksa Tokarza (późniejszy profesor), ten stwierdził, że z uwagi na specyfikę tej Kliniki, taka forma specjalizacji  z jednoczesną pracą w Zakładzie Higieny jest niemożliwa, gdyż wielokrotnie zabiegi się przedłużają i wyjście o określonej godzinie do miejsca właściwej pracy jest niemożliwe.

W tej sytuacji po przemyśleniu postanowiłem rozpocząć specjalizację z neurologii i moja  praca w ramach wolontariatu w Klinice Neurologii została zaakceptowana przez ówczesnego kierownika, Pana prof. Mieczysława Wendera. Tamże były wówczas następujące Oddziały: Intensywnej Terapii kierowany przez dr med. Mirosława Owsianowskiego , Męski – kierowany przez dr med. Olgę Mularek, Kobiecy – kierowany przez dr med. Jana Mularka, Dziecięcy kierowany przez dr. med. Bożenę Zgorzalewicz – późniejszą profesor i Neuroinfekcji – kierowany przez lek. med. Teresę Owsianowską.

Staż specjalizacyjny odbyłem kolejno na wszystkich tych oddziałach. Moim kierownikiem specjalizacji na pierwszy stopień była lek. med. Teresa Owsianowska (I stopień z zakresu neurologii uzyskałem 05.04.1976 r.). Dr Owsianowska wzorem dobrego ordynatora,  fantastycznym, zorganizowanym  , niezwykle skrupulatnym lekarzem, była  bardzo oddana pacjentom, którzy ją uwielbiali.  Do tego była kobietą bardzo urodziwą , wysoką, szczupłą o czarnych włosach. Była ona najlepsza w opisywaniu wyników EEG – i tego również mnie nauczyła.

Kiedy w późniejszym okresie przedwcześnie owdowiała, wykazywała się cechami bardzo dobrej koleżanki z pracy a mianowicie pełniła dyżury lekarskie w dniach, w których żaden inny lekarz pełnić by sobie ich nie życzył, a mianowicie chodzi o Wigilię, święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, święta wielkanocne i inne.

O neuroinfekcjach dowiedziałem się szczególnie dużo. Wrażenie robili na mnie chorzy na gruźlicze zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i mózgu z tego powodu, że codziennie otrzymywali intensywną terapię przeciwgruźliczą a poprawa kliniczna następowała niezwykle powoli. Taki pacjent leżał wówczas w Klinice około roku a nawet dłużej i w międzyczasie miał wykonanych kilkadziesiąt nakłuć lędźwiowych – jak ci pacjenci to wytrzymywali? Wykonałem mnóstwo nakłuć lędźwiowych i szło mi to bardzo dobrze i – co dla mnie niezwykłe – igłę punkcyjną trzymałem zawsze w prawej ręce a przecież jestem mańkutem. Jak zacząłem kłuć prawą ręką, to już nigdy nie spróbowałem lewą. W innych niż gruźlicze neuroinfekcjach udawało się zazwyczaj uzyskiwać szybką poprawę kliniczną – co bardzo cieszyło. Najczęstsze przypadki hospitalizowane w Klinice Neurologii to udary mózgu – więcej niedokrwiennych niż krwotocznych, pęknięte tętniaki mózgu, choroba Parkinsona, stwardnienie rozsiane, padaczka, zespoły bólowe kręgosłupa na tle zmian zwyrodnieniowo-dyskopatycznych, miastenia, guzy mózgu. W okresie jak rozpoczynałem specjalizację z neurologii to o neurologii mówiło się, że dominuje w niej „nihilizm terapeutyczny” – no i tak rzeczywiście było. Przez ostatnie półwiecze dokonał się jednak znaczący postęp – co wyraźnie widzę, także z racji pilnego uczęszczania na zebrania naukowe Oddziału Wielkopolsko-Lubuskiego Polskiego Towarzystwa Neurologicznego. Chyba ten postęp najbardziej jest znamienny w terapii stwardnienia rozsianego, bo wreszcie stosowane leki przynoszą coraz wyraźniejsze efekty.

Specjalizację drugiego stopnia z zakresu neurologii uzyskałem dnia 18.05.1982 r, również w ramach wolontariatu we wspomnianej Klinice Neurologii w Poznaniu .  Dnia 28.02.1983 r. Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Neurologicznego wyróżnił mnie I nagrodą w konkursie na najlepszą pracę przedstawioną w związku z egzaminem specjalizacyjnym II0 („Zespoły bólowe dolnego odcinka kręgosłupa – wybrane zagadnienia na temat etiopatogenezy, biomechaniki, epidemiologii, organizacji opieki zdrowotnej, absencji chorobowej i leczenia zachowawczego”).

W tamtym okresie mówiło się, że do zdania egzaminu specjalizacyjnego drugiego stopnia z neurologii należy przede wszystkim przygotować się z podręcznika: prof. Anatol Dowżenko „Neurologia kliniczna”. Uczyłem się z tego podręcznika – napisanego w formie encyklopedycznej – niezwykle pilnie dostrzegając, że aby dobrze sobie całą wiedzę przyswoić to nie jest się w stanie „przerobić” więcej w ciągu dnia niż kilkunastu stron – maksymalnie około trzydziestu. Pamiętam horror. Egzamin specjalizacyjny drugiego stopnia z neurologii – pierwszą część – zdawaliśmy w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie przy Al. Sobieskiego 9. Był to egzamin testowy. Kilka dni przedtem mieliśmy jeszcze konsultacje w tymże Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie – i mieszkałem wówczas w Hotelu „Polonia” w Warszawie (obecnie „Hotel Polonia Palace”) przy Alejach Jerozolimskich 45. Horror miał miejsce w autobusie w którym jechałem na egzamin testowy z Alei Jerozolimskich do Alei Sobieskiego – albowiem co otworzyłem podręcznik prof. Anatola Dowżenko „Neurologia kliniczna” na takiej czy innej stronie to okazywało się, że wiele faktów jeszcze sobie nie przyswoiłem. Jak to możliwe, że już ze dwa lata czytam tak pilnie tą właśnie książkę i jeszcze ją nie opanowałem? Tą jazdę autobusem zapamiętam do końca życia! Test był istotnie bardzo trudny a już seria pytań o zespół Pickwicka naprawdę „wyprowadzała w pole”. Najgorsze były podchwytliwe pytania testowe o to jaki z podanych objawów nie występuje w określonej chorobie. Przecież uczymy się zapamiętując przede wszystkim objawy które występują – i stąd była ta duża trudność. Potem był już egzamin praktyczny i egzamin ustny w Klinice Neurologii w Poznaniu – i dziwiłem się wręcz jak można egzaminowanemu zadawać tak proste pytania. I wszystkie oceny miałem „bardzo dobre” podobnie jak na pierwszy stopień. Ja po prostu byłem bardzo obkuty!

W tejże klinice pracowałem przez kilkadziesiąt lat i jak wspomniałem uzyskałem  I a następnie II stopień specjalizacji z neurologii klinicznej. cdn.

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 7 ). Staż podyplomowy i spotkanie z Higieną.

Jerzy T. Marcinkowski pod Pałacem Kultury i Nauki. Urodziliśmy się i wychowywali w cieniu duchów tych panów z księgi…..

Prawdziwej historii uczyli nas rodzice….a my podążaliśmy swoją medyczną ścieżką z uporem, zapałem i wiarą, że kiedyś będziemy pomagali ludziom….

Oto cd Pamiętnika Jerzego :

Po uzyskaniu dyplomu lekarza medycyny rozpocząłem pracę zawodową w dniu 19.07.1971 r. w Szpitalu im. Franciszka Raszei  w Poznaniu na oddziale chorób wewnętrznych, którego ordynatorem był wówczas prof. Eligiusz Preisler – był min. kierownikiem Zakładu Fizjologii. Odbywałem wtedy roczny staż podyplomowy obejmujący internę, chirurgię, pediatrię oraz ginekologię z położnictwem. Wówczas na tymże oddziale wewnętrznym pracował jako wolontariusz – specjalizując się w internie – dr Andrzej Laskowski – asystent Zakładu Higieny Ogólnej. I to on właśnie zaproponował mi  pracę w Zakładzie Higieny, bo właśnie był tam wolny etat asystenta. Ponieważ moim marzeniem była praca  w akademii Medycznej, to poszedłem na spotkanie z ówczesnym kierownikiem Zakładu Higieny Ogólnej, Panem doc. Adamem Jankowiakiem. To był przeuroczy człowiek, bardzo zaangażowany w działalność dydaktyczną, niezwykle życzliwy, do którego zwracano się per „Panie Profesorze”, gdyż przedtem był na stanowisku zastępcy profesora – takie stanowiska w tamtym okresie czasu istniały. A podkreślam ten fakt z uwagi na to, że Adam Jankowiak nigdy tytularnej profesury nie uzyskał a to za sprawa tego, iż nie należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, co było wówczas rzadkością w odniesieniu do osób piastujących stanowiska kierownicze.

Od tego okresu moje życie zawodowe było i nadal jest niejako podwójne, gdyż z jednej strony pracuję nadal w Zakładzie Higieny, obecnie Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu a z drugiej strony pracuję jako neurolog. I tutaj wyjaśnienie, dlaczego syn medyka sądowego nie został medykiem sądowym, a miałby bardzo ułatwioną karierę, a neurologiem. Otóż mój ojciec kształcił mnie w kierunku medyka sądowego i wykonałem osobiście około 250 sekcji zwłok, aby się w końcu przekonać, że to nie bardzo leży w mej naturze takie obcowanie ze zwłokami i że bardziej odpowiada mi praca z żywymi ludźmi. ( cdn )

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 6 ). Studia medyczne, praktyki wakacyjne.

Żeby nie było zbyt poważnie….zamieszczam to zdjęcie Jerzego T. Marcinkowskiego, które zresztą sam nam, kolegom,  przysłał  …..

I teraz cd Jego pamiętnika :

Praktyki wakacyjne

Przed podjęciem studiów zostałem zachęcony przez Zrzeszenie Studentów Polskich do wzięcia udziału w obozie letnim, który odbywał się w Państwowym gospodarstwie Rolnym w miejscowości Osowa Sień. Była to typowa pomoc w okresie żniw.

Po I roku studiów odbywałem praktykę – jak pamiętam, miała mieć charakter zapoznania się z podstawami pracy w szpitalu – w Katedrze i Klinice Dermatologii przy ul. Przybyszewskiego 39. Bardzo dobrze pamiętam ówczesne wyposażenie laboratorium diagnostycznego, kiedy to jeszcze laborantki szeroko posługiwały się szkłem laboratoryjnym, pipetami itp. Sprzętem, którego dzisiaj w nowoczesnych laboratoriach się nie uświadczy, bo wszystkie badania wykonują tzw. kombajny analityczne. W tejże klinice dostrzegłem wielką kulturę i szacunek względem byłych kierowników Katedry, którzy już przebywali na emeryturze.  Pamiętam dobrze, że mieli oni osobne gabinety położone w pobliżu urzędującego kierownika kliniki oraz brali oni udział w wizytach odbywających się na salach chorych. Pamiętam emerytowanego kierownika, prof. Adama  Straszyńskiego, autora podręcznika  z dermatologii. Na jednej z wizyt zagadnięto go na temat rozpoznania klinicznego u jednego z pacjentów, powiedział: „Dajcie mi tu Straszyńskiego – chodziło o jego podręcznik”. Profesor otworzył go na jednej ze stron i wskazał palcem na fotografię – tam była fotografia z rozpoznaniem klinicznym. Ten zwyczaj, że urzędujący kierownik kliniki czy zakładu udostępnia pokój byłemu kierownikowi jest wyrazem szacunku i winien być on naśladowany, ale niestety nie zawsze ma miejsce – a bywa, że czasem z winy emerytowanego kierownika, który wyraźnie nie godzi się ze swoim następcą.

Praktyka wakacyjna w szpitalu powiatowym w Świnoujściu – odbywałem ją, jak pamiętam, po III roku studiów. Była to praktyka bardzo ciekawa ze względu na lekarzy wówczas tam pracujących. Pamiętam, iż od ginekologów dowiedziałem się, że przypływały ze Szwecji promem pacjentki. Jeśli się  nie mylę, chodziło o aborcję, która wtedy w Szwecji była zabroniona ( ? ). Pamiętam też przypadek, że wówczas na oddziale chorób wewnętrznych leżał 1 pacjent – a może było ich więcej – który w szpitalu był już ponad rok a to z tej racji, że rodzina nie chciała go ze szpitala odebrać.

Praktyka wakacyjna w Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Będzinie – odbywałem ją po IV roku. Bardzo interesująca, gdyż zabierano mnie na pobieranie prób wody, powietrza, gleby oraz do zakładów pracy. Jedna z tych wizyt szczególnie była interesująca, albowiem zjechałem na dół do kopalni węgla kamiennego „Kazimierz Juliusz”. Za swym przewodnikiem z Sanepidu chodziłem a nawet przeczołgiwałem się przez bardzo wąskie chodniki, gdzie stropy były nisko i raz po raz słyszałem trzeszczenia w ścianach gdzieś w stropie, które mnie przerażały. Jak się rozpoczął kolejny rok studiów, to pamiętam, że każdy ze studentów był odpytywany na okoliczność tej praktyki i moja przez ta obecność w kopalni okazała się chyba najatrakcyjniejsza….

Jerzy T. Marcinkowski, aktualne zdjęcie które od Niego otrzymałam….

a teraz moje na marginesie ….podążam ścieżką wytyczoną przez Jurka w zamieszczonym fragmencie pamiętnika ….lubię chodzić śladami stóp ludzkich i rozmyślać….. 

Zdjęć wspomnianego prof. Adama Straszyńskiego w necie nie znalazłam, ale wzruszył mnie ten stareńki podręcznik…. zużyty mocno ze śladami dłoni studenckich – w tym naszych i na pewno nieraz oblany kawą, którą się wzmacnialiśmy zakuwając przez te lata studiów….

Szukając obrazów do Gospodarstwa Rolnego Osowa Sień, w którym Jurek , jak wspomina, odbywał praktykę wakacyjną trafiłam na zdjęcie pomnika byka- buhaja Ilona.

 

Znalazłam  też informację, że ów pomnik powstał w roku 1970 ( czyli później, niż czas opisany przez Jurka).  Ale to nie ma znaczenia, bo Jurek, zresztą urodzony pod znakiem byka 🙂 , zamieścił kiedyś w naszej grupie na Messengerze swoje zdjęcie pod tym pomnikiem. Szkoda, że tego zdjęcia nie umiem tu przenieść . Ale temat dla mnie stał się rozwojowy 🙂

Na stronie http://www.gazetalubuska.pl/strefa-agro/wiadomosci/a/buhaj-ilon-byl-gwiazda-prlu-ma-nawet-swoj-pomnik,12370178/ przeczytałam i skopiowałam stamtąd fajny fragment …”  Zanim betonowy Ilon ozdobił pagórek, rok przeczekał zamknięty w stodole. Pomnika przez pierwsze lata pilnowali nawet okoliczni myśliwi. Rogi, zad i… jajka Pomnik więc stał i bardzo szybko obrastał w historię i anegdoty. – Pomnik ustawili… no, w jakimś kierunku. Głowę ma w jedną stronę, zad ma w drugą – mówi C. Kryszkiewicz. – Często jak ktoś się mnie pytał o kierunki, odpowiadałem, że wszystko zależy od kontekstu. Czy tyłek do czegoś, czy rogi na coś. I zależności od tego kto przyjechał, to się mówiło dlaczego on tak ustawiony. Albo dupą do Zachodu, albo rogami na Wschód – śmieje się szef spółki. Najwięcej kontrowersji wzbudził jednak zwyczaj malowania tego, czym Ilon zapracował na swoją sławę. – Co roku przed Wielkanocą znajdowali się tacy, co wdrapywali się na pomnik i zmieniali bycze jajka w pisanki – śmieje się prezes Kryszkiewicz. A było to zadanie wręcz karkołomne, bo pomnik jest dość wysoki. – Raz wymalowali go w kolory biało-czerwone. To się ludziom nie spodobało, nawet telefony miałem w tej sprawie. Awantura się zrobiła, mówią do mnie: „weź chłopie przemaluj, bo jak to narodowe barwy na byczych jajach…”. – Czy ta tradycja trwa do dziś? – pytam prezesa. – W tym roku jakoś nie. Brak ducha w narodzie – odpowiada ze śmiechem.”

A kolejny temat poruszony w pamiętniku Jurka jest poważny :

Kopalnia Kazimierze- Juliusz w Będzinie, jeszcze wtedy żywa. zdjęcie z netu

Jerzy wspomina w swoim pamiętniku, że odbywał praktyki wakacyjne w Kopalni Kazimierz- Juliusz w Będzinie. Kiedyś zjechał na dół kopalni i nawet przeczołgiwał się przez bardzo wąskie chodniki…. było to zapewne wielkie przeżycie dla młodego mieszczucha nawykłego do całkiem innych widoków. Teraz czytam, że w 2015 roku Kopalnię zlikwidowano a w 2017 zburzono szyby. Tak zanotowano wtedy to wydarzenie : „Przy figurze św. Barbary już nikt nie składa kwiatów. Pod ziemią zaległa przeraźliwa cisza, a maszyny znieruchomiały. Trwa likwidacja kopalni Kazimierz-Juliusz, ostatniego takiego zakładu w Zagłębiu”……

 

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 5 ). Studium wojskowe na Akademii Medycznej.

Jerzy T. Marcinkowski chyba w okresie studiów, myślę, że ok. 1970 roku w roli  amerykańskiego bossa. Ponoć zdj. wykonane przy cmentarzu na poznańskim Junikowie a samochód  czyjś tam.  Jurek w berecie ułożonym w daszek i prochowcu- świetna kreacja 🙂 Jedyne zdjęcie z tego okresu które mi kiedyś przysłał…

A teraz cd Jego Pamiętnika :

Studium wojskowe

Podczas zajęć odbywanych w ramach studium wojskowego istniały 2 możliwości:

  1. W mundurach – odbywali je studenci, którzy posiadali kategorię zdrowotną A wg której nie mieli przeciwskazań zdrowotnych do odbywania tejże służby. Zajęcia te odbywali osobno mężczyźni i kobiety.
  2. Bez mundurów – czyli w cywilu, którą to służbę odbywali ci, u których stwierdzano przeciwskazania zdrowotne do odbywania tejże służby w takich warunkach, jakich odbywali ją ci w mundurach. Ta druga grupa była, jak pamiętam, liczna i zastanawiałem się nad tym, czy aż tak często stan zdrowia koleżanek i kolegów był tak zły, że dyskwalifikował ich od służby w wojsku. O ile pamiętam, to zajęcia wojskowe bez mundurów były koedukacyjne.

Sprawa płaszczy mundurowych

Odbieraliśmy z magazynów płaszcze, które szyte były wg takiego kroju, iż sięgały do połowy łydki a może i dalej.  Mój płaszcz, który odebrałem, był w słabej kondycji, bardzo wygnieciony i jak na niego spojrzała moja mama, to postanowiła, aby go poprawić, tj. wyprasować i trochę skrócić. Później, jak mieliśmy 1 zajęcia w mundurach, to dowódca kompanii, a były to osoby w stopniu majora bądź kapitana, robił przegląd przyglądając się, czy osoby nie powinny wzajemnie mundurów między sobą wymienić.  Ja wówczas bardzo drżałem o to, aby mi nie kazano oddać tak starannie przygotowanego munduru przez mamę, ale na szczęście to nie miało miejsca. Poza płaszczem mundurowym z magazynów dostaliśmy jeszcze czapki, na których było godło Polski, ale wówczas jeszcze bez korony, co większości z nas zdecydowanie się nie podobało. To były czapki polowe, a nie wizytowe, okrągłe i sztywne, w rodzaju rogatywek. Mundur noszony pod płaszczem też był polowy, drelichowy, z metalowymi guzikami. Do tego każdy z nas dostał nowy skórzany pas wojskowy i nowe buty skórzane wiązane na sznurowadła i zapinane wyżej na łydce na paski ze sprzączkami. Chcę tu podkreślić, że jakość tych butów była niezwykle dobra. Miały przyszytą podeszwę gumową z wrębami i trzeba tu mocno zaznaczyć, że tych butów nie można było zepsuć. Po zakończeniu służby wojskowej należało mundury i płaszcze mundurowe i czapki oddać, natomiast pozostawiono nam pasy wojskowe i buty. I ja te buty jeszcze po studiach używałem a później używali moi synowie i oni również nie zdołali ich zniszczyć. Taka to była dobrej jakości obuwie wojskowe, bo przecież pełni ono znaczenie strategiczne – cóż ma robić żołnierz na polu walki, skoro buty mu spadną lub się rozpadną. Dodam jeszcze, ze kolor tych butów i pasa był brązowy.

Podzielono nas   na kilka kompanii – wydaje mi się, że były 2 kompanie męskie i 2 żeńskie. I tutaj uwaga,  bardzo śmieszna, że mundury kobiet miały od tyłu tzw. klapy, co na początku wzbudzało naszą radość i różne uwagi.

Tajne zeszyty do notatek

To też dość ważny szczegół, bo część notatek mogliśmy prowadzić w zeszytach tzw. jawnych a część w tajnych. Każdy tajny zeszyt miał na sobie pieczęć okrągłą z godłem i drugą pieczęć z napisem „tajne”. Jego wszystkie strony były przeszyte i związane sznurkiem, na końcu opieczętowane. Po zajęciach te tajne zeszyty były zamykane w szafie pancernej. Trudno mi uwierzyć, żeby w tych notatkach były jakieś kwestie istotnie tajne i niebezpieczne, gdyby dostały się w ręce obcego wywiadu i raczej robione to było po to, aby nauczyć nas obchodzenia się z tajnymi dokumentami. W tych zeszytach pisaliśmy mnóstwo szczegółów, na jakie oddziały dzieliła się armia polska, amerykańska czy też RFN. Ile żołnierzy było tam w kompaniach, ile w drużynach, jaką broń mieli na wyposażeniu, jakie mieli armaty, haubice, czołgi, itp. Dzisiaj, po latach, nie sposób przypomnieć sobie tych szczegółów, ale jest to dobrze opisane w ogólnodostępnej bibliografii wojskowej, do nabycia w księgarniach bez żadnych przeszkód, wraz ze zdjęciami, szkicami, itd. Jeśli chodzi o broń, to przede wszystkim należy wspomnieć o karabinach maszynowych kałasznikowa – tych to właśnie, co zrobiły furorę na początku w armii czerwone, później w krajach demokracji ludowe, a od dziesiątków lat te „kałachy” to jest podstawowa broń terrorystów islamskich, z którą oni się nader chętnie fotografują. Tyle razy kazano nam rozkładać i składać te „kałachy”, że do dzisiaj potrafiłbym to w sposób płynny zrobić. Z „kałachów” raz po raz strzelaliśmy na strzelnicy. Oczywiście te stanowiska były przygotowane tak, aby nie doszło do nieszczęśliwych wypadków. Jak pamiętam strzelaliśmy w pozycji leżącej. To nie było takie proste trafić w środek tarczy. Wyniki tych strzelań były ogłaszane przez dowódcę kompani i trzeba przyznać, że była rywalizacja o to, komu uda się wystrzelać najwyższą liczbę punktów. Jeśli chodzi o broń, to pragnę dodać, ze już na obozie wojskowym strzelaliśmy jeszcze z pistoletów TT – bardzo znanych, które nosiło się w kaburze przytroczonej do pasa. Pamiętam, że podczas jednego z takich strzelań jeden z kolegów tak się ucieszył, jak trafił do tarczy, którą była sylwetka nieprzyjacielskiego żołnierza i po trafieniu przewracała się, że odwrócił się gwałtowanie i wypalił niechcący a kula przeszła tuż obok ucha majora, który zapewne był przyzwyczajony do takich sytuacji, ale wyraźnie zbladł. Kilka centymetrów dalej a byłby trafiony w głowę.

Kilka słów o kadrze oficerskiej studium wojskowego

Kierownikiem studium wojskowego za czasów naszych studiów był pułkownik Psuja a po nim pułkownik Góra. To byli bardzo mili lekarze i należało na początku zajęć po wojskowemu witać ich przed drzwiami studium wojskowego. Jak pamiętam, jeden ze studentów był wówczas wyznaczony do tej służby i siedział a raczej bardziej stał obok stolika do drzwi studium, patrząc uważnie, kiedy kierownik studium lub któryś z jego następców się pojawiał. Należało wówczas podejść ku niemu sprężystym krokiem wojskowym, następnie stanąć na baczność, zasalutować i złożyć raport, tzn. powiedzieć, że taki szeregowiec się melduje.

Kadra oficerska w studium wojskowym w części złożona była z byłych żołnierzy frontowych, który brali czynny udział w walkach i zdarzało im się potem udzielać bardzo praktycznych porad z tego zakresu, np. pamiętam majora Andrejczuka (spr), który bardzo się denerwował, jak leżeliśmy płasko na ziemi, celowaliśmy z karabinów a nasze stopy nie leżały przyłożone do ziemi, tylko podpieraliśmy się czubkami palców, przez co stopy sterczały. Major Andrejczuk mówił wówczas: Nie zdajecie sobie sprawy z tego, że jak będziecie pod ogniem nieprzyjaciela w tak głupi sposób leżeć, to nieprzyjaciel wam pięty odstrzela. Należy leżeć jak najbardziej płasko na ziemi. Po tym majorze widać było bardzo wyraźnie tą jego frontowość i znajomość żołnierskiego zachowania na polu walki.

Jak sobie przypominam, jeden z zastępców kierownika studium wojskowego był zastępcą ds. politycznych – czyli był „politrukiem”. Oj, to trzeba mocno podkreślić, że mieliśmy zajęcia właśnie z tymi oficerami politycznymi, którzy w sposób odpowiedni – tzn. zgodnie z ówczesną doktryną komunistyczną – opisywali nam 2 wojnę światową, w tym powstanie warszawskie. Oczywiście z tych wykładów jasno i niezbicie wynikało, że tylko PPR a następnie PZPR miała patent mądrości na wszystkie swoje postepowania a wróg polityczny, a szczególnie AK, jak i rząd tymczasowy w Londynie mylili się we wszystkim; nie przypominam sobie ani 1 podanego faktu, że w czymkolwiek postąpili słusznie. Tutaj trzeba też dobitnie podkreślić, ze jak zajęcia wojskowe rozpoczęliśmy w roku 1965 to jak byliśmy na 3 roku doszło do znanych wydarzeń antykomunistycznych na terenie Czechosłowacji. Pamiętam wtedy, jak bardzo nasilona była propaganda socjalistyczna, podkreślająca, że jedyną i słuszną drogą była interwencja wojskowa, w tym wojsk polskich, na terenie Czechosłowacji. My oczywiście w to nie wierzyliśmy, ale zdarzały się wśród nas takie jednostki, które miały odwagę wprost o tym mówić do oficerów. Pamiętam, że to kolega Michał Krzak bardzo ostro potrafił protestować, głośno mówił na zajęciach prowadzonych przez politruków, że nie było tak a tak a wręcz inaczej.

Obóz wojskowy w Kłodzku

Ci studenci, którzy odbywali zajęcia wojskowe w mundurach, to po 5 roku studiów byli kierowani na 6 tygodniowy obóz wojskowy w Kłodzku. Z tamtejszej jednostki pamiętam, że zakwaterowani byliśmy w typowych budynkach wojskowych, które otaczały bardzo duże podwórze. na tymże podwórzu stało ok. 60 transporterów opancerzonych
„SKOT”. W tychże Skotach byliśmy wożeni na zajęcia w terenie. Później docierały do mnie opinie, że tylko niektóre i to nieliczne  z tych transporterów miały zamontowane liczniki, które mierzyły czas pracy silnika i co za tym idzie zużycie paliwa. I ten fakt był wykorzystywany przez dowódcę jednostki w ten sposób, że od czasu do czasu zarządzał on ćwiczenie wojskowe, w którym brał udział ten transporter wyposażony we wspomniane liczniki. Tymczasem w oficjalnych sprawozdaniach wyliczano zużycie paliwa jak dla 60 transporterów, co miało pokryć różne lewe wycieki paliwa z jednostki. Trudno mi się odnieść do tego, na ile to było prawdą, ale sądzę, że prawdą być mogło. Jak nas w tych transporterach wożono na ćwiczenia, to raz po raz przejeżdżaliśmy przez bardzo ciekawe okolice, np. pamiętam, że przejeżdżaliśmy pod Bazyliką w Wambierzycach, ale oczywiście nikt nam nic na temat tego kościoła nie mówił.

Ćwiczenia w terenie

Pamiętam ćwiczenia, które w niektórych momentach były humorystyczne. Na przykład pamiętam mjr Dybasia (spr), który wszedłszy na niewielką górkę głośno mówił, że właśnie mówił i wskazywał palce, doszło do wybuchu broni atomowej. No i następnie opisywał, co się wtedy by mogło stać, jak wielu byłoby zabitych i rannych. Potem pamiętam inscenizację tych zajęć i utkwił mi fakt, że najwięcej było chętnych do udawania trupów na polu walki. Niektórzy mieli ciężkie zadania, bo np. musieli nosić „rannych” kolegów. Kilka z tych dni ćwiczeń spędziliśmy na polu w rozbitych namiotach. Namordowaliśmy się z rozbiciem a następnie z urządzeniem tych namiotów a potem w nich spaliśmy i najgorsze było to, że było wtedy bardzo zimno. Nałożyłem na siebie wszystko co mogłem, nie zdejmując butów. Taka sytuacja trwała kilka dni co skutkowało tym, że byliśmy niewiarygodnie brudni. Ale trudno było wówczas odważyć się rozebrać i umyć, bo takie było wszechogarniające zimno, pomimo, że to było lato.

Egzamin na oficera

Jak pamiętam, gdy przyjechaliśmy na obóz, to wszyscy byliśmy w stopniu starszego szeregowca poza kilkoma kolegami, którzy już wówczas mieli stopień kaprala (2 paski na pagonach) oraz tych, którzy za różne podpadnięcia na zajęciach ciągle byli szeregowcami. W trakcie tego obozu zdarzały się nominacje na wyższy stopień i niektórzy dostali starszego kaprala (3 paski) a nawet plutonowego (4 paski).  Ciągle byłem w tym okresie starszym szeregowcem. Bardzo istotne było to, że pod koniec obozu wojskowego odbywał się egzamin na oficera. Trudno mi przypomnieć sobie pytania, jakie otrzymywałem i oceny, ale egzamin zdałem i wydaje mi się, że chyba wszyscy obecni na tym obozie egzamin zdali. Potem miała miejsce uroczysta przysięga wojskowa i otrzymaliśmy wszyscy „2 gwiazdki”, czyli stopień oficerski podporucznika. Odnośnie przysięgi wojskowej chcę wspomnieć o pewnym fakcie. Jedna rzecz to to, kto co rzeczywiście wówczas mówił, bo w tej przysiędze były słowa o socjalizmie a druga rzecz to to, czy po złożeniu przysięgi złożył stosowny podpis. Zdarzyło się, że do nie składania podpisu nakłaniał dowódca kompanii major jednego ze studentów, który miał pochodzenie żydowskie (spr). I tenże kolega był skłonny tego podpisu nie złożyć myśląc, że dowódca kompanii dobrze mu doradza, ale w tym momencie kolega tegoż studenta Lesław Maziarz wytłumaczył mu dosadnie: „nie będzie twojego podpisu pod przysięgą, to nie zaliczą ci obozu wojskowego. A jak nie zaliczą ci obozu wojskowego, to nie zaliczą ci roku studiów i będziesz miał kłopoty”. Dzisiaj po latach należy bardzo negatywnie ocenić postawę tego majora.

Alkohol na obozie wojskowym w Kłodzku.

Osobiście nie piłem alkoholu w trakcie całych ćwiczeń wojskowych. Inna rzecz to picie alkoholu w drodze do Kłodzka – pamiętam, jak dojechaliśmy pociągiem do Kłodzka – jak wesoło było w pociągu i w pieszej wędrówce z dworca do jednostki wojskowej. W drodze powrotnej raczej nikt od alkoholu nie stronił. Ale zupełnie inna była sytuacja na obozie wojskowym, gdzie nas zdecydowanie ostrzeżono przez bardzo surowymi konsekwencjami picia alkoholu. Ja się do tego stosowałem i miałem wyobrażenie, że inni też, ale dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że niektórzy koledzy pili i to razem z dowódcami – oficerami.

Może tęsknota za wojskiem ? Jerzy T. Marcinkowski ze statystami filmu realizowanego na poligonie w Biedrusku…

Jerzy T. Marcinkowski , Jego koń Juror i świetnie upozowany spaniel Tobi. Jak widać wszyscy dobrze się czują na planie filmowym na poligonie Biedrusko…

Jerzy T. Marcinkowski….jeździectwo, które było Jego pasją przez wiele lat….czyżby  romantyczna tęsknota za zwyczajami przodków – którzy  na pewno dosiadali koni, czy za poligonem Biedrusko, gdzie były ćwiczenia wojskowe w czasie naszych studiów….czy za wolnością wreszcie….nie wiem

Najbardziej lubię to zdjęcie…

 

 

 

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 4 ) . Mistrzowie wykładów i dalsze refleksje.

Jerzy T. Marcinkowski , ten z aktualnego zdjęcia, opowiada o czasach studenckich ( 1965-1971) ,  mistrzach wykładów  oraz snuje własne refleksje…..

Mistrzowie wykładów

Pamiętam wykłady z pediatrii prowadzone przez prof. Olecha Szczepskiego, który polecał aby w trakcie wykładów przywożono z oddziału dzieci. Profesor omawiał te przypadki z nami, wspominał o wielu ważnych kwestiach klinicznych, w tym o zlecaniu leków. Pamiętam dobrze słowa profesora, który mówił do nas: „Ja więcej leków w życiu odstawiłem aniżeli zleciłem”. Po latach muszę stwierdzić, że to były mistrzowskie wykłady doskonałego klinicysty, które – niestety – nie były przez nas należycie doceniane, a przynajmniej przez większość z nas, bo nie cieszyły się zbyt dużą frekwencją i podczas wykładów prowadziliśmy rozmowy między sobą a nie z wykładowcą.

Wykład prof. Edmunda Chróścielewskiego z medycyny sądowej utkwił mi szczególnie w pamięci dlatego, że frekwencja na nim była tak liczna, że sala wykładowa dosłownie „pękała w szwach”. A chodziło o to, że był to właściwie wykład z seksuologii okraszany bardzo pikantnymi zdjęciami, które dla profesora przygotowywał mgr Józef Strzyż. Podśmiewaliśmy się z tego, że w naszej opinii najbardziej świątobliwe koleżanki najbardziej się pchały aby zająć miejsca w pierwszych rzędach. Mój ojciec, który wówczas był docentem w tymże zakładzie medycyny sądowej, bardzo się tym denerwował mówiąc, że „dla Edka prawie cała medycyna sądowa do seksuologia”. Nie przypominam sobie, aby mój ojciec na wykładzie cokolwiek z obszaru seksuologii powiedział.

Niezwykle ciekawe  były wykłady z histologii prowadzone przez prof. Kazimierza Miętkiewskiego, który zachwycał się poszczególnymi obrazami pokazywanymi na przezroczach, powtarzając – to były jego częste słowa – „to jest bardzo instruktywna rycina”. Profesor to słowo „instruktywna” wyraźnie lubił. Najgorsze było to, że później na ćwiczeniach trudno nam było dostrzec pod mikroskopem to wszystko, co pokazywano nam na rycinach. Mieliśmy za zadanie rysować to w zeszytach, co było jeszcze trudniejsze.

Wykład z neurochirurgii prowadzony przez prof. Hieronima Powiertowskiego wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Szczególnie to, iż profesor zademonstrował na przezroczach, że osoby, które mają zmasakrowaną twarzoczaszkę częściej jednak przeżywają niż osoby u których w obrębie głowy wyraźnie nie widać śladów obrażeń. Tutaj mieliśmy pokazane zdjęcie głowy takiego pacjenta i obraz sekcyjny, kiedy to okazywało się, że miał miejsce rozległy śmiertelny uraz czaszkowo-mózgowy.

Czego nas nie nauczono na studiach?

Bezpośrednio po studiach podjąłem pracę w dniu 19.07.1971 r. w szpitalu  im. Franciszka Raszei w Poznaniu, gdzie zostałem przyjęty na odbycie rocznego stażu podyplomowego, który obejmował choroby wewnętrzne, ginekologię i położnictwo, chirurgię i pediatrię. Staż rozpocząłem od oddziału wewnętrznego, gdzie ordynatorem był wówczas prof. Eligiusz Preisler – znany nam uprzednio ze studiów z tego, że zajmował się również nauczaniem fizjologii a także był bardzo zaangażowany w medycynę sportową. Mankamentem pracy początkującego lekarza było to, że nie miał przygotowania w obszarze prawidłowego kształtowania relacji pacjent – lekarz. Praktycznie nikt nam o tym na studiach nie mówił i jak rozpoczynaliśmy pracę jako lekarze, to w zasadzie domyślaliśmy się, jak z pacjentem należy postępować. Tu oczywiście ważną rolę odgrywały takie fakty, jak to, czy ktoś pochodził z rodziny lekarskiej – w moim przypadku oboje rodziców było lekarzami medycyny – oraz cechy osobowościowe i wyniesiona z domu kultura. W tym to okresie doskwierało mi bardzo to, że w czasie studiów nie miałem praktycznej nauki wykonywania iniekcji dożylnych i dopiero na stażu zacząłem się tego uczyć. Na szczęście były bardzo wyrozumiałe pielęgniarki na oddziale, które mi w tym pomagały. Jako młody lekarz byłem zatrudniany głównie przy pisaniu historii chorób, w tym wpisywania w nich obserwacji lekarskich oraz wklejania w odpowiednich miejscach wyników badań dodatkowych. Jak sobie przypominam, nie korzystaliśmy wówczas z maszyn do pisania i wszystko wpisywane było ręcznie. Obowiązkiem młodego lekarza było noszenie historii chorób za ordynatorem oddziału podczas przeprowadzanych wizyt lekarskich. Oczywiście pozytywne było to, kiedy ten młody lekarz potrafił bardzo szybko znaleźć w historii choroby i pokazać ordynatorowi te wyniki badań, o które właśnie zapytał. Kolejnym oddziałem, na którym odbywałem staż był oddział ginekologiczno-położniczy, którego ordynatorem był dr ???? Szłapka. Tutaj przekonałem się, jak ciężka jest praca na oddziale położniczym, kiedy to konieczne było asystowanie przy porodach także w nocy. Z tamtego okresu pamiętam sceny, kiedy to położne w sytuacji gdy rodząca przy rozwarciu szyjki macicy wynoszącym zaledwie 1 cm tak głośno krzyczała, że położne parę razy uderzyły ją po twarzy i , co w tamtym okresie uchodziło „na sucho”, a obecnie rzecz jasna byłoby ocenione zdecydowanie negatywnie. Bardzo dużo zmieniło się od tego okresu w tym obszarze na korzyść dla pacjentek. Wielkim wydarzeniem dla mnie było szycie krocza po porodzie, ale i samo rodzenie, do którego dopuszczały mnie położne. Pamiętam, że pierwszy poród, jaki odebrałem, to była dziewczynka, której nadano imię Dorota. Jeśli chodzi o samo szycie krocza, to wykonywałem to po uprzednim przyjrzeniu się, jak to czynią położnicy i starałem się wykonywać to tak samo pod nadzorem oczywiście starszego lekarza i wydaje mi się, że wychodziło mi to całkiem sprawnie.  Staż z chirurgii odbyłem w oddziale chirurgicznym, którym kierował prof. ???? Krokowicz. Byłem dumny z tego, że mogłem podczas zabiegów trzymać haki i przez to mieć bardzo dobry wgląd w pole operacyjne. Podziwiałem sprawność manualną chirurgów i w tym miejscu pragnę wstawić informację, którą zasłyszałem od naszego kolegi z roku, prof. Marka Tuszewskiego. Otóż pracował on w klinice, którą kierował wówczas prof. Roman Drews – niezwykle sprawny manualnie. Marek Tuszewski powiedział mi kiedyś tak: „Stary raz po raz kompletnie nas zaskakuje tym, że równocześnie wiąże węzeł prawa i lewą ręką, ale robi to tak szybko, że nie jesteśmy w stanie podpatrzeć jak to robi. Tutaj pragnę dodać jeszcze o tym, jakie były stawiane wymogi młodym lekarzom, którzy w okresie przedwojennym zgłaszali się do kierowników klinik poznańskich o zatrudnienie. Otóż w klinice chirurgii w szpitalu im. Przemienienia Pańskiego warunek stawiany młodemu lekarzowi chcącemu się specjalizować z chirurgii był taki, ażeby przez 9 lat pozostał on w stanie kawalerskim, dopiero później mógł się ożenić. Wspominał mi o tym nasz kolega z roku, Michał Ryglewicz, wskazując na okoliczności zatrudnienia jego ojca w klinice ginekologii i położnictwa. Otóż jego ojciec, późniejszy profesor, dlatego wybrał ginekologię i położnictwo, że ówczesny kierownik kliniki podał mu okres pozostawania w stanie kawalerskim krótszy – nie 9 lat a 8. Ci młodzi lekarze specjalizujący się w dziedzinach zabiegowych mieszkali – jak mnie informowano – na terenie szpitali i wykonywali czy też asystowali, przy bardzo dużej liczbie zabiegów, stąd dochodzili do niewiarygodnej wręcz zręczności manualnej. Warto o tym pomyśleć w kontekście współczesnych młodych lekarzy, którzy chyba również chcieliby wykonywać jak najwięcej zabiegów operacyjnych, ale nie są do ich wykonywania dopuszczani albo też dopuszczani są zbyt rzadko. Taki bardzo często operujący chirurg miał niejako obrzydzenie do prowadzenia dokumentacji lekarskiej i spychał ją zazwyczaj na młodszych lekarzy, w szczególności stażystów. Jeszcze jedną pragnę dodać uwagę o prof. Romanie Drewsie – byłem świadkiem tego, jak po wykonaniu najważniejszego fragmentu 1 operacji zmieniał fartuch i rękawiczki i przechodził do 2 sali operacyjnej, gdzie już wcześniej był prowadzony zabieg operacyjny i włączał się do tej operacji w najważniejszym jej momencie. Spostrzegałem w twarzach asystujących mu lekarzy, że z wielką atencja odnosili się do profesora i jego umiejętności. Staż  z dziedziny pediatrii odbyłem w szpitalu im. Św. Józefa, który później przemianowano na szpital im. Krysiewicza. Pamiętam, że niełatwo było mi się nauczyć pracy z małymi pacjentami.

Czego wymaga student medycyny od prowadzących zajęcia?

To pytanie często sobie zadawałem od czasu, kiedy rozpocząłem pracę w Zakładzie Higieny Ogólnej, a miało to miejsce 1.11.1971 r. Musiałem w szybkim czasie przyswoić sobie wiedzę z poszczególnych seminariów i ćwiczeń, a było ich sporo, gdyż zajęcia z każda grupą trwały przez okres 3 tygodni i był 1 asystent prowadzący. Później to zmieniono i poszczególni asystenci prowadzili tylko po kilka wybranych seminariów lub ćwiczeń. Ponieważ, jak już wyżej wspomniano, zajęcia z higieny trwały długo, to pamiętam, że przydzielono mi seminaria nt. hałasu i wibracji. Jeżeli asystent ma kilka godzin na to, aby omawiać ze studentami przykładowo tylko problematykę hałasu i jego wpływu na zdrowie, to oczywiście może mówić o szczegółach, przede wszystkim nawiązywać do zagadnień z obszarów stricte klinicznych, w tym np. głuchoty zawodowej, badań audiometrycznych, mówić o ochronach osobistych. Od tamtego okresu uważam, że ten kierunek w nauczaniu higieny, aby przybliżać ją jak najbardziej w kierunku działań profilaktycznych jest szczególnie interesujący. Niestety po latach widzę, że ciągle we współczesnej medycynie dominuje medycyna naprawcza (kliniczna) a nie medycyna profilaktyczna. Trwający od wielu dziesięcioleci nawoływania w podręcznikach ku temu by medycyna w przyszłości była przede wszystkim profilaktyczną, ciągle nie znajdują odzwierciedlenia w codziennej praktyce. Widać to, jak się analizuje w działania Ministerstwa Zdrowia, jak i NFZ.

Co robić, aby studenci nas polubili?

Oto wielkie wyzwanie, bo trzeba przede wszystkim poruszać zagadnienia z danego obszaru tematycznego w taki sposób, aby ich wciągać do dyskusji, zainteresować omawianym tematem. Jak rozpoczynałem pracę, to wówczas nowoczesnym narzędziem dydaktycznym były rzutniki przezroczy. Zadaniem asystenta było zrobienie odpowiednich zdjęć a po ich wywołaniu oprawienie w ramki i ułożenie w odpowiedniej kolejności. Wielkim zagrożeniem dla asystenta była możliwość, że te wszystkie starannie ułożone w pożądanej kolejności slajdy wypadły z wózka. I wówczas stawał się wielki problem, bo to wcale niełatwo jest szybko odtworzyć prawidłową kolejność. W tym momencie pragnę opowiedzieć o niezwykłej sytuacji, jaka miała miejsce na bardzo prestiżowej międzynarodowej konferencji neurologów w Nowym Jorku a co zasłyszałem od prof. Wojciecha Kozubskiego, kierownika katedry i kliniki neurologii UM w Poznaniu. Otóż w trakcie trwania tej ważnej konferencji nagle – ni stąd ni zowąd –urwał się z sufitu przymocowany tam rzutnik ze slajdami, które rozsypały się dookoła. Nastąpiła wielka konsternacja, bo wszystko to miało miejsce w bardzo nowoczesnej Sali konferencyjnej. I tutaj refleksja, że takie niespodzianki zdarzają się nawet w najlepszych ośrodkach.

Zawodność sprzętu audiowizualnego.

Oj, zdarzały się sytuacje nieprzewidziane, ze np. wyłączono prąd – no i cóż – trzeba było dalej prowadzić zajęcia bez sprzętu, mając do dyspozycji tylko tablice i kredę. Ale przecież wielkość wykładowcy poznaje się i po tym, ze w każdej sytuacji potrafi on wykładać swój przedmiot. Tutaj wspomnę o sytuacji, z jaką miała do czynienia moja pierwsza doktorantka, dr Aneta Klimberg. Otóż pomimo tego, że bardzo dobrze zna się ona na sprzęcie komputerowym, to jednak nie była w stanie uruchomić projektora, aby pokazać prezentację multimedialną. Na szczęście tuż przed samą obroną zrobiłem jej szybko foliogramy i zabrałem na obronę rzutnik pisma – i z pomocą tegoż sprzętu moja doktorantka wygłaszała tezy swej rozprawy doktorskiej. I tu był mały mankament, mianowicie foliogramy te ułożyłem w innej kolejności niż spodziewała się doktorantka. Komisja Doktorska, w tym i ja, siedziała w oddaleniu paru metrów od doktorantki i nie mogłem jej w niczym pomóc, bo fizycznie byłem odgrodzony szerokim stołem zasłanym zielonym suknem. I pamiętam, jak wówczas zwróciłem się z wyrazami niepokoju do siedzącego obok mnie śp. prof. Eugeniusza Piotra Wąsiewicza – mojego ówczesnego szefa –dyrektora Instytutu Medycyny Społecznej. A on mi na to dość głośno odpowiedział: „Nie martw się Jurek, to twarda baba, da sobie radę”. I rzeczywiście doktorantka sobie poradziła w tej trudnej dla niej sytuacji, co później komisja doktorska pozytywnie oceniła, podkreślając, że pomimo stresu psychicznego wybrnęła prawidłowo z sytuacji. Podobnych sytuacji w trakcie prezentacji tez rozpraw doktorskich przypominam sobie więcej. Na przykład pamiętam młodą kobietę, która wygłaszając swój doktorat i chodząc przy tym wokół laptopa okręciła wokół swej nogi kable i po chwili wszystkie wtyczki zostały wyciągnięte z gniazdek prądu znajdujących się w ścianie. Wszystko zgasło. I w tym momencie pamiętam, jak koledzy z komisji doktorskiej ubrani w togi podbiegli i zaczęli pomagać, wkładać wtyczki do kontaktu, uruchamiać laptop i rzutnik. Inny doktorat i zbliżona sytuacja, zapewne bardzo stresująca dla doktoranta – w połowie prezentacji zgasło na kilka minut światło w szpitalu. Doktorant opanowanym głosem zaczął przedstawiać bez żadnego sprzętu tezy rozprawy doktorskiej, a kiedy po kilku minutach znowu włączyło się światło to jeszcze raz pokazał w skrócie prezentacje multimedialną. Podane przykłady pokazują, że najprzeróżniejsze sytuacje mogą zaistnieć i że trzeba sobie z nimi szybko i sprawnie umieć poradzić.

Oczywistym jest, że nie wszyscy wykładowcy są jednakowo lubiani przez studentów. Obserwując moich własnych  asystentów zauważam, że jedni sobie radzą z dydaktyką lepiej, drudzy gorzej. W miarę upływu lat władze uczelni starają się coraz dokładniej sprawdzać, jak z dydaktyką radzą sobie poszczególni wykładowcy. W tym celu min. studenci proszeni są o podawanie swych opinii o poszczególnych wykładowcach. Ten system staje się coraz bardziej dokładny  a wyniki podawane są do publicznej wiadomości podczas rad wydziałów. Przynależę do rady wydziału lekarskiego I i raz w roku, w marcu bądź kwietniu, odbywa się połączona rada wydziałów lekarskich I i II poświęcona dydaktyce. Muszę przyznać, że jest to dla mnie stresujące i pewnie dla innych kierowników i zakładów również, bo jest nieprzyjemnie, gdy się kierownik dowiaduje, że jego asystenci w ocenie studentów wypadają słabo. Na szczęście w ostatnich latach o moich asystentach na tych radach nic nie słyszę, co świadczy, że nie było uwag krytycznych, bądź też słyszę pochwały o zaangażowaniu w proces dydaktyczny. Trzeba tutaj dodać, że podczas inauguracji roku akademickiego corocznie studenci wskazują swoich ulubionych asystentów, którym publicznie wręczają dyplomy uznania.

 

Tyle z pamiętnika JTM

w necie znalazłam informacje nt i czasem zdjęcia :

Olech Szczepski ( urodzony i zmarł w Poznaniu -1914- 1980)- pediatra, wykładowca Akademii Medycznej w Poznaniu, rektor ( 1962-1964). W czasie II wojny światowej uczestnik kampanii wrześniowej, walk o Tobruk i bitwy o Monte Cassino.

Miętkiewski Kazimierz ( 1906-1973), od 1954 profesor Akademii Medycznej, od 1960 – kierownik Zakładu Histologii Prawidłowej i Embriologii tej uczelni; współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Histochemii i Cytochemii. Największe osiągnięcia z zakresu histofizjologii, cytochemii i endokrynologii eksperymentalnej.

Hieronim Powiertowski ( 1915-1983), współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Neurochirurgów, opracował metodę leczenia kraniostenozy. Kierownik Kliniki Neurochirurgii Akademii Medycznej w Poznaniu ( 1952-1971)

Niestety nie udało mi się znaleźć zdjęć wspomnianych w pamiętniku osób, podaję jedynie bardzo skrócony biogram :

Edmund Chróścielewski ( 1914-1998) – przez 34 lata kierownik Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu. Na podstawie jego opinii naukowej podważono fałszywą wersję UB dotyczącą śmierci najmłodszej ofiary Czerwca 1956- Romka Strzałkowskiego. Cieszył się wielkim autorytetem i powszechnym szacunkiem. M.in. był mężem zaufania Episkopatu podczas badania ciała zamordowanego przez SB ks. Jerzego Popiełuszki.

Eligiusz Preisler ( 1908-2008); uczestnik kampanii wrześniowej 1939, żołnierz AK. W czasie okupacji niemieckiej pracował w Zakładzie Ginekologiczno- Położniczym im. Księżnej Anny Mazowieckiej w Warszawie, następnie w Sanatorium Przeciwgruźliczym w Otwocku i jako lekarz w Osiecku. Po wojnie m.in. asystent w II Klinice Chorób Wewnętrznych w Poznaniu kierowanej przez prof. Jana Roguskiego.

Zdj własne, w skromnym hołdzie naszym Mistrzom…..

 

 

 

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 3 ). Egzaminy na Akademię Medyczną.

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego. Egzaminy na Akademię Medyczną

W 1965 roku zdawaliśmy egzamin wstępny na studia lekarskie. Ten okres kojarzy mi się bardzo mocno z moim ogrodem – z domem rodzinnym przy ul. Dziewińskiej 25  w Poznaniu, w którym to ogrodzie godzinami przesiadywałem przygotowując się do tych egzaminów wstępnych. Najbardziej to się przygotowywałem z biologii – z dużego i obszernego podręcznika „Biologia” Villego. W moim odczuciu byłem bardzo mocno obkuty z tego przedmiotu jak również z fizyki i chemii. Inni z moich domowników i moich rówieśników robili co innego a ja tylko się uczyłem – do tego stopnia byłem przejęty egzaminami wstępnymi. Pamiętam, że egzaminy wstępne miały formę pisemną i były do wyboru 3 czy 4 tematy z biologii. Wg mojej pamięci 1 z tematów, który wybrałem, dotyczył opisania najważniejszych narządów wewnętrznych człowieka. I tutaj miałem olbrzymie pole do popisu i ostro walczyłem z czasem, żeby wszystko przelać na papier, co się wyuczyłem. Zastanawiam się, ile godzin trwał egzamin z biologii, wydaje mi się, że długo – 4 czy 5 godzin. Patrzyłem coraz bardziej niespokojnie na zegarek i coraz wyraźniej brakowało mi czasu, bo zdążyłem tylko opisać układ krążenia, układ oddechowy i w kolejności zabrałem się za układ moczowy szczegółowo opisując nerki – a to wszystko pisałem tak jak pamiętałem z tej książki „Biologia” Villego. W  międzyczasie zauważałem, że coraz więcej osób wychodzi z sali egzaminacyjnej – była to duża sala wykładowa szpitala przy ul. Polnej, no i w którymś momencie pozostałem sam jako ostatni zdający i prowadzący egzamin wg mojej pamięci był to doc. Zygmunt Kornacki – późniejszy profesor i kierownik Kliniki Położnictwa i Chorób Kobiecych w Szczecinie. Docent Kornacki w ostrych dość słowach zwrócił się do mnie, żebym natychmiast swoją pracę oddał, bo inaczej to on już ode mnie jej nie odbierze, więc oddałem – w moim odczuciu niegotową, bo miałem jeszcze mnóstwo tematów do ukończenia. Potem było  mi niezmiernie miło dowiedzieć się, że moja praca egzaminacyjna otrzymała bardzo wysoką ocenę, w szczególności za opis anatomiczny i funkcji nerki – ówczesna kierownik oddziału stomatologii w dziekanacie pani Drążkowska poinformowała o tym moja starszą siostrę, również studentkę medycyny – a pani Drążkowska była teściową mojej siostry. Słyszała ona, że ponoć ci, co sprawdzali egzaminy wstępne, podziwiali mój egzamin wstępny z biologii. I tak to było, że ja oceniłem swoją pracę jako niedokończoną a uzyskałem z niej ocenę bardzo dobrą.

Pamiętam, że jak egzaminy się rozpoczynały, to przed wejściem na salę egzaminacyjną był tłum kandydatów, z których nikogo nie znałem i nikogo nie zapamiętałem, a to dlatego, że miałem w głowie przede wszystkim jak najlepiej te egzaminy zdać. Wzbudził wówczas mój zachwyt wystrój sali egzaminacyjnej – dużej z ładnymi ławkami z jasnego drewna. Wówczas egzaminy wstępne kończyły się jeszcze rozmową kandydatów z komisją egzaminacyjną. Celem tej rozmowy było przyjrzenie się kandydatowi pod tym kątem, czy się on na studia medyczne kwalifikuje. Przypominam sobie, że miałem spotkanie z ta komisja egzaminacyjną na 2 piętrze Collegium Maius przy ul. Fredry 10, gdzie mieścił się Zakład Fizyki Lekarskiej. Niestety nie przypominam sobie już członków komisji ani zadawanych mi pytań.

Po latach tę formę egzaminowania zarzucono z uwagi na fakt, że stawiane przez ta komisję oceny mogły być subiektywne a więc niesprawiedliwe . Mogły być takie dlatego,  że o przyjęcie na  studia lekarskie ubiegało się bardzo dużo dzieci lekarzy i to nierzadko pracowników naszego Uniwersytetu. Jak zarzucono te rozmowy wstępne z kandydatami na studia lekarskie to pozostały już tylko same oceny z egzaminów. Z czasem wprowadzono egzaminy testowe i ta sytuacja utrzymywała się przez długi czas. Wtedy znowuż podniosły się glosy, że taka ocena jest również nie najlepsza, bo ktoś może się dostać na studia lekarskie a się na nie w ogóle nie nadawać – mam na myśli głównie cechy osobowości kandydatów na studia lekarskie.( np. na weterynarię, nie wiem jak teraz, ale przed laty były testy psychologiczne- czy kandydat lubi zwierzęta. O to, czy przyszły lekarz lubi ludzi nikt nie pytał i chyba nie pyta J . Przyp. Z.K.)  Od paru lat o przyjęciu na studia decydują wyłącznie wyniki z egzaminów maturalnych – czyli nadal nie funkcjonuje ocena kandydatów z rozmowy z nim. Wydaje mi się jednak, że taka rozmowa z kandydatem na studia prowadzona przez nauczycieli akademickich z dużym doświadczeniem była bardzo dobra. Oczywiście jest to temat na dłuższą dyskusję.

W późniejszym okresie – już jako nauczyciel akademicki – przez wiele lat byłem członkiem Komisji Egzaminacyjnej,  która zajmowała się kandydatami na studia lekarskie. Jak wymyślono egzaminy testowe, to oczywiście starano się maksymalnie zabezpieczyć książeczki z pytaniami na te egzaminy testowe. Szereg osób było zatrudnionych w tym obszarze. Wielokrotnie jeździłem wraz z innymi członkami komisji po odbiór książeczek testowych na egzaminy a następnie odwożąc karty, na których kandydaci na studia zakreślali odpowiedzi na pytania testowe. To wszystko było robione tak, aby nikt niepowołany nie zdobył książeczek z pytaniami przed egzaminami a później aby karty z wynikami odpowiedzi odpowiednio zabezpieczyć. Pamiętam te mocno zalakowane przesyłki w szczególności, jak odbywało się pakowanie publiczne kart egzaminacyjnych z odpowiedziami kandydatów, jak to pakowano, oblepiano różnymi taśmami, a na końcu sznurowano i sznurki były lakowane a na tym laku stawiana była pieczęć uczelni. Jak już wspomniałem jeździłem w tych konwojach do Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, do Warszawy ( wydaje mi się, że do Wojskowej Akademii Technicznej, która się tym obliczaniem wyników egzaminów zajmowała), do Krakowa. Jeden z tych wyjazdów pamiętam z tego powodu, że samochód służbowy, którym jechaliśmy – niebiesko-szara Nysa osobowa, mocno już wysłużony zepsuł się nam w szczerym polu i jak sprowadziliśmy z najbliższego miasteczka taksówkę osobową, do której przepakowaliśmy to, co najważniejsze, czyli paczki z odpowiedziami z egzaminów wstępnych i następnie jechaliśmy (niestety nie pamiętam już, czy to była Łódź czy Kraków). I w tej podróży taksówką był moment komiczny, bo wjeżdżając już do docelowego miasta w taksówce urwała się rura wydechowa, bo był to samochód bardzo wysłużony – i komentowaliśmy to żartobliwie w ten sposób, że to był kurs życia dla tego taksówkarza, co nas wiózł, który za otrzymane wynagrodzenie za kurs kupi sobie lepszy samochód. To były oczywiście czasy, kiedy jeszcze nie istniała telefonia komórkowa i internet do powszechnego użytku, bo teraz to oczywiście nadal trzeba pilnować zdających egzaminy ale to już głównie pod takim kątem, aby nie otrzymywali oni pomocy drogą telefonów komórkowych bądź innego sprzętu elektronicznego.

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 2 ). Rodzice.

Oto ciąg dalszy zapisków prof. Jerzego T. Marcinkowskiego, mojego kolegi ze wspólnego stołu w Collegium Anatomicum poznańskiej ówczesnej Akademii Medycznej  o którym napisałam we wstępie….

Ponieważ nie otrzymałam zdjęć  rodzinnych, znalazłam w necie fotografię Taty autora pamiętnika, prof. Tadeusza Marcinkowskiego….takiego Go pamiętam…..powaga,  mądrość i dobroć w oczach…..siła spokoju….jednocześnie jakby ojcowskie obejmowanie spojrzeniem….

Zapraszam do czytania…..tekst podaję w formie oryginalnej, bez żadnych poprawek redakcyjnych. Bo któż by śmiał poprawiać redaktora naczelnego kilku polskich czasopism ……. 🙂

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego. Rodzice.

Pamiętniki lekarzy ukazywały się w piśmiennictwie polskim parokrotnie już począwszy od okresu międzywojennego.  W 1967 roku wydawnictwo „Czytelnik” wydało „Pamiętniki lekarzy”, na które składały się prace autorów złożone na ogłoszony wcześniej konkurs, i które to prace po wspomnianym postępowaniu konkursowym zostały zakwalifikowane do druku. Były to głównie wspomnienia pokolenia lekarzy, które studiowało bądź już pracowało w okresie II wojny światowej. Był to bardzo trudny okres dla studentów medycyny bądź już lekarzy i piszę o tym dlatego, że wśród prac, które wygrały wspomniany konkurs, były między innymi  pamiętniki mojego ojca, którego zapewne koleżanki i koledzy z mego roku studiów na Wydziale Lekarskim pamiętają, albowiem prowadził on wykłady z medycyny sądowej. W późniejszych latach, już po zakończeniu naszych studiów w 1971 roku, mój ojciec – Tadeusz Marcinkowski (ur. 16.10.1917 r. w Wilnie  – zm. 08.11.2011 r. w Szczecinie) wygrał konkurs na Kierownika Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej ówczesnej Akademii Medycznej w Szczecinie, obecnie Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. I ponownie mieszkając i pracując tamże powrócił do myśli napisania pamiętników lekarskich, które następnie własnym sumptem wydał pt.: „Moja droga ku medycynie – dość wyboista”.  Pokolenie moich rodziców miało bogate życiorysy, co związane było z tym, że przeżywali bardzo trudny okres II wojny światowej. W tym miejscu muszę się pochwalić, że mój ojciec miał niezwykle barwny i heroiczny życiorys, albowiem, gdy 1 września 1939 r. wybuchła  II wojna światowa, zgłosił się na ochotnika do wojska i brał udział w bitwie nad Bzurą, gdzie był ranny w nogę 17 września 1939 r. Okoliczności zranienia były takie, że gdy opatrywał rannego żołnierza polskiego w jakiejś stodole – ojciec do wybuchu II wojny światowej ukończył 2 lata studiów na Wydziale Lekarskim ówczesnego Uniwersytetu Poznańskiego – doszło do wybuchu jakiegoś pocisku, chyba szrapnela i został ranny. Ponieważ odniesione obrażenia dyskwalifikowały ojca od dalszego udziału w działaniach wojennych, został on przetransportowany razem z innymi rannymi żołnierzami transportem wojskowym – były to wozy drabiniaste ciągnione przez konie. Trafił do nie istniejącego już obecnie Szpitala Ujazdowskiego w Warszawie. Tutaj warto przypomnieć, że tenże szpital zlokalizowany jest w okolicy Parku Łazienkowskiego w Warszawie – jest tam nawet tablica upamiętniająca istnienie tegoż szpitala. Budynek z czerwonej cegły, w którym mój ojciec leżał, istnieje do dzisiaj i mieści się w nim filia Głównej Biblioteki Lekarskiej. Ojciec we wrześniu 1939 r. był parokrotnie operowany, ale nie zdołano usunąć mu z nogi wszystkich metalowych odłamków po pocisku i 2  z nich pozostały w jego ciele aż do końca życia. Chciano mu wówczas dokonać amputacji kończyny dolnej z uwagi na zakażenie, do którego doszło, czemu ojciec się jednak stanowczo sprzeciwiał. Jak wspominał, przez dłuższy okres czasu był na granicy życia i śmierci, ale ostatecznie przeżył. Od czasów, kiedy ojciec został ranny w nogę, istniała u niego trwała wielka miłość do jodyny, której – w jego ocenie –zawdzięczał życie. Jak opowiadał bezpośredni po zranieniu prosił podoficera sanitarnego, aby wylał na jego ranna stopę całą butelkę jodyny – co tenże uczynił. Później wielokrotnie kurował się tą jodyną. Z upływem czasu stan zdrowia mego ojca poprawiał się i pojawiła się przed nim możliwość kontynuowania studiów lekarskich na Tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich. Tamże mój ojciec poznał studentkę medycyny, Marię Aleksandrę Rzewuską (ur. 24.02.1918 r. w Petersburgu – zm. 05.05.1975 r. w Poznaniu). To była później żona mojego ojca i moja matka. Ich wielka miłość zakończyła się ślubem, do którego doszło w 1944 r., jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Tu następuje ciekawy moment, a mianowicie, że ich ślub miał miejsce w kościele, w którym później po wielu latach działał i pracował bł. ks. Jerzy Popiełuszko ( Kościół pw. Św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu – przyp. Z.K.) . Rodzice brali udział w Powstaniu Warszawskim ale też z tamtego okresu pochodzi najgorsze wspomnienie mojej matki, które często za swego życia przypominała. Chodzi o kradzież, do której doszło w 1944 r. – włamanie do mieszkania. Miał później o tą kradzież wielki żal do mego ojca jego teść, Aleksander Rzewuski. Teść mianowicie zabronił pozostawiania otwartych okien w nocy. Mój ojciec jednak uchylił maleńkie okienko, tzw. lufcik i poprzez to małe okienko włożył łapę jakiś zbir, otworzył całe okno i banda złodziei opanowała mieszkanie, kradnąc z niego wszystko, co tylko się dało. Ten najtragiczniejszy moment dla mojej matki, to lufa pistoletu przykładana do jej głowy tak blisko, że widziała nagwintowanie tejże lufy. Bardzo bolesnym jest fakt, że ci, którzy okradli teściów mojego ojca i rodziców, to byli Polacy płynnie mówiący po polsku. Stąd jakże bolesny wniosek, że poza licznymi bohaterami z 1944 r. również grasowali polskie rzezimieszki.

Moi rodzice po II wojnie światowej kontynuowali studia lekarskie na Wydziale Lekarski ówczesnego Uniwersytetu Poznańskiego, które razem ukończyli. Ich nazwiska widnieją na pierwszej liście absolwentów powojennych Uniwersytetu Poznańskiego.

Te wszystkie okoliczności mój ojciec szczegółowo opisał w swoich pamiętnikach, a lekarzom wojskowym, którzy go wówczas operowali i leczyli w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie poświęcił kilka książek, które wydał własnym kosztem. Tak okazywał swoją wielką wdzięczność pacjenta do swoich lekarzy.

O moim ojcu pragnę jeszcze dodać opowieść o tym, jak pod koniec życia leżał w szpitalu w Szczecinie i został odwiedzony przez rodzinę, w tym moich synów Macieja i Michała. I moi synowie zadawali dziadkowi pytania w rodzaju: dziadku, jakie są twoje największe przeżycia , itp.? I można byłoby się spodziewać, że ich dziadek – profesor zwyczajny – będzie mówił o swoich największych dokonaniach zawodowych i naukowych. Jakiż było ich zaskoczenie, gdy zaczął opowiadać o roku 1945, kiedy to pracował w miejscowości Pakość na Kujawach jako lekarz w ówczesnych warunkach „od wszystkiego”. W tym opowiadaniu najwięcej uwagi poświęcił odbieraniu porodów. Nie był wzywany do zwykłych porodów, takich fizjologicznych, tylko do bardzo ciężkich przypadków położniczych, gdzie od jego umiejętności zależało, czy ta i tak już mocno wykrwawiona kobieta przeżyje czy też nie. Opowiadał, że nabył wielkiej wprawy położniczej w tamtym okresie i koncentrował się na tym, z jakiego sprzętu korzysta. Dużo miejsca w tym opowiadaniu było o konstrukcji latarki własnego pomysłu, którą montował sobie do głowy, żeby cokolwiek dostrzec podczas udzielania pomocy w przypadku porodów w porze nocnej. Nie było wtedy jeszcze światła w mieszkaniach, których tej pomocy udzielał, zwłaszcza na wsi. I tą opowieść dziadek moich Synów, zakończył słowami podkreślającymi, że wtedy najbardziej czuł, iż to tylko od niego zależało, czy pacjentka i noworodek przeżyją czy umrą. Przecież w tamtym okresie nie było jeszcze możliwości wezwania kogokolwiek innego na konsultacje, do pomocy czy odesłanie do szpitala….

W przedstawionym rysie moich Rodziców, nie było dziwne, że troje ich dzieci, w tym ja, wybrało studia medyczne….

Oto niektóre tytuły ( wszystkich się nie da, taka jest liczba publikacji) , które znalazłam w necie…. w książce podanej na końcu ( warto zwrócić uwagę na cały tytuł)   chyba jeden lub dwa rozdziały napisał syn, Jerzy- jeszcze w czasie trwania studiów….w kilku badaniach brałam udział- nie zapomnę , gdy J. przynosił z laboratorium krew, i rzucaliśmy jej krople na bibułę ustawioną w pionie-oglądaliśmy jak wyglądają ślady -……