
Centrum kongresowe , kwitnące wiśnie i autobusy, które pędzą lewą stroną ulicy.

Lunch na ławeczce w parku i wiśnie w tle
Nasza pierwsza noc w Japonii minęła bez snów.
Przyszedł nowy dzień, poranne ablucje, i na śniadanie.
W niewielkiej hotelowej restauracji siedziało już kilka osób. Japończycy i „inostrancy” tacy jak my.
Przy bufecie wyłożono dania z informacją, które są tradycyjne. Oczywiście najbardziej nas zainteresowały dania japońskie. Popatrzyłyśmy na zawartość niewielkich miseczek, mętną wodnistą z pływającym czasem jakimś nibyrobalem, odwracając nos od zapachu, który stamtąd doleciał. To pewnie była ulubiona zupa japończyków z zepsutej soi albo co innego. Na tackach leżały też pozlepiane kulki i inne dziwne stwory.
Oczywiście nie wybrałyśmy niczego z proponowanych bardzo zdrowych dań, otrzymałyśmy gotowane jajko, które też chętnie konsumują Japończycy, jakieś pieczywo i dżem. No i kawa była obowiązkowo.
Usiadłyśmy przy niewielkim stoliku. Okazało się, że Kaśka, słynny degustator nie wytrzymała i przyniosła też miseczkę z zupą . Hamując odrazę, spróbowałyśmy tej mętnej cieczy, ale nie dało się tego przełknąć. Nawet wyobrażenie, że ta zupa jest nektarem bogów, odżywcza i ożywcza nie dało efektu.
Obok głośno siorbali i z zapałem chłeptali swoją zupę mieszkańcy tego kraju. Potem hałaśliwie wsysali długie nitki makaronu i zapamiętale dłubali pałeczkami w bezbarwnych ryżoworybnych kupkach. Ponoć głośne jedzenie należy do japońskiego zwyczaju i dobrego tonu i należy tak się zachowywać. Wyglądali przepięknie. Ładne cery, lśniące oczy i żywotność o poranku stanowiły kontrast z naszymi zapyziałymi oczętami. Oj, widać ich dobre jedzenie sprzyjało zdrowiu.
Potem już powędrowałyśmy do centrum kongresowego, gdzie otrzymałyśmy plakietki i materiały zjazdowe z planem obrad. I się zaczęło. Nie było czasu na rozglądanie się po okolicy.
Dopiero w porze lunchu wybyłyśmy do rozległego jak na warunki japońskie, gdzie wszystko miniaturowe, uczelnianego parku unosząc przydzielone pudełka z posiłkiem. Na jednej z ławek rozsiadłyśmy się , konsumując zawartość i po raz pierwszy stosując do tego przydzielone pałeczki. Były oczywiście zwyczajowo złączone, co świadczyło, że nigdy nie używane. Rozłamałyśmy je więc i podjęłyśmy próbę. Przypominam, że jeszcze wtedy do Polski nie dotarła moda na jedzenie japońskie a może panowała już w tzw. wysokich sferach do których nie należałyśmy.
Powietrze było świeże, przejrzyste . A dookoła właśnie zakwitały wiśnie….
