Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. ” Z Kisielem pod pręgierzem”.

A oto tak wspomina mój brat  Zenon Łukaszewicz, spotkanie ze Stefanem Kisielewskim popularnie zwanym Kisielem. Jest to pierwsza część tekstu z jego tomiku ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki”  wyd. w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

<< Stefan Kisielewski

 

 Z KISIELEM POD PRĘGIERZEM.

 

 

Spotkanie pierwsze. Początek lat pięćdziesiątych. Na ogólnopolskie spotkanie studenckie braci polonistycznej, organizowane przez Uniwersytet Poznański, przybywa wiele znakomitości- pisarzy i krytyków literackich. Szczególnie żarliwi miejscowi socrealiści, jak Zdzisław Romanowski czy Jerzy Kołtuniak, adorują młodych a już wybijających się wtedy marksizujących krytyków z Krakowa- Jana Błońskiego i Andrzeja Kijowskiego. Ja jestem już po druku debiutanckiej recenzji z powieści Jackiewicza „ Jan bez ziemi” w jezuickim

„ Przeglądzie Powszechnym”. Więc w oficjalnej uniwersyteckiej opinii jestem i tak wyrzucony na aut. Tedy z Tadeuszem Haluchem, późniejszym szefem redakcji moskiewskiej Polskiego Radia i telewizji, w moim skromnym pokoiku organizujemy spotkanie z Kisielem, który przyjechał wraz z Józefą Golmont z „ Tygodnika Powszechnego”, obecnie znaną posłanką Józefą Hennelową.

    W modzie były trunki :” angielska gorzka” i „ poznańska gorzka”. Ćwiartkowymi butelkami zastawiamy pół pokoiku. Dopadamy Kisiela tuż przed otwarciem sesji i zawozimy na ulicę Kossaka. Tam, w moim skromnym lokum, gdzie tylko jedno krzesło i stara komoda, biesiadujemy , dyskutując do świtu. Kisiel ma tęgą głowę, z entuzjazmem opowiada nam o neoliberaliźmie w wydaniu austriackiego ekonomisty Wilhelma Roepkego. Jest pod wrażeniem dyskusji , która  na ten temat niedawno przetoczyła się na łamach „ Tygodnika Powszechnego” z udziałem ks. Piwowarczyka, Tyrmanda i innych znakomitości. O „ Sprzysiężeniu” , swej najlepszej powieści, woli nie mówić, choć przytacza opinię ks. Piwowarczyka : – To powieść pornograficzna, ale żeby była aż tak nudna! To, że prof. Wyka zaliczył ją do rzędu najlepszych utworów tzw . literatury obrachunków inteligenckich, zdaje się Kisiel lekceważyć…

   Pierwsi poddajemy się całonocnemu zmęczeniu, a Kisiel jakby nadal snuł swój monolog o liberalizmie. I gorzałka wyraźnie mu służy. Następnego dnia, z pewnym opóźnieniem pojawiamy się w uniwersyteckiej auli, gdzie odbywa się sejmik. Kisiel w zupełnie dobrej formie, w przeciwieństwie do nas. Wielkimi literami coś zapisuje w notesie, później wygłasza przemówienie. O literaturze współczesnej mówi jak zwykle przewrotnie, podważając obiegowo obowiązujące opinie. Toteż następne dni imprezy – to zmasowany atak na niego, on stał się głównym bohaterem polemicznych wystąpień. Natomiast w starym, ZMP- owskim „Po prostu” ukazuje się po jakimś czasie tekst mego kolegi, którego negatywnym bohaterem jestem ja- wyrodne dziecię okresu, towarzyszące takiemu reakcjoniście jak Kisiel. Nie wierzycie? Sprawdźcie w starych rocznikach pisma….>>…

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Pamiętne spotkanie…

Druga część tekstu o Stanisławie Grochowiaku z tomiku mojego brata- Zenona Łukaszewicza zatytułowanego ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” który został  wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

   

 

 

<< GRY TOWARZYSKIE

 

 

       Na ogół tak się dzieje, że ludzie autentycznie utalentowani, obdarzeni wielkiego formatu wyobraźnią i posiadający już niekwestionowany dorobek twórczy, mają poczucie humoru i pewnego tolerancyjnego, żartobliwego dystansu wobec życia i jego perypetii. Są przy tym skromni i zwykli w codziennych kontaktach, bez owego „ namaszczenia” , z jakim obnoszą się zwykle prowincjonalne miernoty literackie. Bo, niestety, tak już bywa na tej naszej prowincjonalnej prowincji, iż większość autorów dwóch tomików poetyckich lub kilku całkiem przeciętnych książek prozatorskich, zachowuje się jakby byli już noblistami.

       Toteż życie literackie splata się nieodłącznie z osobowymi cechami i temperamentami twórców, buduje je niezliczona ilość anegdot, prześmiesznych bądź skandalizujących, tworzących w sumie jednak, żeby wyrazić się nieco patetycznie, ten specyficzny klimat epoki , a prościej- po prostu lokalny koloryt, skrzący się wielobarwnymi scenami i grami towarzyskimi. Sztuka jako zabawa, sposób bycia i obyczaju jako wyraz pewnych form wyrafinowanych rozrywek. To coś trafnie określił Johan Huizinga w swojej książce „ Homo ludens”, traktując „ zabawę jako źródło kultury”. I tak jest istotnie w środowiskach zespolonych generacyjnie, wspólnotą zainteresowań i zawodową zawiścią, które – wbrew pozorom- często bywają wcale dobrymi spoiwami owych serdecznych więzów.

     W latach sześćdziesiątych, gdy redaktorem naczelnym „ Kultury” : był krytyk Hieronim Michalski, a dział poezji prowadził w tym piśmie Stanisław Grochowiak, odwiedziłem Warszawę całkiem prywatnie. Grochowiak, o którym niedawno pisałem, był właśnie takim typowym przyjacielem, prezentującym sobą osobowość skłonność do towarzyskich zabaw i gier. Był typowym okazem „ homo ludens „. I otóż wówczas , po uprzednim  telefonicznym zaanonsowaniu się, złożyliśmy z nim wizytę Michalskiemu w jego obszernym mieszkaniu, wypełnionym wręcz po brzegi ogromnym księgozbiorem. Wkrótce na stole pojawiła się flaszka znakomitej nalewki alkoholu wzbogaconego smakiem pływających w nim płatków gruszki. Przystawki i zakąski były też przedniej jakości, w dużym wyborze. Nasz gospodarz mieszkał samotnie i dużą wagę przywiązywał nie tylko do literatury, lecz również – do różnych kulinarnych przysmaków. Niebawem pojawił się Roman Śliwnik, którego oddelegowaliśmy do sprowadzenia w celach towarzyskich osób płci pięknej. Po niecałe godzinie zatelefonował- że owszem, gdzieś jest w jakimś mieszkaniu, są dwie ładne dziewczyny, ale jest zbyt zmęczony, ażeby do nas dołączyć. W tej sytuacji Grochowiak telefonicznie zaprosił Joannę Pollakównę,  która wkrótce urozmaiciła nam te męskie pogawędki o literaturze, życiu i przeróżnych zadziwiających przygodach artystycznych.

      Gdy rozmowa w pewnym momencie skoncentrowała się na twórczości Jerzego Krzysztonia, pisarza zdaniem obecnych nie docenianego, późniejszego autora wstrząsającej powieści „ Obłęd”, Grochowiak przypomniał sobie, że właśnie przebywa on w Krakowie, toteż można by zaprosić jego żonę na naszą biesiadę, a trzeba gwoli ścisłości dodać, że wielka szafa chłodnicza naszego gospodarza  była obficie zaopatrzona w różnego rodzaju wykwintne trunki.

    Grochowiak wykręcił więc  numer telefony Krzysztonia, odezwała się jego żona, potwierdzając, iż istotnie Jurek jest poza Warszawą i z przyjemnością przyjmuje zaproszenie. Za kilkadziesiąt minut rzeczywiście przyjechała, gościnnie posadzono ją koło mnie, a że wykazywała zainteresowanie Zieloną Górą, tedy zacząłem opowiadać o naszym mieście i jego życiu kulturalnym. Nie trwało to jednak długo. Nagle bowiem odezwał się dzwonek u wejściowy drzwi. Przypadkiem najbliżej był Staszek Grochowiak i on je otworzył. Ujrzeliśmy….Jurka Krzysztonia. Z gniewną twarzą energicznie odepchnął Grochowiaka pod ścianę, podszedł do stołu i uderzając żonę po twarzy, rzekł: „ To ty, będąc pewna, że wyjechałem, zabawiasz się z moimi przyjaciółmi!”.

    Michalski w zdenerwowaniu , żeby i mnie się nie dostało, szybko odciągnął mnie od stołu. I zapanowała nagła cisza, konsternacja, wyczekiwanie co się stanie dalej. I stało się….

     Oto tak nagle jak wszedł, tak równie szybko Krzysztoń rozjaśnił twarz pogodnym uśmiechem, przytulił żonę, serdecznie przywitał się z nami, usiadł przy stole i nalał sobie nalewki. A jego żona opowiedziała, jak to po telefonie Grochowiaka- umówili się, że odegrają taką właśnie rolę zazdrosnych kochanków. Przyjechali razem, Jerzy trochę odczekał przed drzwiami i dopiero później zadzwonił. Udało się ! Krzysztoń zachował się jak urodzony aktor, ona dorównała mu w tej scenie zazdrości, nawet wówczas, gdy wymierzył jej policzek….A my czuliśmy się autentycznie przerażeni.

     Takie to były gry i zabawy towarzyskie w owych czasach. Szkoda, że dzisiaj pojęcie „ homo ludens” stopniowo wypełnia lamus naszej obyczajowości. I żal, że nie ma wśród nas takich pisarzy jak Grochowiak i Krzysztoń, zdolnych ubarwić szarość codziennej egzystencji. >>

   

 

 

Teksty brata – Zenona Łukaszewicza. O Stanisławie Grochowiaku z ” Mojego alfabetu…..”

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto pierwsza część tekstu o przyjacielu z lat studenckich- Stanisławie Grochowiaku….

 

St_GrochowiakZdjęcie.jpg

Zdjęcie Stanisława Grochowiaka z Wikipedii.

 

 

<< Stanisław Grochowiak

 

Ocalić od zapomnienia

 

 

 Drugiego września przeszło szesnaście lat temu , zmarł w Warszawie Stanisław Grochowiak, jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy, czołowa postać pokolenia „Współczesności”, które po 56 roku odegrało tak istotną rolę w rozwoju rodzimej literatury. Miał zaledwie 42 lata , a dał się poznać jako utalentowany poeta, dramaturg, prozaik i publicysta. Był jednym z szefów czasopisma „Współczesność”, grupującego wokół siebie ówczesną młodą intelektualną czołówkę kraju.

  W 1951 roku poznaliśmy się na Uniwersytecie Poznańskim, gdzie zamierzaliśmy studiować filologię polską. On przyjechał z rodzinnego Leszna , ja z miasta młodości-Gorzowa. Jakiś dziwny przypadek losu sprawił , że stosunkowo szybko odnaleźliśmy się w tym zróżnicowanym tłumie świeżo „upieczonych” studentów. Być może zbliżyły nas szczególnie rozmowy o poezji, o ulubionych poetach i fascynujących wierszach. Pewnego dnia , podczas moich odwiedzin w jego pokoju wynajmowanym przy ulicy Śniadeckich, zwierzył mi się , że i on zajmuje się poezjowaniem, ale może to nie ma żadnej wartości, więc traktuje to raczej jako ot taką sobie zabawę, nie przywiązując do niej większej wagi. Poprosiłem go o te teksty. Nieśmiałym gestem podał szkolny kajet , zapisany drobnym , starannym pismem. Były to , jak   juwenilia, wiersze zadziwiająco dojrzałe- całkiem zgrabne erotyki, lekko żartobliwe sceny rodzajowe, ujmujące swym autentyzmem liryki. Oczywiście, nie odnajdywałem w nich jakichś głębszych refleksji, doskonałego kształtu formy, jaką osiągnął  w latach twórczej dojrzałości i do której zmierzał aż do końca swych dni, ale z pewnością te utwory ujawniały osobowość utalentowaną, nic nie mającą wspólnego z grafomańskim wierszopisaniem.

  W owym czasie Pax-owskie ”Słowo Powszechne” publikowało co dwa tygodnie dodatek literacki , redagowany przez Zygmunta Lichniaka, zatytułowany „ W młodych oczach”, gdzie kilka razy coś tam wydrukowałem, jeszcze zamieszkując w Gorzowie. Zresztą przez łamy tego dodatku przewinęły się tak znaczące później nazwiska, jak Zdzisław Najder, Janusz Odrowąż-Pieniążek, nieżyjący już krytyk filmowy Konrad Eberhardt…Długo wtedy nie zastanawiając  się zaproponowałem Grochowiakowi, że kilka jego wierszy wyślę Lichniakowi- może wydrukuje? On przystał na to, przygotował kilka pisanych ręcznie utworów, ja wysłałem je do Warszawy. Po pewnym czasie na kolumnie młodych 332 numerze „Słowa Powszechnego” ukazały się bodaj cztery wiersze, wśród nich takie, jak „ Ave Maryja” i „ Notuję deszcz…” . Wkrótce potem w tym samym dodatku Lichniak opublikował moje krótkie omówienie tego interesującego debiutu poetyckiego. Te nasze młodzieńcze” grzechy” zostały skrzętnie odnotowane w I tomie „Słownika współczesnych pisarzy polskich” wydanego przez PWN w 1977 roku.

   Ale kiedy te wiersze Grochowiaka ukazały się drukiem, jego już nie było w Poznaniu. Zaalarmowany chorobą ojca, do którego był ogromnie przywiązany, wyjechał nagle do Leszna, nie dopełniwszy w terminie wypełnienia jakiś biurokratycznych , uczelnianych formularzy. Gdy po tygodniu wrócił do Poznania, znalazł swoje nazwisko wśród kilku innych, wypisane na tablicy dziekanatu i uznanych za skreślonych z listy studentów. Odwołania nie było. Nic więc Staszkowi nie pozostało innego, jak powrót do rodzinnego Leszna. Odwiedziłem go kilkakrotnie i wraz z Jackiem Łukaszewiczem , jego przyjacielem z leszczyńskiego gimnazjum, chodziliśmy na zawody żużlowe odbywające się z udziałem słynnego Smoczyka, urządzaliśmy skromne libacje alkoholowo- poetyckie, a Staszek po prostu szukał pracy.

      Znalazł ją później, w punkcie skupu makulatury i może właśnie wtedy i w tamtym miejscu odkrył piękno w przedmiotach brzydkich, kalekich i odrażających? Może właśnie wtedy pojawiło się w jego twórczości coś takiego jak fascynacja brzydotą, niezbyt fortunnie później określanego przez Przybosia pojęciem „ turpizmu”.

     Jednak Grochowiak długo nie pracował w tym punkcie skupu rzeczy zbędnych. Podczas jakiejś awantury na zabawie, temperament poniósł poetę i znieważył  stróża porządku publicznego. W konsekwencji – areszt, sąd , kilka miesięcy izolacji. To wówczas właśnie pojawił się ów debiut prasowy na łamach „ Słowa Powszechnego”. Wiedząc o jego perypetiach, wysłałem gazety z jego wierszami i moim omówieniem jego rodzinie z prośbą o przekazanie. I tak też się stało.

     Późniejsze nasze spotkania były coraz rzadsze. Mnie wiązał pobyt w Poznaniu , on zaś- po odzyskaniu wolności- został przygarnięty przez PAX i przeniósł się do Wrocławia, gdzie pracował w redakcji „ Wrocławskiego Tygodnika Katolików”, redagowanego przez Tadeusza Mazowieckiego. W zespole byli m.in. Władysław Terlecki, Jacek Łukaszewicz i Stanisław Chaciński. Ożenił się z koleżanką z lat szkolnych, Magdaleną Hermannówną, mieszkali w wynajmowanym pokoju niedaleko wrocławskiej Poczty, słynnej z zainstalowanej tam instalacji zagłuszającej audycje zachodnich rozgłośni. Gdy pewnego dnia odwiedziłem go, Madzia była już w ciąży i odpoczywała na tapczanie, my zaś całą noc przegadaliśmy przy koniaku w gęstym papierośnianym dymie, ale tym razem głównym tematem była proza. Staszek pracował nad powieścią „ Plebania z magnoliami”, pisaną na zamówienie PAX, wydaną podobnie jak pierwszy tomik wierszy „ Ballada rycerska” , w 1956 roku przez Instytut Wydawniczy Stowarzyszenia. Jednak do tej powieści wolał przez całe życie się nie przyznawać, dostrzegając jej liczne mankamenty artystyczne.

         Potem nadszedł wspaniały okres dojrzałej twórczości w jego życiu, praca w Warszawie, powstawały kolejne tomy wierszy, prozy, potem liczne utwory dramatyczne, słuchowiska radiowe i widowiska teatralne. Podczas moich nielicznych pobytów w stolicy byłem zawsze serdecznie goszczony w jego mieszkaniu na Sadybie. Ale przecież spotkaliśmy się i w Zielonej Górze, bowiem od lipca 1965 r. do 31 sierpnia 1966r. był kierownikiem literackim Teatru Lubuskiego, którego w tym czasie dyrektorem był Zbigniew Stok. Ale to już temat na całkiem inną opowieść.

     

O Kazimierzu Kummerze z ” Mojego alfabetu…” Zenona Łukaszewicza.

Kazimierz Kummer

 

PRZERWANY LOT ( 2 )

 

Nie doczekał swojej pierwszej książki- niewielkiej powieści wydanej w tym samym roku przez Wydawnictwo Morskie w Gdyni a zatytułowanej „ Klatka”. Jest to utwór dziwny, osnuty na kanwie owych historycznych wydarzeń bydgoskich, zaś bohaterem jest Polak, który nie wystrzelił ani jednego pocisku w stronę Niemców, ale po uwięzieniu zostaje ulokowany w klatce i wożony na NSDAP- owskie mityngi jako ten, który mordował niemieckie kobiety i dzieci. A prasa berlińska publikowała fotografie tego „ krwiożerczego” Polaka. Okazał się świetnym do siania nienawiści do Polaków, dobrze został wykorzystany w goebbelsowskiej propagandzie.

     Powieść została napisana w konwencji realistycznej, ale poza tym ma elementy gorzkiej groteski, szyderczej zadumy nad powikłaniami ludzkiego losu. O niej to napisał Andrzej Kijowski, iż jest to „ dobra, ciekawa, oryginalna powieść. Opis wydarzeń z dnia 3 września jest pełen dramatyzmu, jest autentyczny, jest taki, iż angażuje człowieka uczuciowo.(….). Kummer jest naprawdę utalentowanym pisarzem. Jego pisarstwo zapowiada się dziwacznie, ponuro, przypomina trochę Celine,a : tak właśnie realistyczny opis wymarszu na wojnę w „ podróży do kresu nocy” przerodził się w senną fantasmagorię czy też obłęd bohatera, Naturalnie Kummer jest „ niewinniejszy” , nie idzie aż do „ kresu nocy”, jego parabola nie odnosi się do istnienia, lecz obejmuje tylko szczególną jego rewelację- wojnę, okupację. Jest dość wąska, lecz przez to bardzo konkretna i mimo wszystko nie traci kontaktu z historycznym kontekstem, który był jej punktem wyjścia”.

     Po kilku latach Michał Misiorny zebrał opowiadania Kazimierza Kummera i wydano je w osobnym tomie. Poprzedził je swoją przedmową, nawiązując do studenckich lat autora i podatności wpływom „ chuligańskim”, przez co przeżył dramatyczne wydarzenia.

Nie jest tajemnicą, że część przynajmniej owych „ chuligańskich” wpływów leży po stronie mojej skromnej osoby. To przecież ja się z nim przyjaźniłem a moje przekonania, którym się nieraz poddawał Kazik, nie były zbyt przychylnie oceniane, zwłaszcza przez ówczesny

 „ beton” stalinowski….

    I tak oto każdego lata wspominam przyjaciela, którego unicestwiła brawura wakacyjna i przerwała tak obiecująco zapowiadający się twórczy literacko lot. A miał zaledwie 28 lat.

 

O Kazimierzu Kummerze z ” Mojego alfabetu…” Zenona Łukaszewicza.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A tak pisze Zenon o swoim przyjacielu z lat studenckich……Teksty Brata będę załączała w całości, jedynie podzielone na części.

 

KummerZdjęcie.jpeg

 

Kazimierz Kummer. Zdjęcie z Wikipedii.

 

 

<< Kazimierz Kummer

 

PRZERWANY LOT ( 1 )

  

   To już minęło ponad trzydzieści lat od jego tragicznej śmierci, a ja każdego lata przywołuję w pamięci obraz przyjaciela lat młodości. Poznaliśmy się i zaprzyjaźnili w 1951 roku, obaj rozpoczynając studia polonistyczne na Uniwersytecie Poznańskim. Kazimierz Kummer przyjechał z Chojnic, wychowany w ZMP- owskim drylu, ja- z Gorzowa, już po publikacjach w „ Tygodniku Katolickim”, redagowanym przez niezapomnianego księdza Kazimierza Łabińskiego. Sporo więc nas dzieliło, ale łączyła wspólnota pokoleniowa i żywe zainteresowania literackie. Wynajmowaliśmy też pokoje w tej samej dzielnicy Poznania. I tak początkowa znajomość szybko przekształciła się w przyjaźń : wspólne przygotowywanie się do kolokwiów i egzaminów, wspólne wędrówki po kawiarniach i „ podrywanie” co ładniejszych dziewcząt. I gorące, młodzieńcze dyskusje o literaturze, coraz bardziej krytyczne wobec obowiązującego kanonu socrealistycznego. I tak stopniowo Kazik pozbywał się złudzeń, wszczepionych mu przez działaczy ZMP, stawał się coraz bardziej nieufny wobec wszelkich modnych wówczas wartości. Równolegle ze studiami zaczął pisać zgrabne, realistyczne opowiadania, które gdzieś tak po roku udawało mu się wydrukować w jakimś poznańskim piśmie. Jako Pomorzanin był też szczególnie zainteresowany tzw. krwawą niedzielą w Bydgoszczy, czyli wydarzeniami z 3 września 1939 roku, gdy to w wyniku niemieckiej prowokacji doszło w tym miejscu do zabójstw wielu Polaków. Jest to zresztą dość dokładnie już wyjaśniony i opisany fakt historyczny.

     Będąc już na drugim roku studiów Kazik mocno czymś wzburzony podczas zebrania ZMP rzucił z gniewem legitymację organizacji, porównując jej działalność do działalności organizacji hitlerowskich. Miał na myśli zapewne łączące je spoiwo, jakim był totalitaryzm. Następnego dnia aresztowano go i w zamkniętym procesie osądzono na kilka miesięcy więzienia. Po odbyciu kary musiał dokonać publicznie samokrytyki, aby móc dalej studiować. Przycichł, zgasł jakby w sobie, ale z tym większą pasją zajął się twórczością literacką. Po ukończeniu studiów przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie pracował w regionalnej Rozgłośni Polskiego Radia, aż do tej tragicznej śmierci w upalny lipiec 1962 roku. Był na Helu, wypłynął zbyt daleko w morze….On, który potrafił godzinami pływać i nurkować w jeziorze Charzykowskim, dla którego woda była jak tlen. Oto ironia losu!….>>

    

 

Teksty brata – Zenona Łukaszewicza. Nadzieje matki…

Na marginesie „ Lotu nad własnym ziemskim losem”( 4 ).

 

Jeszcze w czasach gorzowskich Zenon rozpoczął pisanie. W 17 roku życia wydrukowano jego opowiadanie w ogólnopolskim czasopiśmie, co nasilało niechęć Ojca do syna, gdyż wymarzył sobie, że  potomek będzie kontynuował jego pasję zawodową i zostanie inżynierem. Nie zapomnę spotkań obiadowych w domu, kiedy to zasiadaliśmy wspólnie i nagle dochodziło do krótkiej wymiany zdań pomiędzy Tatą a Zenonem w wyniku której Zenon rzucał łyżkę i nie kończąc obiadu, wybiegał z domu. Dla mnie to wspomnienie stało się traumą, gdyż w ogóle nie lubiłam awantur i konfliktów. Tak dalece się lękałam powtórki w swoim własnym domu, że swoim dzieciom pozwalałam na wszystko, byle nie uciekały z domu, co czasami było  moją wadą.

Zenon przyjeżdżał do domu zwykle niespodziewanie. I wówczas było to dla mnie wielkie święto. Onieśmielał mnie, nie tuliłam się do niego jak kiedyś. Ale lubiłam gdy cmokał mnie  na powitanie. Pachniał męskim tytoniowym potem . Widziałam radość w oczach Matki i dumę z syna. Pewnie Jej się wydawało , że jej syn podbije świat. Znam to uczucie, kiedy myśli się o zdolnym pierworodnym dziecku, że nie będzie dla niego przeszkód by żeglować po wielkim horyzoncie. Nie ma jeszcze lęków, zawodów, które zmieniają takie myślenie. Dopiero potem, gdy przychodzi rozczarowanie, człowiek się uczy pokory, najpierw zdumiewa a potem godzi z losem. I nigdy już potem, gdy dorastają kolejne dzieci nie myśli podobnie…  

Kiedyś Brat przywiózł mi metalowy pierścionek z czerwonym oczkiem, który z dumą pokazywałam koleżankom. Niestety szybko go zgubiłam, ale może ucieszyło się inne dziecko, które znalazło- myślałam.

Czasami przyjeżdżali do nas koledzy Brata, którzy razem z nim studiowali . Był to delikatny o twarzy anielskiej Staszek Grochowiak , czy Kazimierz Kummer. Już wówczas nie garnęłam się do nich, gdyż powoli stawałam się pannicą, a pannicy nie wypadało… Ci dwaj bardzo utalentowani koledzy Zenona odeszli przedwcześnie…

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Moje dziecięce wspomniania…

Na marginesie „ Lotu nad własnym ziemskim losem”. Wspomnienia o bracie.

 

Ale już pora, by opowiedzieć od  czasach, które znam z opowieści Mamy i Brata a także kiedy  dorosłam na tyle, by pamiętać….

Był Gorzów, wrzesień 1947 roku, Zenon miał  wtedy 13 lat.

Jak mówiła Mama, ponoć ten dojrzewający już chłopiec  bardzo się cieszył z siostrzyczki. Nie wstydził się zabierać mnie na spacery, pchając poniemiecki drewniany wózek z czasami wrzeszczącym niemowlęciem. A może nie wrzeszczałam, a tylko błogo się uśmiechałam. Bo bardzo lubiłam kochałam i podziwiałam mojego brata.

Potem, gdy już potrafiłam chodzić, zawsze uczestniczyłam w domowych spotkaniach z jego kolegami. Pakowałam się na kolana młodzieńców i słuchałam jak dyskutują. Podobno nawet z tego wrażenia jednemu z nich obsiusiałam kolana- przypominam, że w tamtych czasach nikt jeszcze nie wymyślił tego genialnego rozwiązania, jakim są pampersy. Fakt obsiusiania przyjęto ze śmiechem , a poszkodowany nawet się nie obraził.

 Jakże dobrze pamiętam bardzo przystojnego Orlińskiego, którego oficerki budziły mój wielki respekt i podziw. A także krzywonosego Wojtycha. Widuję go czasami w TV, jest uznanym aktorem, ma fizjonomię bardzo podobną do Kobieli. Ostatnio zauważyłam  z żalem , że chyba zoperował sobie swój cudny, wielki, fantazyjnie zakrzywiony w bok nos.

W czasie gdy Zenon zdawał maturę, ja zachorowałam na świnkę. Odseparowano mnie w jednym  pokoju, a Zenon zaglądał do mnie przez okienko umieszczone w górnej części drzwi. Zawsze na to czekałam i pojawienie się umiłowanej twarzy witałam z radością i entuzjazmem. Pomimo tej mojej pewnie spóźnionej izolacji , zdążyłam przekazać Bratu w odpowiednim czasie swojego wirusa, gdyż egzaminy maturalne zdawał ze świnkowym obrzękiem ślinianek. Nie wiem doprawdy jak potrafił się zmobilizować, pójść na te egzaminy i uzyskać nawet dobry wynik.

Gdy miałam pięć lat, Zenon opuścił nasz dom, wyjechał na studia.

Potem dowiedziałam się od Mamy, że dostał się na Wydział Polonistyki Uniwersytetu Poznańskiego, co było zadaniem niełatwym, gdyż kandydatów było wielu, wysyp wojennych  roczników młodzieży zagęszczał listy chętnych do podjęcia studiów. 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Na marginesie ” Lotu nad własnym ziemskim losem” ( 2 ).

Na marginesie „ Lotu nad własnym ziemskim losem” ( 2 ).

 

 „ Lot nad własnym ziemskim losem „ mojego brata- Zenona, jest dość lakoniczny, właściwie jedynie czasem przebija w tym tekście jakaś nuta osobista.

Znajduję tam takie oto zdania:

 „ opiekowałem się bratem, jak umiałem” ale zmarł.  „ I znowu zostałem sam”. W tych kilku słowach jest smutek, poczucie odpowiedzialności , i równocześnie żal, że zawiódł , nie dopilnował. To słowa, które  przynoszą mi  rozmyślania. Wyziera z nich uczucie wyalienowania i równocześnie potrzeba bliskości. Chyba od początku nosił to w sobie . Mama opowiadała, że jako kilkuletnie dziecko , w Rakowie chodził sam do pobliskiego lasu i gdy wracał po kilku godzinach opowiadał jak było pięknie. Widział dużo i potrafił to przekazywać. Już wówczas Mama myślała o nim, że jest nietypowym dzieckiem. Wolał samotne wyprawy do lasu, niż zabawy w towarzystwie rówieśników. Co nie oznacza, że nie potrafił szaleć z Kolą- synem smorgońskich sąsiadów, Mirkiem- moim przyszłym mężem i młodszym o 6 lat bratem- Wacusiem. Mama bawiła się z nimi śnieżkami- co zostało uwidocznione na jakimś zdjęciu. Wacuś, typowe dziecko wojenne, wychowane właściwie na ulicy był jego podporą. Mama opowiadała, że kiedyś krzyczała na niesfornych synów. I wówczas czteroletni Wacuś powiedział : „ chodź Nieniuś ( tak nazywał Zenona) idziemy. Niepotrzebna nam taka mamka- chamka”….Tak więc śmierć brata na pewno odcisnęła się silnym piętnem na kształtowaniu osobowości Zenona.

Tak sobie teraz myślę, że może Jego nieuporządkowany tryb życia, którego byłam świadkiem i  o którym słyszałam , mógł wskazywać jak gorączkowo „ łapał” chwile, jak pragnął bliskości ludzi i jak czasem ich ranił. Przyciągał i odpychał równocześnie.

Był w nim jakiś niepokój samotnego westernowego  jeźdźcy….

Na koniec życia pisze, „ ten lot wybrałem sam”. Jestem dumna z tych jego słów. Może  chciał, żebym widziała, że się nie uchyla się od odpowiedzialności, nie zrzuca winy na nikogo. A przecież jak często myślałam, że zawsze szuka jej w innych. Jakże się myliłam…Gorzko to brzmi, ale daje mi ukojenie, że odszedł ode mnie człowiek w jakimś sensie odpowiedzialny albo tylko świadomy swoich win…

W tym tekście są też słowa, których się po Nim nie spodziewałam, biorąc pod uwagę stale żywy konflikt ojciec- syn. Zenon  bowiem pisze, że podziwiał Ojca za pracowitość i ambicje pogłębiania edukacji….

Tak więc ten ostatni tekst mojego Brata jest dla mnie przyczynkiem do rozmyślań, analiz ,  wracam do tych pozostawionych mi słów, czasami łaknąc ich jak przysłowiowego deszczu. Nie ukrywam, że chciałabym jakoś ocieplić Jego wizerunek, który noszę w sobie. Wizerunek ukształtowany przez Rodziców, moje obserwacje i relacje innych….

 

Na marginesie ” Lotu nad własnym ziemskim losem” ( 1 )

Na marginesie „Lotu nad własnym ziemskim losem” ( 1 ).zenon.JPG

Zenon w swoim pokoju w zielonogórskim mieszkanku przy ul. Zawadzkiego. Nasze ostatnie spotkanie…

 

 

 

Nie mogę tedy się oprzeć potrzebie własnego komentarza do przedstawionego tekstu mojego Brata- ostatniego w Jego życiu.

Opowieść swą , na moją prośbę spisał wówczas, gdy miał 74 lata i za sobą aktywność zawodową, umarłe ambicje i szalone życie…Cztery lata później odszedł nagle i dla nas niespodziewanie. Wprawdzie narzekał  na swój stan zdrowia, ale był na pospolicie zwanym „chodzie”…

W „ Locie nad własnym życiem”  jak i w rozmowach ze mną przedstawia się jako człowiek przegrany, stary , schorowany , osamotniony i zepchnięty na margines życia zawodowego, bytujący na granicy nędzy.

Nadal bardzo dużo czyta, ale głównie dzięki starym gazetom przysyłanym mu z Wolsztyna przez brata ostatniej żony- Inki. Odwiedza go jedynie stary lekarz psychiatra, i jakiś profesor z miejscowej uczelni,  z którymi toczy dyskusje o życiu literaturze i o ogólnych  problemach kulturalnych.

Bardzo rzadko się widujemy, gdyż w jego maleńkim zagraconym głównie książkami mieszkaniu , w którym wegetuje z żoną nie ma miejsca dla gości. Do tego odległość z Warszawy do Zielonej Góry jest znaczna a i moje obowiązki domowe i zawodowe nie pozwalają na opuszczanie domu na dłużej. Pozostaje kontakt listowny, do którego niestety ja nie mam serca oraz telefoniczny. Tak więc gadamy czasami dłużej, ale poza narastającymi problemami zdrowotnymi nie staje czasu na wspomnienia, czy na opowieść o innych świeżych wrażeniach ze świata.

Gdy mi się czasem udaje wysłuchać jego opowieści o zdrowiu, może coś  poradzić i zmienić temat, ożywia się i wówczas błyskotliwie, pięknie,  opowie coś o literaturze, którą do końca kocha…Wiem, że jest to jego jedyna miłość, której zawsze był wierny….Tak wiele pytań teraz ciśnie mi się na usta. Nie zdążyłam ich zadać. I tak zostało….

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Komentarze siostry.

Przerwany  „Lot nad własnym ziemskim losem” .

I tak niespodziewanie Zenon zakończył opowieść o swoich dziejach.

Oczekiwałam, że tekst, który zatytułował  „ Lot nad własnym ziemskim losem” będzie pełny i wyczerpujący. A tymczasem został przerwany w momencie gdy ja się pojawiłam na świecie i tak skutecznie zajęłam Rodziców, że on poczuł się wolny…i mógł zajmować się tym, co Go interesowało najbardziej.

Może celowo właśnie wtedy kończy opowieść , by pobudzić moje refleksje i jakże żywe wspomnienia .

Nie zamknął tego tekstu, jakby zapraszając, dopuszczając mnie do próby podsumowania a może nawet próby zrozumienia tego bliskiego mi  człowieka o kontrowersyjnej osobowości i skomplikowanym życiu…