Na medycznej ścieżce. Ślub Helenki i zabawne wydarzenie z Mirkiem w roli głównej.

Ze ślubem Heleny i Wojtka wiąże się trochę zabawne wydarzenie,  z Mirkiem w roli głównej. A było tak.

Zaproszono nas na ich ślub przed południem cywilny a po południu kościelny. Poranny ślub odbył się w odpowiednio poważnych nastrojach . Po ceremonii  w Pałacu Ślubów, który wówczas mieścił się na Placu Zamkowym, wszyscy grzecznie poszli do domów. My wróciliśmy do naszej kawalerki, gdzie czekała kilkumiesięczna nasza córeczka Justynka. Mirek wpadł w dobry zabawowy nastrój. Pracując w ciągu tygodnia zwykle do późnych godzin, na zabawy z dzieckiem miał niewiele czasu. Tak więc teraz wykorzystał wolne chwile i rozpoczął igraszki na dywanie.  Dziecko raczkowało, a Mirek ganiał za nią na czworakach. W pewnej chwili wpadł na oryginalny pomysł. Przyłożył sobie do czoła zabawkę, która była kulą z paciorkami w środku i miała długą nóżką zakończoną przyssawką. I właśnie tę przyssawkę przyłożył sobie do czoła, a ona łapczywie wessała się w podłoże. Mirek bojowo potrząsał głową, w zabawka huśtała się na jego czole, grzechocząc przeraźliwie  powodując wielką radość Justunki. Ogólnie nastrój był radosny. Przypomnieć muszę ,że wszystko się działo na naszych 28 metrach kawalerki, gdzie jeszcze mieszkała z nami opiekunka Justunki- ciocia Wiera Leoszko.  W tym galimatiasie, zwykle zasiadałam w obecnie kultowym fotelu o kształcie muszli, odwracałam fotel tyłem do pokoju, mając przed oczami jedynie ścianę i oczywiście podręcznik. Ponieważ w takich warunkach świetnie mi się uczyło, zwłaszcza, że Mirek uwielbiał dodatkowo włączać radio . Rzadko tylko uczyłam się w wc, siedząc wygodnie na desce klozetowej, czując pod plecami rurę kanalizacyjną i opierając się o brzeg wysokiej krótkiej wanny zakuwałam do kolejnych egzaminów.

Ale jak zwykle wpisuję dygresje, które same się cisną pod klawiaturę. Proszę o wybaczenieJ

Wracam zatem do owego sobotniego popołudnia, kiedy to mieliśmy się zjawić na ślubie kościelnym  Heleny i Wojtka.  Gdy nadeszła pora, by się przygotować do uroczystości, Mirek przerwał wesołą zabawę z pierworodną. I wówczas odkleił z czoła przytwierdzoną tam wcześniej zabawkę. Z sykiem mlaskaniem i pewnym trudem owa przyssawka się odkleiła czyli odessała  od jego czoła. I wówczas wszyscy zobaczyliśmy to, co się pokazało.

A pokazała się pięknie centralnie położona na czole Mirka wielka okrągła krwistoczerwona plama o bardzo regularnych kształtach. Próbowaliśmy ten krwiak posypywać jakimś pudrem, ale na nic się to nie zdało. Ja w takiej sytuacji chciałabym się zapaść pod ziemię, i w żadnym razie nie poszłabym „do ludzi”. Ale Mirek, który miał zawsze wielkie poczucie humoru, dystans do siebie i całkowity brak wstydu, lęku przed śmiesznością. jednym słowem  był i jest facetem całkowicie pozbawionym kompleksów, wystroił się w najlepszy garnitur, starannie dobrał krawat i po chwili był gotów do wyjścia. Patrzyłam na niego z obawą i niejakim wstydem. Ale jeśli on nie miał wątpliwości, to powiedziałam sobie; a niech tam….i poszliśmy, tzn pojechaliśmy autobusem 122. Weszliśmy do przedsionka kościoła św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży jak zwykle, z niewielkim opóźnieniem. Miałam nadzieję, że staniemy gdzieś z tyłu , a wszyscy będą zainteresowani jedynie młodą parą i nam się upiecze.

Jednak było inaczej. Otwieramy wielkie skrzypiące kościelne wrota i nagle widzimy skłębiony w kruchcie tłum. Słysząc hałas otwieranych drzwi, wszyscy jak jeden mąż, odwracają głowy w naszą stronę i  wtedy ktoś wybucha śmiechem. Powoli dołączają inni. Gęsta ponura atmosfera w tej kruchcie pęka jak świeży lód na rzece, jest wesoło, radośnie i czuje się jak zaczyna panować  wszechogarniający luz.

A jak bardzo był ten luz potrzebny to osobna historia.  Otóż okazało się, że organista się zapił i nie dotarł o określonej porze do kościoła. Wobec tego ceremonia nie mogła się zacząć. Panowała konsternacja, ktoś pognał szukać innego organisty, ksiądz się pocił w swoich szatach w zakrystii, para młoda tężała w kruchcie, goście coraz bardziej stłoczeni w przedsionku czuli się niepewnie i odczuwali niejaki dyskomfort. A wejść do kościoła przed parą młodą się nie godziło. Nasze przybycie i oczywiście niezwykła ozdoba czoła Mirka spowodowało ogólne rozluźnienie atmosfery. Wspominamy to wydarzenie nieomal przy każdej okazji, zaśmiewając się radośnie.

Oj nie ma to jak facet, który zupełnie się nie liczy i nie peszy tym co ludzie powiedzą. Tak ma przez całe życie. Podziwiam , to jest bardzo fajna cecha…

 

Na medycznej ścieżce. Czasy warszawskie się rozpoczynają…

 Na innym wykładzie przysiadła się do mnie kolejna dziewczyna. Była średniego wzrostu,  bardzo pulchna , ale o delikatnej ładnej buzi i bystrych ciemnych oczkach. Zapytała, skąd się wzięłam itd. Opowiedziałam o sobie. Była to Helena Lenkiewicz. W tym czasie była już z Wojtkiem Muszyńskim, z którym zawarła związek małżeński na 6 roku naszych studiów.   Od razu przypadłyśmy sobie do gustu i rozpoczęły się spotkania poza uczelnią. Bywaliśmy u siebie w domach,  w kawiarniach, teatrach. Wspólnie spędzaliśmy noce sylwestrowe. Nie zapomnę drugiego mojego sylwestra w Warszawie . Był to bal  w Urzędzie Rady Ministrów, przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie wtedy pracował Paweł, brat Mirka i w związku z tym miał możliwość załatwienia  biletów. Oczywiście był tam też i Paweł ze swoją żoną Grażyną. Już kiedyś opisywałam Grażynę, ale teraz ponownie o niej.  Była to dziewczyna oryginalnej urody o pięknie wykrojonych ciemnych oczach , przypominających oczy madonny ze  starych ikon. Zresztą nadal, mimo upływu lat i ostatnio trudnego życia zachowała tę zadziwiającą urodę, świetną dziewczęcą sylwetkę. Ubiera się w ciuchy młodzieżowe, z wysmakowywanymi dodatkami. Z przyjaciółkami biega na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, do kin i teatrów. Kilkakrotnie mnie zapraszała, bym uczestniczyła w jej życiu towarzyskim, ale jakoś nie mogłam się zebrać. Pewnie wrodzone lenistwo się  wtedy odzywało;-(

Wracam do tego balu.  W Urzędzie Rady Ministrów  było wytwornie, ale też bardzo zabawowo. Grał  świetny zespół i hasaliśmy tak, jak to tylko młodzi potrafią. W czasie jakiejś przerwy w tańcach, opadliśmy na krzesła konsumując znakomite wiktuały i popijając winko.

 I wtedy Wojtek patrząc rozmarzonym wzrokiem na bardzo pulchną Helenę, którą niedawno poślubił,  rzekł: Tyle tego i wszystko moje. Było to piękne i zapamiętałam na całe życie.

Jednak ich dalsze losy nie potwierdziły znaczenia tych znamiennych słów, bo po wielu małżeńskich latach doszło do ich rozwodu

Na medycznej ścieżce. Pierwsi znajomi w warszawskiej Akademii Medycznej.

 

Mój pierwszy Sylwester w Warszawie. Jesteśmy w Krokodylu. Od lewej fragment Jolki, Anka Brczak, Maciek W. i my

 

 

 

W 1968 roku rozpoczęłam nowy rozdział życia- małżeństwo i przeniesienie z Poznania do warszawskiej Akademii Medycznej. Właśnie rozpoczął się IV rok studiów , gdy już na pierwszym wykładzie przysiadły się do mnie dwie  koleżanki. Była to skromnie i gładko uczesana Jolka Chmielewska( potem Wanatowicz a potem Zdanowicz) i Baśka Lubaszewska. Wypatrzyły mnie w tłumie ludzi z roku i przygnały by się dowiedzieć, skąd przybyłam i w ogóle kim jestem.

Może wypatrzyły mnie dlatego, bo miałam bardzo ładną sukienkę.

O sukience muszę teraz napisać, bo była tego warta. Proszę wybaczyć tę dygresję.

A było to tak. Gdy wyszłam za mąż, Mama uznała, że powinnam posiadać jeszcze jakieś ciuchy poza ciemnozieloną koszulą frotte. Jak już pisałam wcześniej zupełnie nie dbałam o stroje. I teraz Mama postanowiła trochę mnie odziać.  Mieliśmy wówczas znajomą, panią Gorską, która prowadziła sklep z dewocjonaliami  w Gorzowie przy ul. Hawelańskiej.   Mama uczyła jej synów, którzy chyba teraz są stomatologami w Gorzowie. Ta pani miała rodzinę w Szwecji i często tam wyjeżdżała. Kiedyś Mama poprosiła panią Gorską o przywiezienie stamtąd jakiegoś materiału i ew gotowego ciuszka.  Wówczas to otrzymałam dwie garsonki, które uszyła krawcowa gorzowska pani Szczepańska oraz sukienkę ze świetlistoszarej  wełnianej dzianiny . Była prosta, a w poprzek w okolicy biustu  miała stonowany , ale barwny szeroki  wzór, nazywany kiedyś norweskim. Ta sukienka była naprawdę bardzo ładna i nic dziwnego, że przyciągała moje koleżanki.

Znajomość a w pewnych okresach nawet przyjaźń z Jolką przetrwała do tej pory. Mirek bardzo polubił Jolkę a nawet jej ówczesnego narzeczonego Maćka W.    

Potem  dołączyła do nas para z naszego roku-  Anka Brczak i Igor Polański.  Anka miała urodę Japoneczki i cerę jak najwyższej klasy porcelana. Igor był niski, rudowłosy z brodą rudą także i wydawał się przybyszem z innych stron. Byli pięknie zakochani , pobrali się po studiach i przetrwali w tym związku do tej pory. Zostali ginekologami, mają dwóch synów. Kontaktu z nimi nie mam i nie poszukuję. Byli epizodyczną znajomością na mojej drodze.

Jednak w roku 1968, 1969 w tym towarzystwie spędzaliśmy z Mirkiem sporo fajnych chwil.

Na załączonym zdjęciu od strony lewej niewielki fragment Jolki, Anka, Maciek i my.

Jest to nasz pierwszy sylwester w tym gronie, a mój pierwszy w Warszawie. Urzędujemy w piwnicy Krokodyla, lokalu na Rynku Starego Miasta . 

Młodość i uroda aż bije z tego zdjęcia.

Oczywiście oceniam nas z perspektywy minionych ponad 40 latJ.

Przecież wtedy tak się nie myślało o sobie, wszystko było fajne ale przyjmowaliśmy naszą młodość w sposób naturalny,  nie zastanawiając się nad  tym jedynym, niepowtarzalnym okresem w życiu…..dopiero teraz przyszła świadomość, że  już wszystko” przeminęło z wiatrem”…

 

Na medycznej ścieżce. Tacy byliśmy w tamtych latach…

Bardzo często, a ostatnio właściwie stale występują trudności z wprowadzaniem zdjęć do blogu. Piszę i piszę w tej sprawie do redakcji portalu WP, ale efektu nie ma. Trudno, trzeba się z tym pogodzić, a szkoda, bo zdjęć dużo…jakimś cudem udało mi się wrzucić to zdjęcie. Wkleił je mój Tato do nowego rodzinnego albumu, który teraz zbrązowiał ze starości….napis na dole, którego nie umiałam usunąć  dotyczy anonsu prasowego o obronie mojej pracy doktorskiej, który Tato fantazyjnie wkleił poniżej. Obrona miała miejsce w 1991 roku, a nasz ślub 1. czerwca 1968. Boże , jak te lata lecą…..

 

 

 

 

Dzisiaj udało się wrzucić jeszcze to zdjęcie. Po ślubie. Przytulenie.  Moja Mama miała wtedy 61 lat, czyli 4 lata mniej niż ja teraz……

Na medycznej ścieżce. Klimaty moich lat 1968- 1971

 I w październiku 1968 roku rozpoczęłam zajęcia w warszawskiej Akademii Medycznej. Tutaj wszystko było nowe i inne w porównaniu z Poznaniem. Byłam już kobietą zamężną, więc i zmieniło się moje postrzeganie świata.

Czułam na sobie ciężar odpowiedzialności za kuchnię i takie inne zajęcia. Jednym słowem postrzegałam świat z pozycji matrony. Oczywiście było to śmieszne i dziecinne, zwłaszcza gdy o tym myślę z perspektywy czasu.

Na szczęście Mirek zachował zwykłą swobodę, luz . On wyciągał mnie z  domu do teatru, kina, spotkania koleżeńskie , podczas gdy ja byłam skłonna przesiadywać w domu, tzn naszej żoliborskiej kawalerce i pilnować domowego ogniska.

Lubiłam wieczorne łazęgi po mieście, które wyglądało wtedy zupełnie inaczej, odświętnie i piękniej i miało niepowtarzalny zapach. Tak, Warszawa dla mnie wtedy miała zapach – inny niż gdzie indziej, szczególny, przyjemny i tak ją zapamiętałam z tamtych czasów.  

Czasami odnajduję zapach tego miasta z tamtych lat i wtedy na sercu jakoś cieplej….

 

Na medycznej ścieżce. Kajtek i los

Nasz kolega z roku , Kajtek był niezapomnianym animatorem naszych dusz.

Ten chłopak uosabiał samą radość życia, temperament i aktywność.

Ukończył studia medyczne z bardzo dobrym wynikiem.

Wkrótce potem zmarł z powodu guza mózgu.

Losie, okrutny losie, dlaczego ….

 

Na medycznej ścieżce. Balet…

Do Teatru- Opery z reguły chodziłam sama. To właśnie w tych czasach poznańskich, od 1965 roku pokochałam balet.

Właściwie chyba u podstawy tego zachwytu było to, to od wczesnego dzieciństwa sama byłam ruchliwa. Dzięki dużej powierzchni naszego mieszkania, mogłam wykonywać mostki, świece, fikołki i stanie na rękach. A także tańczyć, a raczej pląsać. Dopiero w okolicy klasy maturalnej, rodzice zorientowali się, że nie umiem naprawdę tańczyć. I wtedy mój Tato, który był znakomitym tancerzem prosił mnie do tańca i uczył tanecznych kroków.

Może więc moje umiłowanie baletu wzięło się stamtąd, z tych dziecięcych czasów. Uszanowanie dla ciała, podziw dla jego piękna, zachwyt nad panowaniem nad nim- te elementy do tej pory powodują, że ze wszystkich przedstawień operowych najchętniej wybieram balet i smakuję, rozkoszując się nieustannie….

W okresie  poznańskim na deskach opery rodził się Polski Teatr Tańca. Tworzył go Conrad Drzewiecki. Był on wspaniałym , pełnym ekspresji tancerzem znakomitym pedagogiem i organizatorem. Wśród zespołu wyróżniała się jego asystentka, dość masywnie zbudowana dziewczyna- Teresa Kujawa. Gdy przeczytałam niedawno, że poznański Teatr Tańca umiera, zrobiło mi się smutno. Żal, gdy odchodzą wielcy ludzie, idee i nasze piękne czasy…..po prostu żal….

Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich

 

 

Taką ją zapamiętałam. Marta Argerich – zdjęcie z 1962 roku ( z Wikipedii )

 

Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967)  najlepiej zapamiętałam niezwykłą,  dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.

Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.

Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji.  Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry.  Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna  jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na  burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …

 

Zachowałam ją w  pamięci jak  piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich .

I tak wędrując teraz w wyobraźni moimi poznańskimi ścieżkami spotkałam Ją, Wielką Damę czarno białej klawiatury.

By ją lepiej poznać, zajrzałam do Wikipedii. I oto co tam przeczytałam.

 

Marta Argeritch jest pianistką argentyńską. Urodziła się 5 czerwca 1941 roku w Buenos Aires.

Pierwsze koncerty dawała już w 8 roku życia.

Nie wyobrażam sobie, jak małe dziecięce dłonie opanowały klawiaturę. Przecież wówczas grała cały I Koncert fortepianowy C- dur op.15 Ludwiga van Beethovena.!

Gdy miała 9 lat wykonywała XX Koncert fortepianowy d-mol Wolfganga Amadeusza Mozarta oraz Suity francuskie Jana Sebastiana Bacha.

W 1955 roku przeniosła się do Europy. Odbywała studia w Wiedniu, Genewie. Międzynarodową karierę rozpoczęła na konkursach fortepianowych w Bolzano, w Genewie.

Potem przez kolejne cztery lata nie koncertowała, lecz szkoliła się pod kierunkiem Stefana Askenazego.

 W 1965 roku wygrała VII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina w Warszawie oraz zdobyła nagrodę Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków Chopina.

Właśnie wtedy byliśmy z kolegami na jej koncercie. Otoczona glorią wydawała się boginią, która zstąpiła do nas z nieba.  Z Kajtkiem – kolegą z roku, o którym wspominałam, wbiegaliśmy za kulisy a ona  łaskawie składała swój podpis – autograf  na programie.

W 1966 roku wydała pierwszą płytę z nagraniami utworów Chopina, Brahmsa, Ravela, Prokofiewa i Liszta po debiucie w Stanach Zjednoczonych w nowojorskim Lincoln Center. 

W 1980 roku słynny był skandal , który wywołała opuszczając jury X Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina na znak protestu, gdy wyeliminowano Ivo Pogorelica z półfinałów konkursu.

 

W tym czasie zdążyła trzykrotnie wyjść za mąż. Dwaj pierwsi są kompozytorami i dyrygentami, a ostatni pianistą . Posiada dwie córki z różnych małżeństw….

 

Zamykam komputer, ale pod powiekami mam tę niezwykłą kobietę naszych czasów….i słyszę muzykę

 

Na medycznej ścieżce. Muzyka i Kajtek.

A miało być o muzyce…

Gdy przekraczaliśmy próg Filharmonii, zagarniał nas wielki świat. Już nie baraszkowaliśmy jak zwykle, ale poważnie zajmowaliśmy miejsca na parterze ogromnej wielkiej sali.

I była tylko muzyka. Tam słuchałam jak gra i oglądałam piękną młodą dziewczynę z długimi, kruczoczarnymi włosami, odkrycie w świecie muzycznym, która nazywała się Martha Argerich. Ileż minęło już lat, a ona stale koncertuje. I nadal jest piękna,  może tylko trochę inaczej…

Po koncertach Kajtek  zrywał się z miejsca i inicjował spontaniczne wielkie wszechogarniające brawa. Potem pędziliśmy za nim za kulisy. Tam jeszcze raz gratulował artystom i prosił o autografy. Wcześniej zaopatrywaliśmy się w programy. Ustawialiśmy się za Kajtkiem grzecznie w kolejce po upragniony podpis światowych sław.

Muszę zajrzeć do naszych programów teatralnych zbieranych przez Mirka i schowanych w tekturowej walizce z dawnych czasów. Leży ona w pawlaczu szafy w naszej nadbużańskiej posiadłości, w Gulczewie. Może znajdę tam program sprzed ponad 40 lat z podpisem  wielkiej pianistki, może nie, nie wiem…

Na medycznej ścieżce. Malowane pończochy.

Gdy piszę te słowa o moich ” paradnych „ kreacjach w 1965 roku, to jednak nagle przypominam sobie, że nie zawsze tak było. Nie zawsze było byle jak, zgrzebnie i bez fantazji.

Otóż miałyśmy z Moniką jako chyba nieliczne w Poznaniu studentki, niezwykłe pończochy.

To Monika a może jej starsza siostra – Baśka, studentka 3 roku AM, kiedyś wymyśliła, by tzw. patentki najzwyczajniej w świecie pomalować. Były one z natury bawełniane, zwykle miały cudaczny szew, skręcający się na łydce i „znakomity”, zawsze ten sam beżowobury kolor.

Ale od czego była fantazja i sklepy z farbami. Odkryłyśmy tam cudny świat. Kupiłyśmy farby różnego koloru i zapaćkałyśmy całą łazienkę w domu Moniki.

Dobrze, że jej mama, chodząca łagodność nawet tego nie komentowała.

Jednak poza zapaćkaną łazienką, nasze zwykłe pończochy przeistoczyły się w inne, bajkowe zjawiskowe wytworne .

Moje miały łagodnie spływające w dół pasy, rozmazujące się nieco, ale o nieprawdopodobnych kolorach. Były na nich wszystkie kolory ziemi. Od ciemnego brązu, poprzez odcienie rudości i cudną zgniławą zieleń.

Monika wybierała ostre barwy jak czerwień, żółć i granat które układała pędzlem  w geometryczne wzory .

Okazało się, że po wyschnięciu całość naprawdę była piękna.

Paradowałyśmy po Poznaniu z dumą , a nawet zaczepiały nas jakieś dziewczyny z uniwersytetu, które były wyroczniami mody studenckiej, z pytaniem, skąd pochodzi nasza zdobycz.

Już wtedy niektórzy wyjeżdżali za granicę, skąd przywozili piękne ciuchy, ale takich pończoch nigdzie nie widziały…