Powrót do Japonii. Uratowane Kioto.

SAM_9300.JPG

Uliczka w Kioto wiodąca do kompleksu świątynnego Kiyomizu-dera.     
Czyżby prawdziwe gejsze?

 

SAM_9188.JPG

Gejsza na makiecie przy uliczce

 

SAM_9301.JPG

 

 

SAM_9302.JPG

Na papierkach modlitwy wiernych

 

SAM_9303.JPG

Widok z tarasu. W dali miasto Kioto. kwitnące wiśnie-Sakura u stóp

 

 

I jesteśmy w magicznym Kioto. To dawna stolica Japonii nieomal cudem uratowana przed bombą atomową.  Zamierzałam opisać ten straszliwy sierpień 1945 roku, ale wyhamowałam. Bo i tak wystarczająco dużo mamy informacji o obecnej sytuacji w świecie, by się dołować jeszcze tym co było. Tak więc w skrócie. Minęły już trzy miesiące od zdobycia Berlina ale Japończycy nie chcieli podpisać kapitulacji. Słynęli z okrucieństwa wojennego , uporu i stałe bombardowanie ich miast przez Amerykanów nie odnosiło zamierzonego efektu. Podjęto więc decyzję użycia  bomby atomowej. Przedtem  sporządzono listę miast, na które ma być zrzucona. Na niej było właśnie  Kioto. Amerykańscy stratedzy wiedzieli, że miasto jest zbudowane z drewna i impregnowanego papieru, gęsto zaludnione co sprzyjałoby planom zlikwidowania ogromnej liczby japońskich cywili. Właśnie o to chodziło. I w ostatniej nieomal chwili amerykański sekretarz wojny który był fiszą w  komisji ustalającej cele przeznaczone do zniszczenia- Henry L. Simson, który przebywał z żoną w Kioto jeszcze w 1926 r. i zakochał się w tym mieście, spowodował, że zostało skreślone z listy celów.

Kioto zostało uratowane dzięki przypadkowi. Zdecydowały względy estetyczne ale nie humanitarne….

W tym uratowanym mieście znajduje się 1600 świątyń buddyjskich, 400 chramów shinto, liczne pałace, ogrody i oryginalna architektura. Większość obiektów wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako „ Historyczne Zabytki Starożytnego Kioto”.

Idziemy w kierunku   jednego z tych obiektów.

    Krajobraz tu przepiękny, nad miastem wznosi się teren górzysty, pokryty soczystą zielenią lasów. Jakże inny niż tereny nizinne widziane do tej pory. Przed nami wznosi się góra zwana Otowa a na jej zboczu widać już z daleka wieżyczki ochrą malowane i zielone dachy zabytkowego kompleksu świątyń zwanego Kiyomizu-dera.      

     Wąską stromą uliczką  podążamy w tym kierunku. Po drodze ustawiono duże makiety z wizerunkiem gejszy. Niestety żywej gejszy nigdzie nie widzimy a podobno w tym mieście są całe dzielnice tych kobiet wszechstronnie wykształconych kultywujących sztukę japońską.

      Jest pięknie, powietrze rześkie, świeże niczym nasze górskie, pod warunkiem, że nie dymią kominy domostw opalanych byle czym, co w Polsce zwyczajne.        

    Miejsce jest niezwykle klimatyczne. Czuję ożywiona a nawet podniecona tak, jak kiedyś w Delfach . Zresztą podobne jest położenie obu tych tak odległych miejsc- gdzie Grecja, gdzie Japonia . Lesiste zbocze góry , i zda się , że z ziemi wydobywają się opary , które mogą przynosić halucynacje, czego choćby doświadczała słynna Pytia. Tu jest jakoś podobnie, może tylko ja to tak odbieram . Czułam, pewnie jak i ci, którzy zakładali te świątynie, że gdzieś blisko jest bóg.  Pewnie dlatego też z uporem odbudowywano w tym miejscu świątynie. Ponoć Kioto słynie z parnych letnich nocy, z całkowicie nieruchomym powietrzem. Tego nie doświadczyłyśmy, ale to też wpisuje się w opisany klimat …

     I już jesteśmy na miejscu. Przed nami na różnych poziomach rozłożyły się  pawilony świątynne  wybudowane w różnych wiekach.

Zaczęło się od tego, że w 794 r.  mnich buddyjski otrzymał polecenie poszukania źródła krystalicznej wody, znalazł ją tutaj i  zbudował pierwszą świątynię.

W tym samym  roku cesarz Kammu przeniósł stolicę do nowej siedziby w Kioto, wówczas też pierwotny budynek podarował jednemu z wojskowych, który będąc wyznawcą Kannon, przekazał obiekt na główną świątynię bóstwa. Zabudowania niszczyły pożary, a ostatni w 1929 r. , był najgroźniejszy.

Odbudowywanie ponoć trwa nadal, chociaż nie widziałyśmy remontów ani bałaganu , który mógłby o nim świadczyć, co u nas nieomal zwyczajem jest.  

 

     W całym tym japońskim świątynnym kompleksie w Kioto najważniejsza jest wspomniana świątynia Kannon. To buddyjskie bóstwo dla jednych jest mężczyzną, dla innych kobietą. Wierni uzsadniają to tym,  że ich bóstwo osiągnęło taki poziom doskonałości, na którym sprawy płci już  nie odgrywają żadnej roli. Oj, gdyby żyli wtedy nasi wojownicy z gender , mieliby używanie…

Kannon jest uosobieniem miłosierdzia. Opiekuje się ludźmi potrzebującymi pomocy, a szczególnie chorymi, słabymi, ubogimi i matkami w ciąży. Przyjmuje trzydzieści trzy różne postaci . Do najczęstszych wyobrażeń należy Kannon o Jedenastu twarzach i Tysiącręka Kannon. Najważniejszym przedmiotem kultu jest posąg tego ostatniego wcielenia  , umieszczony w tutejszej świątyni, jednak nie jest pokazywany zwiedzającym.

      Nieopodal tej świątyni znajduje się wodospad o tej samej nazwie . Jego woda spada trzema strumieniami , które wpadają  do odrębnych stawów. Woda każdego z nich zapewnia co innego- zdrowie, długowieczność lub wiedzę. W zależności od tego, czego pragną pielgrzymi,  piją wodę z jednego z tych stawów. Wodospad widziałyśmy gapiąc się z wysokiego tarasu. Szkoda, że nie wiedziałyśmy o tych właściwościach wody, bo pewnie jak przystało na rdzenne Polki , wyżłopałybyśmy całą wodę ze wszystkich stawów . Oczywiście to miał być tylko taki nibyżart … 

     Obecny główny drewniany pawilon pochodzi z 1633 roku i posiada wspaniałe galerie widokowe, wsparte na sześciopiętrowej konstrukcji posadowionej na zboczu góry . Stąd podziwiamy panoramę miasta zatopioną w przedwieczornej mgiełce. Pachnie żywicą okolicznych lasów i drewna z budowli. Pawilon kryty dachem z drzewa cyprysowego. Tak właśnie,  nie dachówką były kryte budowle będące kiedyś własnością władcy Japonii. A była to część pałacowa cesarza. Większość zabudowań kompleksu została zmodernizowana przez szoguna z rodu Tokugawa , też w r. 1633.

     Na terenie Kiyomizu znajduje się jeszcze kilka świątyń. Między innymi shintoistyczna Jisu Jinja, poświęcona bóstwu miłości. Nieopodal jej znajdują się dwa kamienie. Jak wieść głosi pomagają w utrzymaniu szczęścia i powodzenia w związku a samotnym spotkanie ukochanej. Wystarczy przejść od jednego do drugiego głazu z zamkniętymi oczami, powtarzać imię ukochanej albo prośbę  i wszystko o czym napisałam się spełni.

     Chyba z nadmiaru wrażeń też tam nie dotarłyśmy. Jednak kilkugodzinna wizyta w Kioto, to za mało, by zrealizować wszystkie punkty wyprawy. Ale nic to. Może ktoś z naszych najbliższych lub dalszych znajomych tam dotrze i skorzysta z tego miejsca w sposób właściwy, nie tylko nasycając oczy…..

 

 

Powrót do Japonii. W kolejowym wucecie .

 

SAM_9284.JPG

Właśnie bezszelestnie nadjeżdża na peron stacji w Nagoi, zjawiskowy shinkansen – nozomi

 

 

 

I nadal jestem w Japonii. Wróciłam tu za sprawą książki Joanny Bator zatytułowanej „ Japoński wachlarz”. To mój powrót  komputerowo- zdjęciowo -wspomnieniowy. Jest rok 2002 i właśnie zakończył się nasz kongres. Mamy przed pożegnaniem Japonii dwa lub może trzy  wolne dni, cudne dni tylko na zwiedzanie.

Oczywiście musimy odwiedzić  Kioto. Ta dawna stolica Japonii słynna z przepięknego położenia i urody jest istną japońską perełką. Nic dziwnego, że Amerykanie nieomal w ostatniej chwili zrezygnowali z zamiaru zrzucenia bomby atomowej na to miasto.  Ostatecznie wybrali Hiroszimę i Nagasaki. Jak to było, może opiszę później…

    Nieomal o świcie znalazłyśmy się z Kaśką na dworcu kolejowym w Nagoi. Stąd odjeżdżał pociąg zwany tajemniczo i melodyjnie Shinkansen, co znaczy po prostu” Nowa główna linia”, czyli magistrala. Wybudowano ją w 1964 r., przed olimpiadą w Tokio i łączy to miasto z Kioto i Osaką.

Wiedziałyśmy, że pociągi Shinkansen są piękne.  Ale gdy ten nasz bezszelestnie nadjeżdżał wstrzymałyśmy dech. Teraz i u nas widujemy ładne pociągi czy tramwaje, ale wówczas był zjawiskiem.

Przypominał jakieś białe  zwierzę z wydłużonym pyskiem. Nie wydawał żadnych hałasów, sunął cicho jak biały duch unoszący się na poduszce powietrznej . Ale on miał koła i szyny. To było  niesamowite dla nas przyzwyczajonych do sapania, huku zgrzytów i innych komunikacyjnych dźwięków . Oczywiście czekałyśmy z aparatami fotograficznymi, wówczas jeszcze kliszowymi i się udało, Upolowałyśmy.

Gdy się zatrzymał przed nami wsiadłyśmy z oczywistym nabożeństwem . Wagony były szerokie i przestronne. Zasiadłyśmy na czyściutkich ławkach, zresztą wszystko było świeże, pachnące i czyściutkie. Wpatrywałyśmy się w okno, a za nim już niepostrzeżenie  przesuwał się krajobraz, bo pociąg nie wiadomo kiedy ruszył . Domki japońskie wszędzie były skromne, zwykle kryte szarą a raczej gołębioszarą dachówką, żadnych pałaców czy rezydencji nie zauważyłyśmy ani też wielkich przepastnych lasów takich jak u nas. No cóż, to Japonia, westchnęłyśmy. Na tablicy podano, że gnamy z szybkością ponad 200 km/godz. A tu cicho , płynnie, łagodnie jak w domu mamy.

     W którymś momencie przypomniałam sobie o konieczności odwiedzenia WC. Zresztą nawet bez tej konieczności też bym odwiedziła, ze zwykłej ciekawości, bo zawsze tak robię. A było to dziwne, że w pociągu, który przemierza trasę w zaledwie 2 godziny, są wucety. Nasza SKM -ka ani WKD-ka nie jest wyposażona w taki komfort a jedzie czasami dłużej. No cóż, kraj cywilizowany jest  wygodny dla ludzi, zabezpiecza wszystkie potrzeby pomyślałam. Wchodzę ja do jednej z wucetowych kabin, których rząd był wzdłuż długiej ściany bardzo szerokiego korytarza biegnącego przez cały wagon chyba i cóż widzę.

Jednak pełne zaskoczenie. Bo miska klozetowa nie ma  deski, wprawdzie jest normalnej wysokości ale wąska od wejścia i długa aż pod ścianę. Już zaczęłam się przymierzać to tego, jak z niej skorzystać, przysiadać było raczej trudno, chyba , że siusiać na stojąco . Tylko czy przodem do ściany, czy tyłem. Wyobraziłam sobie siłę i zasięg strumienia moczu oddawanego w takiej dziwnej pozycji. Może to, co teraz piszę, dla światowców nie jest dziwne, budzi tylko śmiech  politowania. Ale ja nadal nie wiem, jak się siusia w takich warunkach.

W końcu podjęłam decyzję, by sprawdzić inne kabiny. Wyszłam bez skorzystania z tego dziwoląga. Następna kabina wyglądała tak samo i następna i następna w tym szeregu. I dopiero wówczas się rozejrzałam bardziej detalicznie.

I spostrzegłam po przeciwnej stronie tego szerokiego korytarza, tak samo liczny rząd kabin. Zniechęcona i zdecydowana by w końcu zrobić siusiu wszystko jedno w jakiej pozycji, bo Kioto już było niedaleko, weszłam do tych naprzeciwko. I cóż za ulga. Wszystko było tak jak u nas i deska była i kształt zwykły tylko czystość i zapach niezwykły.  Z wrażenia nie sprawdziłam, czy były jakieś guziki, z których jeden na pewno służył do uruchomienia podmywania, tak jak na lotnisku było.

Dopiero potem , gdy jeszcze raz oglądałyśmy to z Kaśką, ona chyba zauważyła napisy, że po jednej stronie są toalety dalekowschodnie a po drugiej europejskie.

 I tak nam minął czas tej odkrywczej podróży.

Bo już pociąg niepostrzeżenie, bez szarpania, gwałtownego hamowania zatrzymał się na stacji Kioto…..

Powrót do Japonii. Takie ZWIEDZANIE.

SAM_9279.JPG

Pod pałacem w Nagoja

 

 

 

Ale należało się oderwać od atmosfery zabawy święta podziwiania kwitnącej wiśni , czyli święta Hanami  i powędrować w kierunku pałacu, by jak każe zwyczaj, zwiedzić.

Pałac  jest przepiękny , nieomal z każdego miejsca fotogeniczny a szczególnie wtedy gdy kwitną wiśnie zdjęcia mają dodatkowy urok.

 Oczywiście pstrykałyśmy bez umiaru ale czas gonił , więc podążyłyśmy  do dość wąskiego pałacowego wejścia a następnie do windy. Jakoś nie utrwaliły się w mojej pamięci wnętrza. Jedynie  zapamiętałam widoki z okien , bo z wysokości górnego piętra pałacu ludziska bawiący się pod kwitnącymi wiśniami byli podobni do krasnoludków , tak miniaturowi i barwni.

Pooglądałyśmy więc i  stwierdziłyśmy , że pora wracać . Pojechałyśmy , a może zeszłyśmy schodami, już nie pomnę. Pewnie Kaśka pamięta, lecz ona jeszcze pracą ogromnie zajęta, może kiedyś skoryguje moją opowieść. Ale przecież  to nieważne, czy wracałyśmy schodami, czy windą .

Bo na dole przeżyłyśmy prawdziwy szok.

Był to rok 2002 ale i teraz, gdy już wiele się zmieniło w tym temacie w naszym kraju, chyba byłby to jednak szok.

Taka akcja.

Otóż dostrzegłyśmy jak pod pałac podjeżdża karetka. Pomyślałyśmy, że ktoś zasłabł w czasie zwiedzania. Ale było inaczej. Z karetki wyskoczyło może trzech, może czterech sanitariuszy, wydobyli z jej wnętrza nosze na wysokich nogach zakończonych kółkami, takich jakie i u nas widujemy. Ze zdziwieniem zauważyłyśmy leżącego na nich człowieka, nakrytego białą pościelą . Cała ekipa zmierzała w kierunku wejścia do pałacu.

Przystanęłyśmy nieopodal , udając , że czegoś szukamy w plecakach i kątem oka, zerkałyśmy w tym kierunku. Widziałyśmy też Japończyków, którzy tłumnie przebywali nieopodal. Nikt , dosłownie nikt się nie zatrzymał, nie mówiąc o tworzeniu  typowego u nas zbiegowiska, nie zaglądał, nie wpatrywał, nie komentował. To była dla nich najzwyklejsza sprawa na świecie. Czy wrodzona dyskrecja i delikatność, czy przyzwyczajenie do takich wydarzeń. Jednym słowem kultura pisana dużymi słowami….

W pewnej chwili ekipa minęła nas  i wtedy zobaczyłam z bliska.

 Tak, jednak spojrzałam na tego człowieka. Leżał płasko a spoza rury , którą pompowano powietrze do jego płuc, zobaczyłam jego wielkie m żywe, bystre, ciekawie rozglądające się wokół wielkie oczy.

Nie zapomnę tych oczu.

Trwało to ułamek sekundy może i wszyscy zniknęli za drzwiami windy, by wjechać na najwyższe piętro .

Takie zwiedzanie …..

 

Powrót do Japonii. Pałac w Nagoja i kwitnienie wiśni.

SAM_9277.JPG
Kwiecień pod Pałacem w Nagoi

 

 

SAM_9278.JPG

Święto Hanami, ucztowanie pod kwitnącymi wiśniami w Parku przypałacowym w Nagoi

 

Troszkę zaburzyłam chronologię zdarzeń, ale musiałam zakończyć spotkania z tradycyjna religią japońską- shinto. Oczywiście temat będzie czasem wracał, że shinto jest wszędzie.

Któregoś dnia postanowiłyśmy zajrzeć do słynnego zabytku Nagoi-parku i pałacu.

Pierwotnie mieścił się tu zamek zbudowany w 1525 roku, kolejny  został wzniesiony w 1612 przez rodzinę Tokugawa, w której posiadaniu był przez 268 lat ( do 1898 r.)  i był stolicą regionu. Od początku pełnił też rolę obronną . Od roku 1898-1930 był pałacem cesarskim, a od 1930 r. został przydzielony miastu Nagoja.

 Podczas II wojny światowej  mieściła się tam kwatera garnizonu i obóz dla jeńców wojennych. 14 maja 1945 zamek spłonął podczas jednego z nalotów lotnictwa amerykańskiego. Uratowano z pożaru wiele cennych obrazów. 

 I dopiero w 1959 roku zrekonstruowano część tego obiektu, tak, że zachował swój pierwotny kształt, ale tak naprawdę„jest betonowym budynkiem z klimatyzacją i windami” sięgającym 56 m wysokości. Planowana jest odbudowa części rezydencyjnej zamku i umieszczenie tam uratowanych zbiorów.

To tyle poważnych informacji. Nie wiem dlaczego je wszystkie wypisałam. Ale może specyficzny klimat tu panujący i dzieje wojenne Japończyków z czasów II wojny światowej , znane nam z filmów unoszą się nad tym obiektem. Jakieś duchy z przeszłości…

       A tymczasem doszłyśmy do pięknie utrzymanego rozległego parku.

Oczywiście dotarło do nas, dlaczego organizatorzy kongresu nieomal w ostatniej chwili zmienili jego termin. Byłyśmy załamane, bo nowy termin przypadał na rodzinne przecież święta WielkiejNocy. Miałyśmy już przygotowane prace, nastawienie pozytywne do wyjazdu i tu nagle taka nieprzyjemność. Dobrze, że nasze rodziny są bardzo tolerancyjne i nie założyły protestu a nawet mężowie nas namawiali na podjęcie trudnej decyzji. Tak więc z Kaśką wylądowałyśmy w Japonii w Wielki Piątek chyba.

I rozglądając się po parku pod zamkiem w Nagoi dotarło do nas dlaczego zmieniono termin obrad. Japończycy nie mogliby sobie darować, by nie pokazać ludziom z całego świata swoich kwitnących wiśni. Niepowtarzalnych kwiatów zwanych Sakura. A jak wiadomo one nie liczą się z terminami jakiś kongresów, po prostu zakwitają wtedy, kiedy zechcą. A ponieważ pora ta rozpoczyna się pomiędzy styczniem a kwietniem, najczęściej w marcu i w Japonii przesuwa się strefowo, wiadomo, że widziano już je gdzieś , a więc tuż tuż, kwitnienie za progiem miasta….Jak pisze Joanna Bator ,  wszędzie są podawane  o nich informacje , w poważnych i niepoważnych gazetach,  w radio, telewizji , na plakatach . Ludzie chodzą ulicami zadzierając głowy do góry i wypatrując oznak życia na zupełnie nieciekawych poza porą kwitnienia drzewach wiśniowych, delikatnego pęcznienia pączków na nagich gałęziach. Ponoć nawet została powołana Rządowa Agencja do Spraw Kwitnienia Wiśni. Sztuczne kwiaty wiśni pojawiają się wtedy  się na sukniach,  w witrynach sklepowych wystawiano słodycze w kształcie wiśni, gałązki z kwiatami etc.

Wszyscy trwali w oczekiwaniu nadchodzącego święta Hanami, czyli uroczystości podziwiania kwiatów wiśni zwanych tu Sakura. Faktycznymi twórcami tego szaleństwa byli nudzący się arystokraci japońscy żyjący w X-XII wieku. Zajmowali się sztuką i miłością oraz oczywiście przesiadując pod drzewami zauważyli piękno tych kwiatów , ich intensywność i krótki żywot. A także to, że nie więdną na gałęzi, lecz nieskazitelnie świeże i soczyste powoli opadają na ziemię. Jak pisze Joanna Bator: ”Kwitnienie wiśni  stało się symbolicznym wyrazem życia samuraja, którego ideałem było żyć krótko i polec w walce o słuszną sprawę. …metafora życia krótkiego jak kwitnienie wiśni pozostała jako smutne memento w wierszach i pamiętnikach pilotów kamikadze”.

     Dopiero wtedy, gdy znalazłyśmy się w Japonii, widząc to święto i urodę tego kwiecia zrozumiałam zachowanie mojego sąsiada w samolocie. Młody Japończyk zaczął rozmowę od dziwnie wtedy odebranego przez mnie megaradosnego oznajmienia, że już kwitną….

To nie Holendrzy, którzy również zaplanowali zjazd w porze kwitnienia tulipanów. Niegrzeczne tulipany zakwitły jednak przed czasem i oglądałyśmy smętne puste tulipanowe pola bez kwiatów. Jednak japończycy wykazali wielką fantazję, zaburzając nasze życie rodzinne, przewrócili termin i zobaczyłyśmy.

To co ujrzałyśmy jest trudne do opisania. Drzewa w kwiatach niby chmurki , nasze głowy w tych chmurach. Bezlistne nieatrakcyjne drzewa zaczarowane kwieciem. Całe w jasno różowych woalach były szczęśliwe i dumne. A ludziska. Ludziska szaleli. Łapali ten krótki czas , może 7 może 14 dniowy, bo potem kwiaty zupełnie młode świeże, odrywały się nagle i spadały jak cichy śnieg. .

Ludzie ponoć mają wtedy wolne dni z pracy i dzieci nie chodzą do szkół. Przynoszą stoły , ustawiają pod drzewami zasiadają, ucztują. I jest Hanami, święto podziwiania wiśni.

Udało nam się tam być i łykać te widoki, klimaty i teraz jeszcze mieć tę radość w oczach….

 

Powrót do Japonii. Jeszcze o religii…

       

SAM_9317.JPG

 

 

SAM_9314.JPG

 

Jedna z najstarszych w Japonii świątynia shinto- Chram Atsuta

SAM_9315.JPG

 

 

SAM_9313.JPG

„Modlące się” tabliczki

 

SAM_9235.JPG

Beczki na sake

 

  

  Najważniejszymi religiami w Japonii są :

-Shinto , które ma  109 milionów wyznawców, co stanowi 39,5% społeczeństwa

-Buddyzm wyznaje 96 milionów tj 38,3%  Japończyków

-Chrześcijan jest 1,5 miliona tj, 3,9%  społeczeństwa.

     Wszystkie te religie , po okresie wrogości do przybyłych z zewnątrz, obecnie żyją w harmonii. Nikt się nie dziwi, gdy ci sami ludzie mają zwyczaj uczestniczenia w obrzędach kilku religii . Zdarza się, że zmarli którzy swoje dzieci zanosili do świątyni shinto są żegnani w obrządku buddyjskim.

Shinto określana jest jako religia najbardziej zbliżona do natury , bo wg niej bogami są żywioły panujące na ziemi jak i sama natura.

Oczywiście wszystkie religie obecne w Japonii przenikają się wzajemnie, ubarwiają , zmieniają, co też nie budzi sprzeciwów.

     I po tym wstępie wracam jeszcze do świątyni shinto. Ostatniego dnia pobytu w Nagoi , tuż przed wylotem zdążyłyśmy zajrzeć do jednego z najstarszych  w Japonii chramu , zwanego Atsuta Shrine . Jest on bardzo ważnym chramem w Japonii, gdyż przechowywany jest tam miecz- Trawosiecz stanowiący jeden z regaliów cesarskich i ponad 4000 skarbów narodowych opowiadających o dwóch tysiącach lat historii Japonii. Niektóre chramy shintoistyczne  są mniejsze, ale ten należał do ogromniastych. Aż dziw, jak ściany wytrzymywały tak długi i ciężki dach. Najczęściej świątynie tego wyznania a jest ich w Japonii 80 tysięcy, są budowane z drewna, bez użycia gwoździ i składają się z głównego pawilonu zwanego honden, w którym przechowywane są święte przedmioty , mniejszego- Haider , gdzie odbywają się modły i obrzędy oraz innych, jak np. pawilon ze sceną na której odbywane są ceremonialne tańce i muzyka kagura. Dawniej tańczono przed chramem co symbolizowało mitologiczny taniec bogów przed jaskinią w której ukryła się bogini Amaterasu, uosabiająca słońce, który miał ją stamtąd wywabić.

Czyż nie wspaniałe, że wielka cywilizacja industrialna Japonii tak współistnieje z bajkowym światem mitów tworząc przedziwną współczesną składankę . Ale po prawdzie przyszła mi do głowy nasza religia- czyż nie jest pełna mitów?

     Główny obiekt mieścił się w wyjątkowo mrocznym parku, gdyż wysokie drzewa, rzadko spotykane w Japonii utrudniały dostęp światła. Był rozległy, ciemny, i jedynie dwa elementy wnosiły miły nastrój.

Jednym z nich były drewniane prostokątne tabliczki ozdobione zwykle rysunkiem kwiatu, każda z japońskimi napisami, które przyczepione do ogrodzenia przyjemnie klekotały na wietrze. Ponoć właśnie wtedy, gdy wiatr nimi porusza, modlitwy na nich napisane wzlatują do jakiegoś boga. Nieopodal świątyni był oczywiście stylowy sklepikokiosk , gdzie zakupiłyśmy takie „ modlące się „ tabliczki. Przywiezione do Polski, nie wzbudziły zainteresowania obdarowanych nimi bliskich. Widocznie tu już nie docierają japońscy bogowie ….

Drugim elementem, który nas zafascynował był regał z ułożonymi plastikowymi  beczułkami, posadowiony nieopodal wyjścia z terenu świątynnego. Wstępnie uznałyśmy, że to przysięga wiernych składana bogom, że nigdy już nie będą pili. Ale jak teraz doczytałam, ponoć są one zwykle puste, a w czasie jakiś świąt specjalnie wybrani dostawcy przywożą  napełnione powszechną tu  wódą zwaną sake. W czasie imprezy wierni piją ze swoimi bogami.

Pomimo tego, że do alkoholu nie czuję pociągu, może ze swoim wymyślonym bogiem nawet i tę beczułkę bym obaliła. Tak sobie żartuję oczywiście….

 

Powrót do Japonii. U szoguna z wizytą.

SAM_9297.JPG

Pałac Nijo w Kioto. Rezydencja  szoguna .

 

 

 Niestety wieści z telewizyjnego okienka zaburzyły moje spokojne systematyczne opowieści o tej krótkiej, bo zaledwie 7 dniowej wyprawie do Japonii. Otóż ponoć cały internet żyje memami z zawołania naszego Prezydenta- „chodź szogunie”. Jak to było? Piszą o tym  nieomal wszystkie tytuły poważnych i niepoważnych gazet:

A oto cytat z  „ Faktu”: „  Prezydent Komorowski zaliczył wielką gafę. Podczas wizyty w japońskim parlamencie stanął na fotelu dla sprawozdawcy i krzyczał do jednego z członków delegacji: „Chodź Szogunie”

Prezydent Komorowski jest właśnie z oficjalną wizytą w Japonii. Jedną z jej części było spotkanie w tamtejszym parlamencie. Po rozmowach polska delegacja zwiedzała salę obrad. Co się stało?

W pewnym momencie prezydent Komorowski staje razem z Japończykami a szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, gen. Stanisław Koziej robi im zdjęcie. Po chwili głowa naszego państwa kieruje się ku mównicy i …Komorowski staje na krześle dla sprawozdawcy! Głośno mówi do Kozieja: „Chodź Szogunie!” Japończycy są zdezorientowani.”

Z kolei  Niezależna.pl donosi:

Bronisław Komorowski „muzą”?! W internecie pojawiła się szydercza przyśpiewka po występach prezydenta w japońskim parlamencie. „Chodź szogunie, chodź szogunie mój” – śpiewają jej autorzy.”

       No cóż, my, pokolenie nieomal wychowane na serialu „ Szogun” jesteśmy z szogunem  za pan brat. I nas nie śmieszy ani nie oburza zachowanie i „odzywka”  naszego Prezydenta. Wprawdzie cesarzem Japonii nie jest, ale jest ojcowsko rubaszny. Uśmiechamy się tylko. Mogę sobie wyobrazić wielkie zdumienie Japończyków, ludzi poważnych  a nawet sierioznych ( jak mówią Rosjanie),  pieczołowicie pielęgnujących tradycję, konwenanse etc. Szogun? Jak to?  W Polsce? Nie wiedzieliśmy? Bo nie sądzę, że byli obrażeni. Może nie mam racji. Ale za to pokolenie naszych młodych wilków ma powód do wybornej zabawy i kpiny . Niech im będzie.

      A ja mam radochę, bo dzięki temu, że został wywołany temat szoguna wracam myślami do odwiedzonej przez nas pięknej dawnej stolicy Japonii.

I już jestem w Kioto. O podróży i o tym co zobaczyłyśmy z Kaśką jeszcze opowiem później .        Pora odwiedzić szoguna. To tutaj kiedyś mieszkał i pozostawił swoje ślady, którymi podążamy.

Ale najpierw słów kilka o tym, kim był siogun, shogun lub zwyczajnie szogun. Otóż  był wodzem naczelnym Japonii, zwierzchnikiem sił zbrojnych. Początkowo , jeszcze w VIII wieku dowodził jedynie wojskami które brały udział w wyprawach wojennych mających na celu podbijanie terenów barbarzyńców, w IX wieku jego funkcja została zlikwidowana, by w XII wieku wrócić do tematu. Wówczas to, w 1192 r. cesarz Japonii ustanowił, że funkcja jest dożywotnia i dziedziczna, tak więc od tej pory przechodziła z ojca na syna.  Od pewnego okresu , gdy szogunami byli członkowie rodów Ashkaga i Tokugawa to oni  a nie cesarz sprawowali faktyczną władzę . W drugiej połowie XIX wieku  nastąpił koniec ery szogunów, kiedy to zniesiono tę funkcję.

    A teraz my, turyści mamy tutaj raj. Oglądamy z daleka rezydencję szoguna, zwaną Pałacem Nijo. Jest on  ładny, chociaż mało barwny jak na japońskie zwyczaje, w całości zbudowany z poczerniałego teraz drzewa cedrowego , stary i budzący jakiś szacunek oraz zadumę.

 Z tłumem( niestety) turystów  wchodzimy do środka .

Obowiązkowo zdejmujemy obuwie jak każe japoński zwyczaj.

Przemierzamy wewnętrzny szeroki korytarz biegnący wzdłuż zewnętrznej ściany. Docieramy do pokoi szoguna. Czujemy klimat dawnych czasów, przypominamy powoli różne okrutne sceny z filmu Szogun . Chociaż nie jest łatwo uwolnić się od tkwiącego w głowie po oglądaniu tego filmie wizerunku szoguna, który nieodmiennie nam się kojarzy z zupełnie nie przystającym urodą do Japończyków  wysokim, jasnookim aktorem Richardem Chamberlainem. I ostatecznie  nie byłoby nic dziwnego, gdybyśmy wyszły bez specjalnego wrażenia jakiejś grozy tego miejsca. Ale nie, tak nie jest.

W pewnym momencie przewodnik prosi o ciszę i proponuje byśmy szli pojedynczo tym korytarzem. Idziemy. Słychać delikatne granie. Każdy krok to granie.  Jakieś ćwierkania, poświstywania, gwizdy . Wyciągamy uszy. To gra podłoga pod naszymi stopami. Tak, oznajmia przewodnik. To gra podłoga. A raczej piszczałki ułożone pod deskami podłogi tego korytarza. Piszczałki, po co? Pytanie. Odpowiedź jest prosta. Szogun bał się zamachu na swoje życie. Zawsze się bał.  Kroki bosego zamachowca mogły być zupełnie niesłyszalne. Więc szogun wymyślił piszczałki. I kazał wyłożyć nimi przestrzeń pod deskami korytarza. I teraz już słyszał i wiedział , że ktoś idzie…..

I to było najsilniejsze wrażenie i pozostało skojarzenie- szogun to grające podłogi, skradanie się, zamachy, krwawa historia o japońskiej twarzy

Powrót do Japonii . Piękna religia shinto.

SAM_9290.JPG

Jeszcze raz zdjęcie bramy, czyli Tori, tj. mieszkania czy grzędy dla ptaków. W ptakach mieszkają duchy przodków i są też wysłannikami bogów.Charakterystyczny element architektury Japonii

 

 

SAM_9289.JPG

Świątynia shinto w tle. Po lewej zbiornik wodny. Obmywanie…

 

SAM_9291.JPG

Chłopiec pije wodę z chochli

 

SAM_9294.JPG

 

 

  Innego dnia wśród miejskiego ruchu, nagle otworzyła  się przed nami cudna bajkowa kraina. To był teren świątyni najstarszej religii japońskiej- shinto, co po japońsku znaczy „ droga bogów”. Wiara ta jest oparta na miejscowej mitologii, wg której  zanim powstały ziemia i niebo było trzech bogów ,  dawali życie kolejnym i ostatecznie stworzyli świat. Tym światem były Wyspy Japońskie a ostatni potomek  bogów w  660 r.p.n.e. objął godność cesarza Jimmu. Obecnie panujący w Japonii  cesarz jest 125 potomkiem bóstw w prostej linii. Wszystkie te bóstwa określane są nazwą kami.

    Nie podaję nazwy zwiedzanej świątyni, bo nasz  krótki pobyt w Japonii upływał pod znakiem spotkań zawodowych i miałyśmy za mało czasu na dociekanie, notowanie. I przepadło.  Dlatego nie jestem  pewna jak się nazywała a nie chcę spekulować. Ale czy to ważne. Nazwy dla nas  brzmią obco i nawet z trudem dają się powtórzyć. Dla mnie istotą są obrazy i klimat.

A więc wracam do tych klimatów

     Gdy ujrzałyśmy teren świątyni, zwolniłyśmy kroku i już powoli przeszłyśmy  pod ładną konstrukcją, tzw. bramą,   typową dla pejzażu Japonii. Brama ta zwana Tori, oznacza

„ mieszkanie ptaka” W wierzeniach ludowych ” duchy zmarłych wstępują w ptaki i odpoczywają na tej bramie „  a wg shinto ,  ptaki są uważane za posłańców bogów.

 

Jednakowo budowane tori, są charakterystycznym elementem architektury japońskiej. Zwieńczeniem bramy są  dwie poziome belki oparte na  dwóch pionowych słupach. Bramy czasami pozostają w kolorze drewna, a często są malowane na popularną w Japonii barwę ochry , bywa, że nad belkami unosi się fantazyjny daszek.

Brama ta  symbolizuje” przejście ze świata skończonego ( ziemskiego) do nieskończonego , będącego światem bogów . Takie bramy możemy zobaczyć nie tylko przed świątynią, ale też na wodzie, na skale czy w ogródku przydomowym, wszędzie tam, gdzie wg religii shinto mieszkają kami. „.

Jak kiedyś czytałam,  w Japonii jest  zwyczaj, by  osobę, którą się czymś uraziło zaprosić pod taką bramę i bez słów czekać- jeśli pod nią przejdzie, oznacza to, że przyjmuje nasze przeprosiny. Taki rytuał bez słów przepraszam i wybaczam…

     Gdy z przejęciem  przekroczyłyśmy tę  bramą, wpadłyśmy w zachwyt. Otóż przed nami otwierała się szeroka zielona  przestrzeń a gdzieś w dali grała cudnymi barwami ochry i świetlistej ciemnej zieleni ozdobnego, powyginanego dachu , lekka, radosna świątynia shinto.  Z tej dość dalekiej perspektywy, była piękna, jakby wyjęta z bajki. Całość jakby ażurowa, nakryta finezyjnymi dachami zda się unosiła ku niebu. 

    Po chwili oderwałyśmy wzrok od  świątyni, by już przytomniej rozejrzeć się wokół. Odkryłyśmy, że nieopodal nas, nieomal w  centrum placu, jak wszędzie przed innymi obiektami tej religii stała  studnia, czy cembrowina z wodą. Dla Japończyków woda jest bardzo  ważna. Symbolizuje odnowę…

Obserwowałyśmy, jak wierni  podchodzili do studni , nabierali wodę wielką chochlą i polewali sobie dłonie, twarz a czasem nabierali ją do ust. Na zdjęciu udało mi się utrwalić obrazek małego chłopca, który przysiadł na skraju zbiornika i właśnie pije wodę z tej wielkiej łychy ….

    Potem ludzie zmierzali  do samej świątyni. W którymś momencie i  my tam podążyłyśmy. Tuż przed progiem świątyni,   już właściwie nieomal pod jej dachem wierni się zatrzymywali, gdyż dalej wchodzić nie było wolno. Za tą granicą ujrzałyśmy wielką dziewiczą przestrzeń złocistego , równiutko  zagrabionego piasku . Słońce się ślizgało po zda się drżących niewielkich piaskowych falach pozostawionych przez pewnie najzwyklejsze grabie.

    Rozglądałyśmy się szukając jakiś figur świętych , których była moc w świątyniach buddyjskich. Tu żadnej nie było. Były jakieś  samotne drzewka głazy, niewysokie kolumienki , zda się przygotowane do postawienia jakiegoś przedmiotu, ale puste. W ogóle wszędzie było pusto.

Jak napisałam, shinto, najstarsza japońska religia uznaje mnogość bóstw. Część starych legendarnych bogów ma imiona, ale każdy człowiek, wyznawca shintu może sobie wyobrazić swojego boga, ogólnie zwanego  kami i może sam ustalić gdzie mieszka ten jego bóg. A może on mieszkać gdziekolwiek  np. w drzewie, kamieniu, zwierzęciu, wodzie a nawet w wietrze. Człowiek wierzący w shinto nie  musi oglądać podobizn , rzeźb czy obrazów swojego boga, nie ma żadnych świętych ksiąg . Nawet nikt nie  musi się modlić, wystarczy tylko swojego boga zaprosić klaszcząc i w milczeniu porozmawiać.

Prośby o łaskę , pomoc czy podziękowanie swojemu bogu można też  zapisać na drewnianej tabliczce, które są sprzedawane nieopodal świątyni,  powiesić na płocie lub gdziekolwiek na zewnątrz świątyni. A kiedy przychodzi wiatr, tabliczki klekoczą co oznacza że modlitwa zmierza do adresata.

Długo obserwowałyśmy jak wierni stając przed tą opisaną pustą piaskową przestrzenią  powoli i z wielką powagą i namaszczeniem kilkakrotnie kłaniają się nisko niewidzialnemu, ale wyobrażonemu  i trzykrotnie klaszczą w dłonie.

I bóg jest z nimi…

 

Prawda, że super jest ta religia? Dla mnie to fajna, lekka, pogodna i wietrzna religia, nie zniewalająca  na siłę umysłu wierzącego . Ofiarowuje wolność, pozostawia miejsce w sercach na patriotyzm, wielkie przywiązanie do swoich korzeni, wierzeń i kultu przodków. Tam się mówi, że” jest daleko więcej umarłych niż żywych.”….

 

 

Powrót do Japonii. Spotkanie ze świątynią buddyjską.

SAM_9273.JPG

 Przed wejściem do świątyni buddyjskiej. Dym...

 

SAM_9298.JPG

 Zdjęcie pocztówki obrazującej wnętrze świątyni buddyjskiej, ale innej niż nasza. Posągi są złote, a te które widziałyśmy- mroczne czarnoszare były...

 

SAM_9293.JPG Białe „kwiaty”

 

Po obradach zostawało mało czasu na choćby łyk egzotyki Nagoi.

Jednak każde późne popołudnie „ wyssałyśmy do sucha”, tj. wykorzystałyśmy na zwiedzanie, łażąc aż do ekstremalnego bólu nóg. Ale nic to, bo wrażenia były silne i niezapomniane.

Najpierw wybrałyśmy się pobliskiej świątyni buddyjskiej, której nazwy niestety nie zanotowałam.

Znajdowała się pomiędzy surowymi wysokimi mieszkalnymi blokami, wydawała się tam wtłoczona przez jakiś przypadek. Miły był to przerywnik ulicy. Zauważyłyśmy ładne barwne drewniane elementy, fragment powyginanego dachu i strome schody prowadzące na niewielki dziedziniec przed wejściem. Byłyśmy zbyt przejęte, gnałyśmy by zobaczyć co dalej, i nie  poszukałyśmy odpowiedniego miejsca, skąd można było sfotografować  całą świątynię.  Teraz próbowałam porównać to co zapamiętałam z pięknymi zdjęciami dwóch świątyń buddyjskich w Nagoi , zamieszczanymi w necie ale nie udało mi się ustalić, która z tam przedstawianych była tą naszą.  No cóż, zwiedzałyśmy na własną rękę, mając bardzo mało czasu na zgłębianie informacji. I dlatego pozostały tylko rozrzucone w pamięci obrazki tego, co było dla nas najmocniejsze.

 Skupiłyśmy się na najbardziej frapujących fragmentach.

     Gdy pokonałyśmy  schody wiodące do świątyni poczułyśmy przyjemny zapach dymu. Wydobywał się z ogromnej miedzianej  kadzielnicy ustawionej przed wejściem  i wił się tak, że czasem przyjmował  białą przezroczystą postać ludzką . Można było patrzeć na  ten dym i patrzeć…..

Obserwowałyśmy jak wierni podchodzą tam wolno,  z namaszczeniem , nachylają się nad  naczyniem i dłonią zagarniają ów dym na twarz. Chwilę trwał ten rytuał, który ponoć ma zapewnić siłę zdrowie i pomyślność. Dopiero po chwili wchodzili do wnętrza. A my stałyśmy w dali mocno przejęte , nie mając odwagi zaburzyć powagi chwili ani nie przeszkadzać. Nie podchodziłyśmy  bliżej, byłyśmy przecież obce. Jednak wdychałyśmy ten dym z daleka sycąc zmysły…

Po pewnym czasie należało jednak przerwać te dymne medytacja i  ruszyłyśmy za  wiernymi do świątyni. Było dziwnie ciasne i  mroczne. Przerażone oglądałyśmy  mnóstwo wielkich, znacznie wyższych niż wysokość zwykłego człowieka, bardzo  ciemnych figur ustawionych w rzędach i szeregach tworzących jakiś mroczny gąszcz, który człowieka przerażał i odpychał.

 Szukałam jakiegoś miejsca, by ująć w perspektywie ten martwy tłum, ale to się nie udało ani mnie ani Kaśce. Mam za to pocztówkę obrazującą podobne figury w innej japońskiej świątyni buddyjskiej.  Bóstwa są tam złociste, pewnie w oglądzie przyjemniejsze, niż te obejrzane przez nas.

Buddyzm  to na pewno ciekawa religia, a właściwie filozofia. Przybyła do Japonii dopiero w XIV wieku wypierając miejscową religię shinto, która  dopiero wtedy została tak nazwana, bo przedtem nikt jej nie klasyfikował i było dobrze. Ponoć w Japonii istnieje wiele różnych świątyń buddyjskich typowych ale także związanych z uczniami Buddy. Oglądana przez nas należała ponoć do tej drugiej grupy i stąd obecny tam element grozy.

Otumanione zapachami kadzidlanego dymu i atmosferą świątyni , odetchnęłyśmy pełną piersią dopiero wtedy, gdy wydobyłyśmy się na zewnątrz.

A tam czekała niespodzianka, przedtem nie zauważona.

Nieopodal zejścia ze schodów śnieżną bielą zakwitał niewielki bezlistny krzew. Był zjawiskowo piękny. Zbliżałyśmy się z przejęciem, wpatrując się w kwiecie. I jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy się okazało, że to nie kwiatki, a starannie zrolowane  papierki jednakowo zapętlone na gałązkach.

Były na nich zapisane  modlitwy, prośby czy podziękowania składane swojemu bogu…Nieme  i piękne …

Powrót do Japonii. Na bankiecie.

 

SAM_9305.JPG

 

 

SAM_9306.JPG

 

 

SAM_9307.JPG

 

 

SAM_9308.JPG

 

 

SAM_9309.JPG

 

 

SAM_9310.JPG

 

 

 

 

 

 

Obrady  były zaplanowane na pełne trzy dni, potem miałyśmy jeszcze kolejne trzy dni na zwiedzanie no i może  skorzystanie z zaproszenia naszego nowego znajomego z samolotu..

Tak jak zwykle na kongresach bywa, wieczorem zawieziono nas gdzieś poza Nagoję, do restauracji na powitalną kolację . Pawilon , pięknie położony w jakimś niewielkim jak tu wszystko parku na ciupkiej wyspie oczywiście sztucznego stawu , miał typowo bardzo surowe, skromne, pergaminowe wnętrze. Tak jest zresztą w restauracjach japońskich, które znacznie później widziałam w Warszawie( chyba pierwsza była przy ul. Foksal). Nie widuje się tu   girland sztucznych czy nawet naturalnych kwiatów i innych podobnych ozdób, których nadmiar mamy teraz w Polsce.

Gdy weszłyśmy do sali, zaproszono nas do stołów. Rozejrzałyśmy się , gdzie te stoły ale  ujrzałyśmy jedynie niskie stoliki jak w przedszkolu. Przy tych krasnoludkowych stolikach widać było siedziska i oparcia krzeseł.  Jednak ze zgrozą zauważyłyśmy, że te krzesła nie mają nóg.

Widmo męki zawisło od razu, nieco psując nam humor. Usiadłyśmy więc , z trudem układając nogi, na szczęście byłyśmy jeszcze wtedy dość sprawne, więc udało się. Obserwowałyśmy jak inni układają nogi, wszyscy się wiercili, wszak większość to byli cudzoziemcy. Najpierw przysiadłam na podkulonych nogach, potem próbowałam układać je w bok, ale od razu drętwiały. W końcu , już nie wiem czy ja, czy siedząca naprzeciwko Kaśka wymyśliłyśmy, że należy je po prostu wyciągnąć przed siebie. Od razu ulżyło , należało tylko uważać, by nie uderzać sąsiada z naprzeciwka. W naszym przypadku raczej to nie groziło, bo miałyśmy stopy nieomal  pod nosem jedna drugiej.

   Rozpoczęła się uroczystość. Najpierw występy kolorowe, dziecięce, motylowe, szaty , instrumenty, śpiewy na świdrujących wysokich tonach i taniec. Piękne było , ale w końcu się skończyło. Potem Japonki stylizowane na gejsze roznosiły tace z jedzeniem, przy każdym człowieku przysiadając, gdyż jak wspomniałam stoliki były na wysokości chyba co najwyżej 30 cm. Bidulki musiały się nieźle nagimnastykować, my też. Ale cóż, tradycja, to tradycja. Pewnie dlatego tu wszyscy są zdrowi i sprawni, bo jedzą swoje morskie dziwolągi i zażywają dużo ruchu, obgadywałyśmy z Kaśką Japończyków.

    Zajęłyśmy się podziwianiem tego co na tacach. Oczywiście wszędzie były motywy z kwitnącą wiśnią, gdyż taka była ta szczęśliwa pora zjazdu. Miseczki, talerzyki z finezyjnie poukładanymi mikroskopijnymi daniami tworzyły uroczą całość. Kaśka, która jest jedzeniowym fanem rozpoczęła obfotografowywanie tych dań. Zaczęłam ją naśladować, bo występy utrwaliłam, ale nie przyszło mi do głowy, by posiłki też uwiecznić. Już nie wiem, które przedstawione tu zdjęcia są wykonane przeze mnie czy przez Kaśkę.

Spróbowałyśmy nawet zupy , jakby innej niż tamta z zepsutej soi, ale z trudem się wstrzymałyśmy przed wypluciem pierwszej porcji. Poskubałyśmy trochę ryżowych kulek, jakieś zieleniny okazały się nawet pyszne . Wodorosty w długich płatach suszone bardzo smakowały , były chrupkie i pikantne, chociaż niosło od nich rybą. Wkrótce takie zakupiłam i przywiozłam do kraju by poczęstować bliskich.

Na szczęście niebawem wszyscy  zaczęli się podnosić, z trudem rozprostowując zdrętwiałe kości. Impreza dobiegała końca….a wieczorem , w hotelu opychałyśmy się bułkami. No cóż nasze sadełka tego się domagały…

Powrót do Japonii. Śniadanie i na obrady.

SAM_9269.JPG

Centrum kongresowe , kwitnące wiśnie i autobusy, które pędzą lewą stroną ulicy.

 

SAM_9270.JPG

Lunch na ławeczce w parku i wiśnie w tle

 

 

 

Nasza pierwsza noc w Japonii  minęła bez snów.

 Przyszedł nowy dzień, poranne ablucje, i na śniadanie.

W niewielkiej hotelowej restauracji siedziało już kilka osób. Japończycy i „inostrancy” tacy jak my.

 Przy bufecie wyłożono dania z informacją, które są tradycyjne. Oczywiście najbardziej nas zainteresowały dania japońskie. Popatrzyłyśmy na zawartość niewielkich miseczek, mętną wodnistą z pływającym czasem jakimś nibyrobalem, odwracając nos od zapachu, który stamtąd doleciał. To pewnie była  ulubiona zupa japończyków z zepsutej soi albo co innego. Na tackach leżały też pozlepiane kulki i inne dziwne stwory.

Oczywiście nie wybrałyśmy niczego z proponowanych bardzo zdrowych dań, otrzymałyśmy gotowane jajko, które też chętnie konsumują Japończycy, jakieś pieczywo i dżem. No i kawa była obowiązkowo.

Usiadłyśmy przy niewielkim stoliku. Okazało się, że  Kaśka, słynny degustator nie wytrzymała i przyniosła też miseczkę z zupą . Hamując odrazę,  spróbowałyśmy tej mętnej cieczy, ale nie dało się tego przełknąć.  Nawet wyobrażenie, że ta zupa jest nektarem bogów, odżywcza i ożywcza nie dało efektu.

Obok głośno siorbali i z zapałem chłeptali swoją zupę mieszkańcy tego kraju. Potem hałaśliwie wsysali długie nitki makaronu i zapamiętale dłubali pałeczkami w bezbarwnych ryżoworybnych kupkach. Ponoć głośne jedzenie należy do japońskiego zwyczaju i dobrego tonu i  należy tak się zachowywać. Wyglądali przepięknie. Ładne cery, lśniące oczy i żywotność o poranku stanowiły kontrast z naszymi zapyziałymi oczętami. Oj, widać ich dobre jedzenie sprzyjało zdrowiu.

    Potem już powędrowałyśmy do centrum kongresowego, gdzie otrzymałyśmy plakietki i  materiały zjazdowe z planem obrad. I się zaczęło. Nie było czasu na rozglądanie się po okolicy.

Dopiero w porze lunchu wybyłyśmy do rozległego jak na warunki japońskie, gdzie wszystko miniaturowe, uczelnianego parku unosząc przydzielone pudełka z posiłkiem. Na jednej z ławek rozsiadłyśmy się , konsumując zawartość i po raz pierwszy stosując do tego przydzielone pałeczki. Były oczywiście zwyczajowo złączone, co świadczyło, że nigdy nie używane. Rozłamałyśmy je więc i podjęłyśmy próbę. Przypominam, że jeszcze wtedy do Polski nie dotarła moda na jedzenie japońskie a może panowała już w tzw. wysokich sferach do których nie należałyśmy.

Powietrze było świeże, przejrzyste . A dookoła właśnie zakwitały wiśnie….