
Do pani Marii Konopnickiej
Szanowna Pani Mario.
Nie wiem, czy ktoś do Pani pisuje listy, ale ja postanowiłam. Muszę opowiedzieć po kolei jak było. Proszę wybaczyć pewną rozwlekłość i detaliczność, ale Pani należy do pokolenia, które czytało ze zrozumieniem długie teksty. Bo teraz, nie wiem czy Pani wie, wszechwładnie panują krótkie lakoniczne smsy czy maile a niewiele osób jest w stanie przeczytać coś dłuższego, nie mówiąc o książkach.
Po tym wstępie przystępuję do mojej rozwlekłości.
Jesteśmy już bardzo dorośli i przebyliśmy długą drogę od czasu, gdy czytywaliśmy Pani wiersze. Drogę tak długą, że już zapomnianą.
Ale od czegóż jest kontynuacja pokoleń. Dzięki dzieciom i wnukom odkryliśmy Panią na nowo.
Stało się to pewnego deszczowego dnia, gdy Uniejów tonął w deszczu.
Gdy trwały dzikie awantury aniołów w niebie , które opisałam przed kilkoma dniami, w pewnym momencie Pan Bóg powiedział im basta. Rzekł: dość tych kłótni i bijatyk, politycznego rozdarcia, jakchiś sympatii dla jednego tylko stronnictwa, dyskusji kto ma rację czy pewien Ojciec z Torunia, czy sam Pan Jezus, czy skromność i bezinteresowność ważna, czy koniunkturalizm. Tym, którzy byli za obecną władzą bo liczyli na profity z niej spływające, takie jak złocenia skrzydeł i szat anielskich, czy nowe postumenty pod świętymi figurami, a to odnowione kościoły tylko w jednym wybranym regionie kraju, Pan Bóg sprawiedliwy pogroził palcem.
Na nic się to zdało, już nikt nie chciał Go słuchać.
I wtedy Pan Bóg rozsierdzony wielce, wziął wielką polewaczkę z sitkiem, jakże dobrze nam znaną z dzieciństwa, i solidnie zaczął wszystkich polewać wodą .
I nam się przy okazji dostało.
Od razu zapanował w przyrodzie spokój, mglisty wprawdzie zapłakany, ale cichutki, przyczajony, zapraszający do innych zajęć niż swary polityczne albo fotografowanie dookolnych cudów natury.
W takim to właśnie dniu wybraliśmy się na wycieczkę samochodową. Jakoś się wbiliśmy w samochód i jazda….
Wznosiliśmy się ponad dolinę Warty na niewielką wyniosłość terenu nazywaną mądrze w necie „wybrzuszeniem w niecce kredowej”.
Szosę otulał mroczny listopadowy las mieszany , by nagle odsłonić widok na wielkie zielone połacie właśnie wschodzącej oziminy. Podczas gdy ta zieleń chciwie piła wodę spadającą z nieba, my mknęliśmy dalej.
Niestety okoliczne ZOO w Borysławiu było zamknięte na głucho. Nie wiadomo, czy zwierzęta spały, czy co, ale powitała nas tylko cisza.
Jednak po drodze dzieci zauważyły kierunkowskaz z oznaczeniem : Dworek w Bronowie, dworek Marii Konopnickiej.
Pewnie gdybym sama tamtędy przejeżdżała, nie miałabym nawet ochoty na odwiedzenie tego miejsca.
No cóż, Pani Mario. Dworek jak dworek, a Pani rymowanie już dawno za nami. Ale wnuczęta się ożywiły. Pierwszoklasistka Majusia zaczęła recytować Tęczę , bo niedawno się nauczyła tego Pani wierszyka. Zrobiło się jaśniej.
Tak więc zamiast wracać na basen w Uniejowie skręciliśmy w prawo by po wielu zakrętach ujrzeć Bronów. Nowy kościół, trochę zabudowań, tego Pani nie widywała, bo nie było.
I nagle pojawiła się duża sięgająca nieba kępa nagich o tej porze roku, drzew.
Tak, to pewnie tam jest ów dworek, powiedziały dzieci.
Aleją żwirową rozcinającą ścianę ogromnych , wiekowych drzew , dotarliśmy do dworku. Murowany i kryty blachą jest teraz i jak potem przeczytaliśmy jest repliką Pani dawnego drewnianego krytego strzechą.
Na parkingu nikogo nie było, okolica jakby wymarła, zaczęłam podejrzewać, że i dworek zamknięty na głucho.
Ale czekała nas miła niespodzianka, bo gdy z parasolem podeszłam do wejścia, tylnego, od parku, nagle usłyszałam miłe chrobotanie klucza w zamku i po chwili na progu stanęła sympatyczna pani . Zapytałam, czy można obejrzeć i czy należy kupić bilety. Pani odpowiedziała, że wstęp jest wolny i zaprosiła nas do wnętrza.
Weszliśmy w ciepło innego świata……
