Losy moich Rodziców. Różaniec obozowy.

Różaniec obozowy

 

Jednak w tym miejscu piekielnym ludzie szukali Boga. Modlili się, spowiadali u uwięzionych księży i otrzymywali komunię ze skrawka czerstwego obozowego chleba składającego się głównie z trocin.

Tato miał zdolności manualne. Gdyby odebrał stosowne wykształcenie, byłyby artystą.. Bo On miał duszę artysty.

Zbierał na terenie maleńkie kawałeczki kabla, które gdzieś porzucili elektrycy. Wyciągał z nich włosowate miedziane druciki i z nich splatał delikatne trójwymiarowe krzyżyki ,  druciki przyjmowały posłusznie w palcach Taty kształty paciorków i ociupeńkie ogniwa, które łączyły te elementy w całość, zwaną różańcem. Był tak drobny i misterny, że mieścił się w zamkniętej dłoni. Nikt nie mógł widzieć, gdy nieszczęśnik, właściciel takiego różańca przesuwał jego niby paciorki i wzdychał do Boga.

Niemcy nigdy tego nie odkryli, bo znaleźliby sposób, by ukrócić takie działania Taty. Po prostu zostałby skopany do nieprzytomności, albo poszczuto by na niego wielkie psy, specjalnie szkolone tak, by potrafiły zabijać.

Nie dziwię się, że Tato do końca swojego długiego życia na widok wielkich skądinąd teraz przyjaznych psów- wilków siniał na twarzy i nieruchomiał. Szczekanie psów rozlegające się nieraz w naszym żoliborskim bloku powodowały u niego napady lęku. No, cóż , zwykła nerwica poobozowa. Zespół opisany przez psychiatrów.

Widziałam w moim domu taki różaniec, Tato przywiózł jeden, ostatni. Poprzednie, a było ich niemało ofiarował współwięźniom, pewnie czasem za to dostał kawałek chleba- nie wiem jak to było.

W obozie chleb był świętością. Każdy okruszek w naszym domu, tak był traktowany. Nikt nigdy nie wyrzucał chleba. Tak było i ja to mam w sobie. Podziw, szacunek i zachwyt nad chlebem.

„ Chleba naszego powszedniego…..”

Losy moich Rodziców. Tato w obozie koncentracyjnym.

W Sachsenhausen – Oranienburgu k/ Berlina panował ład i porządek. Niemcy przestrzegali zasad higieny, gdyż bali się jakiejś epidemii, która mogłaby zagrozić Berlinowi.

Jednak warunki bytowe więźniów były bardzo trudne. Widziałam to miejsce przed kilku laty, zabrałam tam najstarszą córkę- Justynę a w następnym roku- Marcina. Teraz jest tam muzeum, ocalało kilka baraków, komin krematoryjny , zarys krematorium z  widocznymi paleniskami, gdzie układano  trupy.

W tym miejscu nadal wieje grozą.

Wyobraziliśmy sobie naszego Tatę i Dziadka, gdy odziany w liche pasiaki dygocze na wielogodzinnym apelu pod strugami deszczu, w śnieżycy i wielkim wichrze. O czym wtedy myśli? To pozostaje tajemnicą, którą zabrał już do grobu. Czy tylko o przetrwaniu, czy może o rodzinie, żonie, synach. A może śni na jawie swoje kresowe miasteczko i mateńkę przy wielkim piecu chlebowym?

Może boi się takich myśli, bo wówczas przestaje panować nad wyniszczonym ciałem. I może się zachwiać a nawet upaść, dobijany kolbami albo celnymi strzałami w głowę.

A gdy wizytuje ten obóz Koch- jeden z największych nazistowskich  katów, idzie wzdłuż szeregów dygoczących ciał w których jeszcze się trzepocze serce i kolejno, systematycznie staje twarzą w twarz z każdym więźniem nadeptując podkutym butem na palce udręczonego otulone jedynie  zdartymi szmacianymi butami. I obserwuje, pilnie obserwuje oczy więźnia. Jeśli dostrzega w nich jakieś drgnienie powieki, grymas bólu , wybiera do rozwałki.

Taki obraz mamy pod powiekami, to opowieść Wacława. On wytrzymał.

Ale  wielu  innych nie wytrzymało bólu miażdżonych palców swojej nogi przez niemiecki but , poddało się i popłynęło z dymem pieców krematoryjnych w błękitne  czyste niemieckie niebo.

Nie mogło być inaczej, w dymie tym musiały być  popioły spalonych. I potem spadały leniwie, wolne już od ziemskich nieszczęść , cicho i płynęły i tańczyły nad czerwonymi bardzo radosnymi  dachami sąsiadujących z obozem willi, w których zamieszkiwały rodziny nadzorców obozowych.

A może jakiś płatek ze spalonego ciała spadł we włosy małej niemieckiej grzecznej dziewczynki, słodkiej córeczki jakiegoś oprawcy.

A może wszystkie umarłe dusze i szczątki pochłonęło niebo i nawet nie dotarły do Pana Boga, który wtedy był daleko. Za daleko. I pewnie nie widział.

To tylko ludzie ludziom zgotowali ten los.

I  modły nie były potrzebne, bo i tak nie zostawały wysłuchane.

Losy moich Rodziców. Listy obozowe.

Trzymam w dłoniach listy, które pisał do Mamy mój Tato. Zachował się pierwszy , z 1941 roku, kiedy to Mama wreszcie , po dwóch latach dostała wiadomość , gdzie jest jej mąż a co najważniejsze, że żyje. Odbyło się przez Jej rodzinną Godziszkę, gdzie mieszkał ktoś z dalszej rodziny, pdpisał volkslistę, ale był dobrym uczynnym człowiekiem. To on swoimi kanałami dotarł do informacji, że Tato przebywa w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen k/ Berlina.

Wyobrażam sobie, z jakim drżeniem serca Mama odbierała ten list i czytała pierwsze linijki. Jeszcze ze szkoły znała język niemiecki, więc nie miała problemów ze zrozumieniem. Ale zdumiewające było, że Wacek, mój Tato w takim stopniu opanował znajomość niemieckiego, że mówił , czytał i pisał biegle. Znał rosyjski i francuski. Niemieckiego nauczył się w obozie. Zresztą tam też opanował angielski, gdyż współwięzień znający ten język, wieczorami udzielał lekcji chętnym. Jak znaleźli na to czas i siły. Nie wiem. Tato miał zdolnosci językowe, ale też upór. Pamiętam, jak jeszcze pod koniec życia przesiadywał w maleńkiej kuchence mieszkania na warszawskim Żoliborzu nad podręcznikiem do nauki języków, notował słówka i reguły gramatyczne. Zresztą już kiedyś o tym pisałam.

W pierwszym liście ponoć Tato pisze, że zarabia tyle ile Nieniuś. Była to zakamuflowana dla cenzora niemieckeigo informacja, gdyż wiadomo było, że jego Zenuś ma 5 lat. Więc o zarobkach nie mogło być mowy.

Ponoc też Tato pisze- pozdrawiam ciocię Czosnek. Mama zorientowała się po chwili, że chodzi mu o przysłanie czosnku. Jak potem opowiadał, miał już pierwsze objawy szkorbutu. Mama od razu przygotowała wielką pakę z czosnkiem. Akurat z tym nie było problemów nawet w czasie wojny . W kolejnym liście, już datowanym 1942 rok- Tato pisze- pozdrawiam ciocię Mniejczosnku. Podobno cały obóz koncentracyjny pachniał tym wileńskim czosnkiem. ….

 

A oto pierwszy list obozowy

 

 

 

 

 

Losy moich Rodziców. Spisane przez Tatę Jego wojenne dzieje.

W dokumentach Taty znalazłam, taką Jego opowieść. Podaję w całości.

 

 

Wacław Łukaszewicz

 

VII.1939 r. Wilno-

Pracownik Polskich Linii Kolejowych( PKP). Kurs szkoleniowy do ochrony kraju- naprawa torów

 

30.VIII.1939 Wilno

Rozkazem wojskowym delegowany do Poznania –DOKP

 

31.VIII.1939 Wilno

Wyjazd do Poznania

 

1.IX.1939 Poznań

Skierowanie do Inowrocławia- ważny węzeł PKP

 

2-6.IX.1939 Inowrocław

Naprawa torów kolejowych po bombardowaniu Niemieckim

 

7.IX.1939 Inowrocław

Ucieczka- pieszo, wozem przed nacierającymi i bombardującym wrogiem w kierunku do Wilna- do rodziny- ciężarnej żony i 5-letniego syna

 

11.X.1939 Prostki

Zostałem aresztowany przez niemiecką straż graniczną.

 

18.X.1939 Olsztyn

Bez badania, po kilku dniach przewieziono mnie do Olsztyna i osadzono w pojedynczej celi.

Po sześciu tygodniach wywieziono mnie do obozu w Hohenbruch- nakaz aresztowania Heindriecha.

 

XI. 1939 Hohenbruch

Karczowanie lasów, oczyszczanie dróg z zasp śnieżnych

 

II. 1940 Królewiec

Z innymi więźniami przewieziono nas do więzienia w Królewcu.

 

III. 1940 Berlin

Z Królewca pociągiem zostaliśmy przywiezieni do Berlina- w podziemnych celach więzienia Moabitch  byłem kilka dni.

 

30.III.1940 Sachsenhausen

Otrzymałem pasiaki i nr obozowy 17 887.

 

W obozie tym byłem do dnia 21.IV.1945- do dnia ewakuacji

Po marszu śmierci , zakończeniu wojny zostaliśmy uwolnieni przez wojska amerykańskie koło Schwerina.

 

 

W obozie koncentracyjnym Sachsenhausen koło Berlina spędziłem jako więzień polityczny  nr 17 887 – pięć lat i sześć miesięcy.- za obrazę lotnictwa niemieckiego za bombardowanie ludności cywilnej polskiej.

   W obozie przeżyłem wiele metod i sposobów eksperymentalnych stosowanych do złamania wartości moralnych i fizycznych człowieka i poniżenia jego godności a mianowicie:

1. ciężka praca fizyczna pod gołym niebem przy wykonywaniu robót ziemnych , budowie dróg , kopaniu i ładowaniu gliny bez względu na warunki atmosferyczne . Czas tej pracy niewolniczej trwał 12 godzin dziennie oczywiście bez żadnego wynagrodzenia.

Ostatnie kilka lat byłem zatrudniony w biurze konstrukcyjnym na Klinkierkomando, przy projektowaniu torów kolejowych i dokonywaniu pomiarów.

2. Niedostateczne odzianie w cienkie pasiaki, które nie chroniły absolutnie od zimna i deszczów.

3. Wyżywienie pod względem ilości kalorii było tak obliczone, że więzień mógł tylko wytrzymać trzy miesiące ( wypowiedź komendanta obozu), co prowadziło do wyniszczenia organizmu i bardzo licznych przypadków śmierci głodowej.

  4. W przypadku desperackiego dokonywania próby ucieczki przez któregoś z więźniów, my, cały obóz , musieliśmy stać bez posiłku tak długo, aż danego więźnia pojmano. Pewnego razu staliśmy na deszczu jesiennym 13 godzin. Woda z beretów spływała nam lodowatą strugą po kręgosłupie. Zastrzelonego uciekiniera ułożono na środku placu apelowego a my musieliśmy przejść obok niego , przyglądając się.

5. Co tydzień prowadzono nas do kąpieli. I w czasie, gdy jedna połowa bloku kąpała się, to druga oczekiwała na dworze. I odwrotnie, gdy drugą połowę wpuszczono do łaźni, to pierwsi, wykapani, musieliśmy oczekiwać na dworze, by razem wrócić do bloku. Miało to miejsce nawet w zimie . Intencja była  jasna- przeziębienie więźniów. Podczas kąpieli SS-mani nieraz włączali węże gumowe do kranów i zlewali nas zimną, lodowatą wodą.

6. Tych, którzy niezdolni byli już do jakiejkolwiek pracy, na skutek wyczerpania całkowitego i chorych, którzy czasowo byli niezdolni do pracy, zmuszano nas stać w ustępach, na mokrych posadzkach betonowych, przy otwartych z obu stron pomieszczenia oknach. Tworzyliśmy tzw.” Stehkomando” i stać musieliśmy od apelu porannego do wieczornego. Tam wśród muszli ustępowych konali więźniowie na oczach współtowarzyszy. Tam gasły ostatnie iskierki nadziei.

7. Często dokonywano z nami kilkugodzinnych ćwiczeń karnych na wyżwirowanym placu apelowym, za rzekomo popełnione przewinienia. Słaniających się na ziemi SS- mani kopali butami w okolice nerek. I kiedy jedni wymiotowali krwią a innych nie mogły podnieść z ziemi ani kopania butami ani komendy niemieckie, ćwiczenia przerywano.

8. Noce spędzaliśmy na brudnych  siennikach ułożonych na podłodze, przykryci jednym wytartym kocykiem. Stłoczeni byliśmy niemiłosiernie. Nie było mowy o położeniu się na wznak. Trzeba było leżeć na boku w pozycji wyprostowanej. A jeśli chciało się przewrócić na drugi bok, budziło się kilku kolegów z jednej i z drugiej strony, by zespołowo zmienić pozycję.

Rano wstawaliśmy zmarznięci i nie wypoczęci.

9. grudzień 1940 roku. Święta Bożego Narodzenia . Wczesnym rankiem wychodzimy na plac apelowy. Ku naszemu zdziwieniu ujrzeliśmy dużą choinkę z jarzącymi żarówkami. Zdawaliśmy sobie sprawę, że SS-mani chcą nas przenieść myślami do naszych tradycji , do naszych rodzin, by nas osłabić.

I gdy tak staliśmy wpatrzeni w drzewko, z przerażeniem zobaczyliśmy sylwetkę przygotowanej szubienicy. Po czym na  oczach 40 tysięcy więźniów dokonano powieszenia dwóch więźniów.

 

Wskutek stosowania zbrodniczej polityki i ludobójczych metod hitleryzmu w obozach koncentracyjnych nabyłem następujące choroby.

a)      przewlekłe zmiany zapalne i zwyrodnieniowe w obrębie stawów kończyn i kręgosłupa.

b)      Choroba  układu oddechowego

c)      Choroby układu  sercowego

d)     Choroby przewodu pokarmowego

e)      Choroby układu nerwowego- psychonerwica

 

W dniu 21 kwietnia 1945 roku nastąpiła ewakuacja obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Prowadzono nas po silną eskortą SS- manów w kierunku Lubeki, bez wyżywienia. Do tych więźniów, którzy iść nie mogli  strzelano uścielając drogę trupami.

Drogę tę nazwano „ marszem śmierci”.

Dopiero 2 maja 1945 roku zostaliśmy uwolnieni przez wojska sprzymierzone koło miasta Schwerin Mecklenburg.

 

Losy moich Rodziców. Wybuch wojny i aresztowanie Taty.

I tak dość spokojnie  mijał czas w Smorgoniach.

Ale wkrótce nadszedł sierpień 1939 roku.

Tato, który pracował na kolei został zmobilizowany i skierowany do pracy na zachód Polski. Posłusznie więc wsiadł do pociągu i  zmierzał w kierunku Poznania. 

Jednak jak wiadomo, 1 września wybuchła wojna.

Dotarł do Inowrocławia, gdzie pracował przy odbudowie zniszczonej działaniami wojennym linii kolejowej.

7 września  rozpoczęły się niemieckie naloty na ludność cywilną.

Pojawiła się panika i ogólny nieład.

Pociągi przestały jeździć zgodnie z planem, a ludzie uciekali w popłochu w różnych kierunkach. 

Tato podjął próbę powrotu do domu.

Podróżował pociągami, czasami pieszo. Znalazł się w Ełku, a pod Prostkami jego pociąg został zatrzymany. Okazało się, że w międzyczasie ktoś doniósł Niemcom, że są podróżni, którzy głośno wyrażają swoje oburzenie , widząc z okien pociągu te tłumy bezwładnych uciekinierów, nisko spływające z nieba niemieckie samoloty, ostrzeliwujące bezbronnych , płonące domostwa. Normalnym ludziom wydawało się, że jeśli już jest  wojna, to jedynie są dopuszczalne działania wojska przeciw wojskowym .  Trudno się dziwić, że napaść agresorów na ludność cywilną budziło nie tylko przerażenie ale i wściekłość.

Do pociagu wpadli hałaśliwi i przerażający Niemcy i wypędzali ludzi z pociągu. Tam, w polu już czekały ciężarówki , które wśród wrzasków komend wydawanych w obcym języku załadowano ludźmi z pociągu i powieziono w nieznaną dal.

Ostatecznie Tato trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen koło Berlina.

Od tej pory przez wiele lat Mama nie miała żadnej informacji o tym gdzie jest i czy w ogóle żyje  .

 

Losy moich Rodziców. Normalizacja życia rodzinnego.

Wydawało się, że życie Mamy i całej rodziny jakoś się normalizuje.

Tato przyjeżdżał co tydzień do domu i sielanka rodzinna mogła rozkwitać.

Postanowili, że będę mieli jeszcze jedno dziecko.  Z radością oczekiwali na to dziecko.

Ich starszy syn, Zenon miał już 6 lat i lubił zabawy z synem właścicieli domu- Kolą oraz samotne wyprawy do pobliskiego lasu.

Gdy wracał, opowiadał Mamie, jak tam było pięknie.

Miał romantyczną liryczną i wrażliwą naturę.

Losy moich Rodziców. W Smorgoniach…

Mama  zamieszkała w Smorgoniach w niewielkim samodzielnym domku w ogrodzie, na terenie posesji pp. Kapuścińskich.

Ludzie ci byli bardzo przyjaźni i życzliwy Mamie.

Starszy pan , właściciel domu był popem, mieszkał z córką i jej rodziną. Mieli chłopca- Kolę, który był  w wieku mojego brata.

Mama często widywała panią Kapuścińską, jak o świcie, w rękawiczkach, zajmowała się pracami w ogrodzie.

Za domkiem, w którym mieszkała moja Mama, w  niewielkiej kotlince płynęła niewielka rzeczka.

Tam Mama, jak inni mieszkańcy Smorgoń,  czasami  prała podręczne ciuchy .

W rzeczce tej, nawet częściowo pokrytej lodem zanurzano się po wizycie w bani. Państwo Kapuścińscy posiadali własną taką saunę, położoną nad brzegiem rzeczki.

Mama wspominała czasami jaką rozkoszą było przebywanie w bani. I na zawsze zapamiętała wielkie rozgrzane kamienie polewane wodą i brzozowe witki, którymi należało  delikatnie chłostać rozgrzane ciało. Potem zanurzenie w lodowatej wodzie….nic dziwnego, że ludzie tak hartowani, żyli dłużej i byli raczej zdrowi.

Losy moich Rodziców. Smorgonie…

 

 

Herb Smorgoń

 

 

 

Z chwilą uzyskania skierowania do pracy w podwileńskich Smorgoniach, w moją Mamę wstąpił nowy duch.

Uwierzyła w  to, że koło fortuny obraca się na korzyść Jej i jej małżeństwa.

O miasteczku poczytała w jakiejś encyklopedii.

Najbardziej ją zainteresował fakt, że był tam kiedyś słynny w Europie ośrodek tresury niedźwiedzi zwany akademią smorgońską. Powstał w XVI wieku i został zamknięty dopiero po powstaniu listopadowym, tj po 1831 roku.

Prawdopodobnie w XVI wieku na te ziemie przywędrowali Cyganie.

Zajmowali się kotlarstwem, handlem końmi ale zwykle kradzieżami. Dlatego mieszkańcy z ulgą przyjęli jeszcze jedną z ich umiejętności- szkolenie niedźwiedzi. Tę grupę nazywano niedźwiednikami. Stopniowo ta grupa wzrastała liczebnie, co wiązało się z modą panującą wówczas w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Był to zwyczaj popisywania się różnymi dziwami natury. Magnaci sprowadzali na swoje dwory Murzynów, wojska husarskie były wyposażone w skóry lwów, tygrysów, panter.

W ten klimat doskonale wpisywały się muzyczne popisy Cyganów i taneczne ich wychowanków.

A tymi wychowankami były niedźwiedzie.

Szkoła niedźwiedzi była zorganizowana i prowadzona przez  cygańskich książąt tzw. królów cygańskich.

W tamtych odległych czasach, w okolicznych lasach, w właściwie kniejach  żyło mnóstwo zwierzyny.

Królowały tutaj niedźwiedzie.  

Co pewien czas okoliczni mieszkańcy  zapuszczali się w leśne ostępy, wykradali młode niedźwiadki  i potem oddawali je na nauki tańca do akademii.

Wybierano jedynie zwierzęta płci męskiej, gdyż panie nie miały dostępu do edukacji.

Radziwiłł sprowadzał także małpy w celu ich edukacji, ale tacy uczniowie stanowili margines akademii.

Właściciele niedźwiedzi ustalali z władzami akademii kwotę , za którą pobierały one nauki. Potem przydzielano każdemu misiowi stałego nauczyciela.

Nauka tańca odbywała się w wielkiej specjalnie skonstruowanej izbie. Jej podłogę stanowiła ściana pieca kaflowego.

Misia przymocowywano do słupa, by nie uciekał . Na tylne łapy nakładano mu onuce i łapcie.

Następnie  rozpalano w piecu. Rozgrzewano go nieomal do czerwoności .

W tym czasie Cygan rozpoczynał grę na skrzypcach.

Niedźwiadek parzony w przednie łapy, szybko stawał na tylnych i wykonywał ruchy podobne do pokracznego tańca.

Poprzez odruch Pawłowa wyrabiał w sobie skojarzenie dźwięków skrzypiec, piszczałki i  gorącej podłogi.

Potem gdy słyszał taką muzykę, rozpoczynał swój taniec.

Nauka trwała 6 lat.

Po tym okresie opiekunowie misia zabierali swojego ucznia na tourne po dworach szlacheckich i miastach, a za pokazywanie sztuczek pobierali datki, z których znaczny procent był przeznaczony do kasy smorgońskiej akademii.

Ciekawostką jest to, że mimo sztucznych warunków życia, które stwarzano misiom, nie straciły one swojego zapisanego przez naturę systemu zimowego snu.

Nie udało się przeskoczyć natury niedźwiedzi i każdej zimy zapadały one w głęboki sen. Nie mając szans przełamania praw natury, w akademii stworzono  specjalne zimowe sypialnie dla misiów.

Wystrój tych pomieszczeń miał przypominać gawrę,  były więc wyłożone igliwiem i gałęziami.

Tam misie spędzały słodko czas od 1 listopada do 15 lutego.

W ten to sposób same sobie planowały zimowe wakacje.

Wiosną znowu wyruszały w świat ze swoimi opiekunami.

 

Popularność Smorgoń w tym okresie historycznym potwierdzają używane wówczas określenia. Tak więc kogoś, nie grzeszącego inteligencją, określano mianem „ dudy smorgońskiej” a o kiepskim tancerzu mawiano, że się porusza” z gracją smorgońskiego absolwenta”

 

Do  innych smorgońskich ciekawostek należały słodkie obwarzanki. Wypiekano je tutaj w dużych ilościach i miały niepowtarzalny smak i aromat. Wożono je do Wilna, gdzie w czasie słynnych Kaziuków cieszyły się wielkim powodzeniem. Tak więc, przed tym świętem widać było na drogach mnóstwo wozów z tym słodkim ładunkiem a potem cieszono się barwnymi straganami, na których dominowały właśnie smorgońskie obwarzanki.

Mniam mniam….

Nawet zachowała się śpiewka o takiej treści: : Smorgońskich obwarzanków kupię/ sobie penki/ Tylko ty Józiuku nie oddawaj renki…”.

     

 I właśnie do tych Smorgoń, gdzie panowały duchy z przeszłości a rzeczywistość była barwniejsza niż w Rakowie we wrześniu 1938 roku przybyła moja Mama z 4 letnim wówczas synkiem, a moim bratem- Zenonem.

Przywiozła ze sobą trochę ciuchów, jakieś sprzęty , dywaniki do mieszkania oraz wielką nadzieję na dalsze szczęśliwe życie.

Oczywiście jak zwykle okazało się, że sama nadzieja to za mało……

 

tekst o Smorgoniach na podstawie Wikipedii i opowieści Mamy