Mili sąsiedzi ( 1 )

 

 

MichałDrogaDeszcz.JPG

 

Nasza ulica Szara sprzed może 5 laty. Gdy tutaj zamieszkaliśmy nie było żadnego  domu na horyzoncie….

 

Mili sąsiedzi ( 1 )

 

Mieszkają nieopodal nas. Zanim ich poznałam, miałam mieszane uczucia. Po pewnym czasie okazało się , że jednak to ciekawa i miła rodzinka . A oto historia naszej znajomości.

      Gdy się tutaj sprowadziliśmy nie sposób było nie zauważyć sąsiedztwa. Dookoła były jeszcze tylko puste pola i jedynym zabudowaniem było dziwne ranczo za naszym płotem. Ranczo wyglądało tak, że już na wyrost lękałam się  ludzi , którzy tam mogli mieszkać.

Owa nieufność pochodziła ze skojarzenia z obserwacjami z czasów mojej pierwszej pracy w przychodni rejonowej. Wprawdzie moi pacjenci mieszkali w dużych domach , na osiedlu o ładnej nazwie Wrzeciono, wywodzącej się od nazwy  ulicy zataczającej pętlę wokół wielkich bloków, ale gdy zachorował kolega wyjeżdżałam zamiast niego na wizyty domowe . Jego rejon znajdował się na jeszcze dalszym obrzeżu Żoliborza , pod Hutą Warszawa i poza nią , nieopodal Kampinosu. Były tam niewielkie ogródki działkowe i  małe stare zaniedbane  domki . Ponieważ było to dość daleko od przychodni lekarzowi przysługiwał  transport. Mieszkali tam z reguły  biedni zwykle starzy ludzie , ale wielu młodszych  stanowiło tzw. margines społeczny . Bywałam też tam w czasie dyżurów w pogotowiu i wówczas miałam przygodę,  którą już kiedyś opisałam, która na szczęście skończyła się dobrze.

A było tak:

Kiedyś zauważyłam, że kierowca karetki ma zwyczaj wjeżdżania na posesję tyłem , ale nie zastanawiałam się dlaczego. I któregoś dnia  się dowiedziałam . Gdy weszłam do domku, z którego zgłoszono wizytę wyszła na spotkanie całkiem rześko wyglądająca starowinka i powiedziała, że właśnie ona jest chora. Gdy podążyłam za nią do pokoju, nagle wypadł stamtąd silny byczkowatej postury młody mężczyzna z siekierą w ręku. Wiało alkoholem na kilometr. Ryknął, że mamusia jest zdrowa i co to za zwyczaje napastowanie jej w domu. Jeszcze wtedy nie miałam lęków bo i żadnych doświadczeń i zamiast brać nogi za pas i uciekać, stanęłam jak osłupiała. W pewnej chwili, pewnie to było jak mgnienie oka, poczułam, że ktoś mnie łapie za ramiona i nieomal porywając w powietrze, wrzuca do sanitarki. Ta natychmiast ruszyła ze świstem opon. Sanitariusz już dzwonił na milicję ( obecnie nazywaną policją ), informując o agresywnym mężczyźnie który pozostał w tym domku. Kierowca i sanitariusz to były dzielne doświadczone chłopaki i wiedzieli co robią, ustawiając samochód przodem do bramy wyjazdowej . Chyba uratowali mi życie, bo nie wiem do czego mogło dojść gdyby ów byczkowaty synek niby chorej mamusi użył swojej siekiery. Aż trach pomyśleć….

Tak więc mając już takie doświadczenia z przeszłości, nic dziwnego, że na rancho sąsiadów patrzyłam z niepokojem….

I właśnie Mirek postanowił odwiedzić tych sąsiadów , przedstawić się etc. Gorąco mnie do tego namawiał, ale się zaparłam. Ale Mirek jak to Mirek,  typowy uparty Koziorożec jak postanowił, tak zrobił. Nie zważając na moje protesty i próby łagodnej perswazji i ostatecznie błagalne nieomal prośby poczłapał do rancza. Zostałam w domu, nieco rozdygotana, nawet bałam się myśleć, co go tam może spotkać.

Ale ostatecznie wyszłam na wielką panikarę , bo po niespełna  godzinie mój mąż wrócił cały i bardzo zadowolony….Poczułam się głupio ….

 

 

domekzuzi.JPG

 

Właśnie wstaje słońce. Widok z naszego tarasu. W tle mały domeczek z kominem  to  jeden z elementów opisywanego rancza…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *