Do pani Marii Konopnickiej. ( 1 )

l1.JPG

 

 

 

Do pani Marii Konopnickiej

Szanowna Pani Mario.

Nie wiem, czy ktoś do Pani pisuje listy, ale ja postanowiłam. Muszę opowiedzieć po kolei jak było. Proszę wybaczyć pewną rozwlekłość i detaliczność, ale Pani należy do pokolenia, które  czytało ze zrozumieniem długie teksty. Bo teraz, nie wiem czy Pani wie,  wszechwładnie panują krótkie lakoniczne smsy czy maile a niewiele osób jest w stanie przeczytać coś dłuższego, nie mówiąc o książkach.

Po tym wstępie przystępuję do mojej rozwlekłości.

Jesteśmy już bardzo dorośli i przebyliśmy długą drogę od czasu, gdy czytywaliśmy  Pani wiersze. Drogę tak długą, że już zapomnianą.

Ale od czegóż jest kontynuacja pokoleń. Dzięki dzieciom i wnukom odkryliśmy Panią na nowo.

Stało się to pewnego deszczowego dnia, gdy Uniejów tonął w deszczu.

    Gdy trwały dzikie  awantury aniołów w niebie , które opisałam przed kilkoma dniami, w pewnym momencie Pan Bóg  powiedział im basta. Rzekł: dość tych kłótni i bijatyk, politycznego rozdarcia, jakchiś sympatii dla jednego tylko stronnictwa,  dyskusji kto ma rację czy pewien Ojciec z Torunia, czy sam Pan Jezus, czy skromność i bezinteresowność ważna, czy koniunkturalizm. Tym, którzy byli za obecną władzą bo liczyli na profity z niej spływające, takie jak złocenia skrzydeł i szat anielskich, czy nowe postumenty pod świętymi figurami, a to odnowione kościoły tylko w jednym wybranym regionie kraju, Pan Bóg sprawiedliwy pogroził palcem.

Na nic się to zdało, już nikt nie chciał Go słuchać.

I wtedy  Pan Bóg rozsierdzony wielce, wziął wielką polewaczkę z sitkiem, jakże dobrze nam znaną z dzieciństwa, i solidnie zaczął wszystkich polewać wodą .

I nam się przy okazji dostało.

Od razu zapanował w przyrodzie  spokój, mglisty wprawdzie zapłakany, ale cichutki, przyczajony, zapraszający do innych zajęć niż  swary polityczne albo  fotografowanie dookolnych cudów natury.

     W takim to właśnie dniu wybraliśmy się na wycieczkę samochodową. Jakoś się wbiliśmy w samochód i jazda….

Wznosiliśmy się ponad dolinę Warty na niewielką wyniosłość terenu nazywaną mądrze w necie „wybrzuszeniem w niecce kredowej”.

Szosę otulał mroczny listopadowy las mieszany , by nagle odsłonić widok na wielkie zielone połacie właśnie wschodzącej oziminy. Podczas gdy ta zieleń  chciwie piła wodę spadającą z nieba, my mknęliśmy dalej.

Niestety okoliczne ZOO w Borysławiu było zamknięte na głucho. Nie wiadomo, czy zwierzęta spały, czy co, ale powitała nas tylko cisza.

      Jednak po drodze dzieci zauważyły kierunkowskaz z oznaczeniem : Dworek w Bronowie, dworek Marii Konopnickiej.

Pewnie gdybym sama tamtędy przejeżdżała, nie miałabym nawet ochoty na odwiedzenie tego miejsca.

No cóż, Pani Mario. Dworek jak dworek, a Pani rymowanie  już dawno za nami. Ale wnuczęta się ożywiły. Pierwszoklasistka Majusia zaczęła recytować  Tęczę , bo niedawno się nauczyła tego Pani wierszyka. Zrobiło się jaśniej.

Tak więc zamiast wracać na basen w Uniejowie skręciliśmy w prawo by po wielu zakrętach ujrzeć Bronów. Nowy kościół, trochę zabudowań, tego Pani nie widywała, bo nie było.

I nagle pojawiła się  duża sięgająca nieba kępa nagich o tej porze roku,  drzew.

Tak, to pewnie tam jest ów dworek, powiedziały dzieci.

Aleją żwirową  rozcinającą ścianę ogromnych ,  wiekowych drzew ,  dotarliśmy do dworku. Murowany i kryty blachą jest teraz i jak potem przeczytaliśmy jest repliką Pani dawnego drewnianego krytego strzechą.

Na parkingu nikogo nie było, okolica jakby wymarła, zaczęłam podejrzewać, że i dworek zamknięty na głucho.

Ale czekała nas miła niespodzianka, bo gdy z parasolem podeszłam do wejścia, tylnego, od parku, nagle usłyszałam miłe chrobotanie klucza w zamku i po chwili na progu stanęła sympatyczna  pani  . Zapytałam, czy można obejrzeć i czy należy kupić bilety. Pani odpowiedziała, że wstęp jest wolny i zaprosiła nas do wnętrza.

Weszliśmy w ciepło innego świata……

 

List do Mamy.

Niedawno znalazłam ostatni list mojej Mamy. Wprawdzie nie był adresowany do mnie, ale wywołał falę uczuć i myśli. Swoiste tsunami mnie zagarnęło. I nie miałam wyjścia, musiałam się poddać. Udało się….I oto jestem, mokra, zmęczona, ale szczęśliwa, że już ląd i słoneczna plaża.

Oczywiście to wszystko tylko przenośnią jest, ale faktycznie stan mojego umysłu został owym listem uniesiony ponad codzienność. I to nie czas Zaduszkowy wpłynął ale ten list w zwykłej szaroburej kopercie. Miało być tylko o nim, ale cisną się tematy poboczne i jak wiecie, Kochani, nie mam odwrotu…..

Więc niech się snuje  nić opowieści  z mojej głowy,” kręć się , kręć wrzeciono…..”

 

Wybaczcie, że przychodzą do mnie wiersze, piosenki, ale tak jest i już….

Zdjęcie-0778.jpg 

 

 

Moja Mamo Kochana !

 

Pewnie jesteś zdziwiona tym tytułem, bo jak pomnisz, kiedyś pisywałam do Ciebie listy, ale czułości tam było tyle” co kot napłakał”, albo i mniej.

List zaczynał się konwencjonalnie, zwyczajnie : Kochana Mamo.

Nie nauczyłaś mnie innych ciepłych zwrotów,  bo i Ciebie ich nie nauczyli ci górale beskidzcy a Twoi rodzice, twardzi i pozornie obojętni.

Ale czy piękne słówka mają jakąś wartość? Teraz, po wielu wielu latach wiem, że mają. Im jestem starsza, tym bardziej rozumiem, że człek jest spragniony:  

 

„ miękkich gestów

czułych spojrzeń

ciepłych uśmiechów…” jak pięknie to ujęła Małgorzata Hillar.

 

 i wypada dodać, że człek jest też  spragniony słów dobrych i pięknych .

 

To jest dopiero pełnia życia.  Nie tylko zabezpieczanie bytu materialnego i „ wyścig szczurów” bez zatrzymania się w pędzie. Pełnia życia to radość z tego że jesteśmy, z każdego dnia który się obudził, ze słońca które leniwie idzie spać,  z ludzi dookolnych i cudów przyrody umajonych  urodą słowa i przytuleniem.

 

Przydługi ten wstęp, ale myśli wypływają same, jak nić z kłębka, który trzymasz na kolanach Mamo, i dziergasz sukienki dla moich córeczek a swoich wnuczek, czy jakiś sweterek….

I taki  właśnie wieczorny obrazek utrwalił Tata, gdy pstryknął zdjęcie w pewnym momencie życia. Na zdjęciu moje 10 lat,  zaczarowany krąg lampy na biurku i Mama. Otulone zmrokiem łapiemy ciszę. Ileż takich było wieczorów w Gorzowie przy obecnej Orląt Lwowskich. Jesteśmy razem, Mamo, tak jak wtedy….Tata zatrzymał dla nas czas…..

Czy można zatrzymać czas? Czy można nadrobić stracony czas? Wszystko można jak widać…..

 

Chcę nadrobić ten stracony czas , myśląc naiwnie, że się uda i piszę wyimaginowane listy . Często  listy w zaświaty…I tak jest dzisiaj….

 Kochana moja Mamo

 Lubiłaś pisywać listy.

 Dobrze pamiętam ten Twój stan namaszczony, poważny , nieobecny dla nas,

Widzę Ciebie, jak siedzisz w skupieniu wielkim przy stoliku w maleńkiej kuchence Waszego ostatniego mieszkania na warszawskim Żoliborzu.

A bardzo ruchliwy Tata chodzi wtedy prawie na paluszkach, by nie przeszkadzać, bo Mama pisze list. Mam ten obraz w sobie… na wieki wieków…

Zwracasz mi uwagę, by nie mówić w takiej sytuacji „ na wieki wieków”, bo nasz czas ziemski jest ograniczony. Masz rację,  pojechałam po przysłowiowej „bandzie” .

Ale może miałam na myśli zachowane zdjęcia i  zapisane nasze słowa. Słowa które ocaleją lub nie ocaleją. Kto to wie?

 

Kocham Ciebie Mamo…moja Mamo  jedyna….

 

 

Zdjęcie-0778.jpg

 

 

 

 

List od Jacka.” Kobiety”

hp_scanDS_781513414917.jpeg

Australia, kamera, Jacek i kobieta .

 

A to kolejny list od Jacka, wrzucany tu na jego sugestię i moją przyjemność. W rozmowie telefonicznej ze swoich antypodów powiedział, że chce  coś w ten sposób opowiedzieć swoim kolegom odzyskanym po latach (za przyczyną tego blogu i moich w nim listów do bratanka, Jacka Łukaszewicza)…

 

Autor Jacek Łukaszewicz

“ Kobiety”

 

Nie wiem kim są kobiety i kto wymyślił termin kobieta. Ja na przykład dobrze się czuję, kiedy z jakiegoś tam powodu mówią na mnie małolat, pomimo sędziwego wieku. Dla mnie płeć żeńska będzie zawsze dziewczyną, bo z dziewczynami jest fajnie, a wszystkie tak zwane kobiety chcą być dziewczynami. I są nimi, bez względu na wiek, bo w dziewczynie jest i dojrzałość “kobiety” i doświadczenie “staruszki. One to mają genetycznie zakodowane od małego. Najważniejsze w życiu każdej dziewczyny jest jakiś tam chłopak, który zajmie się gniazdkiem, które ona sama sobie uwije, tudzież stworzy. I wtedy jest dylemat, czy żyć dla dziewczyny, czy żyć dla siebie, czy żyć dla nas.. Znam mnóstwo par, które są razem z wielu względów. Z reguły jest to podział życiowy, który trzyma się dzięki wspólnemu czemuś tam. Podziwiam takie małżeństwa jak Cioci, bo wiem jaka jest cena, ale niektórych na to nie stać, albo nie chcą, a chcieliby, tylko nie mogą, czyli im się nie udaje. 

 

Pierwszą moją dziewczyną była moja Mama, urodziła mnie i otwierając oczka we krwi już wiedziałem, że mam przejebane. Później poznałem mego ojca – fajny facet, gawędziarz, ale dla mnie miał czas dopiero czterdzieści lat później, ciągle jako chłopak. I dopiero po rozmowie z tym chłopakiem, wiedziałem  już na pewno że jestem w dupie. 

Miałem rację – ojciec wyszedł dystyngowanie pomimo opery mamy i mojego poparcia moralnego kiedy miałem siedem lat. No, dobra, myślę: nie ma ojca, nie mam rodzeństwa, to trzeba się zaprzyjaźnić. 

Dagmara była córką przyjaciółki mojej Mamy. Kiedyś zasialiśmy 50 amerykańskich centów w doniczce, i nic się nie urodziło. Później mój kolega Leszek został jej kolegą, a ona miała takie powiedzenie po zakupach, że “ spociła się jak ta kurwa “ w wieku ośmiu lat.

Później byłem kilka razy zakochany platonicznie, ale tak naprawdę urzekały mnie ciotki. U niektórych poczucie humoru, jakieś tam historie nowożytne, u niektórych wdzięk osobisty. W każdej ciotce widziałem dziewczynę, dziewczynę, która wie, że jest już kobietą, ale nie chce jeszcze być staruszką. Była w tym jakaś kokieteria rodzinna. Coś fajnego. A może to bzdura.

Cnotę straciłem, albo zyskałem przez przypadek. Moj kolega Jasiu miał kapitalną narzeczoną, Baśkę, którą znałem jeszcze z Polski, ze Szczecina. Jaś był na miarę Freda Astair’a. Nawet tak wyglądał. Zawsze kradł najdroższe kosmetyki dla Basi. Dla niego był tylko Hugo Boss. Mieszkaliśmy na tym samym piętrze w obozie. Kiedyś dał mi w prezencie Hugo Bossa, po czym pokłócił się z Baśką, i gdzieś poszedł w tango. Szukałem go, w końcu poszedłem do jego pokoju. Ciemno. Baśka się obudziła.

– chodź Jasiu….uwielbiam tego Bossa….twojego….

– już jestem…. 

I tak straciłem cnotę jako Jaś pod wpływem Hugo Bossa.

 

C.D.N….może”

List od Jacka. Studia.

hp_scanDS_78151321735.jpeg

Nie mam zdj Jacka z okresu kiedy opuszczał Polskę. Jeszcze wtedy nie wiedział, że spełni się jego marzenie i zostanie operatorem oraz reżyserem. To zdjęcie, dzięki poczcie mailowej dostałam od Jacka niedawno….i nie muszę udawać, że jestem z Niego dumna….

W rozdziale  ” Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza” pisałam o nim, Jego Rodzicach „. Dzięki temu, niespodziewanie i ku mojej wielkiej radości ponownie nawiązaliśmy kontakt a z kolei Jego listy które zamieszczam w rozdziale ” Listy od Jacka” znalazł Jego dobry  licealny kolega z którym od lat nie mieli kontaktu ….i tak świat się kręci….

Jacek mnie prosił, bym Jego opowieści listowne zamieszczała tu nadal, bo myślał o ich papierowej publikacji, tzn myśleliśmy, ale jest zajęty nowym filmem. Więc ….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

” Studia.

 

Kolebka mojej młodości, to czteropiętrowy budynek Liceum VII w Zielonej Górze. Architektura z lat pięćdziesiątych z pomnikiem Korczaka na pierwszym tle. Jakiś taki bezręki im wyszedł ustawiony na baczność, ale ważna idea, bo lekko przygarbiony z pogodnym wyrazem twarzy w zacisznym uśmiechu martyrologicznym.

Dwa piętra to klasy,  trzecie piętro radiowęzeł i na górze aula. Oprócz różnych wymyślnych uroczystości, tudzież akademii, aula była synonimem tortur maturzystów.  Podczas matur na drugim piętrze siedział woźny, a toaleta była na tym samym piętrze co radiowęzeł.

Na drugim i trzecim roku prowadziłem radiowęzeł z moim przyjacielem Tomkiem. Różne imprezy itd. Po jakimś czasie zaczęliśmy sprzedawać dla wtajemniczonych papierosy oraz piwo, tudzież coś mocniejszego dla spragnionych studentów . Wtajemniczeni znali kod pukania do drzwi. Podczas matury siedzieliśmy przez cztery dni w radiowęźle i maturzyści spokojnie wpadali do nas po ściągi pod pretekstem wyjścia do toalety. Tak więc wszyscy byli zadowoleni. 

Jakoś w maju na trzecim roku siedziałem sam w radiowęźle puszczając w eter muzykę z serialu “Kariera Nikodema Dyzmy”. Paliłem papierosa popijając piwem. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Znany kod. Spokojnie otwieram. W drzwiach stoi postrach Liceum – Henryk Sikora – opiekun naszej klasy i wykładowca fizyki, dla którego wszyscy studenci mieli ksywę “dziadostwo”. Chowam papierosa, radiowęzeł zadymiony, itd.

– dzień dobry panie profesorze….

Sikora pociągnął nosem i ogarnął wzrokiem cały ten browar.

– no, dziadostwo….pięknie tu pachnie.

Wszedł do środka i odsłonił zielone płótno na biurkach kryjące nasza kontrabandę. 

– co chcesz studiować po maturze, Łukaszewicz?

– jeszcze nie wiem, panie profesorze….

– a ja wiem, dziadostwo….jesteś zawieszony w prawach ucznia i trója na maturze za sprawowanie….wiec nie męcz się, tylko przygotuj się na dwa lata wojska polskiego….

– panie profesorze, to praca społeczna….

– ta wódka też społeczna, Łukaszewicz, co? 

– może pan profesor się poczęstuje….

– dość, Łukaszewicz, do domu….ja tu zostanę….

Ktoś nas zdradził i tak skończyła się moja kariera licealna. Nie nadaję się do wojska, bo nie lubię idiotycznych rozkazów idiotów, więc wtedy narodził się pomysł wyjazdu. To nie jest próba rozgrzeszenia samego siebie, ale wydawało mi się, że nie mam wyjścia. I wyjechałem.”

 

Losy moich Rodziców. Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć.

Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć

 

 

Mijały powojenne lata. Różaniec gdzieś tam sobie leżał, w jakiejś najmniej dostępnej szufladzie.

 Powoli zapomniany.

Ja, niewielka wtedy dziewczynka zakradałam się do tej tajemnej szuflady i brałam do ręki obozowy różaniec Taty. Może ja go nawet niechcący rozdarłam, był tak wątły i misterny. Leżał więc rozdarty.

Były tam też listy Taty z obozu.

Powoli tamte czasy zacierały się w myśli Rodziców.

Nowe problemy, zawodowe, domowe przysłaniały wspomnienia.

Może Mama widziała, że się bawię różańcem, może nie.

Pewnie w ogóle nie przywiązywała wagi do przedmiotów pomna swojej histerii po zniszczeniu przez sowietów białych kruków i delikatnej porcelany , swoich ukochanych zbiorów. Pisałam o tym w rozdziale do Pamiętnika Janaseniora zatytułowanego zapiski synowej. Nie wiem, co czuła.

Po latach dowiedziałam się, że Tata w zapale niszczenia przedmiotów zbędnych- wyrzucił szczątki tego różańca i większość swoich listów pisanych do Mamy.

Ale  tutaj przesadziłam w poprzedniej ocenie.

Jednak Mama te listy traktowała jak relikwie dawnych czasów. Były dla Niej bardzo ważne. Jeszcze wtedy myślała o swojej wielkiej miłości i były oznaką, że jest kochana.  

Przywiozła je z Wileńszczyzny, przetrwały pożary i wszelkie zawieruchy.

I teraz było Jej przykro , może upatrywała w tym geście wyrzucania jakiś oznak odchodzenia Taty od niej, od syna, chęć oderwania się od tego, co go łączyło z nimi. Może myślała, że ta miłość jest tylko dalekim wspomnieniem.

Oczywiście do końca nie wiem,  co wtedy czuła.

Ale żaliła się, że już nie ma tych listów.

Tak jakby odebrano  fragment Jej duszy.

 Jednak, gdy przeglądam dokumenty Rodziców,  Tato całkiem rozsądnie pozostawił  te najważniejsze obozowe listy- pierwszy, napisany w 1941 roku. kolejny z 1942 roku i z 1943 roku.

Losy moich Rodziców. Stefa się doczekała…

Gdy Zenon miał dwa lata wreszcie odezwali się Rodzice Mamy.

Stefa nie milczała.

Stale próbowała nawiązać jakiś kontakt ze swoją rodziną.

W tym wypadku zachowywała się nietypowo, nawet mnie to dziwiło. Ponieważ z natury rzeczy  była uparta, zamknięta i  twarda . Ale jak się okazało tylko  pozornie nieugięta.

Jak wynika z Jej opowiadania o tamtych czasach, bezpośrednio po ślubie nie zamykała się w sobie, nie chowała urazy do Ojca.

Została bardzo zraniona, ale czuła przemożną potrzebę przebłagania swoich okrutnych gór.

Systematycznie wysyłała listy do domu, paczki z nowymi ciuchami, butami dla ojca, matki i rodzeństwa.

I wreszcie zdarzył się długo oczekiwany cud.

Któregoś dnia zawitał listonosz i z daleka wołał, że ma list z odległych stron.

Oczywiście wszyscy wiedzieli jaka jest sytuacja Mamy, bo jak pisałam, było to niewielkie miasteczko, ludziska się znali i interesowało ich cudze życie.

A cóż dopiero życie nauczycielki, która przybyła z dalekich stron, więc stale była inna, obca.

Na medycznej ścieżce. Listy, wiersze to prawdziwe dowody sympatii pacjentów.

W czasie mojej pracy w przychodni zdarzały się oryginalne  dowody wielkiej albo tylko czułej do mnie sympatii a czasem nawet  miłości moich pacjentów  wyrażanej różnymi wierszami.

Była to korespondencja przysyłana pocztą- np. listy z wierszami w których często dominowały rymy częstochowskie .

Czasami były to zapisane kartki papieru przynoszone osobiście do gabinetu.

Ale były to też prawdziwe perełki literackie , które otrzymywałam od dziewczyny z mózgowym porażeniem z mnóstwem ruchów mimowolnych i wielkim intelektem. Do tej pory zadziwiam się, jak mogła utrzymać długopis w swoich rozdygotanych dłoniach. Wiersze były na pewno jej autorstwa, zresztą gdzieś już ją drukowano.

Nie mogę odżałować faktu, że listów tych nie zachowałam .

To było bardzo bardzo miłe, chociaż nie przywiązywałam wtedy do tego odpowiedniej wagi.

I teraz, po tak wielu latach pracy uważam, że jedynie w takiej niewinnej formie pacjent może wyrażać lekarzowi- drugiemu człowiekowi – swoją sympatię i wdzięczność.

Inne wysiłki by obdarować swojego lekarza były dla mnie niemiłe, budziły sprzeczne uczucia i stawiały mnie w sytuacji niezręcznej, jakby podporządkowanej.