Na medycznej ścieżce. Kajtek i filharmonia.

I jeszcze o naszych czasach z Kajtkiem. Ten chłopak nie mieścił się w żadnych ramach, jego impulsywna osobowość burzyła się jak piwo niecierpliwie nalewane do szklanki, wypływała na zewnątrz, zagarniając nas bez reszty. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale właśnie tak wspominam te młodzieńczo szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku…

Kiedy Kajtek rzucał hasło – dzisiaj muzyka, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta w Filharmonii. Koncerty filharmoniczne odbywały się w Auli Uniwersytetu Poznańskiego. Docieraliśmy tam jak zwykle per pedes, zatapialiśmy się w tłum bardzo eleganckich mieszkańców Poznania. Mieliśmy na sobie zwykłe łachy codzienne, nieustannie nosiłam  kraciastą albo burozieloną luźną koszulę, w której zatracałam osobowość żeńską a stawałam się zwykłym sztubakiem o charakterze uniseks. Czasy zresztą był zgrzebne co odpowiadało mojej osobowości, bo nigdy nie lubiłam się stroić.

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek

Kajtek. Był naszym kolegą  z roku. Ale nie  należał do naszej grupy. Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam.

Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.

To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw.  Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.

Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .

Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!

Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.

Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.

Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.

Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta.  Ulokowany  na parterze wielkiej kamienicy stanowił  w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta.  Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość,  wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.

Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze żyje. Wokół tyle się zmieniało,  przyszły nowe inne czasy.

Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia.  Był  i czekał jak zwykle.

To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….

Na medycznej ścieżce. Teatr, moja namiętność.

Od czasów gorzowskich bardzo lubiłam teatr. Do poznańskiego teatru chodziłam sama. Lubiłam się zagłębiać w miękkie siedzenia krzesła w loży po lewej  stronie. W tej loży prawie nigdy nikogo nie było, bo widok na scenę był  zniekształcony przez ostry kąt widzenia. Tak więc miałam sytuację komfortową. Za niewielką cenę  znalazłam miejsce ustronne i pozbawione zadęcia niektórych widzów. Mogłam spokojnie przychodzić w swojej ulubionej zielonej ogromnej koszuli z tkaniny frotte, której chyba nigdy nie zdejmowałam, poza cotygodniowym praniem w rodzinnym domu w Gorzowie.

Zwykle , oczekując na początek spektaklu i w przerwach otwierałam podręcznik anatomii i uzupełniałam swoją wiedzę.

W tych czasach dyrektorem teatru Nowego w Poznaniu była Izabella Cywińska, która długo potem przeniosła się do Warszawy  a nawet w pewnym okresie była Ministrem Kultury .  Miała niezwykłą osobowość, wspaniały zespół i w tym okresie ten teatr należał do ścisłej czołówki w kraju. Wychowała tam Wiśniewskiego, który stał się bardzo uznanym reżyserem .

Repertuar był zróżnicowany, od Moralności pani Dulskiej i komedii Fredry do Hamleta w wersji nowoczesnej i wieczorów Różewicza , Herberta ale także Słowackiego.

Nieważny był repertuar, ważne doznania samotności w świątyni sztuki, oderwania od realiów  brutalnego medycznego życia .

Jednym słowem  uzyskiwałam pełen relaks i przestrajanie myślenia na łagodność…..

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Jerzy M.

  Jerzy M., o którym wspominałam wcześniej , że kiedyś powiedział mi , że mam oczy jak jeziora. I po krótkim, lecz ciekawym okresie,  który można nazwać” chodzeniem ze sobą”  , dalekich leśnych wędrówkach aż do granic podpoznańskiej miejscowości o dźwięcznej nazwie Kiekrz i  wspólnych niezapomnianych zajęć- prac  w zakładzie Medycyny Sadowej, wkrótce znalazł się na etapie kolejnych  poszukiwań ciekawych oczu i podbojów wygłodniałych  sercJ

Był z Moniką, która ubierała go w dziwaczne berety z pomponami, pewnie własnoręcznie udziergane, potem z Elą Grzeszczak- niewielką dziewczyną o semickiej urodzie i tubalnym głosie. Oczywiście był mi obojętny. Pewnie nigdy nie czułam do niego wielkiego sentymentu. Po prostu go lubiłam .

Wyszłam najspokojniej za mąż, ucinając wszelkie możliwości i potrzeby poszukiwania kogoś ciekawego.

Wydawało się, że  Jerzy to przeszłość, bezbolesna i mglista.

Nawet nie myślałam o nim, mając inne ciekawe tematy do przeżywania i rozmyślań. Sądziłam, że on też już w ogóle się mną nie interesuje. Jednak po pewnym czasie , gdy już byłam w Warszawie, zadzwoniła do mnie Bajka. Opowiadała, że  mama Jerzego spotkała jej ciocię i mówiła, że bardzo żałuje znajomości mojej i jej syna.

Któregoś dnia, mieszkaliśmy wówczas przy ul. Stołecznej, byłam już we wczesnej wprawdzie ciąży, miałam śliczną sukienkę w kwiatki, zadzwonił telefon.

Był to Jerzy. Mówił, że znalazł nasz nr telefonu przez biuro numerów , jest teraz w Warszawie u cioci Rzewuskiej- tak z tych Rzewuskich i chce się ze mną spotkać.

Odruchowo zaprosiłam go do naszej kawalerki, ale ostrzegłam, że mam tylko wolną jedną chwilę, bo zaraz się wybieram na zajęcia.

Wszedł, powitałam go oficjalnie i chłodno, z wyższością kobiety zamężnej.

Po chwili wyszliśmy z domu i pojechaliśmy tramwajem na moją uczelnię, gdzie na Oczki była stołówka akademicka. Tam zjedliśmy po talerzu darmowej zupy, po czym pożegnałam go ozięble. Już nigdy potem się nie odzywał i nawet się zastanawiałam dlaczego mnie  wtedy odszukał.

Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się na AM, roznosiły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy  z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, korytarzem przemykał Jerzy.

Nawet się ucieszyłam ze spotkania, przywitaliśmy się dość ciepło.

Okazało się, że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM- chyba historii medycyny, ma piękną żonę, która jest muzykiem  i dwóch synów.

Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna,  poza tym spieszyłyśmy się  do pociągu ,  więc z Jerzym nawet  nie poszliśmy  na kawę, prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM.

Pokiwał tylko głową, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak  po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał.

Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam.

Na szczęście mój  syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał  sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, dostał się na wymarzone studia .

 

 

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Bogdanek.

      Bogdanek J. był niewysokiego wzrostu, energiczny i sympatyczny. Miał  ładną  śniadą  skórę, ciemne bystre oczy. Lubiłam go, mimo, że jako chłopak nie budził mojego zaciekawienia.

Od pierwszych dni studiów zajmował się adorowaniem dziewczyny z naszego roku, ale z innej grupy , która należała do tzw. wyższych sfer.

Bo po pierwsze była poznanianką i chyba miała w rodzinie kogoś ważnego w  świecie medycznym.

Już kiedyś pisałam, że ta grupa trzymała się razem, znali się już wcześniej i nawet nie próbowaliśmy się z nimi przyjaźnić, bo wydawali się zarozumiali.

Ale może tak naprawdę nie było, tylko tak ich postrzegaliśmy.

Gdy z jakiegoś powodu pojawiłam się na chwilę wśród dawnych kolegów na początku 4 roku studiów, byłam już  po ślubie  i  z decyzją przeniesienia się do Warszawy, od razu koledzy mi donieśli,  że Bogdanek jest wolny, bo właśnie rozstał się  ze swoją dziewczyną. Pamiętam, że staliśmy wszyscy na dziedzińcu Anatomicum, gdy zjawił się Bogdanek i zaczął ze mną żwawo rozmawiać, pusząc się niby kogucik.  Dostrzegłam jakby zainteresowanie w jego oczach, ale bez słowa pokazałam mu swoją dłoń. Zapytał dlaczego pokazuję mu rękę- wskazałam na obrączkę i powiedziałam, że to jest obrączka –  bo pierścionek był ozdobny, rzeźbiony i ze srebra, wyglądał nietypowo , więc mógł budzić wątpliwości. I wtedy Bogdanek spochmurniał , popatrzył spode łba rozczarowany i wyraźnie zniechęcony a po chwili odszedł.

Oczywiście już go potem nigdy nie spotkałam. Ale pozostał w mojej pamięci jako fajny kumpel…

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich

W naszej grupie było niewielu chłopaków i nie stanowili oni dla nas, dziewczyn jakiejś specjalnej atrakcji.

Jednym z nich był Wojtek Michałek- Grodzki.  

Wojtek był ogromnym blondynem o różowej pulchnej twarzy i wielkich bardzo błękitnych oczach.  Mógłby grać rolę w filmach o polskich wieśniakach ale też odpowiednio ubrany w kontusz, z wąsami, podgoloną czaszką i szablą u boku byłby znakomitym wizerunkiem polskiego szlachcica.

Poruszał się flegmatycznie i właściwie nigdy się do nas nie odzywał. Zawsze był przygotowany i spokojnie beznamiętnie odpowiadał na pytania asystenta.

W czasie gdy” nasz Andrzejek” sprawdzał listę obecności i dukał kolejne nazwiska , jakby celowo nie doczytywał drugiego członu nazwiska naszego kolegi Wojciecha Michałka- Grodzkiego. Powtarzało się to nieomal codziennie. Albo była to mała załośliwość albo roztargnienie systenta.

I wkrótce poznaliśmy reakcję Wojtka. Najpierw chrząkał znacząco, potem wzdychał ciężko i po chwili  nabierał z wielkim świstem powietrza w płuca. Następnie szurał krzesłem i powoli  wyłaniał się zza stołu. Oczywiście zajęcia były przerwane i wszyscy wgapiali się na Wojtka. On w końcu stawał na baczność i dopiero wówczas wydawał z siebie gromki ludzki głos-  jestem Wojciech Michałek – Grodzki.

Nas asystent podbiegał do niego ,unosił się na palcach , bo był niskiego wzrostu i zaglądając mu w oczy , sepleniąc powtarzał  nazwisko Wojtka lecz już poprawnie. Zajmowało to trochę czasu, więc cieszyliśmy się jak dzieci w szkółce, że mniej zostanie czasu na odpytywanie.

Każdy z nas w ogóle by nie zwracał uwagi na błędnie przeczytane własne nazwisko, ale nie dotyczyło to Wojtka.

Wyobrażam go sobie jako bardzo dostojnego pana doktora, pewnie budzi szacunek i lęk u pacjentów i imponuje uporem….A tak naprawdę nie wiem co się z nim działo dalej i jaki był naprawdę…..

Na medycznej ścieżce. Asystent anatomii

 Na pierwszym roku studiów medycznych wszystko  było niezwykłe. Nagle znalazłam się w ogromnym mieście jakim się jawił Poznań , mój Gorzów został daleko – jazda pociągiem z przesiadką w Krzyżu trwała ponad cztery godziny .  Mieszkałam u obcych ludzi na dalekich peryferiach miasta. Pierwsze zajęcia na uczelni i ilość materiału do zakuwania powodowały zamęt w głowie. Jednym słowem wszystko było niezwykłe….

Jednak pierwszy asystent z którym mieliśmy zajęcia z anatomii był  zwykły . Inni asystenci mogli zachwycać urodą lub wiedzą a nasz  był niewysokim brzydalem.  Był synem znanego profesora, kierownika innej katedry Akademii Medycznej. Nazywał się Andrzej K.  My pomiędzy sobą  mówiliśmy o nim – nasz Andrzejek.  Koledzy podejrzeli, że przychodził czasami delikatnie mówiąc,  zawiany. Gdy pojawiał się na horyzoncie, zastanawialiśmy się, czy swoim wówczas tanecznym krokiem trafi do drzwi naszej Sali sekcyjnej. Bywało różnie, kiedyś przymierzał się aż cztery razy. Nie trafiał, cofał się pod przeciwległą ścianę , odbijał i lądował poza wejściem. Odetchnęliśmy z ulgą , gdy wreszcie dotarł do właściwej klamki .

Ale po przekroczeniu progu Sali błyskawicznie przytomniał i zajęcia prowadził w zupełnie niezłym stylu. Jeśli stylem można nazwać zwykłe szkolne sprawdzanie listy obecności , odpytywanie z zadanego materiału, którego objętość z dnia na dzień wynosiła średnio 250 stron podręcznika anatomii po redakcją Bochenka. Wystawiał oceny i przystępował do demonstracji preparatów i objaśniania .

Prawdopodobnie jego przypadłość powodowała, że nie wydawał nam się bogiem jak inni asystenci, a zwykłym ułomnym śmiertelnikiem i  trochę mniej się go baliśmy .

Na medycznej ścieżce. Wielkie uszy – terapia.

I wracam do opisywania moich dziejów z medycyną związanych .

W poprzednich wpisach , które znajdują się w rozdziale zatytułowanym” Na medycznej ścieżce” było o wczesnym dzieciństwie i lalce z nacinanym i zszywanym brzuchem, chorobach rodziców , o spotkaniu  dr Piotr Kunowicza,  dr Kaczmarka , którzy stali się  dla mnie wzorcem postępowania prawdziwego lekarza.  Potem opisywałam pierwsze zetknięcie z blokiem operacyjnym, gdzie nieomal zemdlałam słysząc dźwięki piłowania kości. Potem  był  okres  studiów w AM w Poznaniu, najbardziej charakterystyczne zajęcia z nieszczęsnym ‘ dziurawym wojskiem” włącznie i pożegnanie tego miasta. Dla mnie najsilniejsze i swoistą dramaturgią nasycone są wspomnienia  ze szpitalnych praktyk…

Teraz już studiuję w Warszawie ale wracam myślami do swoich poznańskich kolegów.

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Wielkie uszy – terapia.

  Spośród dość bezbarwnych kolegów  odznaczał się  Leszek Milanowski. Był niewysoki, energiczny, ruchliwy i zawsze miał opanowaną wiedzę medyczną.  

Miał jednak wielki kompleks.

Był właścicielem dość dużych uszu, czego nawet początkowo nie dostrzegałam.

Ale Monika była od mnie dużo bardziej bystra i któregoś dnia opowiedziała mi o tych uszach i dziwnym zachowaniu Leszka. Potem i ja zwróciłam na to uwagę. Gdy tylko padało słowo uszy czy ucho, niezależnie od okoliczności i wcale nie związane z jego osobą, np. ktoś mówił ” bolały mnie dzisiaj uszy”- Leszek purpurowiał i chrząkał nerwowo.

Któregoś dnia Monika postanowiła wyleczyć go z kompleksów.

Zastosowała metodę, której nie znałam a nawet wydawała mi się co najmniej kontrowersyjna.

Otóż w momencie, gdy wchodziliśmy do naszej sali ćwiczeń, Monika wyraźnie i głośno, tak, aby wszyscy słyszeli, witała Leszka słowami :

O, cześć Leszek, jakie masz piękne duże uszy.

Byłam spłoszona, podobnie jak ten kolega. Chciałam się zapaść pod ziemię. Widziałam, że wszyscy nieruchomieli, cała sala nagle milczeniem się pokrywała i czułam jak narastało ciśnienie do granic bólu uszu…

Wyobrażam sobie jak on się wtedy czuł.

Ale Monika z uporem powtarzała tę formę powitanie, codziennie przez kilka kolejnych dni .

I wtedy wydarzył się cud.

Pewnego dnia jak zwykle zbieraliśmy się w sali sekcyjnej w Collegium Anatomicum i tam właśnie nastąpił wiekopomny moment naprawdę wart uwiecznienia przynajmniej skromną tablicą na murze uczelni. Otóż na niezmienne dictum  Moniki” witaj Leszku, jakie masz piękne uszy” nagle  pękł balon naszego niepokoju bo zupełnie niespodziewanie Leszek się rozpromienił !!! Nie zapłonął przy tym swoim krwistym rumieńcem, nie uciekał oczami w okolice sufitu gdzie spokojnie żeglowały muchy unosząc na łapkach formalinowe ślady skąd czerpane, nie muszę pisać.  Tym razem tak nie było. Leszek patrzył śmiało w oczy Moniki , i najnormalniej w świecie   wybuchnął śmiechem. Oczywiście po chwili ciszy i my zaczęliśmy się pokładać ze śmiechu. Dobrze, że jeszcze nie zaczęły się zajęcia, bo nasz śmiech w takim miejscu był co najmniej niestosowny. Ale cóż, byliśmy bardzo młodzi, a okazja do wspólnego śmiechu naprawdę niezwykła.

Czułam jak wszystkim spada wielki kamień z serca.

Od tego momentu już wszystko było dobrze.

Monika odniosła sukces.

Leszek poczuł, że go naprawdę lubimy  a rozmiar jego uszu nie ma żadnego znaczenie.

Moje uwielbienie dla Moniki sięgnęło sufitu…..

Na medycznej ścieżce. Małgosia.

 

 Ale najważniejsza znajomość z czasów poznańskich,   tak pięknie rozwojowa, że nawet mogę ją teraz nazywać przyjaźnią, to Osoba Małgosi Krajewskiej.

Nie była w naszej grupie studenckiej , ale miałyśmy  zajęcia z anatomii w tym samym czasie . 

Rozpoczynały się one  ok. godziny 16, ale wszyscy przybywali znacznie wcześniej.

Siadaliśmy wówczas na schodach, rozkładaliśmy książki i w oparach dymu papierosowego pospiesznie zakuwaliśmy , usiłując w ostatniej chwili wbić sobie do głowy tajniki anatomii. Przepytywałyśmy siebie nawzajem, więc było gwarno, chaotycznie.

To był klimat niepowtarzalny, zdarzył się tylko jeden raz w życiu.

Wspominam te czasy z czułością.

 I właśnie wtedy zauważyłam dużą, bardzo poważną dziewczynę o krótkich , poskręcanych tzw trwałą, włosach , które miały bliżej nieokreśloną  barwę.

Krótko mówiąc, nie dostrzegałam w niej wielkiej urody, na pewno była przystojna, ale wyciszona i jakby wyhamowana.

Zresztą obie byłyśmy zajęte swoimi koleżankami. Małgosi zawsze towarzyszyła Ola  , ciemnooka i ciemnowłosa niewielka, bardzo energiczna i zawsze ruchliwa.  Były mieszkankami Poznania, znały się od dawna i widać było, że łączy je przyjaźń i jakby porozumienie ponad zwykłe więzi studenckie.

Ja wpatrywałam się z uwielbieniem w Monikę, usiłowałam ją naśladować, udając wielkie rozbawienie i  wieczny luz. Zastanawiam się na tym , co napisałam. Nie, ja nie udawałam luzu, po prostu w tych okolicznościach i przy tych ludziach właśnie tak czułam.

Małgosia po latach określiła nas , szczególnie Monikę, jako nieco zdziwaczałe, szalone, a nawet zbliżone do wariatek dziewczyny .

W tych czasach , z Małgosią , chyba niewiele rozmawiałyśmy ze sobą, ale zadzierzgnęły się między nami silne , jak się okazało więzy , które pewnie wynikały z naszej bardzo specyficznej sytuacji, przypominającej warunki więzienne.  Tworzyłyśmy wtedy zupełnie odrębną zamkniętą i skonsolidowaną społeczność, powiązaną silnym przeżywaniem bardzo trudnych pierwszych chwil medycznej edukacji.

Jak silne były nasze wzajemne relacje, mogłam to ocenić po bardzo wielu latach.

Otóż w  1981 roku rozpoczęłam pracę w CZD ( pewnie te czasy opiszę później ) . Któregoś dnia Ania Jungowa zabrała mnie do stołówki szpitalnej.

 Gdy kupowałam obiad u pani, która siedziała na środku sali jadalnej, Ania pokazała mi z daleka kobietę zjawiskowej urody.

Powiedziała, że jest to dr Małgorzata Walasek, i że jest prawą ręką profesora genetyki, prowadzi poradnię genetyczną i jest świetnie rokującym młodym naukowcem.

Stałam i patrzyłam w  kierunku Małgorzaty.

A ona już płynęła w naszym kierunku, wysoka, prosta, smukła z długimi jasnymi włosami, luźno upiętymi w ogon koński . W turkusowym mundurku, bo takie nosili w CZD lekarze wyróżniała się z tłumu i jaśniała tajemnym blaskiem.

Spotkałyśmy się obok stolika, gdzie pani wycinała kartki na kolejne obiady.

Ania usiłowała nas sobie przedstawić.

Ale nie było takiej potrzeby, bo w tej chwili nieomal wykrzyknęłam- Małgosia!

Ona powiedziała, że rozpoznała mnie z daleka i dlatego natychmiast przybiegła .

Oczywiście doskonale  zapamiętała moje imię.

Teraz tylko uzupełniłyśmy informacje o sobie, podając aktualne , przejęte od naszych mężów nazwiska.

Ona w czasach studenckich  nosiła nazwisko Krajewska, a ja Łukaszewicz. Teraz byłyśmy Walasek i Konopielko.

Mimo upływu czasu i zupełnie innej sytuacji niż poznańskie studia , przywitałyśmy się z wielką radością i sympatią. Wydawało się, że rozstałyśmy się przed kilkoma dniami.  

Od tej pory spotykałyśmy się dość często .

Ponieważ obie mieszkałyśmy na Żoliborzu, w środkach komunikacji spędzałyśmy wiele godzin, gadając bez pamięci.

Poznałyśmy swoje problemy rodzinne , jakieś sekrety, udzielałyśmy sobie różnych porad. Zawsze podziwiałam jej mądrość , rozsądek i nieustanną chęć pomocy.

Gdy moja Paulina przygotowywała się do matury, jej córka zadeklarowała pomoc w nauce. Bo wtedy już była studentką lingwistyki stosowanej, zresztą ukończyła to samo w którym była moja Córka- Liceum im Stefanii Sempołowskiej. Dobrze  więc znała tamtejsze zwyczaje i nauczycieli. Przez jakiś czas się spotykały i na pewno pomoc córki Małgosi była cenna.  Małgosia też doradziła, by moja Paulina zdawała na maturze biologię, a nie jak planowała historię.

Dodatkowo, nomen omen, jej córka też nazywała się Paulina. Uważałam, że był to  niebywały splot okoliczności…..

W działaniach  medycznych Małgosia zawsze spieszyła z poradą , włączała się w różne moje i moich dzieci problemy, zawsze aktywna i zaangażowana.

Od dawna jest uznanym w świecie profesorem genetyki, Kierownikiem Zakładu Genetyki CZD, niezwykłą żoną i matką.

Ma uroczego męża , Jerzego, dziennikarza i spotkania z nimi są miłe, z przyjemnością obserwuję, jak wzajemnie siebie traktują , poważnie z czułością. A przecież są już małżeństwem z bardzo dużym stażem, pobrali się przecież tuż  po ukończeniu studiów.

Życzę Im wielu dobrych lat i myślę o Nich z wielką sympatią i szacunkiem.

 

 

Na medycznej ścieżce. Koleżanki z czasów poznańskich.

Przez wiele lat nie wracałam myślami do czasów poznańskich. Przeszłość stała się  zamkniętą kartą a moja  księga życia stale była otwierana  na kolejnych , niezapisanych jeszcze stronach .

Teraz, gdy mam 65 lat, jestem na emeryturze i tylko trochę pracuję,  nadszedł czas powrotów.

I oto jestem tam, w Poznaniu. Młoda, z zapałem w sercu, radosna i przejęta studiami. Siedzimy wokół stołu sekcyjnego , zamknięci w Sali w Collegium Anatomicum,  drżąc ze strachu i dzielnie stawiając czoła emocjom, tak trudnym do udźwignięcia w naszym młodym wieku. Zakuwanie, odpytywanie, system ocen, zajęcia sekcyjne to była nasza codzienność w niezapomnianym 1965/1966 roku.

Widzę nas wszystkich, dokładnie pamiętam miejsca, które każdy zajmował   przy wspólnym stole służącym do rozkładania książek tj podręczników anatomii pod red Bochenka, popularnie zwanych bochenkami, bardzo przydatnymi skrótami anatomii pod red Krechowieckiego i ogromnymi atlasami anatomicznymi. Na szczęście były wówczas ładne, dobrze opracowane i co najważniejsze, niedrogie atlasy rosyjskie pod red Sinielnikowa.

   Naprzeciwko mnie siedziała drobniutka blondynka o różowej cerze, która ze strachu tak ładnie oblewała się krwistym rumieńcem i trzepotała rzęsami. Nazywała się wtedy Krysia Graduszewska . Spotkałam ją po wielu latach, gdy już pracowałam w CZD. Niewiele się zmieniła, mimo, że już miała duże dzieci. Była  uznanym w Bydgoszczy kardiologiem dziecięcym i w czasach, gdy ECHO serca było wykonywane przez pionierów, ona prowadziła taką pracownię. Do CZD przybyła na kurs kardiologiczny. Wyściskałyśmy się radośnie, ale potem każdy wrócił do swojego poprzedniego życia i już więcej się nie spotkałyśmy.

    Niedaleko Krysi siedziała Alicja. Wydawało się, że jest twardą, spokojną, pewną siebie dziewczyną, uczyła się pilnie. Chyba nie udało się jej zaliczyć pierwszego roku studiów, co wiązało się z koniecznością opuszczenia uczelni. Jak potoczyły się jej losy, nie wiem.  

   O Monice Brzezickiej  pisałam już wcześniej. Była ładna, przystojna , mądra i zawsze pełna pomysłów . Jej trochę udziwniona osobowość  od początku mnie fascynowała i przyciągała, do tego stopnia, że wielokrotnie starałam się ją naśladować, dodając oczywiście swoje , wcale nie małe fanaberie. Spędziłyśmy razem wiele czasu i ten czas był niezwykły.  Nasze wspólne wyprawy nad morze nadal pachną słoną  bryzą, tak jak kiedyś….Straciłyśmy kontakt i myślę z żalem , że bezpowrotnie.

Z tamtych czasów pozostała mi tylko jedna koleżanka, nadzwyczajna postać  i  stale mi bliska . Ale ta znajomość zasługuje na odrębne wspomnienie.  To Małgosia Krajewska, obecnie Walasek. Profesor genetyki w Centrum Zdrowia Dziecka.