Żaglowiec marzenie romantyka…..

Autor zdjęcia Jerzy T. Marcinkowski. Na zdjęciu uwidocznione są brodawki tego człowieka – marzyciela. Płat skóry zdjęto z jego klatki piersiowej i zatopiono w słoju wypełnionym formaliną. Zda się, że teraz ten człowiek chce coś nam opowiedzieć. Może był marynarzem a może tylko wielkim marzycielem….

Oglądając jeden z eksponatów Muzeum Medycyny Sądowej w Poznaniu nie można przestać myśleć nie tylko o tym pięknym obrazie czy uczuciach dawno nieżyjącego człowieka, z którego klatki piersiowej zdjęto płat skóry z tatuażem ale też stało się  to przyczynkiem poszerzania wiedzy o tym przepięknym żaglowcu. I oto rezultaty tych poszukiwań w internecie.

„Największe żaglowce świata to:

  1. „La France II” (Francja) – 5 masztowy bark o wyporności 5806 ton
    2) „R.C. Rickmers” (Niemcy) – 5 masztowy bark o wyporności 5248 ton
    3) „Thomas W. Lawson” (USA) – 7 masztowy szkuner o wyporności 5218 ton
    4) „Preussen” (Niemcy) – 5 masztowy statek (full rig) o wyporności 5081 ton (opisany poniżej)
    Niestety, wszystkie dziś już nie istnieją”.

Od lipca 2000 r. pływa pod banderą Luksemburga „Royal Clipper” – luksusowy pięciożaglowy statek  wycieczkowy. Początkowo nosił nazwę „Gwarek” bo jego kadłub zbudowano  w latach 80-tych XX w. w Stoczni Gdańskiej ale z powodu braku funduszy został sprzedany na Zachód i luksusowo wykończony w Rotterdamie. Powstał na wzór opisanego poniżej żaglowca  „Preussen” uwiecznionego nie tylko na wielu pocztówkach, ale też zachowanym w Muzeum Zakładu i Katedry Medycyny Sądowej w Poznaniu płacie skóry z tatuażem (powyżej zdjęcie). [

A oto dzieje zapisanego na skórze dawno zmarłego człowieka (sekcja około 1930 r.) obrazu – tatuażu.

Widoczny na tym rozległym tatuażu przepiękny pięciomasztowy żaglowiec o sześciu rejach na każdym maszcie nazwany Preußen (Preussen czyli Prusy)  a przez marynarzy Królową Królowych Mórz, został zbudowany w 1902 r.  Płynąc pod pełnymi żaglami mógł  ich postawić 43 a wtedy ich całkowita powierzchnia wynosiła aż  5560 m kw.  Statek zaprojektowany przez  dr. inż. , Georga Wilhelma Claussena, miał długość 147 m  i mógł żeglować przy największych sztormach.  W takiej sytuacji pogodowej podwójne koło sterowe o średnicy 2 m musiało obsługiwać aż 8 sterników.

Był żaglowcem handlowym, służył do przewozu saletry z Chile (wg niektórych informacji były to ogromne ilości ptasich odchodów – tzw. guano). Ustanawiał on rekordy prędkości – do 37 km/godz.  

Obsługiwany był przez 45-osobową załogę, wyposażony w dwie maszyny parowe napędzające pompy, maszynę wspomagającą ster, windę ładunkową i wciągarki.  Był największym statkiem bez pomocniczej siłowni.

W 1903 r. okrążył świat witany przez tłumy mieszkańców Nowego Jorku. Był dowodzony tylko przez dwóch kapitanów: Boye Richarda Petersena (11 rejsów) i Jochima Nissena (2 rejsy i ostatni, zakończony katastrofą).

Śmierć żaglowca nastąpiła w 1910 r. w trakcie 14 rejsu. 6. Listopada tego roku, mając na pokładzie m.in. pianina z Chile  zderzył się z małym brytyjskim parowcem „Brighton” 8 mil od Newhaven.  Kapitan parowca, nie doceniając znacznej szybkości żaglowca , próbował przemknąć przed nim. Doszło do zderzenia, uszkodzony został m. in. bukszpryt i pierwszy maszt, co sprawiło, że utracił możliwość żeglowania. Winowajca zderzenia – „Brighton” wrócił po pomoc do Newhaven i  wkrótce pospiesznie ruszył w tym celu  holownik „Alert”. Jednak ponura listopadowa aura utrudniła holowanie do portu Dover, rozpaczliwie próbowano więc zakotwiczyć Królową Królowych Mórz. Jednak w tej dramatycznej akcji doszło do zerwania łańcuchów kotwicznych, statek został zepchnięty na skały w Zatoce Crab  i wkrótce zniknął z horyzontu spoczywając w tym miejscu na głębokości 6 m do dziś…..

Załoga i część ładunku uratowano, kapitan statku „Brighton” został uznany winnym katastrofy i utracił prawo wykonywania zawodu.

Po tym jednym z najpiękniejszych z marzeń pozostały opisy, m.in. pod zamieszczonymi linkami, zdjęcia i ten jeden jedyny płat skóry z tatuażem który nam to wszystko opowiada…..

[1] http://www.zaglowce.ow.pl/ciekawostki/najwieksze.html

[dostęp 25.02.2021]

[2] http://www.bruzelius.info/Nautica/Ships/Fivemast_ships/Preussen(1902).html [dostęp 25.02.2021]

[3] https://pl.wikipedia.org/wiki/Preu%C3%9Fen [dostęp 25.02.2021]

[4] https://statkislowiannadbaltyckich.wordpress.com/2018/09/28/pieciomasztowiec/ [dostęp 25.02.2021]

Jak to z jodem i morszczynem było…

SAM_0546.JPG

 

SAM_0743.JPG

 

SAM_0748.JPGMorszczyn znaleziony nad Bałtykiem, teraz w maju, 2015 roku ….

 

 

Poprzednio napisałam, że w  dzieciństwie będąc nad morzem fascynowałam się tajemniczymi nibyroślinami wyrzucanymi na plażę przez wodę.

Wyglądały jakby były z innego świata. Nie przypominały zwykłych trawiastych czy liściastych krzewinek rosnących na lądzie. Miały brązowawo rudy  kolor i płaskie pędoliście ujęte w pęk,. Były  pofałdowane na brzegach jakby ktoś  specjalnie je  ozdobił falbanką.

W dodatku w ich rozwidleniach  siedziały sobie bursztynowe lekko przezroczyste banieczki. To o nich tata mówił, że dostarczają nam jod, którym się delektujemy a nawet leczymy będąc nad morzem.

     Gdy po latach wróciłam do Jastarni, poza muszelkami cudnej urody wypatrywałam tej właśnie nibyroślinki. Kiedyś czytałam, że w ogóle już wyginęła w naszym Bałtyku, bo zanieczyściliśmy to morze w sposób ekstremalny. Ale jednak znalazłam maleńkie znajome krzaczki, już nie tak rozłożyste jak kiedyś, ale były.

I przyszła dziecięca moja radość. I zdjęcia były i teraz mogę sobie oglądać. I czytam w necie jak to jest z tym jodem i morszczynem .

Otóż morszczyn po łacinie zwany  Fucus jest glonem. Należy do brunatnic. Nazwa ta pochodzi od koloru tego glonu , który z kolei nadaje mu fukoksantyna, która poza chlorofilem zamieszkała w jego  pasmowatych komórkach. Do morskiego dna morszczyn przyrasta tarczowatą przylgą. 

Jest mieszkańcem przybrzeżnych wód północnego Atlantyku i Oceany Arktycznego oraz przylegających  mórz zarówno po stronie amerykańskiej jak i afrykańsko-europejskiej . Do nich należy nasz Bałtyk.

Owe tajemne koralowate twory wrośnięte w płaskie pasma morszczynowe są najzwyczajniej w świecie pęcherzami pławnymi, które umożliwiają swobodne unoszenie pędów w wodzie a po obumarciu tej niby rośliny powodują, że z falą wypływa ona na plażę.  I stąd nazwa morszczyn pęcherzykowaty. Ponoć można wyodrębnić w nim części będące odpowiednikiem korzeni, łodygi i liści. Oglądając glon, nie jest łatwo zauważyć te części, i należy wierzyć biologom na słowo.

Poza pięknym wspomnieniem z dzieciństwa, które przyniósł mi morszczyn dodatkowo  czytam z lubością jaka to wartościowa roślina jest. Otóż stanowi składnik wielu mieszanek ziołowych, kosmetyków i przydatna może być w kuchni. Ponoć w sklepach ze zdrową żywnością można kupić suszony morszczyn. Aż muszę sprawdzić- w podziemiach Dworca Centralnego gdzie wprawdzie coraz rzadziej, ale bywam, jest taki sklep. ..

Plechy morszczynów się odsala i suszy. Zawierają 0,03-0,1% jodu dodatkowo jego część jest związana tworząc pochodne tyroniny ( hormon tarczycy). Zawartość jodu zależy od zasolenia morza. Poza tym morszczyn zawiera magnez, mangan, miedź, cynk, sód, potas, siarkę chlor i nieco bromu a także  barwniki i polisacharydy ( wielocukry) . I to właśnie te polisacharydy jak np. algina powodują, że roślina ma zastosowanie w wielu gałęziach przemysłu, przy produkcji lodów i kosmetyków. Osoby z nadciśnieniem i miażdżycą a także odchudzające się czy cierpiące na zaparcia też mogą skorzystać z leczniczego działania  morszczynu. Jednak nie należy polegać na terapii morszczynowej w przypadku rozpoznanej niedoczynności tarczycy, gdyż  łatwo może dojść do przejścia w fazę jej nadczynności.

Poczytałam, zapamiętałam, ale z porad nie skorzystam. Bo po pierwsze- od 2004r. morszczyn w Polsce jest objęty ochroną gatunkową , co patrząc na maleńkie jego ilości wyrzucane przez morze popieram w pełni. A poza tym mam nadzieję, że wypady nad Bałtyk , zwłaszcza w okresie pomiędzy listopadem w marcem, kiedy to szaleje bryza morska i jest najwięcej magicznego jodu w powietrzu, dadzą więcej niż spożywanie tego nieszczęsnego glonu. Bezmiar wód, nieustanny niepojęty szum morza, piaski śnieżnobiałe smak soli na wargach to jest właśnie to,  co „ tygrysy lubią najbardziej”……

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozmyślania nad zielonymi ośćmi.

 

 

SAM_0906.JPG

Na moją prośbę, pan w barze pokazuje kręgosłup belony, Ładny, zielony jest. Ale ryby żal….

 

 

Po emocjach wyborczych, gorzkim smaku klęski urzędującego Prezydenta przychodzi do człeka lęk, co będzie z Polską i z nami? Za dobrze pamiętamy rządy PiSu by się nie bać.

Ale dlatego właśnie dziś chciałam uciec w przyrodę, w blogowe gadanie i temu podobne zajęcia. To jedyny ratunek….

      Poszłam ci ja do baru rybnego , jako że jeszcze w Jastarni „baluję”. A tam miła panienka z uśmiechem zaproponowała rybkę o nazwie belona. Od razu melodię usłyszałam Wojtka Bellona i jego Grupy Bukowina i smętny jego metalowy ławeczkowy  pomniczek w Busku Zdroju, gdzie mieszkał…Tak więc nazwa tej rybki bliska sercu się zdała i pełna muzyki. Właściwie nie powinnam jadać mięsa ani ryb w szczególności, gdyż zawsze z istotą żywą się kojarzy, ale ryba ponoć dla zdrowia powinna być konsumowana. Więc na chwilę zapominam o męce przedśmiertnej ryby, bo właśnie panienka z baru wnosi na talerzu zamówioną belonę. Tak, zamówiłam a właściwie zamówiliśmy. Jak mamy w zwyczaju prosimy też o drugi talerz i sztućce i dzielimy jedną porcję na pół, bo tak wielkiej, jaką podają nie da się zjeść. Jeszcze niedawno może bym się wstydziła, ale teraz nie. Pamiętam wrażenie sprzed bardzo wielu laty , gdy byliśmy w restauracji hiszpańskiej gdzieś na Muranowie i kelner –Hiszpan sam zapytał, czy zapakować nam to, czego nie byliśmy w stanie zjeść. Oczywiście zgodziliśmy się ochoczo i przez kolejne trzy dni mieliśmy gotowy obiad. I to wszystko z dwóch tylko restauracyjnych porcji. Teraz już wszędzie nie ma problemu, by poprosić o opakowanie jednorazowe i zabrać do domu to co zostało albo po prostu zamawiać jedną porcję na dwie osoby. Rozpisałam się nadmiernie, ale to we mnie siedziało jako swojego rodzaju ciekawostka historyczno-obyczajowa.

      Pora wrócić do opisu naszego obiadu i zamówienia melodyjnej belony. Przed zamówieniem zapytałam, czy ta ryba ma ości, pani przytaknęła, ale powiedziała, że można sobie poradzić. Coś tylko bąknęłam o tym, że okularów nie wzięłam, ale pani pewnie nie dosłyszała. Tylko dalej opowiadała z żarem, że ta ryba pojawia się w Zatoce Puckiej jeden raz w roku, w maju i że jest nad wyraz  smakowita.

Tak więc przełamując opory by jeść żywe jeszcze niedawno zwierzątko zabrałam się do dzielenia ryby. I wówczas zauważyłam rzecz niezwykłą. Ta ryba miała zielony kręgosłup, a przy dalszym przygotowywaniu kęsa odkrywałam też , że ma dużo cienkich jak gruba żyłka  ości, ale przezroczystych i cudnie zielonkawych. Okazało się, że były tak dobrze widoczne, że okulary w ogóle nie były potrzebne.

Po powrocie do domu zajrzałam zwyczajowo do netu i znalazłam to, co pokrótce sobie streszczę. Otóż belona, zwana też beloną pospolitą ( łac. Belone belone- czyż nie cudnie można to zaśpiewać?)  jest  rybą morską belonokształtną. Jak widać musi być on tak niezwykły, że nawet nazwa pochodzi od tej ryby. Jest bardzo szczupła , smukła , potrafi osiągać długość nawet do 100 cm. Trochę przypomina węgorza, ale posiada bardzo długaśne szczęki przypominające dziób , uzbrojone w  liczne drobne zęby. W młodości jej szczęka górna jest znacznie dłuższa od dolnej. Ma wielkie oczy i podobno jest bardzo brzydka, poza dwoma cechami. Po pierwsze odziana jest w piękną srebrną skórę z drobnymi łuskami i jej kręgosłup oraz ości mają zielonawoniebieskawą barwę. Barwnikiem tym jest biliwerdyna powstała w wyniku przemiany hemoglobiny. Człek też ją produkuje w sobie , ale nie wpadł na pomysł, by barwić sobie kosteczki czy chociażby paznokcie…

Belona mieszka we wschodnim oceanie Atlantyckim oraz Morzu Śródziemnym, Północnym Czarnym i Bałtyckim.

Belony są towarzyskie, pływają w stadach blisko powierzchni wody i potrafią wyskakiwać ponad wodę. Żywią się małymi rybami i skorupiakami.

U naszych wybrzeży pojawia się tylko jeden raz w roku, w maju, gdy woda w morzu po zimie nagrzewa się gdy temperatura osiąga 8-9 stopni , i wtedy wyczekujący jej wędkarze są w siódmym niebie…Później odpływa na głębokie wody morza ….

I teraz siedzę nad klawiaturą a trapi mnie jedna myśl. Ta biedna ryba przypływa do nas, na Zatokę Pucką  ufnie napędzana biologią. Tu, w tych dość ciepłych teraz wodach musi odbyć tarło. A ludzie urządzają na nią polowania. Pytałam o to w tym i w innych barach oraz mieszkańca i nie otrzymałam odpowiedzi. Nad obecnością tej ryby o tej porze roku na talerzach barów rybnych panuje zmowa milczenia. Ktoś tylko powiedział, że rybacy wybierają takie sztuki, które nie mają oznak dojrzałości płciowej, nie noszą w sobie ikry ani mlecza…ale jak to rozpoznawać? Nie wiem…

Chyba zostanę wreszcie wegetarianką…

Ale czy rośliny nie cierpią?

I na tym zamykam poranne rozmyślania, bo i tak odpowiedzi nie widzę.

Tymczasem  na poranną kawkę zapraszam….

 

Zostawmy  tę piękną belonę , niech wolnością się cieszy. Zdjęcie z Wikipedii.

Belone_belone1.jpg

 

 

 

 

 

Dziecięce nadmorskie zachwyty

SAM_0634.JPG

 

SAM_0572.JPG

 

SAM_0546.JPG

 

 

Idę nadbałtycką plażą, piasek poskrzypuje piszcząc pod stopami, śnieżny jak prawie nigdzie na świecie, muszelki bieleją i jestem znowu małą dziewczynką, która przeżywa swoje pierwsze zachwyty. Wczasy wagonowe w Jastarni, rozpuszczone przez letników mewy stukające o świcie w dach by chlebek dostać , las komarzasty i wreszcie wydma przecudna z narastającym szumem. Szumem, który odnajduję teraz w wiatrem kołysanych koronach wielkich sosen mojej nadbużańskiej Puszczy Białej, niezapomnianym, zapachowym jedynym takim. I przyspieszony wydmowy bieg by zobaczyć to, co wiecznie żywe, dyszące jak wielkie leżące zwierzę, z falującym ciałem zamykającym horyzont. Dookolny horyzont zapierający dech i smak soli na wargach. I po wydmowym biegu długie stanie w wielkim zachwycie. Takie dzieciństwo to skarb przechowywany w pamięci i sercu długo, mieszkający we mnie na stałe.

I potem tuptanie brzegiem morza, stopy podmywane przez fale, zabierające piasek spod stóp. Cudne zjawisko ….

Potem oglądanie tego, co morze wyrzuciło. W tamtych przaśnych latach 50-60 ubiegłego wieku zachwycało wszystko- oglądane po raz pierwszy w życiu plastikowe butelki z rysunkami pomarańczy leżące na plaży czy kartony z dziwnymi zagranicznymi napisami i malunkiem krowy, jakieś deski skrzynkowe na których też wypatrywało się egzotycznych dla nas wtedy napisów z krajów, które były dla nas za żelazną kurtyną, a to my raczej byliśmy nią zamknięci….Tak, morze było dla nas oknem na świat, inny, niedostępny , fascynujący a wymienione śmieci jawiły się jak listy z tych dalekich krajów.

Gdy już naoglądaliśmy się tych zamorskich dziwów, przychodziła pora na  drobiażdżki plażowe- śnieżne , delikatnie rzeźbione muszelki;  maleńkie bezbarwne galaretki z centrycznym nikłym rysunkiem malowanym na błękitno lub różowo to były ciała  meduz, a wreszcie wyrzucone na brzeg krzaczaste, dziwne rośliny. O nich to rodzice mówili, że jod dostarczają, a nawet magazynują go w pięknych kształtnych pęcherzykach, które też zadziwiały. Takich roślinek nigdy przedtem ani potem nie widywałam….

I teraz gdy idę plażą wypatruję podobnie jak kiedyś. Plastikowe butelki czy puszki z zagranicznymi napisami już się nie walają na plaży, zresztą nie byłyby już taką atrakcją jak kiedyś, bo pełno ich na półkach naszych sklepów. A dzisiejsze pokolenie często nawet nie wie, że mleko daje krowa. Myślą, że od razu jest w kartonie.

Zostały tu  tylko piękne  muszelki i maleńkie otoczaki. Ożywiam się gdy nagle widzę maleńką wysuszoną krzewinkę  ze znajomymi bursztynowymi pęcherzykami. A już myślałam, że nigdzie jej nie ma, bo czytałam, że zanieczyszczony Bałtyk ją uśmiercił. Ale jednak jest….

I wszystko jest jak kiedyś i tylko dziwne, że  podbiec jakoś trudno i nogi szurają z większym trudem po piasku . Ale co tam…było pięknie i jest pięknie…

 

 

Majowo nad Bałtykiem.

 

SAM_0590.JPG

 

 

SAM_0547.JPG

Jedyna łódź na plaży w Jastarni, odmalowana i jak widać używana…Rybak przygotowuje się do  pracy…

 

SAM_0575.JPG

 

 

SAM_0567.JPG

 

 

 

 

I dobiliśmy na Półwysep Helski, do Jastarni.

Uświadomiłam sobie, że nigdy nie byłam nad Bałtykiem w maju. Od Zatoki Puckiej wiało jak diabli, ale morze przywitało nas słonecznie, pogodnie i przyjaźnie. Piaseczek plażowy jak zwykle zachwycał miałką białością i przyjemnie skrzypiał pogwizdując  pod stopami.

To co uderzyło w oczy to wszędzie widoczne ślady zimowych sztormów, morze sięgało wtedy wydm, wypłukując piasek tak, że zostały ich poprzeczne  przekroje, jakby kto nożem obcinał. Plaża stała się nieco nieckowata. Miejscowi mówią, że co roku jest tak samo, i gdy nastąpi odpływ, to koparkami zbierają z wody zabrany wydmom piach, odtwarzając kształtną plażę i ratując wydmy przed dalszym niszczeniem. I tak trwa odwieczna walka człowieka z morzem i wiatrami . Dawno, dawno temu,  były tu wyspy, które morze w swej łaskawości połączyło pasemkiem lądu zwanym Półwyspem Helskim  ale  teraz chce zabrać to, co dało…

W  maju jest tu cudnie, bezludnie i szumnie jak zwykle.

Tylko mew nie widzę. Od razu coś mi nie pasowało w tym krajobrazie. Jakby większa cisza poza szumem wody, i puste niebo nad nią. Tak, nie ma teraz tutaj mew. Żadnej mewy nie wypatrzyłam, dzisiaj też sprawdziłam. Przeleciała tylko jedna i szybko zniknęła.

Jak zwykle sprawdziłam w necie i znalazłam informację , chyba przedtem mi nie bardzo znaną. Jakoś o tym zresztą nie myślałam. Bałtyk latem czy jesienią zawsze kojarzył się z mewami i wydawało się, że to stali mieszkańcy. A okazuje się , że nie.

Te sympatyczne ptaki lęgną się u nas, ale na zimę odlatują do zachodniej Europy wracają pod koniec zimy, zaraz po stopieniu lodów. , a do nas by się ogrzać , przybywają mewy ze wschodu- z północy Rosji, krajów nadbałtyckich i Skandynawii.

Gdy nadchodzi marzec, panowie mewy wybierają na wodach śródlądowych miejsca na lęgowisko. Panie przybywają tam dopiero w kwietniu i wtedy rozpoczyna się miłosne szaleństwo. Nigdy nie widziałam, ale widok musi być przedni. Jak opisują obserwatorzy tych ptaków, pary stają naprzeciwko siebie rozwija do połowy skrzydła , rozpościera ogony, każde kładzie sobie dziób na piersi po czym nagle wyrzuca go w górę, kiwając przy tym głową. Zakochana para powtarza te ruchy, symulując wzajemne ataki. Gdy już oprzytomnieją – nie wiem jak długo to trwa, zgodnie budują gniazdo na terenie samca ale w miejscu wybranym przez panią.

Gniazdo może być tylko dołkiem w ziemi piaszczystego brzegu ale też może być budowane  na kępach  roślin wodnych pływających na jeziorze. Niezależnie od lokalizacji,  gniazdo jest wymoszczone liśćmi i łodygami okolicznych roślin. Mewy są towarzyskie, żyją w koloniach liczących od kilkudziesięciu do kilku tysięcy par. Osobniki starsze, mają gniazda najbardziej centralnie w całej kolonii, co jest miejscem najbezpieczniejszym, młodziaki, które przybywają później, lokują się na obrzeżach kolonii.

Mewy mają potomstwo tylko raz w roku. Przez ok. 3 tygodnie obydwoje rodzice wysiadują jaja. W połowie maja, we wszystkich rodzinach równoczasowo z oliwkowozielonych jaj wykluwają się młode . W każdym gnieździe jest tylko dwoje lub troje dzieci. To też ręka natury , bo w gromadzie jest im łatwiej bronić się przed drapieżnikami, szczególnie aktywnymi w czasie wysiadywania jaj i wychowywania młodych. Mewie dzieci rosną dorastają w bliskim sąsiedztwie  gniazda. Są rudobrązowe z czarnymi plamami na bokach i grzbiecie.  Gdy osiągają wiek 5 tygodni, są już zdolne do latania. Jednak dopiero we wrześniu dojrzewają całkowicie, co manifestuje się m.in. zmianą piór na szyi, głowie i tułowiu. I wtedy nagle jak z” brzydkiego kaczątka” wyłania się ten piękny biały ptak, kołujący na nadmorskim niebie lub kołyszący się na fali. Od razu wraca moje dzieciństwo, kiedy to zakochana w tych ptakach marzyłam o broszce z mewą, której nigdy nie dostałam. O, jakie miałyśmy w tych latach 50 ubiegłego wieku marzenia…Małe i jakże prymitywne.

Wracam do moich mew.

Gdy tylko młode są zdolne opuścić gniazdo, co może mieć miejsce już w lipcu, rozpoczynają się odloty….

Jeszcze jedna ciekawa informacja. Otóż badacze dzięki zakładanym obrączkom tym ptakom mogli określić ich długość życia.  Najstarszym żyjącym osobnikiem była mewa licząca sobie 32 lata.

 

I już koniec skrótowej opowieści o ulubionych ptakach, kojarzących się z wakacjami, urlopami, wolnością. Bo pora biec przez kawałek Jastarni, przekroczyć tory kolejowe wiodące z Gdyni na Hel, też dla mnie magiczne i po 20 minutach leśnego szybkiego marszu zobaczyć morze….ciekawe co tam dzisiaj słychać i widać?

 

Smętne rozmyślania przy bunkrach w Jastarni

SAM_8014.JPG

Polski bunkier Sęp leży na nadbałtyckiej plaży w Jastarni…

 

 

A miało być o bardzo odległych dziejach Półwyspu Helskiego i Jastarni . Nie udało się , bo wczoraj  wędrując plażą w kierunku Władysławowa nagle ujrzeliśmy bunkier na plaży. Co prawda przed bardzo wielu laty  tam byłam, potem czytałam o jakiejś niedawnej aferze z zasypaniem ziemią gdy lasy zmieniały właściciela i odkopaniu po protestach ludzi pielęgnujących tradycje militarne .

Pomimo tego, nie daje się hamować emocji , gdy nagle wyrasta przed nami taka budowla.

Potem kolejna i kolejna…

I przychodzi myśl po co nam to było? Tym bardziej, gdy czytam, że Polska nie zdążyła ich wykorzystać w czasie II wojny światowej bo  planowano ukończenie budowy dopiero w listopadzie 1939 roku  a wojna wybuchła 1 września i miała określony scenariusz. Po prostu byliśmy za słabi by pokonać najeźdźców. I taka jest prawda. Gdy teraz słucham, że mamy zwiększyć wydatki na zbrojenia wątpliwości same przychodzą do głowy. Przecież wtedy też mieliśmy sojusze…. I właśnie o tym myślę patrząc na bunkry w Jastarni….

Dla moich dzieci i wnuków ale przyznam, że także i dla siebie porządkuję wiadomości nt obrony Helu w 1939 roku. W tym miejscu przepraszam tych, którzy to wszystko wiedzą- nie obraźcie się mili…..

 

A było tak:

Przed II wojną światową granice Polski wyglądały inaczej niż dziś. Mieliśmy tylko maleńki skrawek wybrzeża Bałtyku z pięknym nowym portem w Gdyni.

Ponieważ był on położony  bardzo blisko granicy z Niemcami w wyobraźni wojskowych istniała konieczność wybudowania bazy marynarki wojennej, z której można by było prowadzić obronę tego miasta.

I dlatego m.in. wybrano  leżący po drugiej stronie zatoki Gdańskiej polski wtedy Hel, bo obok prowadziła droga morska z  Morza Bałtyckiego do Gdyni i Gdańska.  Zamknięto tedy ten obszar od strony półwyspu  a  do wejścia czy wjazdu konieczne było posiadanie przepustki. Wybudowano tam  port wojskowy a na wydmach zainstalowano wielkie działa ( bateria im. Laskowskiego) , które mogły ostrzeliwać statki podążające w kierunku Gdynie i  wolnego wtedy  miasta Gdańska, ale znajdującego się pod dużymi wpływami Niemiec.

      By osłonić Hel od strony Władysławowa rozpoczęto budowę bunkrów w Jastarni  układających się w poprzek półwyspu, który tu miał szerokość 450 m . Realizowano projekt inżynierów wojskowych mjr saperów Szmidta oraz mjr Draguły. Prace rozpoczęto 15 maja 1939 roku, w dniu rozpoczęcia wojny , 1 września bunkry były już wzniesione, pięknie nazwane nawet, chociaż jeszcze nie wyposażone w urządzenia wentylacyjne i część uzbrojenia.

     Jednak zarówno data rozpoczęcia wojny jak i jej błyskawiczny rozwój spowodowały, że bunkry okazały się niepotrzebne.

 Bo wkrótce część  Polski była zajęta przez Niemcy a po od 17 września pozostała część przez  ZSRR. I nie pomogły żadne sojusze….

Hel, ta główna baza Polskie Floty Wojennej był  atakowany przez Niemców z powietrza i morza . A  8 września został izolowany od lądu na wysokości Swarzewa i Władysławowa z kontrolowaną Zatoką Pucką przez korpus gen von Kaupischa 

Od 21 września pancerniki „ Schleswig-Holstein” i „Schlesien” rozpoczęły ostrzał  Helu zmagając się z działami polskiej baterii cyplowej im. Laskowskiego .

25 września 1939 r.  został trafiony niemiecki pancernik „Schleswig-Holstein”.

Polski dowódca baterii , kpt. marynarki Zbigniew Przybyszewski został ranny , ale po opatrzeniu ran na własną prośbę wrócił na stanowisko bojowe.

30 września Niemcy zdobyli leżące na Półwyspie Chałupy a wycofujące się wojska polskie wysadziły zaporę z głowic torpedowych , przerywając ciągłość Półwyspu co zatrzymało lądowy pochód Niemców.

Jednak po upadku Warszawy i Modlina, a także z powodu braku żywności i amunicji sytuacja obronna stała się beznadziejna. I wówczas polski kontradmirał Józef Unrug podjął  decyzję poddania się.

1 października wstrzymano po obu stronach ogień.W Grand Hotelu w Sopocie polscy komandorzy Stefan Frankowski i Marian Majewski,  złożyli podpis na akcie kapitulacji w obecności  niemieckiego kontradmirała Huberta von Schmundta .

Wieczorem wypłacono obrońcom pobory za trzy miesiące z góry , rozpoczęto niszczenie akt sądowych i osobowych i przez całą noc zakopywano i zatapiano sprzęt..

2 października o godzinie 10 wkroczyli do Helu Niemcy , którzy jeszcze długo poszukiwali ukrytych dział, nie wierząc , że obrońcy Helu mając do dyspozycji jedynie cztery armaty Boforsa mogli skutecznie trafiać w okręty wojenne i zatopić jeden trałowiec….

 

Bunkry w Jastarni wybudowane przez bardzo młodą wtedy Polskę wielkim nakładem sił i środków, od 1940 r. do końca II wojny światowej  służyły Niemcom….jedynie Niemcom….

 

I gdy  tak stoję obok bunkrów w Jastarni, nigdy niepotrzebnych trudno się dziwić , że rozmyślam o naszych czasach, sojuszach, strojeniu piórek, zbrojeniach….chciałabym nie mieć racji…

 

 

Poland1939_physical.jpg

Obszar Polski sprzed II wojny światowej ( zdj z Wikipedii)

 

 

SAM_8057.JPG

 

Zdj tablicy przy szlaku militarnym w Jastarni. Cztery polskie przedwojenne bunkry o pięknych nazwach. Sęp na wybrzeżu Bałtyku, Sokół od strony Zatoki Puckiej…

 

 

SAM_8041.JPG

 

SAM_8031.JPG

Sęp z bliska

 

SAM_8052.JPG

 

 

SAM_8045.JPG

Saragossa zwana też  Saratoga ( od miejscowości w Stanach gdzie Tadeusz Kościuszko budował linie obronne)

 

 

SAM_8061.JPG

Bunkier Sabała, gdzie jest Muzeum, otwarte jedynie w sezonie letnim. Teraz niedostępne od strony morza, z powodu głębokich rowów w których światłowody będą…dlatego zdj z daleka

 

 

SAM_8020.JPG

 Nie dotarliśmy do Sokoła, wróciliśmy na plażę…..

Niedzielny spacer po magicznej Jastarni

 

SAM_8439.JPG

Wyjście plażowe nr 50 i dalej przechodzimy przez tory obok cmentarza, zaglądamy  do Kościoła

 

 

W połowie  wąziutkiego pasemka ziemi zwanego półwyspem Helskim, wybrzusza się  Jastarnia , do niedawna wioseczka. Gdy już mija szał letnich najazdów turystów miejscowość żyje swoim życiem, a właściwie zda się , że śpi. Sklepy w większości pozamykane, jedna tylko restauracja o dziwnej nazwie „ Łóżko” zaprasza i jeden bar rybny…i jest pięknie…

I tylko kamień na cmentarzu z napisem takim jak na zdjęciu dreszcz budzi i niepokój. I jedyna łódka na plaży rybą rano pachnąca, wilgotna . I gdy morze huczy za oknem , wtedy przychodzą myśli o ciężkiej pracy na morzu , o ludziach igrających na co dzień z żywiołem,  byśmy rybki mogli zjeść…i szacun im, jak mówi dzisiejsza młodzież, szacun wielki im się należy, rybakom, wilkom morskim…

Ale dzisiaj niedziela  piękna letnia choć październikową była, niespodziewanie upalna, więc kościół otwarty i ambonę obejrzałam , którą kiedyś mój Tato się zachwycał, że oryginalna , rybacka, jedyna taka, jastarniowa i potem wybrałam się na leniwy spacer ….zapraszam

Może po tej leniwej niedzieli zbiorę się w sobie i napiszę więcej o tej miejscowości…..

 

 

SAM_8396.JPG

Pomnik na cmentarzu…

 

SAM_8472.JPG

 

 

SAM_8423.JPG

 

 

SAM_8413.JPG

Kościół wzniesiony na miejscu XIX wiecznego, drewnianego, w roku 1932…barwy wnętrza ulubione przez Kaszubów, ambona w kształcie łodzi i organy , które brzmią ponoć jak oliwskie ( koncerty odbywają się latem…)

 

 

 

SAM_8429.JPG

Zabytkowa chata rybacka z 1881 roku zbudowana z desek z rozbitych statków wyrzuconych przez morze

 

 

 

 

SAM_7798.JPG

Kasztanowiec biały- Pomnik Przyrody. Posadzony w 1897 roku przez mieszkańca Jastarni- Walentego Strucka, który niedługo potem wyjechał na Alaskę i słuch po nim zaginął….kasztan ma rozpiętość korony 24 m…jest cudny, przecudny…

 

 

SAM_7635.JPG

Wszystkie nazwy są dwujęzyczne- Polskie i Kaszubskie. Dzieci w szkole uczą się swojego macierzystego języka…miejscowi Kaszubi nie dali się zgermanizować….

 

 

SAM_8463.JPG

 

 

SAM_7808.JPG

 

 

SAM_7811.JPG

Św. Rozalia, która uratowała mieszkańców od zarazy…powyżej cała kapliczka, obok wygodne ławki, można kontemplować wśród małych domków

 

SAM_8440.JPG

Cmentarna Góra przy wyjeździe do Juraty. Do XIX wieku chowano tu mieszkańców a także bezimiennych topielców. Potem zniszczył go żywioł wód Zatoki…szczątki przeniesiono na cm obok kościoła

 

SAM_7682.JPG

Port wybudowany w latach 1926-1930

 

SAM_8453.JPG

 

 

SAM_8457.JPG

Mieszkańcy Jastarni…cóż to za uroda?

 

 

 

 

 

 

Nie wszystko przemija…

 

SAM_7761.JPG

 

 

Słońce już zmierza ku zachodowi i właśnie najpiękniej jak umie gra cieniami śladów stóp  na piasku….

Wyjątkowo piękny jest październik tego roku.

I dane mi , jeszcze raz dane zachwycić się morzem. Naszym, polskim jedynym takim. 

Nie tylko uroda tego wybrzeża zniewala ale wracają piękne wspomnienia własnego beztroskiego pełnego zachwytów dzieciństwa spędzanego na wczasach wagonowych . I kolejne wspomnienia gdy już z własnymi  dzieciakami  odkrywaliśmy stale na nowo te szumy, zapachy , pomruki , czy groźne miarowe uderzenia fal , te bezmiary wiecznie żywej wody i piasek, piasek, piasek… a teraz już nasze wnuki cieszą się tak jak my kiedyś.

I tak świat się toczy, pokolenia odchodzą , przychodzą następne a  nad nimi to samo  niebo i ten sam wiatr we włosach i wielki morski horyzont   i skrzypiące pogwizdywanie śnieżno  białego piasku pod stopami  , słońce i plaża ….

 

 

SAM_7774.JPG

 

 

SAM_7773.JPG

 

 

SAM_7770.JPG

 

 

SAM_7765.JPG