
Nasza ulica Szara sprzed może 5 laty. Gdy tutaj zamieszkaliśmy nie było żadnego domu na horyzoncie….
Mili sąsiedzi ( 1 )
Mieszkają nieopodal nas. Zanim ich poznałam, miałam mieszane uczucia. Po pewnym czasie okazało się , że jednak to ciekawa i miła rodzinka . A oto historia naszej znajomości.
Gdy się tutaj sprowadziliśmy nie sposób było nie zauważyć sąsiedztwa. Dookoła były jeszcze tylko puste pola i jedynym zabudowaniem było dziwne ranczo za naszym płotem. Ranczo wyglądało tak, że już na wyrost lękałam się ludzi , którzy tam mogli mieszkać.
Owa nieufność pochodziła ze skojarzenia z obserwacjami z czasów mojej pierwszej pracy w przychodni rejonowej. Wprawdzie moi pacjenci mieszkali w dużych domach , na osiedlu o ładnej nazwie Wrzeciono, wywodzącej się od nazwy ulicy zataczającej pętlę wokół wielkich bloków, ale gdy zachorował kolega wyjeżdżałam zamiast niego na wizyty domowe . Jego rejon znajdował się na jeszcze dalszym obrzeżu Żoliborza , pod Hutą Warszawa i poza nią , nieopodal Kampinosu. Były tam niewielkie ogródki działkowe i małe stare zaniedbane domki . Ponieważ było to dość daleko od przychodni lekarzowi przysługiwał transport. Mieszkali tam z reguły biedni zwykle starzy ludzie , ale wielu młodszych stanowiło tzw. margines społeczny . Bywałam też tam w czasie dyżurów w pogotowiu i wówczas miałam przygodę, którą już kiedyś opisałam, która na szczęście skończyła się dobrze.
A było tak:
Kiedyś zauważyłam, że kierowca karetki ma zwyczaj wjeżdżania na posesję tyłem , ale nie zastanawiałam się dlaczego. I któregoś dnia się dowiedziałam . Gdy weszłam do domku, z którego zgłoszono wizytę wyszła na spotkanie całkiem rześko wyglądająca starowinka i powiedziała, że właśnie ona jest chora. Gdy podążyłam za nią do pokoju, nagle wypadł stamtąd silny byczkowatej postury młody mężczyzna z siekierą w ręku. Wiało alkoholem na kilometr. Ryknął, że mamusia jest zdrowa i co to za zwyczaje napastowanie jej w domu. Jeszcze wtedy nie miałam lęków bo i żadnych doświadczeń i zamiast brać nogi za pas i uciekać, stanęłam jak osłupiała. W pewnej chwili, pewnie to było jak mgnienie oka, poczułam, że ktoś mnie łapie za ramiona i nieomal porywając w powietrze, wrzuca do sanitarki. Ta natychmiast ruszyła ze świstem opon. Sanitariusz już dzwonił na milicję ( obecnie nazywaną policją ), informując o agresywnym mężczyźnie który pozostał w tym domku. Kierowca i sanitariusz to były dzielne doświadczone chłopaki i wiedzieli co robią, ustawiając samochód przodem do bramy wyjazdowej . Chyba uratowali mi życie, bo nie wiem do czego mogło dojść gdyby ów byczkowaty synek niby chorej mamusi użył swojej siekiery. Aż trach pomyśleć….
Tak więc mając już takie doświadczenia z przeszłości, nic dziwnego, że na rancho sąsiadów patrzyłam z niepokojem….
I właśnie Mirek postanowił odwiedzić tych sąsiadów , przedstawić się etc. Gorąco mnie do tego namawiał, ale się zaparłam. Ale Mirek jak to Mirek, typowy uparty Koziorożec jak postanowił, tak zrobił. Nie zważając na moje protesty i próby łagodnej perswazji i ostatecznie błagalne nieomal prośby poczłapał do rancza. Zostałam w domu, nieco rozdygotana, nawet bałam się myśleć, co go tam może spotkać.
Ale ostatecznie wyszłam na wielką panikarę , bo po niespełna godzinie mój mąż wrócił cały i bardzo zadowolony….Poczułam się głupio ….

Właśnie wstaje słońce. Widok z naszego tarasu. W tle mały domeczek z kominem to jeden z elementów opisywanego rancza…
