
Gdy uczta wielkanocna w japońskim domu Stefana osiągnęła punkt kulminacyjny gospodarz gdzieś poszedł i wrócił z akordeonem. Byłyśmy zaskoczone, bo to była kolejna niespodzianka, tego nie przewidziałyśmy.
Stefan okazał się wirtuozem akordeonu, grał pięknie z uczuciem i dynamicznie. Melodie znane i nieznane, skoczne i siercieszczypatielnoje jak mawiają Rosjanie.
W pewnej chwili przebrzmiał ostatni akord, koncert dobiegł końca, ocknęłyśmy się z zasłuchania .
Wtedy profesor powiedział, że jest zbieraczem akordeonów i jeśli zechcemy, to pokaże swoją kolekcję. Zerwałyśmy się z miejsc, bo oczywiście byłyśmy ciekawe, a zresztą nie wypadało odmówić. Poprowadził więc nas piętro domu i otworzył jakieś drzwi. To był pokój akordeonowy. Nie liczyłyśmy ich było tych instrumentów , ale wypełniały nieomal cały pokój. Stały na podłodze, półkach. Były różnej wielkości, barw , lśnień a gospodarz patrzył na nie rozmarzonym wzrokiem. Naprawdę je kochał, widać to było. Pozachwycałyśmy się przez chwilę i gdy profesor oderwał wreszcie wzrok od swoich instrumentów a my razem z nim, zaprosił ponownie do pokoju gościnnego w celu kontynuowania uczty.
Tam już czekała przepyszna herbata , którą zaparzyła i podała w cieniutkich porcelanowych filiżankach jego żona i jakieś ciasta. Z wrażenia nawet nie zapamiętałam tych ciast, ale na pewno były…
Myślałam, że część artystyczną mamy już za sobą. Jakże się myliłyśmy. To był dopiero wstęp….
W pewnej chwili profesor nasyciwszy się niewielką objętością gruzińskiej
wziął ponownie akordeon , założył na ramionach i zarządził- a teraz śpiewamy.
Od razu zagrał i sam zaintonował Oczy czarne. Zdziwił się, gdy nie podjęłyśmy tematu i grzecznie a raczej lękliwie , bo nie mamy talentu śpiewaczego, milczałyśmy. Ponowił więc zachętę, a właściwie dyspozycję, tym razem energiczniej- no śpiewajcie, śpiewajcie…
Jego żona od razu mu towarzyszyła w duecie. Śpiewali po japońsku, rosyjsku, japońsku angielsku i francusku. Nie miałyśmy wyboru. Tym bardziej, że Stefan wręczył nam śpiewnik z osobiście wpisanymi tekstami w chyba 7 językach. Otwierałyśmy więc grzecznie usta wydając dźwięki które można byłoby uznać raczej za beczenie owiec lub marcowe miauczenie kotek. Ale jakoś przeszło.
Stefan powiedział, że jego studenci zawsze z nim śpiewają. W czasie wykładów robi przerwy na chóralne śpiewanie. Pomyślałyśmy, że musi być to fajne. Nie wiem, czy jego południowo kresowa natura czy japońska determinowała takie zwyczaje. Ale sądząc z repertuaru a szczególnie o tych oczach czarnych to jednak musi być to pierwsze. Było pięknie…..Potem jeszcze raz śpiewaliśmy Oczy czarne, ale o tym później…
