Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 11 ) . Jeszcze jedna opowieść z Gniezna .

Mała Mariolka  m.in. w sytuacji poważnie intymnej ( lewy górny róg pierwszego zdjęcia 🙂 .  Na kolejnym-  w otoczeniu panów nieźle sobie radzi, jak widać – miejsce centralne zajmuje 🙂 . Zdjęcia z Rodzinnego Albumu Marii J. Nowakowskiej. 

a to ode mnie dla Marioli- dmuchawiec –  tak piękny delikatny jak ludzkie życie – ot takie mi przyszło skojarzenie, nie wiadomo skąd

Świetna historyjka, tak kiedyś napisałam  po kolejnej opowieści Marioli …pisz dalej…cokolwiek Ci się przypomni…z dzieciństwa, czy szkół, zawodu.. może nie być chronologii

Niebawem  przyfrunął list od Marioli

 jeszcze leżałam a już męczyła mnie moja niewiedza

otóż jak już pisałam mam dziury w mózgu czy pamięci – na jedno wychodzi

męczyło mnie jedno : napisałaś że pisze się Zofia a mówi  ????? ( Marioli chodziło o to, że na FB używam imienia Klara J )

no właśnie jak

to jak się mówi wpadło do tej dziury i nie pamiętam

pomóż !! proszę !!!!!!!!

wysłałam  poprzedni  list a chociaż pytałaś ,  nie napisałam kto mieszkał w tych domach, w Gnieźnie mojego dzieciństwa.

Różne wyznania

przeważnie katolicy – właściciel, który  z fotelem

chodził do katedry na uroczystości z prymasem

 kolejno mieszkali wyznawcy 4 religii a  dwie rodziny byli przywódcami i u nich odbywały się  ceremonie

jako dzieci podglądaliśmy wszystkich lub nawet braliśmy udział

koledzy  byli ciekawi jak jest w  naszym kościele więc trzeba było im to umożliwić

zorganizowaliśmy komeżki trochę chłopcy – ministranci podszkolili i akcja ruszyła

dotarliśmy do kościoła ale w  zakrystii ksiądz się zorientował

nie rozumiał naszej postawy , nie znał ekumenizmu  🙂  ,  nakrzyczał, wezwał rodziców  i  później bacznie nas obserwował  ….

 

i jeszcze raz – a to ode mnie dla Marioli- dmuchawiec –  tak piękny delikatny jak ludzkie życie – ot takie mi przyszło skojarzenie, nie wiadomo skąd ….

Wielbię  Cię, Mariolko, choćby za ten błysk w tekście – że ksiądz „nie  rozumiał naszej postawy, nie znał ekumenizmu  ” 🙂

 

 

Mili sąsiedzi. ( 4 ).

 

 

kot sąsiad zamyślony.jpg

 

 

Jeszcze się zastanawiam…..

 

 

 

 

Mili sąsiedzi ( 4 )

 

A teraz będzie zapowiadana wcześniej historyjka o mamie Zuzi i naszym pierwszym spotkaniu.

Otóż pewnego dnia jak zwykle wyjrzałam na pustą naszą ulicę a wtedy jeszcze żwirową drogę i zobaczyłam mamę Zuzi.

Jechała jak zwykle rowerem, ale dziwnie spokojnie, dystyngowanie i z wewnętrznym skupieniem a nawet wyraźnym napięciem.

Widząc mnie, zatrzymała się, przywitała i pokazała na rowerowy kosz.

Popatrzyłam- a tam siedziało sobie ciasno obok siebie chyba z 7 kotów. Też były przejęte wyprawą, chociaż podobno już przyzwyczajone do takich. Dowiedziałam się , że cała grupa zdążała do weterynarza na szczepienia ochronne. 

Po rozstaniu z tą majestatyczną grupą kroczyłam dalej moją nibyulicą i uśmiechałam się do siebie mając przed oczami poważne miny kotów, ich śmieszne uszka, wielkie lśniące oczy i dostojne wąsy i  przewodniczkę tej grupy, która jechała rowerem ostrożnie, by zwierzątka się nie wystraszyły lub nie doznały urazów na wyboistej drodze.

Właściwie nigdy nie było w naszym domu zwierząt, ani w gorzowskim ani w warszawskim. Nie było odpowiednich warunków, bo mieszkaliśmy zawsze w kamienicy, kiedyś nawet pragnęłam, ale skończyło się to szybko. I pewnie jeszcze kiedyś opowiem, gdy wrócę do moich gorzowskich czasów….

Tak więc teraz mając więcej czasu i odpowiednie warunki do obserwacji mogłam się przypatrywać tym niezwykłym tajemniczym zwierzętom. Zadziwiały mnie i zachwycały.      

 Od czasu naszego zamieszkania na tej wsi, koty Zuzi odwiedzały i odwiedzają nas codziennie.

Gdy spadł śnieg, rano widziałam równiutko i linijnie układające ślady ich łapek na wielkiej bieli. Zachwycałam się, że przybywają i spełniają swój tajemny rytuał.  To było bardzo miłe uczucie znajdować te tajemne szlaki na dziewiczym puchu śniegowym. Ślady wskazywały na to, że koty pierwsze swoje okrążenie wykonywały blisko domu a następne wzdłuż  ogrodzenia. Jaki był cel tego obchodu, nie wiem, ale na pewno spełniały go codziennie systematycznie i przed świtem.

Lubiłam obserwować, i przyznam, że  z wielkim zadziwieniem, bo widziałam to po raz pierwszy w życiu ( tak tak,  jednak tego się nie spodziewałam, że jeszcze napiszę- po raz pierwszy w życiu- przecie tak już długo żyję ) jak lekko i sprawnie wskakują na grzbiet siatki ogrodzeniowej i miękko układając łapki jedna przed drugą idą jak po linie, zachowując idealną równowagę . Początkowo wstrzymywałam oddech, bojąc się, że spadną, ale potem już się przekonałam, że  nic im nie grozi bo mają we krwi takie akrobatyczne prawie wyczyny.

    Czasami zastawałam kota rezydującego  na naszym trawniku. Potrafił tkwić w jednym miejscu chyba godzinami, w czujnym przysiadzie i wpatrywać się w to jedno miejsce tuż przed nosem. I gdy tak siedział nieruchomo, nawet czułam się już znudzona obserwowaniem , nagle się zrywał z miejsca , wykonywał jeden wielki sus i lądował z pyszczkiem przywartym do ziemi. Zdarzało się , że triumfalnie potem na mnie  patrzył a z pyszczka zwisała mu najprawdziwsza, jeszcze miotająca się mysz.  Któregoś dnia znalazłam na wycieraczce przed drzwiami wyjściowymi nieżywą mysz, osobliwy to dar któregoś z kotów….

    Kiedyś wieczorem siedzieliśmy przed TV, światło było nikłe i nagle spojrzałam na przeszkolone drzwi wiodące na taras. A za tymi drzwiami siedział nieruchomo kot nieomal hipnotyzując mnie spojrzeniem. Miał bardzo zainteresowaną minę, wyraźnie zaciekawiony zaglądał do wnętrza naszego pokoju, a może my byliśmy przedmiotem jego obserwacji, nie wiem. Ciekawe o czym wtedy myślał. Piszę o jednym kocie, ale odwiedzały nas różne.  Może losowały pomiędzy sobą, który dzisiaj wybiera się z wizytą, bo zwykle był tylko jeden. Sytuacja się powtarzała , teraz zaglądają do nas rzadziej, pewnie już dokonały prezentacji i nas też już poznały. Oczywiście spotykając Zuzię lub jej mamę, opowiadałam o tych wizytach, określałam wygląd kota i pytałam czy to kot z ich domu. Okazało się, że wszystkie były naszymi sąsiadami …

    Oczywiście gdy  latem były otwarte  drzwi potrafiły bezszelestnie wejść do wnętrza domu i usadowić się na kanapie lub buszować w okolicy lodówki.

    Nie zapomnę takiego wydarzenia, z pierwszego roku naszego tutaj zamieszkania,  gdy przygotowując karpie świąteczne, wyrzuciłam świeże głowy tych ryb do ogrodu, myśląc właśnie o tych kotach. Oczywiście głowy  zniknęły w szybkim tempie. Nie byłam pewna, czy postąpiłam właściwie, ale gdy  po kilku dniach spotkałam mamę Zuzi  zapytałam, czy dobrze zrobiłam . A wówczas ona się zaśmiała, oj dobrze, bardzo bardzo dobrze…a nie wiedziałam skąd moje koty przyniosły do domu świeże głowy rybie i nawet chciały się z nami dzielić…..

A teraz będą zdjęcia jednego z kotów….wprawdzie nie posiadam dokumentacji  wszystkich opisanych sytuacji, ale znalazłam w swoim komputerze efekty pewnego polowania….

 

 

Kot1,2.JPG

 

 

I wyruszam na polowanie…

 

 

Kot1,5.JPG

 

 

Jeszcze nasłuchuję , gdzie zachrobocze lub zapachnie mysz…

 

 

Kot1,4.JPG

 

 

Może gdzieś przy drodze znajdę…

 

 

Kot1,3.JPG

 

 

Chyba jednak wrócę na trawnik….

 

 

Kot3.JPG

 

 

Tak, warto było tutaj wrócić…to tutaj najbardziej pachnie moja osobista myszka…zaczaję się więc….

 

 

Kot2.JPG

 

 

Hurra…udało się!!!

 

 

Kot4.JPG

 

 

Teraz mogę sobie już spokojnie ale triumfalnie  pójść dalej…

 

 

Mili sąsiedzi ( 2 ).

 

Mili sąsiedzi ( 2 )

 

 

 

Jak napisałam poprzednio ten michałowicki sąsiadujący z nami stary mały dość zaniedbany domek wprawdzie z ładną niewielką werandą z kilkoma towarzyszącymi budyneczkami nie tylko  nie budził mojego zaufania, ale byłam przerażona wyobrażając sobie, kto może tam mieszkać. Jednak Mirek rozwiał wszystkie moje niepokoje i lęki, odwiedził sąsiadów i wrócił stamtąd cały i zdrowy. Był bardzo  zadowolony, bo poznał miłych ludzi, którym miał okazję się przedstawić a nawet zaprosić ich do nas….Okazało się, że w tych zabudowaniach mieszkają dość młodzi ludzie z córką- Zuzią. Podobno Zuzia ma swój bungalow, a w drugim jest sala telewizyjna. Tak więc zrealizowali pomysł prawie amerykański, fajny….

 

Któregoś dnia przybyła do nas z rewizytą właśnie ta sąsiadka z córką . Była to pani Beatka z Zuzią. Posiedziały, pogadaliśmy, wypiły soczek , było nam miło, że nas odwiedziły….

 

A teraz opowiem kilka słów o rodzicach Zuzi:

 

     Mama Zuzi to  niewysoka okrągława kobietka o bojowym wyrazie twarzy ale i uśmiechu serdecznym  codziennie świtem śmigała  i nadal śmiga , nawet w czasie wielkich śniegów, na rowerze do pracy. Lubię ją spotykać, bo zaraża energią i budzi podziw tą rowerową jazdą nawet w ekstremalnych warunkach pogodowych. Spotkałam ją też w innych okolicznościach, ale o tym opowiem później…     

 

     Tata Zuzi jest szczupłym bardzo ruchliwym i towarzyskim człowiekiem. Gdy przemyka bardzo wcześnie rano obok naszego domku, pędząc do kolejki WKD, gdy mnie spostrzeże, bo wtedy przed domem badam pogodę, zawsze przystanie i chętnie opowiada o swojej pracy, rodzicach. A z pracy jest dumny, bo pracuje w ZOO. Już w czasie pierwszego spotkania proponował, że nam pokaże ZOO i swoje ukochane zwierzęta. Jakoś do tej pory tam się nie wybraliśmy, ale zaproszenie jest nadal aktualne. I to jest bardzo fajne. Gdy była wielka powódź przed kliku laty, Tata Zuzi, który zwykle przemierzał truchtem te dwa km ze stacji kolejki WKD,  tym razem  szedł wolno i zakomunikował, że jest bardzo zmęczony. Oczywiście zatrzymał się na krótką pogawędkę przez płot. Opowiadał z wielkim przejęciem, jak to wszyscy pracownicy ZOO śledzili z niepokojem jak przybiera gwałtownie wielka woda Wisły, która przepływa nieopodal ogrodu zoologicznego, za wałem przeciwpowodziowym. Wszyscy oni jak jeden mąż,  rzucili się z pasją do układania worów na tym wale , przenosili zwierzęta w miejsce mniej zagrożone, chociaż przypominając sobie położenie ZOO nie bardzo sobie wyobrażałam, gdzie mogło być takie miejsce. Tata Zuzi właśnie wracał po kilkudniowej nieustannej pracy i był dumny, że niebezpieczeństwo minęło i zwierzątka są już bezpieczne.  

 

Mirek nazwał tego pana Zoologiem. I tak zawsze o nim mówimy, nawet nie wiemy jak ma na imię.

 

O Zuzi napisałam kiedyś w portalu MM- Gorzów, co przedstawię w kolejnym wpisie tego blogu….

 

 

 

 

Mili sąsiedzi ( 1 )

 

 

MichałDrogaDeszcz.JPG

 

Nasza ulica Szara sprzed może 5 laty. Gdy tutaj zamieszkaliśmy nie było żadnego  domu na horyzoncie….

 

Mili sąsiedzi ( 1 )

 

Mieszkają nieopodal nas. Zanim ich poznałam, miałam mieszane uczucia. Po pewnym czasie okazało się , że jednak to ciekawa i miła rodzinka . A oto historia naszej znajomości.

      Gdy się tutaj sprowadziliśmy nie sposób było nie zauważyć sąsiedztwa. Dookoła były jeszcze tylko puste pola i jedynym zabudowaniem było dziwne ranczo za naszym płotem. Ranczo wyglądało tak, że już na wyrost lękałam się  ludzi , którzy tam mogli mieszkać.

Owa nieufność pochodziła ze skojarzenia z obserwacjami z czasów mojej pierwszej pracy w przychodni rejonowej. Wprawdzie moi pacjenci mieszkali w dużych domach , na osiedlu o ładnej nazwie Wrzeciono, wywodzącej się od nazwy  ulicy zataczającej pętlę wokół wielkich bloków, ale gdy zachorował kolega wyjeżdżałam zamiast niego na wizyty domowe . Jego rejon znajdował się na jeszcze dalszym obrzeżu Żoliborza , pod Hutą Warszawa i poza nią , nieopodal Kampinosu. Były tam niewielkie ogródki działkowe i  małe stare zaniedbane  domki . Ponieważ było to dość daleko od przychodni lekarzowi przysługiwał  transport. Mieszkali tam z reguły  biedni zwykle starzy ludzie , ale wielu młodszych  stanowiło tzw. margines społeczny . Bywałam też tam w czasie dyżurów w pogotowiu i wówczas miałam przygodę,  którą już kiedyś opisałam, która na szczęście skończyła się dobrze.

A było tak:

Kiedyś zauważyłam, że kierowca karetki ma zwyczaj wjeżdżania na posesję tyłem , ale nie zastanawiałam się dlaczego. I któregoś dnia  się dowiedziałam . Gdy weszłam do domku, z którego zgłoszono wizytę wyszła na spotkanie całkiem rześko wyglądająca starowinka i powiedziała, że właśnie ona jest chora. Gdy podążyłam za nią do pokoju, nagle wypadł stamtąd silny byczkowatej postury młody mężczyzna z siekierą w ręku. Wiało alkoholem na kilometr. Ryknął, że mamusia jest zdrowa i co to za zwyczaje napastowanie jej w domu. Jeszcze wtedy nie miałam lęków bo i żadnych doświadczeń i zamiast brać nogi za pas i uciekać, stanęłam jak osłupiała. W pewnej chwili, pewnie to było jak mgnienie oka, poczułam, że ktoś mnie łapie za ramiona i nieomal porywając w powietrze, wrzuca do sanitarki. Ta natychmiast ruszyła ze świstem opon. Sanitariusz już dzwonił na milicję ( obecnie nazywaną policją ), informując o agresywnym mężczyźnie który pozostał w tym domku. Kierowca i sanitariusz to były dzielne doświadczone chłopaki i wiedzieli co robią, ustawiając samochód przodem do bramy wyjazdowej . Chyba uratowali mi życie, bo nie wiem do czego mogło dojść gdyby ów byczkowaty synek niby chorej mamusi użył swojej siekiery. Aż trach pomyśleć….

Tak więc mając już takie doświadczenia z przeszłości, nic dziwnego, że na rancho sąsiadów patrzyłam z niepokojem….

I właśnie Mirek postanowił odwiedzić tych sąsiadów , przedstawić się etc. Gorąco mnie do tego namawiał, ale się zaparłam. Ale Mirek jak to Mirek,  typowy uparty Koziorożec jak postanowił, tak zrobił. Nie zważając na moje protesty i próby łagodnej perswazji i ostatecznie błagalne nieomal prośby poczłapał do rancza. Zostałam w domu, nieco rozdygotana, nawet bałam się myśleć, co go tam może spotkać.

Ale ostatecznie wyszłam na wielką panikarę , bo po niespełna  godzinie mój mąż wrócił cały i bardzo zadowolony….Poczułam się głupio ….

 

 

domekzuzi.JPG

 

Właśnie wstaje słońce. Widok z naszego tarasu. W tle mały domeczek z kominem  to  jeden z elementów opisywanego rancza…

 

Opowieści mojej Mamy. Marianna w obcym domu.

 

Grzbiet Skalitego- góry obok Godziszki

 

Po ślubie Michał zabiera swoją nową żonę- Mariannę do  Godziszki, do swojej wielkiej chałupy ze sczerniałych bali modrzewiowych gdzie nieufnie patrzą  na nią niechętne dziecięce oczy.

Pewnie długo czują urazę , nie rozumieją , że ich matka już nie wróci . Ale wiedzą i czują jedno – ta obca młoda kobieta   nigdy nie będzie dla ich mamą.

 Marianna bardzo się stara, by dać tym osieroconym dzieciom ciepło. Opiekuje się mężem. Codziennie pierze mu białe płócienne koszule i starannie je prasuje. Bo chłop beskidzkiej ziemi , gdy idzie w pole musi mieć świeżą białą koszulę.

Rozkłada na trawie właśnie wypraną  pościel, by deszcz i wiatr ją jeszcze bardziej wybielił. 

Na pewno cała wieś ją obserwuje ocenia i komentuje , bo tak tam  mają.

Sama się przekonałam, jak dalece ta  ciekawość mieszkańców wsi  przeżyła wszystkie dziejowe kataklizmy i jest pierwotnie aktualna.