Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 4 ). Omdlenia na „wesoło” .

Ponownie to samo zdjęcie  które zamieściłam  w Pamiętniku  Jurka  – może to my , młodzi – jako te  ” brzydkie kaczątka” ?

Leszek Milanowski z Wnukiem zajęci pracą , głowa w głowę …. piękne, klimatyczne to Wasze zdjęcie …. Dzieci, Wnuki to najcenniejszy Dar otrzymany od Życia – kontynuacja …. .

Jerzy T. Marcinkowski, chyba w Bangkoku, z twarzą zwilżoną  złotą wodą ?. To może stąd ta wyśmienita kondycja ? Może kiedyś nam opowiesz o tej swojej wyprawie …. oczywiście zdjęcie jest własnością JTM. 🙂

Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.

Może mi wybaczycie, lub po prostu czytać mojego nie będziecie . Ale muszę zwyczajowo pogadać, a może też chcę oddalić to co „ najsmaczniejsze”- podać na końcu- jak najbardziej wysmakowany deser – tak mam –  gdy czytając bardzo ciekawą, inspirującą myślenie i malującą w głowie obrazy – książkę – czynię to wolno, coraz wolniej – bo żal ją odłożyć na półkę ….

A więc zaczynam raz jeszcze :

Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.

Najpierw miałam przyjemność „ wrzucenia” pamiętnikowej opowieści Jurka Marcinkowskiego i przez cały dzień sobie „ fruwałam „ z tej radości – wprawdzie malutkiej  – ale  wszak z małych Radości składa się życie…

Byłam najnormalniej  szczęśliwa, że Nasz Profesor Dostojny Jurek , choć czasem  żartobliwy, ale w gruncie rzeczy chyba introwertyk  – uchylił nieco „ przyłbicę” – czy jak się TOTO zasłaniające twarz  nazywa w szermierce  którą to uprawiał we wczesnej młodości ( nawet był mistrzem polskich  juniorów ) ?.

 Dzień sobie trwał, na naszym Grupowym Messengerze dziewczyny gadały przeszkadzając Ewie w pracy a Leszek  odzywał się tylko czasami – choć raczej lakonicznie – głównie milczał i nie zgłaszał się do telefonu  – jak zdążył napisać  – był   mocno  zajęty operacjami w tej swojej Anglii . Jurek podobnie wędrował po meandrach  licznych zajęć i zaglądał do mess rzadko.

Ogólnie więc, było spokojnie, ba, nawet pogodnie nudnawo.  

Tradycyjnie poszłam spać” z kurami” i wstałam  przed świtem…

O tej porze, jak zawsze Cisza była dookolna i we mnie spała jeszcze Cisza – ale tym razem spała krótko. Bo niecierpliwy smartfon tak kusił i nęcił , jakby tylko czekał na ” zaopiekowanie „ i wzywał tak, że po chwili tuliłam i ogrzewałam go w dłoniach, jak bliskiego przyjaciela 🙂 . Gdy zajrzałam do tego, co chciał mi powiedzieć , najpierw smuta, że nie odebrałam późnego jak na mnie,  telefonu od Leszka ale niebawem, gdy tylko  „przekroczyłam progi” Messengera  „poderwałam się do lotu”.

Odkryłam bowiem późnowieczorną rozmowę Leszka z Jurkiem. ….

Leszek, pomimo tego, że praca kradła Mu czas 🙂 , zdążył przeczytać ostatnią , tu zamieszczoną , „ kartkę” z Pamiętnika Jurka Marcinkowskiego. I w dodatku napisać swoje. Nie tylko zdążył nam tyle opowiedzieć, momentami żartując  ( tak, po latach człek nabiera dystansu do siebie  i nawet tzw. czarny humor przefiltrowany przez nr Peselu – po prostu cieszy) ale też wysnuć mądry, choć odwiecznie prawdziwy  wniosek . Dzięki Leszku …..

A oto ta rozmowa – opowieść, kopiuję w całości, wrzucając ( może niepotrzebnie ?) jedynie swój „ uśmiech „ i wykrzykniki  :

 Leszek :

Ciekawa opowieść Jurka o omdleniu.

A jeszcze cenniejsze reakcja Jego Ojca.

Kiersz był głupi. ( to ad wspomnianego w Pamiętniku Jurka naszego asystenta na anatomii prawidłowej – przyp. Z.K.) 

Po pierwszym roku praktykę odrabiałem w Kutnie u Ojca na chirurgii. Pozwolił mi stanąć na czwartego do cholecystektomii. Wystarczyło trzymać ręce na stole. Po ok 45 minutach nagle ciemno przed oczami i walnąłem głową o posadzkę (to od tego uderzenia jestem zwariowany).  🙂

Ojciec nie komentował – jak następnego dnia znów stanąłem i znów walnąłem. Ojciec tylko kazał jednej salowej uważać –  co by za mną stała – bym więcej nie niszczył posadzki.  🙂

 Obok przygotowany był wózek na który mnie kładli z uniesionymi nogami.  🙂

Oczywiście pełnia śmiechu i kompromitacja (?) dla ordynatora.

Ich śmiech kazał mi pokazać.  Że się nie dam.

Po kilku dniach przeszło i się nie powtórzyło nigdy….

Nie zapomnę kilkugodzinnej trepanacji czaszki w czasie tej praktyki i zakładania koleżance z klasy gipsu na złamaną miednice. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem żywą kobietę i to jeszcze pięknej budowy.  🙂 To będzie inna opowieść …

Na złość losowi musiałem zostać chirurgiem.

W czasie operacji najlepsze jest to, że nic więcej Cię nie obchodzi.

Sam najdłuższą robiłem 13 godzin. Redakcja żuchwy z dnem jamy ustnej i rekonstrukcja płatami uszypułowanymi. Oboje przeżyliśmy. J  Inna historia o której napiszę. Trzeba walczyć do samego końca.  ( !!! )

A najdłuższa, do której asystowałem w Warszawie to 25 godzin resekcja po kawałkach wątroby i częściowo trzustki z rekonstrukcją nowych dróg żółciowych motocyklisty z Kutna zresztą. Nie został dawcą organów.  ( !!! )

Jerzy

O, Leszku, ale piękna ta Twoja opowieść!!!

Leszek

Jurek, Twój Ojciec zrobił to samo co mój. Pozwolił Ci pokonać samego siebie.

Jerzy

No widzisz Leszku, podobnie nam się przytrafiało

Leszek

Dla mnie wniosek jak wychowywać swoje dzieci by same dawały sobie radę w życiu.

 

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 3 ). Leszek Jurek i uśmiechnięta cykoria.

Leszek Milanowski, zdjęcie z internetu

Leszku miły !

Jak fajnie dziś nam się gadało przez telefon. Jesteś empatyczny, otwarty i dowcipny – zresztą taki jak kiedyś – takiego Cię zapamiętałam w tym naszym pamiętnym 1965 roku , kiedy rozpoczynaliśmy poważne życie z medycyną.  

Miły gawędziarz z Ciebie.

Rozmawialiśmy więc o sprawach poważnych, bo o Twojej Córce Anuli – która tak pięknie do Ciebie napisała na FB w Dniu Ojca – skopiowałam i znajduje się w poprzedniej części pamiętnika. Dziewczyna  to Niezwykła  i zasługuje na odrębną tu opowieść;  było też o Twojej pracy, planach, no i oczywiście o Pamiętniku. Po raz enty mówiłam, że moim marzeniem jest zostawić po nas ślad dla naszych dzieci – nie tylko dane personalne – że byliśmy i coś tam w życiu zdziałaliśmy – ale jakimi byliśmy ludźmi, jak nas postrzegano – jednym słowem marzy mi się opowieść o naszym Człowieczeństwie – nawet z wadami –  do czego niełatwo się przyznać, doświadczeniami,  zachowaniami  w różnych sytuacjach i o tym kto był z nami blisko i dlaczego nas lubiano lub  nie,  kto był nam obojętny . A ponadto jak to wszystko się przełożyło na relacje koleżeńskie po przeszło pół wieku nieobecności w życiu  ………. 

Gdy  gawędząc z Tobą dotarłam pod dom –  na drodze właśnie ćwiczył mój mąż, który  powiedział, by Cię pozdrowić. A Ty –  jak zwykle żywiołowy  – poprosiłeś o „ podanie go  do telefonu „. Wasza rozmowa trwała chwilkę, ale wybuchaliście śmiechem,  a moje ucho  usłyszało  jednym swoim kątem 🙂 Twoją odpowiedź, na zaproszenie do Michałowic – iż  się  boisz odwetu – bo masz chęć  mnie porwać  🙂 . Może nie dosłownie cytuję, ale sens był taki.

Oj, Panowie,  nie brakuje Wam dystansu do wieku, płci i siebie. Oczywiście i to mnie wprawiło w dobry humor, bo która kobieta nie marzy o porwaniu 🙂 , bo poza tym dzień zgodnie z moją wczorajszą zapowiedzią  w Grupie zaczął się dobrze.

….

Ale wpis dzisiejszy , który” wpadł do mnie” o świcie miał być całkiem inny, bo o cykorii . Brzmiał tak :

Leszku Miły !

Pomysł dzisiejszego wpisu przyszedł do mnie rano.

Gdy zauważyłam Twój nocny komentarz ( będzie na końcu tej opowieści – dla mnie BOMBA )  pod moim zdjęciem cykorii , które zamieściłam na Facebooku   zupełnie zaskoczona, roześmiałam się nieomal w głos . To zjawisko do tej pory występowało  u mnie raczej rzadko – ale  od czasu, kiedy Was ponownie spotkałam – gości we mnie coraz częściej. Wszyscy  tj. Mariolko, Jurku i Leszku  a także przybyli niedawno  spoza naszego kręgu studenckiego – internetowi przyjaciele – Elu i Ewo jesteście Kochani, Niepowtarzalni i odkrywacie  Siebie tak pięknie, aż chce się żyć …..

Oto ja, z Mamą , tj. Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz.  Chyba już wtedy budziły się we mnie pasje podróżnicze 🙂 . Potem już nigdy nie siedziałam na motocyklu.  Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu.

A więc zwyczajowo – po kolei. Może „ pojadę” kuzynką Babci – Marią Rodziewiczówną – no cóż mam w sobie odrobinę tamtego genu ….. 🙂

Był koniec wczorajszego dnia, wrześniowy wieczór nadchodził  wielkimi krokami . Słońce wreszcie poszło spać. Jednak jak rozkapryszone dziecko przedtem uprawiało  szalone krwiste igry na niebie, potem łagodząc tamte obrazy zostawiło nam łagodne pastelowe obrazy pod powiekami  – dokumentacja się dokonała i zdjęcia zostały  wysłane w  wirtualny świat , tj. do „naszego „Messengera ….

I wreszcie  wtedy, zaspokojona widokami,  wróciłam do naszego michałowickiego domku, gdzie gościła cisza. Tylko cisza była z nami, choć zza okna wdzierały się ostre dźwięki balangi muzycznej  u sąsiadów,  u nas tylko WIELKA CISZA   – dwie lampki – pod jedną Mąż czytający książkę , pod drugą ja – przed laptopem,  z otwartym Messengerem – ale w tej cichości miotana mnogością uczuć.

Miejsce akcji przeniosło się do  internetu , który bezszelestnie i cierpliwie przenosił nasze myśli. Bo wszystko się działo pomiędzy Jurkiem , Leszkiem i mną. Reszta naszej messengerowej Grupy gdzieś zniknęła….

W tym samym czasie , Jurek Marcinkowski być może ( przecież dokładnie nie wiem, ale kiedyś wspomniał o Domowych zwyczajach ) ogrzewał się ciepłem poznańskiego  domowego Ogniska,  przesiadując nieopodal  Żony, w dużym pokoju, a nie w  swoim gabinecie, Oczywiście był włączony  telewizor i komputer, może miał słuchawki  na uszach  ( nie wiem jakie – może poproszę Go o zdjęcie ) , może też rozlewał białe wino, które właśnie kupił w okolicznym, mającym się likwidować  – Tesco – gdzie poza zakupami można poczytać aktualną prasę.

W tę domową sielankę wczoraj wkraczałam dość stanowczo i jak to ja-  za nerwowo  –  za co bardzo Go przepraszam – nieustannie coś pisałam  na mess oraz czasem wysyłałam  fragmenty korespondencji z Leszkiem. Oczywiście Jurek grzecznie wrzucał jakieś zdawkowe słowo, ale miałam wrażenie,  że   opędza się ode mnie  jak od natrętnej muchy.  Pewnie jednocześnie słuchał i oglądał  wiadomości różnych telewizji, pochłaniając informacje i szlifując znajomość wszystkich języków świata – oto nasz cały Jurek.  Potrafi równocześnie  wykonywać  kilka czynności – zadziwiająco  panując nad sytuacją (czego doświadczyłam niedawno , gdy pisaliśmy wspólne artykuły). Napisałam, zadziwiająco – bo trochę Pesel nam podrósł 🙂  , ale przed ponad 50 laty Jurek też tak miał – dobrze pamiętam , gdy coś do Niego gadałam w czasie zajęć  a On nie tylko odpowiadał – ale skrzętnie notował treść wykładu 🙂 .

Też mam podzielną uwagę, ale jednak, gdy zajmie mnie jakaś sprawa poświęcam się jej cała .

Wczoraj byłam pełna emocji – gdyż nawiązałam kontakt z Leszkiem ( oczywiście na Messengerze).  Problem dotyczył pamiętników – moich pytań o to,  co mogę z Jego listów do mnie zamieszczać, a czego – nie. Ale  gdy zaczął pisać o literówkach  i właściwie nie odpowiedział na pytanie – ja jako osoba Nadwrażliwa 🙂  ( definicja w necie – jeśli Ktoś ciekaw ) od razu pomyślałam, że nie jest zadowolony a może w ogóle chce się wycofać. I właśnie wtedy przyatakowałam Jurka – o czym było powyżej. Jednak potem się okazało, że Leszek „ wrócił „ do mnie po przeprowadzeniu ważnej dyskusji politycznej na FB i wszystko już było ok.

Jedno tylko mam na usprawiedliwienie – pomysł pisania naszych Pamiętników  oraz połączenie nas w Messengerze –  był Jurkowy – więc niech „spija wino, które sam uwarzył „  🙂

Jerzy T. Marcinkowski ze swoją piękną  siostrą Ewą Collony – Walewską ( też lekarką ). To bardzo ciepłe zdjęcie otrzymałam od Jurka .

A dzisiaj o świcie, po wykonaniu zdjęć budzącego się dnia , zerknęłam do FB, gdzie wczoraj wrzuciłam fotografię cykorii i rozpoczęła się tam  krótka i niewiele znacząca dyskusja.

Ale teraz  nagle zauważyłam , że Leszek wrzucił coś swojego pod zdjęciem mojej cykorii. Przeczytawszy –   zaniemówiłam , po czym wpadłam w doskonały , a nawet szampański humor….

….

No, ale dość gadania, bo dotarliśmy do tytułowej cykorii.

Pozwoliłam sobie skopiować całą stronę z FB

Poniżej podpis, zdjęcie wykonane na łąkach nadbużańskich i komentarze :

Cykoria podróżnik jeszcze uśmiecha się nieśmiało …

zdjęcie własne.

Komentarze :

Jerzy Marcinkowski Nauczyłem się rozróżniać cykorię podróżnika od chabrów 🙂

Jerzy Marcinkowski Podziwiam artystyczne zdjęcia kwiatów 🙂

Klara Klon A czy ktoś lubi cykorie białe liściaste pędy tego kwiecia hodowane bez dostępu światła pyszne gorzkawe ?

Jerzy Marcinkowski To te kwiaty się je?!

Klara Klon Można dodawać do sałatek kwiaty i młode zielone liście choć tylko w małych ilościach

Jerzy Marcinkowski Czyli jak się podaruje kobiecie bukiet kwiatów polnych to może stać się tak, że ona z tego bukietu zrobi pyszną sałatkę 🙂

Leszek Milanowski Jeśli Cię tym nakarmi to znaczy że obie strony dają z siebie co najlepsze, byle kwiaty polne nie były dawane z intencją zrobienia sałatki. Smacznego.

 Czy przeczytaliście dokładnie ?

Czy wiecie dlaczego byłam najpierw zaskoczona a potem rozweselona ?

Odpowiem od razu.

Bo Chłopaki mnie zauroczyły ….

Ale Leszek głębią swojej, rzuconej jakby mimochodem, myśli spowodował, że  „popłynęłam” z nią dalej aż pojawił się we mnie taki oto obraz :

 Otóż  wchodzę  na moją nadbużańską łąkę i zauważam  w dali jakby znajome sylwetki – to Leszek i Jurek myślę  z uciechą – rozsiadam się więc wygodnie  na tej  pięknej, dziewiczej  wonnej trawie przetykanej cykoriami, chabrami i usianej późnymi makami – czekam i marzę.  A już Leszek nadbiega  z kierunku angielskiego a Jurek  z poznańskiego . Każdy z bukietem  barwnych polnych kwiatów .

Jurek rzuca swój bukiet ze sprawnością szermierza – od lewej strony – bo leworęczny, jak kiedyś napisał – trafia na moje prawe  udo –  a Leszek ze sprawnością chirurga plastyka wrzuca  bukiet  bezpośrednio na mój podołek okryty szeroką barwną spódnicą.

Jest piękny młody nasz czas , wszyscy zauroczeni sobą i tacy jeszcze niewinni.

Ale każdy  myśli – chyba nie wtedy – a dopiero teraz , myśli swoje – bo już doświadczenie i życie smakowane wielokrotnie i wiedza. I ja myślę –   który z Nich marzy tylko  o sałatce zdobnej kwiatami ? , a który chce tylko  „dawać z siebie” ?

Tego nie wiem –  i nigdy się nie dowiem. Bo kwiatów od Nich nie dostałam i już nie dostanę  🙂

bo ta nasza  pierwsza młodość gdzieś w dalekiej dali – choć jest – tylko trochę inna –  bo jesteśmy od niedawna  razem i tętni w nas to samo serce i te same uczucia płoną –  nic to – że już dojrzałe jak te jesienne kwiaty z bukietów …..

 

zdjęcia kwiatków własne a u stóp Paryż …

 

 

 

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 2 ) . Leszek, Jurek i nasza reszta .

 A to specjalnie dla Leszka –  panorama Kutna – może się wzruszy i coś nam opowie o mieście swojego urodzenia ,  gdzie nadal trwa pamięć  o Jego Rodzicach – Tata lekarz, Mama  uczyła historii w LO ….

zdjęcie własne, może to my dawni jako te łany kwiatów ? 🙂

Jurek Marcinkowski przysłał mi to wielomówne zdjęcie 🙂  . Jednym słowem , cała prawda o naszych chłopakach 🙂

Leszek Milanowski teraz, zdjęcie z Facebooka . Fajnie wyglądasz,  włos zachowany, okulary a za nimi Twój dawny uśmiech trochę przekorny i dobre oczy ….

 

a to Wasza koleżanka, Zosia , wtedy Łukaszewicz, może 16 letnia ,  a teraz nieposkromiona gaduła i gospodyni tego blogu 🙂

                                  Jakoś dzisiaj mi śpiewa Sława Przybylska . „ Gdzie dziewczyny z tamtych lat…” i parafraza tytułu :  „ Gdzie chłopaki z tamtych lat „ ….  wprawdzie piosenka o czasach wojennych i o innych dziewczynach i chłopakach ,  ale cóż mogę na to poradzić. Ta piosenka weszła mi w głowę, i już … I jest rok 1965 i widzę nas przy stole w Anatomicum, i na korytarzu czy  siedzących na schodach szerokich zawijających się pięknie . Nie mam zdjęcia tych schodów, kiedy będę w Poznaniu , nie wiem, może już nigdy. Ale ktoś mądrze powiedział Nigdy nie mów nigdy. Więc nie mówię i wierzę , że jednak kiedyś … a może tymczasem Jurek popełni  fotografię i ją do mnie przyśle –  bo bywa w Zakładzie Medycyny Sądowej – ale tak zajęty, że nie śmiem Go prosić o zdjęcie, tylko jedno zdjęcie schodów z drewnianą poręczą  –  na której kiedyś jakiś nasz kolega zjeżdżał ( może pamiętacie który ?, bo ja nie ) . 

Właśnie nadchodzi Jurek  Chłopak o sylwetce aktywnego sportowca, ważący słowa, chyba trochę nieśmiały, a może rozważający czy warto i do kogo warto coś powiedzieć . I wpada niewysoka energetyczna Irenka o migdałowych oczach  wnosząc do Sali przygasającą wobec powagi miejsca falę swojego  pięknego zaraźliwego śmiechu , którym na przerwach częstuje wszystkich ,  aż oni się chichrają, bo śmiech tam bardzo potrzebny jako przeciwwaga wszystkiego co się dzieje w Anatomicum . I oto chyba najbardziej spóźniony  Leszek teraz wyciszony, ale nieustanny Wiercipięta – jasny chłopak z promiennymi rozjarzającymi się nagle oczami . I pewnie w innej grupie, w innej Sali Mariolka ze świetlistą burzą blond włosków – której nie zapamiętałam, ale poznałam teraz i jestem szczęśliwa.

Jesteśmy, żyjemy, żyją nasze słowa tu zapisane  –  w Pamiętnikach Jurka, Mariolki i Leszka oraz dawno temu wrzucone tu przeze mnie .  

I nasze myśli wymieniamy  i poznajemy się nawzajem. Chyba. Chyba się poznajemy. I dotarła do Grupy na Messengerze Ewa z Opola, która pokazuje nam urodę swojego miasta i z nami gawędzi jak z równymi, choć wiekiem jeszcze niedojrzała do emerytury nawet.

Wszystko między nami  się dzieje w  wirtualnej rzeczywistości. Czy tylko wirtualnej ? Nie, wszystko o czym sobie piszemy dzieje się w naszych sercach i umysłach. Bo znamy się od 18 roku życia – tylko Los nas porozdzielał – ja wyszłam za mąż i zmieniłam uczelnię po  3 roku studiów , czyli w 1968  ( już o tym wielokrotnie pisałam, więc nie chcę za dużo wyjaśniać ). Inni też pewnie na chwilę odeszli od siebie, bo już inne grupy, inne plany zajęć, czy wreszcie nowe sympatie, zauroczenia, problemy  bo życie dynamiczne i stale podniecająco ciekawe ….

Ale ad niedawne  nasze spotkanie –  jedno muszę oznajmić – wprawdzie nikt z kolegów mnie nie poszukiwał, ba, pewnie nawet nie pomyślał ale  to ja znalazłam Leszka na Facebooku bo nagle zatęskniłam za kolegami 🙂  i jakiś wewnętrzny imperatyw nie dawał mi spokoju  i stało się. I znowu jesteśmy razem, jeszcze bardziej może niż kiedyś, bo każdy z plecakiem które życie napełniło. A co najważniejsze z wiedzą jak może być – bo doświadczenia życiowe nas nie ominęły, licznych ludzi spotykaliśmy na drodze – złych i dobrych, kochanych i obojętnych, i chyba już  umiemy rozpoznać z kim nam jest dobrze. Zwyczajnie, dobrze.   

I gdy widzę te przebłyski młodości w Waszych wypowiedziach – bo przecież wciąż jesteśmy młodzi choć trochę inaczej… raduje się moje serce ….

Hamuj, Klara, czyli Zosia muszę się skarcić, bo znowu się rozgadałaś, a miało być o tym, co napisał mi Leszek.

Po tej reprymendzie, której sama sobie udzieliłam, wracamy na ” tory” z Leszkiem w roli głównej .

                Przed paroma tygodniami było tak. Jurek  na naszej wspólnej „ platformie” messengerowej rzucił tajemnicze zdanie  do Leszka oznajmiając, że czegoś się od Niego  mógłby nauczyć. Oczywiście nastawiłam uszy zaciekawiona . Nie z powodu bym spodziewała się jakiś plotek, które mnie nie interesują – ale nauczyć się ? oj, ja też bardzo chętnie 🙂  I wtedy zapytałam Leszka , bo Jurek i tak by nie miał czasu wyjaśniać, czego się Jurek od Ciebie  mógłby się nauczyć ? No i Leszek pofrunął z opowieścią :

  Co do Jurka. Nie widzieliśmy się od studiów. Do 4-go roku byliśmy bardzo serdecznym przyjaciółmi. Jako prezes Chóru AM poprosiłem Go, aby został kierownikiem naszego obozu w Łagowie z ramienia ZSP. Oczywiście pieniędzy na wyżywienie było za mało, więc znalazły się „martwe dusze” które się zapisały, lecz na obóz nie pojechały. Jedliśmy za Nich. JUREK bardzo serio i odpowiedzialnie przejął się swoją rola i zabronił mi to rozliczać. Ja uważałem że skoro komuna nas oszukuje to ja mogę też dla dobra członków Chóru (40 osób). JUREK był legalistą, zresztą Jego Ojciec był kierownikiem Katedry Medycyny Sądowej. Z prawem za Pan brat. Nasze drogi się rozeszły. Spotkaliśmy się po pół wieku na pogrzebie mojej Cioci, prof. Kazimiery Milanowskiej, byłego Krajowego Konsultanta Rehabilitacji. Akurat szedłem z moimi obydwiema ( z obydwiema się rozwiodłem – pediatra i anestezjolog) byłymi Żonami pod ręką. Nie mógł zrozumieć jak to możliwe. Potem na stypie siedział w Ich towarzystwie i zobaczył, że można się wzajemnie szanować. Chyba dlatego teraz napisał, że czegoś się  mógłby się ode mnie nauczyć.

Leszku Kochany !!!

1. Ponieważ w Twoim liście pojawiły się dwa wątki , najpierw ad pierwszy …

 kopiuję fragment Twojej zamieszczonej tu opowieści :

 Ja uważałem że skoro komuna nas oszukuje to ja mogę też dla dobra członków Chóru (40 osób).

Fajna filozofia życiowa, bezkompromisowość , logiczne uzasadnienie i działanie na rzecz innych – ciekawe, ile tamtego Leszka w Tobie zostało ? oj, sądząc po Twoich wypowiedziach jesteś taki sam jak wtedy….. to Piękne i Radosne…..

 2. A na temat zadziwiającej nawet Jurka harmonii Rodzinnej i aktualnie już pozarodzinnej Leszka . Coś w tym jest – rozmyślam, czy to wielka praca Leszku, by byłe Żony mogły się zaprzyjaźnić – czy tak było kiedyś , gdy byłeś z tą Drugą ? –  znałam taki przykład – ale – to chyba „ najwyższa szkoła jazdy” – nie chować urazy,  ocalać prawdziwą Przyjaźń  i oddzielać  od „ złamanego serca” , nie wiem czy wybaczać – bo to najtrudniejsze, ale żyć i cieszyć dniem wspólnym który jest i tym który przychodzi, nie oglądając się wstecz ….

To nauka, którą nam przekazałeś Leszku, za którą dziękuję . Nauka Twoja  Pierwsza, bo będą jeszcze inne. Ale też poparłeś to niezbitymi dowodami obserwowanymi przez Jurka na wspomnianym pogrzebie a także zamieszczonym w pierwszym rozdziale  Twojego Pamiętnika przejmująco Pięknym i Czułym listem od córki …. Jesteś Wyjątkowy , Leszku – rozdajesz ludziom swoją energię i umiłowanie życia ….

3.  A na koniec, po raz któryś tam przepraszam za gadulstwo. Ale tyle tematów mi się pootwierało za sprawą Kolegów i wszystkie chciały tu się znaleźć ….

Jeśli Komuś się nie podobało, albo zasnął w czasie czytania tego co „ wydziergałam „- niech napisze  i Klarce czyli Zosi „ zmyje głowę „ 🙂

zdjęcie własne i własne podziękowania za to, że jesteście……

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 1 ). Przydługi wstęp autorki bloga.

zdjęcie własne, nad Bugiem

Kochani  !

Pewnie zauważyliście tytuł. Oto rozpocznie się kolejny rozdział tego blogu . Pamiętnik Mariolki będzie przeplatany opowieściami Leszka Milanowskiego, bo Ona wywołała temat wczorajszym tu wpisem. Od opisywanego w nim  momentu  losy Marioli i Leszka niejako splatają się ze sobą , ja jestem trochę z boku, ale gdzieś w tle widoczna, choć mglista …. ale po kolei – było tak  :

Wczorajszy dzień zapowiadał się nieciekawie. Po wieczornej wielkiej burzy ( cudnej)  i całonocnej ulewie, rano było szaro i nieustannie płakało niebo. Gdy jak zawsze wędrowałam leśnymi drogami dzierżąc niewygodny parasol (  wprawdzie sosny szumiały cudnie) ogólnie było minorowo. Tym bardziej, że mieli przybyć Bratanek Mirka z ciężarną żoną i dwoma dużymi psami. Więc pichcenie, porządkowanie etc. Około południa towarzystwo zajechało i zaludniło nasz mały domek, więc uciekłam ponownie do lasu. Las jest moim przyjacielem, opiekunem i pocieszycielem – zawsze przegania czarne myśli i ładuje energią. Potem  wprawdzie były miłe telefony, ale jeszcze nic nie zapowiadało niemiłego zgrzytu ale potem  wieczornej radosnej, młodzieńczej eksplozji.

Towarzystwo zalegało w jedynej dużej izbie chałupki, piesy cichutko obok swoich właścicieli ( pozytywne), Magda piękna, eteryczna z krągłym brzuszkiem ( 8 miesiąc ciąży- fenomenalnie wygląda choć nosi w sobie Izabellę ), Janek opiekuńczy , szczebiotali w tonacji miłej dla mojego ucha, czasem coś krótko opowiadałam – o odnowionych kontaktach z dawnymi kolegami  i wielkiej z tego przyjemności, o pisaniu, czasem wtrącałam opowiastkę z przeżyć przychodniano – szpitalnych. Było fajnie, domowo, rodzinnie.

Zgrzyt nastąpił, gdy gawędząc z młodymi, jednocześnie trzymałam laptopa na kolanach i nagle przeczytałam maila, wprawdzie nie do mnie adresowanego, ale przysłanego z innymi – bo gmail kompresuje całą korespondencję  pomiędzy danymi osobami –  i ją  w takiej formie wysyła – przeczytałam więc przypadkowo to co nie było do mnie i dowiedziałam się, że osoba, której oferowałam pomoc  –  nie  zrozumiała  moich intencji  –  a adresat nie uważał za słuszne by zająć stanowisko w mojej sprawie – może jestem przeczulona – pewnie tak uważa, ale była to dla mnie przykrość – poczułam się intruzem –  „ przybłędą „ – postanowiłam odciąć się od sprawy, pomimo tego, że  interesował mnie temat i już zaczęłam swoje myślenie i działanie włączać  – więc – odpisałam tej nieznanej mi osobie- przed którą nawet trochę otworzyłam serce ( och ta moja  dziecięca naiwność  – jestem stale „niewyuczalana ” w   tym temacie  )   – mail ten dałam  do wiadomości adresatowi –  przerywając  ciąg tzw. dobrych uczynków. I stale w tyle głowy słyszałam i słyszę słowa mojego nieodżałowanego przyjaciela z okresu pracy w CZD – śp. Jurka Kryńskiego „ dobre uczynki mszczą się od razu albo chwilę później”.…..

Potem jednak, jakby  na otarcie łez – czy w nagrodę zaczęło się dziać, oj zaczęło.  Wszystko  rozpoczął Jurek – pamiętniki – moje wspomnienia zamieszczone tu przed laty, wysłane – etc. Ale bezpośrednio  teraz rozpoczęło  się od Marioli  🙂

Otóż w poprzednim tekście pamiętnika tu zawartego opisała wydarzenie z poznańskich, studenckich czasów. Użyła pełnych imion i nazwisk naszych wspólnych  kolegów,  początkowo skopiowałam i zamieściłam w oryginalnej mariolkowej takiej wersji i nagle – doszłam do wniosku, że może osoby wymienione nie życzą sobie podawania danych.

Dotyczyło to Leszka Milanowskiego. Nie wiem, jak mogłam tak pomyśleć, ale może dlatego, że już kiedyś proponowałam Leszkowi by u mnie zagościł w blogu, ale wtedy nie chciał bym podawała jego personalia, przysłał tylko jedno wspomnienie  i na tym się skończyło. No cóż, właściwie mało się znaliśmy przed 53 laty, gdy byliśmy razem na studiach medycznych Poznaniu  i w jednej grupie na anatomii ( 1965-1968 rok)  a i teraz jedynie z krótkiego epizodu intensywnych kontaktów telefoniczno messengerowo mailowych oraz z krótkiej wymiany myśli na Facebooku.

W związku z tym, jak może ktoś zauważył gdy przeczytał ostatni wpis Marioli wczoraj rano i po południu – nagle zniknęły nazwiska kolegów i pojawiały się jedynie inicjały a i to zmienione – gdyż Leszka nazwałam po prostu X. Odebrało to koloryt całej opowieści, która stała się bezbarwna i bezosobowa.

I późnym wieczorem doszłam do wniosku, że jednak napiszę do Leszka i zapytam co robić ? czy jednak się zgadza na pełną wersję Marioli . Rozmowa była żywiołowa, energetyczna, ciepła –  jednym słowem przypominała gejzer ( choć nigdy nie byłam w Islandii – ale tak sobie wyobrażam – może widziałam na zdjęciach -na bezludziu – w monotonii krajobrazu – nagle bijące gorące źródło  ) – bo taki jest Leszek – spontaniczny i czuły.

Oto  skopiowana z Messengera nasza rozmowa :

Klara Klon ( to ja  🙂 ) Leszku Miły !!!

mam nietypowe pytanie

otóż Mariola opisała Ciebie, Teresę Tułecką z okresu studiów

zamieściłam w blogu tę opowieść, ale użyłam X zamiast Twojego imienia i nazwiska

co Ty na to ?

sob. 20:56

Leszek : Nie czytałem co napisała MARIOLA. Pięknie wspominam czasy z 1-go roku gdy razem z MARIOLĄ i Teresie Tułecką chodziliśmy m.in.na lodowisko przy Promienistej/Grunwaldzkiej. Były inne spacery i spotkania. ZOSIU, mam nadzieję, że nie zerwiesz ze mną kontaktów gdy coś Ci wyznam …

Klara : (drążę temat zgody na użycie danych  w blogu )To zajrzyj do tekstu Marioli w blogu

Wyszukiwarka

zofiakonopielko.pl

I ten rozdział będzie

Przeczytaj  o Teresie i Tobie

Ale Leszek nie podjął tematu, tylko kontynuował swoją rozpoczętą wcześniej myśl : ZOSIU, mam nadzieję, że nie zerwiesz ze mną kontaktów gdy coś Ci wyznam …

Mimo „zimnego” zachowania i wyglądu w środku do dziś jest  we mnie „ogień” ( cały Leszek, tę opowieść już słyszałam od Niego, ale jestem zafascynowana  tym, jak potrafi dawać ciepło swojej rodzinie – jak ją jednoczy i miłością obejmuje ) : Dwie Żony, pięcioro dzieci w tym jedno pozamałżeńskie, wszystkie kochane i traktowane jednakowo i wszystkie najbardziej kochane…

Klara : ( chcę przyspieszyć, przerwać myśl Leszka, choć przychodzi to z trudem ) :  Czy może być Twoje imię  i nazwisko bo tak napisała Mariola tylko ja bez Twojej zgody nie podam nazwisk Waszych !!!

A Leszek, pewnie nie czytając moich pytań , ciągnie dalej :

Przyznam się, że byłaś moja pierwsza fascynacja  ( to tylko kurtuazyjny skłon w moją stronę, bo bardzo się lubiliśmy, fakt, ale nie sądzę, bym Leszka fascynowała – ale niech będzie – oboje byliśmy sobą wtedy zafascynowani  🙂  . Potem przyszła Tereska, która nigdy się że mną nie umówiła a zawsze spotykaliśmy się w towarzystwie Marioli, która wcale dla mnie nie była przeszkodą. Wręcz przeciwnie. Wynosiła śmiech, świeżość, normalność i potem już sam nie wiedziałem, która mi bardziej zawróciła w głowie  🙂 ..

A po drugim roku był obóz sportowy w Sierakowie, gdzie moi rodzice się „zaprzyjaźnili”. Tam spotkałem niesamowitą żywiołową „torpedę” z która o 4-tej rano chodziliśmy słuchać pierwszych śpiewów słownika i potem kilkumiesięczne codzienne pisanie listów na korze brzozowej z konsekwencjami możliwymi do przewidzenia…

Klara : Fajne, ( usiłuję ciągnąć swoje)  tylko nie odpowiedziałeś na moje pytanie :czy mogę podać Twoje imię i nazwisko w tekście Marioli zawartym w moim blogu ?????

 I wtedy nagle usłyszałam  dźwięk messengerowego telefonu- wybiegłam z domku w czarność ogrodu, gdyż wieczory przychodzą już wcześnie – a w domku pełno ludzi – odebrałam –  to Leszek video – radosny, wesolutki ucieszony – mówi, że chce mnie zobaczyć – nie widział od 53 lat – więc dobrze, że ciemność – mówię już ze śmiechem –  ma zapamiętany mój obraz – jeśli ma – mnie młodziutkiej – a teraz –  choć może coś dawnego by zobaczył w moich oczach – może nie – myślę – ja widzę – okularki – znam wizerunek z Facebooka, gdzie zamieszcza swoje zdjęcia – i pękam ze śmiechu, gdy mówi – o – muszę się uczesać – widzę – wyjmuje grzebyk i przeczesuje włosy po lewej stronie głowy – oznajmia – jak rozmawiam z kobietą – muszę być uczesany  🙂

Przeglądając zdjęcia  i wpisy na Facebooku zawarte pod adresem Leszek Milanowski, zdjęcia sobie kopiuję ( te trzy zamieszczam teraz) , bo nie wiem kiedy mi przyśle swoje. Ale wzruszam się czytając  tekst pod tą fotografią  :

Najukochańszy Tatulk pod Słońcem!❤️ Dzień Ojca, czerwiec 2018

Dziękuje Ci za miłość, za wspaniałe przygody, za wycieczki krajoznawcze, za zwariowane wakacje, za spanie pod namiotem, za wszystkie cudne piosenki których nas nauczyłeś i z nami śpiewasz, za nigdy nie mówienie że jesteś zmęczony albo że czegoś nie można zrobić, a raczej namawianie nas do robienia tysiąc rzeczy na raz, za zawrócenie z połowy drogi z Kutna do Poznania po mojego liska który został u Babci i Dziadka, za wszystkie szalone pomysły, a najbardziej dziękuje Ci za moje ukochane Siostrzyczki i Braciszków, bo bez nich ten świat by nie miał sensu.

Kocham Cię Tatku! Twoja najukochańsza (wiem, wiem 😉) córeczka Anulka😘😘