” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto pierwsza część tekstu o przyjacielu z lat studenckich- Stanisławie Grochowiaku….

Zdjęcie Stanisława Grochowiaka z Wikipedii.
<< Stanisław Grochowiak
Ocalić od zapomnienia
Drugiego września przeszło szesnaście lat temu , zmarł w Warszawie Stanisław Grochowiak, jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy, czołowa postać pokolenia „Współczesności”, które po 56 roku odegrało tak istotną rolę w rozwoju rodzimej literatury. Miał zaledwie 42 lata , a dał się poznać jako utalentowany poeta, dramaturg, prozaik i publicysta. Był jednym z szefów czasopisma „Współczesność”, grupującego wokół siebie ówczesną młodą intelektualną czołówkę kraju.
W 1951 roku poznaliśmy się na Uniwersytecie Poznańskim, gdzie zamierzaliśmy studiować filologię polską. On przyjechał z rodzinnego Leszna , ja z miasta młodości-Gorzowa. Jakiś dziwny przypadek losu sprawił , że stosunkowo szybko odnaleźliśmy się w tym zróżnicowanym tłumie świeżo „upieczonych” studentów. Być może zbliżyły nas szczególnie rozmowy o poezji, o ulubionych poetach i fascynujących wierszach. Pewnego dnia , podczas moich odwiedzin w jego pokoju wynajmowanym przy ulicy Śniadeckich, zwierzył mi się , że i on zajmuje się poezjowaniem, ale może to nie ma żadnej wartości, więc traktuje to raczej jako ot taką sobie zabawę, nie przywiązując do niej większej wagi. Poprosiłem go o te teksty. Nieśmiałym gestem podał szkolny kajet , zapisany drobnym , starannym pismem. Były to , jak juwenilia, wiersze zadziwiająco dojrzałe- całkiem zgrabne erotyki, lekko żartobliwe sceny rodzajowe, ujmujące swym autentyzmem liryki. Oczywiście, nie odnajdywałem w nich jakichś głębszych refleksji, doskonałego kształtu formy, jaką osiągnął w latach twórczej dojrzałości i do której zmierzał aż do końca swych dni, ale z pewnością te utwory ujawniały osobowość utalentowaną, nic nie mającą wspólnego z grafomańskim wierszopisaniem.
W owym czasie Pax-owskie ”Słowo Powszechne” publikowało co dwa tygodnie dodatek literacki , redagowany przez Zygmunta Lichniaka, zatytułowany „ W młodych oczach”, gdzie kilka razy coś tam wydrukowałem, jeszcze zamieszkując w Gorzowie. Zresztą przez łamy tego dodatku przewinęły się tak znaczące później nazwiska, jak Zdzisław Najder, Janusz Odrowąż-Pieniążek, nieżyjący już krytyk filmowy Konrad Eberhardt…Długo wtedy nie zastanawiając się zaproponowałem Grochowiakowi, że kilka jego wierszy wyślę Lichniakowi- może wydrukuje? On przystał na to, przygotował kilka pisanych ręcznie utworów, ja wysłałem je do Warszawy. Po pewnym czasie na kolumnie młodych 332 numerze „Słowa Powszechnego” ukazały się bodaj cztery wiersze, wśród nich takie, jak „ Ave Maryja” i „ Notuję deszcz…” . Wkrótce potem w tym samym dodatku Lichniak opublikował moje krótkie omówienie tego interesującego debiutu poetyckiego. Te nasze młodzieńcze” grzechy” zostały skrzętnie odnotowane w I tomie „Słownika współczesnych pisarzy polskich” wydanego przez PWN w 1977 roku.
Ale kiedy te wiersze Grochowiaka ukazały się drukiem, jego już nie było w Poznaniu. Zaalarmowany chorobą ojca, do którego był ogromnie przywiązany, wyjechał nagle do Leszna, nie dopełniwszy w terminie wypełnienia jakiś biurokratycznych , uczelnianych formularzy. Gdy po tygodniu wrócił do Poznania, znalazł swoje nazwisko wśród kilku innych, wypisane na tablicy dziekanatu i uznanych za skreślonych z listy studentów. Odwołania nie było. Nic więc Staszkowi nie pozostało innego, jak powrót do rodzinnego Leszna. Odwiedziłem go kilkakrotnie i wraz z Jackiem Łukaszewiczem , jego przyjacielem z leszczyńskiego gimnazjum, chodziliśmy na zawody żużlowe odbywające się z udziałem słynnego Smoczyka, urządzaliśmy skromne libacje alkoholowo- poetyckie, a Staszek po prostu szukał pracy.
Znalazł ją później, w punkcie skupu makulatury i może właśnie wtedy i w tamtym miejscu odkrył piękno w przedmiotach brzydkich, kalekich i odrażających? Może właśnie wtedy pojawiło się w jego twórczości coś takiego jak fascynacja brzydotą, niezbyt fortunnie później określanego przez Przybosia pojęciem „ turpizmu”.
Jednak Grochowiak długo nie pracował w tym punkcie skupu rzeczy zbędnych. Podczas jakiejś awantury na zabawie, temperament poniósł poetę i znieważył stróża porządku publicznego. W konsekwencji – areszt, sąd , kilka miesięcy izolacji. To wówczas właśnie pojawił się ów debiut prasowy na łamach „ Słowa Powszechnego”. Wiedząc o jego perypetiach, wysłałem gazety z jego wierszami i moim omówieniem jego rodzinie z prośbą o przekazanie. I tak też się stało.
Późniejsze nasze spotkania były coraz rzadsze. Mnie wiązał pobyt w Poznaniu , on zaś- po odzyskaniu wolności- został przygarnięty przez PAX i przeniósł się do Wrocławia, gdzie pracował w redakcji „ Wrocławskiego Tygodnika Katolików”, redagowanego przez Tadeusza Mazowieckiego. W zespole byli m.in. Władysław Terlecki, Jacek Łukaszewicz i Stanisław Chaciński. Ożenił się z koleżanką z lat szkolnych, Magdaleną Hermannówną, mieszkali w wynajmowanym pokoju niedaleko wrocławskiej Poczty, słynnej z zainstalowanej tam instalacji zagłuszającej audycje zachodnich rozgłośni. Gdy pewnego dnia odwiedziłem go, Madzia była już w ciąży i odpoczywała na tapczanie, my zaś całą noc przegadaliśmy przy koniaku w gęstym papierośnianym dymie, ale tym razem głównym tematem była proza. Staszek pracował nad powieścią „ Plebania z magnoliami”, pisaną na zamówienie PAX, wydaną podobnie jak pierwszy tomik wierszy „ Ballada rycerska” , w 1956 roku przez Instytut Wydawniczy Stowarzyszenia. Jednak do tej powieści wolał przez całe życie się nie przyznawać, dostrzegając jej liczne mankamenty artystyczne.
Potem nadszedł wspaniały okres dojrzałej twórczości w jego życiu, praca w Warszawie, powstawały kolejne tomy wierszy, prozy, potem liczne utwory dramatyczne, słuchowiska radiowe i widowiska teatralne. Podczas moich nielicznych pobytów w stolicy byłem zawsze serdecznie goszczony w jego mieszkaniu na Sadybie. Ale przecież spotkaliśmy się i w Zielonej Górze, bowiem od lipca 1965 r. do 31 sierpnia 1966r. był kierownikiem literackim Teatru Lubuskiego, którego w tym czasie dyrektorem był Zbigniew Stok. Ale to już temat na całkiem inną opowieść.

Autor ciekawie pisze,z jedna uwaga.Wydawnictwa nie przygarnialy ludzi do pracy redakcyjnej.