Na pierwszym roku studiów medycznych wszystko było niezwykłe. Nagle znalazłam się w ogromnym mieście jakim się jawił Poznań , mój Gorzów został daleko – jazda pociągiem z przesiadką w Krzyżu trwała ponad cztery godziny . Mieszkałam u obcych ludzi na dalekich peryferiach miasta. Pierwsze zajęcia na uczelni i ilość materiału do zakuwania powodowały zamęt w głowie. Jednym słowem wszystko było niezwykłe….
Jednak pierwszy asystent z którym mieliśmy zajęcia z anatomii był zwykły . Inni asystenci mogli zachwycać urodą lub wiedzą a nasz był niewysokim brzydalem. Był synem znanego profesora, kierownika innej katedry Akademii Medycznej. Nazywał się Andrzej K. My pomiędzy sobą mówiliśmy o nim – nasz Andrzejek. Koledzy podejrzeli, że przychodził czasami delikatnie mówiąc, zawiany. Gdy pojawiał się na horyzoncie, zastanawialiśmy się, czy swoim wówczas tanecznym krokiem trafi do drzwi naszej Sali sekcyjnej. Bywało różnie, kiedyś przymierzał się aż cztery razy. Nie trafiał, cofał się pod przeciwległą ścianę , odbijał i lądował poza wejściem. Odetchnęliśmy z ulgą , gdy wreszcie dotarł do właściwej klamki .
Ale po przekroczeniu progu Sali błyskawicznie przytomniał i zajęcia prowadził w zupełnie niezłym stylu. Jeśli stylem można nazwać zwykłe szkolne sprawdzanie listy obecności , odpytywanie z zadanego materiału, którego objętość z dnia na dzień wynosiła średnio 250 stron podręcznika anatomii po redakcją Bochenka. Wystawiał oceny i przystępował do demonstracji preparatów i objaśniania .
Prawdopodobnie jego przypadłość powodowała, że nie wydawał nam się bogiem jak inni asystenci, a zwykłym ułomnym śmiertelnikiem i trochę mniej się go baliśmy .
