Na medycznej ścieżce. Pediatria…

Staż na pediatrii był miły, mimo , że leżały tutaj chore dzieci.

W tamtych czasach nie było możliwe, by w oddziale równocześnie przebywali ich rodzice. Objawy choroby były nasilane przez dramat rozłąki. Ale byli to bardzo dzielni pacjenci i pozornie dość szybko przystosowywali się do narzuconych warunków. Jednak jaka była cena i późniejsze konsekwencje rozdzielenia z rodzicami, rozpoczęto się zastanawiać znacznie później. Dzisiaj już nie można sobie wyobrazić, by akceptować zwyczaje tamtych czasów.

Właściwością organizmów dziecięcych był burzliwy przebieg choroby.  Na każdą infekcję reagowały całym organizmem.  Zwykle równocześnie występowały objawy ze strony układu oddechowego, pokarmowego, moczowego. Nawet zwykły katar mógł powodować biegunkę.

Do oddziału przyjmowano takie dzieci , których stan kliniczny wymagał leczenia płynami i lekami podawanymi dożylnie, co nie było możliwe w warunkach domowych.

Po zastosowaniu właściwego leczenia  maluchy szybko wracały do pełni sił i naturalnego żywiołowego zachowania.  

Polubiłam pediatrię. 

Pacjent pediatryczny jest prawdziwy. Nie udaje, nie symuluje, nie dyssymuluje. Nieomal wszystkie objawy widać jak na dłoni a gdy troszkę lepiej się poczuje jest jak zwykle radosny.

Dopiero później spotkałam dzieci przewlekle chore. Ale to już inny problem…

Na medycznej ścieżce. Przeczucia …

A było tak .

W czasie  stażu na ginekologii miałam dyżur w zespole doświadczonych położników.

Tuż przed terminem  porodu przybyła do oddziału pewna pacjentka, żona znanego aktora. Miała ponad 30 lat , kilkunastoletnią  córkę w domu, czyli nie była tzw. pierwiastką . Aktualna ciąża wydawała się niezagrożona.

Kobieta ta przez całą noc histeryzowała, wielokrotnie wchodziła do dyżurki lekarskiej, skąd grzecznie i stanowczo ją wyrzucano, domagała się przyjazdu ordynatora, potem wisiała przy telefonie, który znajdował się na korytarzu i  wydzwaniała do męża.

Początkowo próbowano ją uspokajać, ale potem już nikt się nie przejmował jej panicznym zachowaniem.

Rano poszłam do swojej przychodni, a gdy pojawiłam się następnego dnia, dotarła do mnie straszliwa wiadomość.

Otóż po tej obłędnej nocy, jeszcze przed południem dziecko tej kobiety umarło w jej łonie. Wówczas nie było metod monitorowania tętna płodu, wysłuchiwało się go tylko od czasu do czasu przez specjalną trąbkę przyłożoną do brzucha ciężarnej.

Gdy przypominam sobie tamto wydarzenie myślę o moich niedawno urodzonych wnukach. Czworo z nich zostało uratowanych dzięki wczesnemu wykryciu zaburzeń tętna płodu, zagrażającej zamartwicy i dosłownie w ostatniej chwili wykonaniu cesarskiego cięcia.  

     Wiem z własnego doświadczenia, że poród mimo wielkiego bólu jest mimo wszystko wydarzeniem radosnym, gdyż niesie nadzieję  ujrzenia własnego zdrowego dziecka…    

    Mimo , że upłynęło od tej pory ponad 40 lat, nie mogę zapomnieć obrazu tamtej  kobiety. Kobiety, która musiała urodzić swoje martwe dziecko. Jak wielki musiała przeżywać dramat , gdy z wielki trudem rodziła swoje umarłe wymarzone oczekiwane dziecię

 

Tego samego dnia, wychodząc ze szpitala widziałam kątem oka jak ci rodzice siedzieli nieruchomo na ławie szpitalnej w odległym kącie korytarza. Ona i on  zamknięciu w bólu…

      Od tej pory uwierzyłam w intuicję, przeczucia i w to że jakieś zjawiska znane z parapsychologii jednak istnieją.

Ale z drugiej strony jak odróżnić zwykłą histerię od zachowania osoby, która ma przeczucie, że spotka ją coś złego .

Chyba nie ma metody, by właściwie rozpoznać sytuację.

To pytanie stawiałam sobie wielokrotnie w czasie nieomal półwiecznej pracy w tym zawodzie.

Jednak pomna tamtego tragicznego wydarzenia, starałam się nie lekceważyć czasem irytującego zachowania pacjenta i jego rodziny. Gdy próbowałam ich wyciszyć i  uspokoić w mojej głowie paliło się ostrzegawcze światełko- a może ci ludzie mają rację……

Na medycznej ścieżce. Staż na ginekologii.

Potem miałam staż na ginekologii. Właściwie cały czas spędzałam na porodówce, gdzie dużo się działo i każda pomoc była na wagę złota. Samodzielnie porodu nie odbierałam, ale raz pozwolono mi  szyć krocze. W tamtych czasach nacinanie krocza było zabiegiem rutynowym, więc późniejsze cerowanie zabierało dużo czasu. Siedziało się pomiędzy nogami pacjentki, zwykle pot się lał z czoła, gdyż grzały nie tylko uda położnicy ale  także lampa oświetlająca pole a o klimatyzacji nikt wtedy nie słyszał.

Nauczyłam się wówczas czegoś szczególnego i dobrze to zapamiętałam .

Było to doświadczenie chyba mieszczące się w kategorii parapsychologii. Przekonałam się,  że  nie należy nigdy lekceważyć pozornie nieuzasadnionego niepokoju pacjenta ani jego rodziny.

W późniejszej pracy zawodowej zawsze zwracałam uwagę na chorych  uważanych przez większość za histeryków.

Wierzę, że czasami mieli oni przeczucie czegoś tragicznego, co mogło nadejść niespodziewanie.

Za chwilę napiszę o pewnym tragicznym wydarzeniu, które potwierdza tę odwieczną prawdę….przeczucia, przeczucia….

 

Na medycznej ścieżce. Ukochany bób chirurgów.

W czasie 3 miesięcy stażu na chirurgii, nauczyłam się zmieniać opatrunki, szyć rany, obejrzałam mnóstwo innych ciekawych operacji.

Obowiązkiem stażystów były dyżury,  w czasie, gdy oddział pełnił tzw ostry dyżur. Zjeżdżali się wtedy na Bielany chorzy z całej Warszawy i tempo pracy było przeogromne. Pamiętam taki jeden świąteczny dyżur , gdy na Izbie Przyjęć wszyscy pacjenci byli pijani, za wyjątkiem pewnej trzeźwej babci, którą potrącił jednak  pijany motocyklista. Można sobie wyobrazić jak wyglądała wtedy Izba Przyjęć. Widok był obrzydliwy, niejednokrotnie trzeba było brodzić w różnych wydalinach, bo biedne salowe nie nadążały ze szmatami. A samym wdychaniem oparów alkoholu można było wpaść w stan oszołomienia.

Stażyści i lekarze chirurdzy w liczbie 5 usiłowali się chwilami zdrzemnąć na wielkiej wspólnej sali, gdzie ustawiono kilka metalowych łóżek . Oczywiście kończyło się to tylko parominutowym wyciagnięciem  obolałych nóg, bo zaraz wpadała pielęgniarka i wzywała nas do pracy.

 Do obowiązków stażystów  należało też przyrządzanie kolacji dla zespołu. W tym celu zrzucano się po kilka groszy i jedna osoba- najczęściej młoda lekarka  gnała do sklepu po kiełbasę, musztardę oraz ogromne ilości bobu. Nasi lekarze uwielbiali bób i zawsze mieli dobry humor, gdy na stole parowała wielka misa tego specjału.

 

Na medycznej ścieżce. Chirurgia, chirurgia….

  Gdy  pan docent był na urlopie, jego obowiązki przejął dr Półtorak. Jego pasją były operacje gastrologiczne. Dlatego właśnie w tym okresie  byli przyjmowani pacjenci z chorobą wrzodową żołądka i dwunastnicy, których nie udawało się wyleczyć metodami zachowawczymi. W tamtych czasach nie było tak różnorodnych form terapii jakie są teraz i wielu chorych musiało mieć resekcję narządów.

Inny lekarz z tego oddziału , dr Antczak zajmował się proktologią. Zabiegów tej specjalności widziałam niewiele, ale zapamiętałam jednego pacjenta, który miał wypadnięty odbyt a właściwie chyba nawet część odbytnicy. Widok był tak przerażający, że patrząc na tego chorego sami odczuwaliśmy ból w tej okolicy. Cierpienia chorego nie muszę opisywać  . Leczono go zachowawczo.

Wówczas nikt nie komentował takich problemów. Ale po latach, gdy dowiedziałam się- tak dopiero po latach- o seksie homoseksualistów, powiązałam ten przypadek z takimi zachowaniami, które nigdy nie mogą być obojętne dla organizmu .

W latach 70 ubiegłego wieku tematy seksu a cóż dopiero jego odmian były tematami tabu. A może ja byłam w jakimś stopniu zapóźniona w rozwoju.  Nie wiem.

Jednak myślę, że informacje na ten temat były ukrywane przed światem.

Na medycznej ścieżce. Staż na chirurgii.

Po internie zaliczałam staż na chirurgii.

Oddział ten mieścił się na samej górze budynku Szpitala Bielańskiego .

Szefem był doc. Wiechno, starszy, jak wówczas mi się wydawało pan, mężczyzna pięknej postury, elegancki i szarmancki wobec nas i pacjentów. Jednym słowem miał klasę. Przyjemnie było obserwować jego pracę. Zawsze dużo czasu poświęcał rozmowie z pacjentem i wyjaśnianiu swoich decyzji leczenia chirurgicznego oraz omawianiu sposobu leczenia. A na bloku operacyjnym imponował opanowaniem , pewnym i szybkim działaniem. Widziałam wiele operacji tarczycy, która musiała być usuwana z powodu guzów albo tylko  znacznego przerostu tarczycy. Zabiegi te  wielkiej precyzji, gdyż nieopodal tego gruczołu przebiegały duże naczynia tętnicze oraz nerwy krtaniowe. Każdy nieostrożny  ruch dłoni operatora groził ich uszkodzeniem i w konsekwencji poważnym, czasem śmiertelnym krwotokiem lub trwałym porażeniem strun głosowych.

Dlatego my, obserwujący takie zabiegi, wstrzymywaliśmy oddech w momentach krytycznych.

Wówczas sobie myślałam, jak odpowiedzialna jest praca chirurga.

On  nie ma prawa by mieć gorszy dzień wynikający z przemęczenia czy jakiejś niedyspozycji zdrowotnej.

I właściwie wówczas przestałam myśleć o wybraniu tej specjalności, która mnie tak bardzo fascynowała jeszcze  od czasów studenckich. ( o czym już wcześniej pisałam).

 

Na medycznej ścieżce. Dyżury w pogotowiu ratunkowym.

W czasie tego stażu należało odbyć także kilkanaście dyżurów całodobowych w Pogotowiu Ratunkowym.

Nasz zespół należał do bardzo dynamicznych, nie z powodu młodej pani doktor, ale z powodu niemal rajdowego kierowcy , który kiedyś pracował na erce i miał szybkość we krwi. Często gnaliśmy  środkiem ulicy, nie zważając na tory tramwajowe, czasami przefruwaliśmy trawniki a ja z trudem hamowałam mdłości. Z impetem wjeżdżaliśmy w maleńkie podwórka starych domków na Młocinach . Początkowo się dziwiłam, że kierowca zwykle  wjeżdżał  tam tyłem. Ale wkrótce  się przekonałam, jak cenny był ten manewr. Dawał on możliwość szybkiego opuszczenia miejsca postoju.

 Otóż kiedyś wjechaliśmy jak zwykle tyłem po wąskiej drożynie podwórkowej otoczonej parkanami , wysiedliśmy z karetki i gdy już dochodziliśmy do wejścia domku, wybiegł do nas mężczyzna z siekierą, którą wymachiwał niby cepem. Nie było wyjścia, wskoczyliśmy do karetki, i z gwizdem, sprawnie  opuściliśmy to podwórko. Zatrzymaliśmy się dopiero za rogiem i wezwaliśmy policję, zwaną wówczas milicją. Po pewnym czasie przyjechali panowie i wkrótce zapanowała dziwna cisza. Okazało się, że tym człowiekiem z siekierą był nasz pacjent, który na widok ekipy pogotowia ożył w szybkim tempie. Ponieważ opuścił domek w pudle milicyjnym, wyjaśniliśmy to wszystko z jego stareńką matką i zgłosiliśmy w dyspozytorni naszego pogotowia to wydarzenie.

Oczywiście bez przerwy otrzymywaliśmy kolejne zgłoszenia, ponaglenia , ale takie wydarzenia , jakie opisałam czasami zaburzały płynną pracę.

Zawsze się bałam, że może ktoś inny w tym czasie umiera, a pomoc nie nadjeżdża. Zgłoszenia były dość enigmatyczne- zasłabnięcia, bóle brzucha, bóle klatki piersiowej. Może dyspozytorki nie były wykształcone w takim stopniu jak obecnie, ale informacje dostawałam skąpe i jeździliśmy wg kolejności zgłoszenia . Wszystkie te objawy mogły być spowodowane poważną chorobą ale także przyczyną błahą.

I wówczas dziękowałam Bogu, za to, że w naszym zespole jeździł doświadczony felczer. Potrafił rozpoznawać intuicyjnie chyba , które zgłoszenie wygląda dramatycznie i należy przeskoczyć kolejność, delikatnie podsuwał mi swoje sugestie diagnostyczne i nawet sugerował terapię. Chętnie korzystałam z jego pomocy, bo wnosił w moją wiedzę medyczną życiowe, praktyczne elementy. Był po prostu mądrym człowiekiem.

Gdy zanurzałam się w łańcuchowo ułożone podwórka, które łączyły kamienice starego Żoliborza towarzyszył mi i bezbłędnie prowadził i ochraniał.

Bronił mnie przed agresywnymi często  pijanymi pacjentami albo w przypadku pacjenta o dziwo trzeźwego- przed pijanymi członkami jego rodziny lub kumplami.

W ten sposób przetrwałam w całości ten okres, gdy dzięki dyżurom w pogotowiu, poznałam nie tylko kawał prawdziwego życia medycznego ale też zakamarki uliczek żoliborskich, podwórka łączące się tajemnymi przejściami i maleńkie chatki w ogródkach działkowych.

Na medycznej ścieżce. Pan doktor konsultant.

W przypadkach , gdy miałam wątpliwości dotyczące rozpoznania choroby mojego pacjenta, kierowałam go do Punktu Konsultacyjnego w pobliskim Szpitalu Bielańskim. Pracował tam dość sędziwy dr. Korkuczański .

Był to prawdziwy lekarz, nigdy nie odmawiał pomocy, zawsze przyjmował chorego  w tym samym dniu, w którym ten się do niego zgłosił.  Nie zauważyłam, by odesłał pacjenta wyznaczając jakiś odległy termin.

Dzięki konsultacji tego doktora, poznałam nazwę i istotę dziwnego  objawu . Mimo pewnej wiedzy teoretycznej wyniesionej ze studiów byłam niedouczona i bardzo często  spotykałam się z czymś nowym albo nietypowym. I uczyłam się pokory oraz tego, że w medycynie nie ma nic pewnego pod słońcem.

Otóż  któregoś dnia  przyszedł  do mojego gabinetu  bardzo szczupły mężczyzna w średnim wieku , który właściwie na nic się nie uskarżał.  Na tę wizytę namówiła go żona, bo sądziła, że ma jakieś pasożyty. Posiłki zjadał obfite, chętnie , ale systematycznie ubywał na wadze. 

Badałam go wg ogólnych zasad, i gdy rozpoczęłam obmacywanie brzucha natychmiast zauważyłam dziwny twór. Był położony w prawym podżebrzu i balotował ponad wątrobą , nieomal widocznie pod powłokami  brzusznymi. Twór ten przypominał  gładką piłeczkę o wymiarach nieco większych niż piłeczka pingpongowa. Byłam bezradna. Nie dając nic po sobie poznać ani nie wyrażając mojego zdziwienia obecnością tego znaleziska  namówiłam pacjenta, by niezwłocznie poszedł do Bielańskiego Punktu Konsultacyjnego. Zachowałam kartę, gdzie był jego adres  i byłam skłonna odwiedzić go w domu, gdyby się do mnie nie zgłosił po konsultacji.

Jednak następnego dnia wrócił  z notatką na odwrocie skierowania.

Pan doktor podawał nazwę tego objawu i termin hospitalizacji.

Był to klasyczny objaw Courvoisiera .

Gdy zajrzałam do podręczników dowiedziałam się ,że jest to objaw kliniczny charakterystyczny dla zaawansowanego nowotworu okolicy trzustkowo- dwunastniczej najczęściej raka głowy trzustki lub przewodów żółciowych lub dwunastnicy i brodawki Vatera. Wtedy, gdy guz poprzez naciekanie lub ucisk zamyka drogi żółciowe dochodzi do znacznego powiększenia pęcherzyka żółciowego, który jest wyczuwalny przez powłoki i niebolesny.

Już później nie widywałam tego pacjenta. Pewnie wkrótce przeniósł się na ten drugi świat. Mam nadzieję , że bardzo nie cierpiał…Zapamiętałam jego twarz i rozmyślam o kruchym ludzkim życiu.

I tak dzięki mojemu doktorowi konsultantowi poszerzałam wiedzę medyczną a przede wszystkim byłam spokojna, że mam tak silne wsparcie.

Byłam mu niezmiernie wdzięczna za to że jest i że jest właśnie taki.

Mimo, że nigdy go nie poznałam i nie mogłam podziękować osobiście, zachowałam go w swojej wdzięcznej pamięci.

Na medycznej ścieżce. Antoni został księdzem.

….całkiem niedawno przeczytałam gdzieś o najstarszym  nowym księdzu w Polsce. Jest nim Antoni Kieniewicz.

Wszystko się zgadzało. To przecież nasz dawny znajomy, Antek Kieniewicz.

Ten niesamowity mężczyzna po śmierci żony i wychowaniu dzieci  rozpoczął studia w seminarium i po kilku latach otrzymał święcenie. W Internecie jest zdjęcie z jego prymicji, gdy wspólnie z synem, Piotrem odprawiają mszę.

Nawet nie mam odwagi komentować – wszyscy oni to wspaniali ludzie, którzy swoim życiem dawali przykład prawdziwego chrześcijanina, a właściwie prawdziwego człowieka.

Tak ich zapamiętałam…

..a Marzenka na pewno jest szczęśliwa w tym nowym innym świecie, w który tak gorąco wierzyła.

Jeszcze raz tylko napiszę o Marzence, by uzasadnić jak wielkie miała serce otwarte bez ograniczeń dla ludzi gdy wrócę do naszych wspólnych czasów, ale to za chwilę ..

Na medycznej ścieżce. Losy Marzenki.

Ponieważ w 1975 roku zmieniłam pracę,  kontakty z Marzenką i jej rodziną  stopniowo się rozmywały.

Wszyscy mieliśmy mnóstwo problemów rodzinnych i zawodowych, więc one nas całkowicie absorbowały .

Ostatni raz  ją widziałam  w Klinice Neurochirurgii przy Nowogrodzkiej.

Odwiedziłam ją i wówczas krótko rozmawiałyśmy. Opowiadała o swojej wspaniałej teściowej, żonie prof. Kieniewicza, kobiecie wielkiej urody, klasy i religijności. To na  w tym czasie przejęła opiekę nad dziećmi .

Marzenka oczekiwała na operację kręgosłupa. Miała problemy z dyskiem i nawet jakieś objawy neurologiczne z tym związane. Była jak zwykle spokojna i pogodzona z losem.

Ale podobno potem wszystko było dobrze, wróciła do pracy i obowiązków domowych. 

Po latach dowiedziałam się od Marysi Zieniewicz, farmaceutki o której już pisałam, że Marzenka zapadła na jakąś chorobę i zmarła.

Najmłodsze dzieci chyba miały wtedy niewiele ponad 10 lat.

Antoni pozostał sam.

Myślę  o Marzence,  jej rodzinie i losie niesprawiedliwym ….