Moje Zaduszki

 

SAM_2055.JPG Wczorajsze niebo nad Michałowicami. Nadchodzą Zaduszki…. 

 

 

 

  Po ostatnich wydarzeniach dzisiejsze sprawiło, że nagle poczułam, jakby rozsypywał się mój domek z kart. Zobaczyłam domek , na tle wiecznie zielonej sosny rosnącej w pobliżu michałowickiego domku tak blisko, zda się na wyciągnięcie dłoni. Pieczołowicie składany, dopasowywany, utrwalany na solidnej betonowej podstawie. Bo na takim  fundamencie rodziny układałam  karty. Każda miała swój kolor i numer. Były ważne i mniej ważne, ale wszystkie znajome i dopiero  złożone  stanowiły całość odporną na burze, długotrwałe milczenia czy nawet jakieś drobne krótkotrwałe animozje. Na tych kartach były wizerunki osób z dalszej rodziny a także znajomych, których lubiłam szczególnie. I do tej pory myślałam, że jest dobrze. A właściwie nie myślałam. Oni wszyscy byli. Wszystko było zmontowane, trwałe, zda się na wieki. W moim domku z kart było jasno i ciepło, bo zamknęłam tam  uczucia .

Ale dzisiaj pękło.

Tak to poczułam, gdy odeszła kolejna bliska mi osoba.

I wtedy w oczach pojawił się obraz rozsypującego się mojego  domku z kart. I po chwili myśl.  

Nie mogę się poddać. To nie tak. Można go uratować siłą wspomnień. I nadzieja wstąpiła.

     Więc wspominam. Przed kilkoma dniami, gdy jeszcze nie pochowano Kostusi o której poprzednio napisałam, mąż kuzynki Jadzi, Józio Lis zapragnął połączyć się ze zmarłą przed laty żoną. Tak bardzo zapragnął, że wreszcie się uwolnił, pofrunął w zaświaty. I teraz są szczęśliwi w tym czerwonym zachodnim niebie….Józio był człowiekiem bardzo uzdolnionym, skromnym, z wielkim poczuciem humoru i ciepłem , którym obdzielał otoczenie. Jakże lubiłam wpadać od nich w czasach studiowania na AM w Poznaniu, grzać się w ich rodzinnym gnieździe , ładować przysłowiowe akumulatory, zwykle coś podjeść. Bo Jadzia widząc mnie zawsze dzieliła się jakimś daniem. Do tej pory widzę Ją i Józia w kuchni ich mieszkania przy ul. Ułańskiej, my pałaszujemy, a Jadzia gdzieś obok, bez talerza. Ona się nie dzieliła swoim daniem, ona po prostu oddawała mi swoje….Józio pokazywał swoje wynalazki. A to radio wielofunkcyjne, a to system nasłuchu z pokoju synów. Siedząc sobie w innym pokoju mógł słyszeć, co też wyprawiają chłopcy. A dynamiczni byli bardzo, pomysły iskrzyły więc należało się spodziewać kolejnego. Gdy byli mali matka prowadziła ich na szelkach , gdyż dzieliła ich tylko różnica roku a temperament roznosił. Mam takie  zdjęcie wykonane przez Tatę  z gorzowskiej ulicy, kiedy to odwiedzali dziadków Lisów i nas przy okazji. Zawsze wtedy wnosili żywiołowość i radochę. Ale wracam do poznańskich czasów, do Józia. Opowiadał, że w przedwojennym harcerstwie  uczono młodych jak hartować siłę woli. Trzeba było przez trzy dni oglądać czereśnie i żadnej nie zjeść. Albo ulubiony cukierek długo nosić w kieszeni. Kochałam Józia. Nawet dopatrywałam się podobieństwa z moim późniejszym mężem, wierząc że będzie tak dobry jak On.  Tak, muszę się do tego przyznać. Dlaczego nie miałabym się przyznać?

I przypominam też jego opowieści z AK. Józio brał udział w walkach o wolność Polski, potem publikował wspomnienia. Ciekawe, czy synowie je mają. Józio- męski, nietuzinkowy, ciepły czuły, zakochany w swojej Jadzi, synach . I taki pozostał w mojej pamięci….

     Było o Józiu, bo to ostatnie pożegnanie.

 

Ale dzisiaj spotykam się ze wszystkimi bliskimi, którzy już dawno przekroczyli granicę cienia:

– z moimi Dziadkami:

 beskidzkimi góralami – Marianną i Michałem Jakubcami , rodzicami Mamy, którzy oglądają Skrzyczne z godziszczańskiego cmentarza,

z rozdzielonymi tu na ziemi Łukaszewiczami- Tomaszem śpiącym w obecnie białoruskim Rakowie i Staśką  w dalekiej od tej ziemi Trzciance Lubuskiej.

– z Dziadkami Mirka- Wojciulami, rodzicami Jego matki Heleny, zamordowanymi wraz z czwórką dzieci przez bandziorów sowieckich w swojej posiadłości w Cicinie i odpoczywającymi w białoruskich obecnie Smorgoniach .

I z Konopielkami śpiącymi w swojej Kołpiei….  

    I spotykam naszych  Rodziców, idą w milczeniu ale dają znaki , gdy coś nie tak, cieszą się z nami gdy wszystko jest ok.  

Widzę Stefanię i Wacława Łukaszewiczów śpiących  na maleńkim uroczym okolonym wysokim lasem cmentarzu w pobliskim Komorowie

Helenę i Jana Konopielków , którzy zostali tak jak chcieli w swoim Lidzbarku, który stał się im powojennym domem,

I Braci naszych widzę:

Mojego czteroletniego , rezolutnego nad wiek Wacusia, zabranego przez przywleczoną przez sowietów czerwonkę , opłakiwanego przez Matkę do końca Jej dni, urodzonego po aresztowaniu Taty i zmarłego przed powrotem., którego grobu już nie ma w Smorgoniach i  Zenona, niespokojnego ducha, człowieka pióra wbrew woli ojca, otoczonego czułością żyjącej nadal ostatniej żony, Inki, która dzwoni i mówi, że Zenek jest stale obok niej, ale tak naprawdę, to jest mieszkańcem zielonogórskiego cmentarza. I brata Mirka-  Pawła- dużego, łagodnego zawsze pogodnego i kochającego ludzi, zamordowanego przez pijanego kierowcę,     I przyjaciół spotykam dziś: Olę Gajewską- dentystkę z Lidzbarka,  która czuwała nad naszymi dziećmi, gdy u dziadków  beztrosko je  zostawialiśmy letnią porą. Zasnęła nagle już 10 lat temu. – Janusza Zdanowicza mądrego jasnowłosego chłopaka, z którym przetańczyliśmy wiele nocy   i  Bronka- emanującego spokojem i mówiącego zawsze- nic to  , moją  prof. Teresę Wyszyńską, dr Salińską i koleżanka od koszykówki z LO – Teresa Łakoma Koryluk zwana przez nas Kostusią. O nich już napisałam wspomnienia w tym blogu, więc nie będę streszczała.  I jest Józio Lis,  wspomniany na wstępie nareszcie szczęśliwy, bo  połączony ze swoją miłością- Jadzią.

      Nie wszyscy się znali na tym padole łez, ale my ich znaliśmy, więc byli nasi. I  są nadal,  w naszym domku. Blisko.

     Tak rozmyślając , wędrując w czasie, widzę, że  mój domek z kart, delikatny ale zbudowany na solidnym rodzinnym fundamencie złożony z dalszej rodziny, bliskich znajomych nie zachwiał się, nie rozsypał, jest jeszcze silniejszy niż był, silniejszy wspomnieniami o tych, którzy w niebie już urzędują.

     I widzę światełko w tunelu, jasność niebiańską i jej rezydentów  lekkich wyzwolonych z ziemskich cierpień. Wybrali już ustronne miejsce pod nasz domek z kart, który wcześniej czy później tam przyfrunie….

 SAM_2071.JPG

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *