Mili sąsiedzi. ( 4 ).

 

 

kot sąsiad zamyślony.jpg

 

 

Jeszcze się zastanawiam…..

 

 

 

 

Mili sąsiedzi ( 4 )

 

A teraz będzie zapowiadana wcześniej historyjka o mamie Zuzi i naszym pierwszym spotkaniu.

Otóż pewnego dnia jak zwykle wyjrzałam na pustą naszą ulicę a wtedy jeszcze żwirową drogę i zobaczyłam mamę Zuzi.

Jechała jak zwykle rowerem, ale dziwnie spokojnie, dystyngowanie i z wewnętrznym skupieniem a nawet wyraźnym napięciem.

Widząc mnie, zatrzymała się, przywitała i pokazała na rowerowy kosz.

Popatrzyłam- a tam siedziało sobie ciasno obok siebie chyba z 7 kotów. Też były przejęte wyprawą, chociaż podobno już przyzwyczajone do takich. Dowiedziałam się , że cała grupa zdążała do weterynarza na szczepienia ochronne. 

Po rozstaniu z tą majestatyczną grupą kroczyłam dalej moją nibyulicą i uśmiechałam się do siebie mając przed oczami poważne miny kotów, ich śmieszne uszka, wielkie lśniące oczy i dostojne wąsy i  przewodniczkę tej grupy, która jechała rowerem ostrożnie, by zwierzątka się nie wystraszyły lub nie doznały urazów na wyboistej drodze.

Właściwie nigdy nie było w naszym domu zwierząt, ani w gorzowskim ani w warszawskim. Nie było odpowiednich warunków, bo mieszkaliśmy zawsze w kamienicy, kiedyś nawet pragnęłam, ale skończyło się to szybko. I pewnie jeszcze kiedyś opowiem, gdy wrócę do moich gorzowskich czasów….

Tak więc teraz mając więcej czasu i odpowiednie warunki do obserwacji mogłam się przypatrywać tym niezwykłym tajemniczym zwierzętom. Zadziwiały mnie i zachwycały.      

 Od czasu naszego zamieszkania na tej wsi, koty Zuzi odwiedzały i odwiedzają nas codziennie.

Gdy spadł śnieg, rano widziałam równiutko i linijnie układające ślady ich łapek na wielkiej bieli. Zachwycałam się, że przybywają i spełniają swój tajemny rytuał.  To było bardzo miłe uczucie znajdować te tajemne szlaki na dziewiczym puchu śniegowym. Ślady wskazywały na to, że koty pierwsze swoje okrążenie wykonywały blisko domu a następne wzdłuż  ogrodzenia. Jaki był cel tego obchodu, nie wiem, ale na pewno spełniały go codziennie systematycznie i przed świtem.

Lubiłam obserwować, i przyznam, że  z wielkim zadziwieniem, bo widziałam to po raz pierwszy w życiu ( tak tak,  jednak tego się nie spodziewałam, że jeszcze napiszę- po raz pierwszy w życiu- przecie tak już długo żyję ) jak lekko i sprawnie wskakują na grzbiet siatki ogrodzeniowej i miękko układając łapki jedna przed drugą idą jak po linie, zachowując idealną równowagę . Początkowo wstrzymywałam oddech, bojąc się, że spadną, ale potem już się przekonałam, że  nic im nie grozi bo mają we krwi takie akrobatyczne prawie wyczyny.

    Czasami zastawałam kota rezydującego  na naszym trawniku. Potrafił tkwić w jednym miejscu chyba godzinami, w czujnym przysiadzie i wpatrywać się w to jedno miejsce tuż przed nosem. I gdy tak siedział nieruchomo, nawet czułam się już znudzona obserwowaniem , nagle się zrywał z miejsca , wykonywał jeden wielki sus i lądował z pyszczkiem przywartym do ziemi. Zdarzało się , że triumfalnie potem na mnie  patrzył a z pyszczka zwisała mu najprawdziwsza, jeszcze miotająca się mysz.  Któregoś dnia znalazłam na wycieraczce przed drzwiami wyjściowymi nieżywą mysz, osobliwy to dar któregoś z kotów….

    Kiedyś wieczorem siedzieliśmy przed TV, światło było nikłe i nagle spojrzałam na przeszkolone drzwi wiodące na taras. A za tymi drzwiami siedział nieruchomo kot nieomal hipnotyzując mnie spojrzeniem. Miał bardzo zainteresowaną minę, wyraźnie zaciekawiony zaglądał do wnętrza naszego pokoju, a może my byliśmy przedmiotem jego obserwacji, nie wiem. Ciekawe o czym wtedy myślał. Piszę o jednym kocie, ale odwiedzały nas różne.  Może losowały pomiędzy sobą, który dzisiaj wybiera się z wizytą, bo zwykle był tylko jeden. Sytuacja się powtarzała , teraz zaglądają do nas rzadziej, pewnie już dokonały prezentacji i nas też już poznały. Oczywiście spotykając Zuzię lub jej mamę, opowiadałam o tych wizytach, określałam wygląd kota i pytałam czy to kot z ich domu. Okazało się, że wszystkie były naszymi sąsiadami …

    Oczywiście gdy  latem były otwarte  drzwi potrafiły bezszelestnie wejść do wnętrza domu i usadowić się na kanapie lub buszować w okolicy lodówki.

    Nie zapomnę takiego wydarzenia, z pierwszego roku naszego tutaj zamieszkania,  gdy przygotowując karpie świąteczne, wyrzuciłam świeże głowy tych ryb do ogrodu, myśląc właśnie o tych kotach. Oczywiście głowy  zniknęły w szybkim tempie. Nie byłam pewna, czy postąpiłam właściwie, ale gdy  po kilku dniach spotkałam mamę Zuzi  zapytałam, czy dobrze zrobiłam . A wówczas ona się zaśmiała, oj dobrze, bardzo bardzo dobrze…a nie wiedziałam skąd moje koty przyniosły do domu świeże głowy rybie i nawet chciały się z nami dzielić…..

A teraz będą zdjęcia jednego z kotów….wprawdzie nie posiadam dokumentacji  wszystkich opisanych sytuacji, ale znalazłam w swoim komputerze efekty pewnego polowania….

 

 

Kot1,2.JPG

 

 

I wyruszam na polowanie…

 

 

Kot1,5.JPG

 

 

Jeszcze nasłuchuję , gdzie zachrobocze lub zapachnie mysz…

 

 

Kot1,4.JPG

 

 

Może gdzieś przy drodze znajdę…

 

 

Kot1,3.JPG

 

 

Chyba jednak wrócę na trawnik….

 

 

Kot3.JPG

 

 

Tak, warto było tutaj wrócić…to tutaj najbardziej pachnie moja osobista myszka…zaczaję się więc….

 

 

Kot2.JPG

 

 

Hurra…udało się!!!

 

 

Kot4.JPG

 

 

Teraz mogę sobie już spokojnie ale triumfalnie  pójść dalej…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *