
Skalite, widok od Godziszki. Ulica Południowa i przełęcz Siodło …
I nieustannie wracamy w Beskidy , do miejsc gdzie urodziła się i spędziła pierwsze lata życia moja mama- Stefka. Szukamy Jej śladów, które czas skutecznie wymazał, ale zostały w mojej pamięci. Opowieści Mamy, moje dziecięce wspomnienia z pobytów wakacyjnych u wujka Szczepana pachnących świeżym sianem, krowami, chrumkaniem świń , krowami i porannym mlekiem „ prosto od krowy” które ciocia wstrzykiwała prosto do metalowego kubeczka pokrytego białą emalią z dużym uchem, który był mój w te wakacje. Do tej pory czuję ciepło tego kubka gdy po napełnieniu brałam go w dłonie. Owa niezwykła łaskawość ciała krowy, jej zapach i niepowtarzalny smak mleka i pianka to najpiękniejsze klimaty mojego przecież miejskiego dzieciństwa… Piana unosiła się wysoko ponad brzeg kubka i pozostawała na górnej wardze, gdy łapczywie chlipałam to świeże mleko… Uwielbiałam takie poranki….
Ale miało być o Skalitem.
Siedzimy sobie więc pod naszą szałasochałupką z Kotliną Żywiecką u stóp i poglądamy na dookolne góry zamykające ową kotlinę.
Na wschodzie pasmo Beskidu Małego, na południe Beskid Żywiecki a my opieramy się o Beskid Śląski. Nad nami Skrzyczne z dwoma piersiastymi górkami- Palenicą i Niesłychanym Groniem.
A obok nich przysadziste, kopiaste Skalite. Zaliczane jest do Pasma Baraniej Góry, stąd niewidocznej , sięga 864 m. n. m. i poprzez przełęcz Siodło łączy się z najwyższym szczytem tego Beskidu- Skrzycznem a także ze starym kurortem- Szczyrkiem, o którym pewnie kiedyś wspomnę. Szczyrk to już inny świat. Dla nas nieomal obcy i odbierany właściwie jako mało przyjazny.
Tak więc siedzimy sobie na zboczu górskim a mój wzrok stale wędruje na Skalite. Jej nieustanna wielowiekowa cierpliwa praca w dostarczaniu nam wody , dźwiganie skoczni narciarskiej od strony Szczyrku i niedawne rozrycie zbocza przez wielki sprzęt by powstały liczne szerokie dukty na których dwie ciężarówki mogłyby się minąć . Wprawdzie można po nich wygodnie wędrować, ale nadal nie wiemy w jakim celu powstały. Jak mówią miejscowi, być może utworzono je dla narciarzy… Na pewno zostały okupione cierpieniem tej góry i być może odległymi skutkami zniszczenia poszycia i niebywale licznych cieków wodnych.
Tak więc z lękiem patrzę na tę górę i gdybym wierzyła, że Bóg mnie wysłucha wznosiłabym do niego modły o zachowanie tej góry.
Na razie ona cierpliwie milczy i gra na niej zachodzące słońce a przerzedzone wielkie świerki wspinają się na szczyt jak wędrowcy strudzeni ale pełni siły i widzący swój cel.
Tak więc piszę o Skalitem i życzę tej górze wytrwania i ostatecznego zwycięstwa w walce z destrukcyjnym działaniem okrutnego człowieka….






