Zatrzymać ten cudny czas….

Pozwalam sobie wrócić do tego wpisu ……

 

Opublikowane w Maj 28, 2014

Zatrzymać ten cudny czas….

 

Zdjęcia w albumie rodzinnym opisane ręką Ojca ( odszedł w 2002 roku). Na pierwszym aleja parkowa i fajny wózek dziecięcy, potem ja w kraciastej flanelowej koszuli, którą uwielbiałam…

Jeszcze kwitną  w naszym ogródku wiosenne azalie i rododendrony. Niewielkie to krzaki i chyba wyższe nie urosną, bo nie za bardzo dbamy o nasze rośliny a prawdę mówiąc nie dbamy w ogóle. Jedynie się cieszymy, gdy  pomimo wszystko kwiatowo się uśmiechają …

A ja mam w oczach  tamten maj w moim życiu, maj z drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Właśnie dobijałam do 11 roku życia.

Moi rodzice byli starsi, schorowani , wyczerpani przeżyciami wojennymi więc usiłowali ratować resztkę zdrowia leczeniem sanatoryjnym. Wówczas na taki wyjazd nie czekało się długo , teraz są to średnio dwa lata. Gdy otrzymali skierowanie na pobyt majowy w Szczawnie Zdroju,  postanowili mnie ze sobą zabrać. Miałam wówczas niepełne 11 lat i nikogo z bliższej rodziny w Gorzowie, więc nie chcieli mnie zostawić bez nadzoru. Później już nie było problemu, sama siedziałam w domu, a nawet przejęta rolą w tym czasie urządzałam gruntowne sprzątanie.

Cieszyłam się tym wyjazdem,  bo już wtedy miałam żywe pasje podróżnicze. Jednak czułam niewielki niepokój , że opuszczę zajęcia szkolne bez wyraźnego powodu gdyż jak teraz oceniam miałam wówczas naturę dość pilnej uczennicy.  Teraz moje wnuki, a pewnie przedtem i dzieci ochoczo wykorzystują takie szanse.

Jednak Mama mnie uspokoiła, bo oficjalnie zwolniła mnie z zajęć i obiecała przerabiać ze mną zadane lekcje. Okazało się, że wcale nie było to takie złe, zajęcia zajmowały mi mniej czasu niż siedzenie w szkole i mogłam łazikować po ciekawych zakątkach uzdrowiska. Może nauczanie indywidualne w domu , coraz bardziej popularne jest jednak ciekawym rozwiązaniem…Nie marnuje się czasu na wysłuchiwanie jak inni dukają lub plotą bzdurki, skrzypią kredą po tablicy- czego nie cierpiałam. Ale też  nie uczestniczy się w szaleństwach na przerwie i po lekcjach.  Chyba tylko tego byłoby mi żal przy takim systemie edukacji….

Tak więc rodzinnie wyjechaliśmy do Szczawna Zdroju, które było urocze ale zwyczajne, poza wielką Górą Parkową ( teraz zwaną Wzgórzem Gedymina) ukrytą za ozdobną bramą ogrodzenia . Byłam zachwycona rajem, który się tam otwierał.

Wielka zielona ściana zapraszała do swojego wnętrza. Poza grzecznymi alejami, gdzie były ławki, dobrze zapamiętałam inne, wąskie otulone krzewami , którymi się wdrapywałam na górę by potem  zbiegać na łeb i na szyję w dół .

Jednak nie zawsze zbiegałam, często stawałam w zachwycie. Bo wielkie krzewy były obsypane dużymi kwiatami misternie zebranymi w pęki. Grały śnieżną bielą, różem, złotem, czerwienią i gdy wtulałam nos pomiędzy owo kwiecie by sprawdzić czy pachnie, czułam tylko wilgoć po nocnym ciepły deszczu i upojny majowy zapach zieleni.

To, że ja nigdy nie widziałam podobnych krzewów i kwiatów nie dziwota, ale rodzice też nie znali takich roślin. Na szczęście pod nimi a także pod innymi ciekawymi drzewami były umieszczone tabliczki z nazwami. Czytaliśmy więc rozkoszując się egzotycznymi dla nas nazwami i podziwialiśmy.

I w ten to oto sposób poznałam rododendrony i azalie. Były różne, azalie nieco pachnące, miały inne liście. Jedne z nich ponoć nie traciły ich przed zimą a inne gubiły.

Teraz wiem, że stanowią jeden rodzaj zwany różanecznikami ( Rododendron L.) i należą do wrzosowatych ( Ericaceae) . Rosną sobie dziko w Azji, w obu Amerykach ale też w Europie. …..

Gdy wróciłam do domu, uniosłam ze sobą trwale zapamiętany tamten maj, tamte kwiaty i tamten pierwszy zachwyt …

A teraz widząc moje drobiny działkowe wracam do tamtych dni pierwszych, do góry zielenią obsypanej i tonącej w kwieciu ….i zapachy czuję i jestem tą  dziewczyną, której już dawno nie ma…..

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Odwiedziny…

Odwiedziny

 

Michałowice. Ogródek. Magnoliowe drzewko. Soczysta zieleń późnej wiosny. Coś zatańczyło na rudo. Wylądowało i uspokojone przygasło.

Black_Redstart_I2_IMG_0862.jpg

 

 

Cześć, prawda, że jestem piękny?

Też tak uważam

Wyprężył dumnie pierś, choć tego wyraźnie nie było widać i rozłożył dość długi ogonek

Był cudny, jak iskierka, błysnął rdzą brzuszka i wachlarzykoogonka

Jestem nieco  mniejszy od wróbla, ale gdzie wróbelkowi do mnie

Ja pochodzę ze szlacheckiego rodu

Pokazał swoją piękną wytwornie smukłą linię ciałka

Szarawo czarniawa główka i grzbiecik  wspaniale kontrastował z rudą barwą brzuszka i ogonka

Jak się nazywasz młodzieńcze?

Zaśpiewał cichutko „ cip cip” a potem „ tek tek”

Noszę śliczne imię -Kopciuszek

Kopciuszek?

Bajka mi się przewinęła popularna wczesnodziecięca

Co się dziwisz

Przecież mówię, że jestem najpiękniejszy

Właśnie z szarego malca wyrastam i urody nabieram

Wprawdzie to inna bajka

Brzydkie kaczątko

Tak, tak znam

Wolę moje prawdziwe imię  Phoenicurus ochruros

Ale w tym kraju nikt tego nie potrafi wymówić

Mówią, że mogą połamać język

Cóż to za kraj

Chcą tylko po polsku

Chcą tylko po swojemu

Zaścianek

Nie krytykuj Mały

To zamknijmy temat

ok

Pochodzę z rodziny muchołówkowatych

Polska nazwa mojej rodziny jest byle jaka

Więc przedstawiam się jako potomek rodu Muscicapidae

Tak brzmi dumnie

Potwierdziłam

Bardziej tajemniczo

Przefrunął na inną gałązkę

Lubię sobie tak podfruwać na krótkie odległości

Skrzydełka mi zdrętwiały

To tak jak ja, też nie lubię siedzieć w miejscu

Ale ty nie jesteś Kopciuszkiem

No nie jestem

Dzieciątkiem byłam nie najbrzydszym

Teraz co najwyżej Kopciuchem można by mnie nazwać

Właśnie zauważyłem

Nieładnie się tak starzeć

Ja nigdy bym do tego nie dopuścił

Muszę stale być śliczny, a właściwie najśliczniejszy

Ogonek w wachlarz i rdza

Pojaśniało i rudością błysnęło

Zaśpiewał „ di di krrrrsz”

Widzę, że gniazdko masz w pobliżu

Skąd wiesz

Przeczytałam w Internecie że wtedy tak śpiewasz

Nie lubię Internetu

Po co oczęta męczyć

Ekran mdły bezsłoneczny

 

Lepiej patrz na mnie….

 

MłodyKopciuszek.jpg

Niemowlę Kopciuszka

 

PhoenicurusOchrurosGuntherHasler01.jpg

 

 Wszystkie zdjęcia z netu…zajęta rozmową, nie zdążyłam wyjąć aparatu fotograficznego…

 

Świat się uśmiecha

 

Napisałam ten tekst wczoraj wieczorem, ale ponieważ jeszcze dzień się nie skończył a uśmiech trwał nie chciałam zapeszać więc dotrwałam do dzisiejszego świtu. I oto jestem z moim pisaniem i Wami, kochani…..

 

SAM_3050.JPG

 

SAM_3054.JPG

Piątkowy wieczór przed michałowickim domkiem. Na pierwszym daglezje i furtka i śnieg oczywiście, także na obiektywie chyba….

 

 

Jeszcze wczoraj było szaro na mojej ulicy Szarej. Myśli kłębiły się w głowie niespokojnie,  wątpliwość pytajnikową przynosiły taką:  po co piszę ten blog i wielokrotnie otwieram drzwi do przeszłości gdzie śpi młodość mojego starego serca. W dodatku zapraszam tam  innych.

Przychodziło smutne myślenie, że komuś się to nie podoba, bo moja gorzowska przyjaciółka gonia milczy jak zaklęta a  stary przyjaciel tak napisał  pod ostatnim tekstem blogowym , że się  zadumałam. Skopiowałam ten komentarz , nie poprawiając literówki z szacunku dla siwej mądrej głowy :  „ Napisałem pamiętnik ale nikt nie czyta,. O uczuciach nie , bo jestem starej daty . Ale teraz wszyscy piszą o sobie, prawdę czy nie to inna spaprawa”.

    Jednym słowem gdy wczoraj mnie odwiedził pan Nastrój był zdecydowanie w złym humorze którym mnie poczęstował . A że nie przepadam za takim stanem i za długo to trwało a w dodatku wsysało jak dawne bagniste Podlasie ( niestety teraz osuszone – przykrość) , aż w końcu zdecydowałam , że trzeba „ wziąć byka za rogi” i rozpocząć samoobronę.

Na ratunek przybył pewien  Promyk, przechowywany przeze mnie w sekretnym miejscu komputera. I gdy sobie o nim przypomniałam, wydobyłam i wyobraźcie sobie, że się udało! Szybko wylazłam z dołka. To jednak dobra metoda znaleźć i otworzyć się na coś miłego.

Tym Promykiem był liścik od mojego wnuka.

A zaczęło się tak :

Przed kilkoma dniami mojej  czwórce  wnucząt ( tylko tej najstarszej, bo pozostała czwórka z racji przedszkolnopierwszoklasowego wieku nie została objęta „ badaniem” ) zadałam następujące  pytanie  w ich indywidualnych kontach fejsbukowych :  

„ Czy przeczytałaś ( -eś ) moje teksty w blogu zatytułowane  ” Opowieść Sylwestrowa” . Ciekawa jestem czy Wy, młodzi też tak mieliście? czy obecne czasy drapieżne, brutalne nie zabierają Wam uroku pierwszych fascynacji?”

Wszyscy karnie J odpowiedzieli, że przeczytali i dalej było tak : Trzy wnuczki w wieku nieco ponad 20 lat pytania napisały tylko :

Piękne, albo Bardzo fajny blog, albo Super się czyta i tyle. Bez odpowiedzi na drugą część pytania. Nie byłam rozczarowana , bo ich życie szaleńczo biegnie do przodu, praca studia, są w związkach, jednym słowem gdzie im do wspominania tego co było. Rozumiem, bo też tak miałam.

I tu pojawił się Promyk, który przepędził mojego gościa jakim był Zły Nastrój. To był  liścik od najstarszego wnuka, który z powagą swojej piętnastej wiosny życia rozwinął temat. Tak  odpowiedział na drugą część mojego pytania :

„ Babciu , na pewno sylwestry w tych czasach nie są takie same . Nie ma już  potańcówek na parkietach tylko raczej w domu imprezy . I na pewno nie ma takich uroków jakie były w twojej opowieści … i raczej na imprezach (przynajmniej w tym wieku ) zna się wszystkich i nie ma efektu „Wow ale super dziewczyna” . Więc trochę nie wiem jak mam porównać jak wy się bawiliście a jak my bo to też różnica wieku . Ty tam byłaś ( w tych Bierutowicach- mój przyp. )w wieku 17 lat a ja mam 15 a to w tym czasie 2 lata to dużo … I na pewno kiedy pójdę do liceum sylwester będzie inny niż teraz bo wtedy będzie efekt „Wow” ….” . 

To był balsam na moje serce, że ten chłopak jest Taki. Niby tylko zajęty fruwaniem z kitem nad Bałtykiem, meczami siatkarskimi ( I liga młodzików!) i pewnie nauką i prywatkami o których sam napisał ,  a tu odpowiedź budzącego się  Mężczyzny . Tak trzymać mój kochany M.! , mądrze i dojrzale. Ładny jesteś chłopak i miły , ale mam też nadzieję, że potrafisz rozmawiać ze swoim Zauroczeniem a nie zaniemówić w takiej sytuacji jak kiedyś Twoja siedemnastoletnia babcia. Wszak rozmowa jest człowiekowi potrzebna jak powietrze.

   Tak oto poczułam smak uroku bardziej intymnego kontaktu z wnukami i upewniłam się, że jednak warto było wrzucać te moje wspominki sercowe do tego blogu. Nawet nie zauważyłam , gdy  Zły Nastrój pospiesznie opuścił progi naszej chałupki..

    Gdy zasiadłam do pisania, nagle wszedł  niespodziewany i bardzo kochany  Gość z zaświatów. To był Jan. Jakże się ucieszyłam z tej wizyty. Jeszcze czuję jego oddech na ramieniu, gdy czyta ze mną ten tekst . Nasz niebanalny Jan ze swoim nieodłącznym szczerym szerokim uśmiechem, który  bardzo rzadko odwiedza starczą twarz. Moja Mama mówiła, że Jan szczerzy zęby. Ale Jemu i oczy się śmiały. O Janie dużo już napisałam  w posłowiu do jego blogowego  pamiętnika .  Jan, to mój teść, nauczyciel, sybirak, który pomimo wielkich trudów życia zawsze kochał młodzież i miał ze swoimi uczniami serdeczny  kontakt . Odwiedzali go w domu, już byli już dorośli , z rodzinami, chcieli pokazać swoje dzieci. Byłam tego świadkiem. Potwierdzali to,  co wiedziałam od zawsze.  Poza normalnymi lekcjami dużo  rozmawiał z młodymi (i chciał też z nami ale niestety nie byliśmy wtedy dojrzali do takich rozmów) o uczuciach, ba  nawet o seksie. Jakaż to była  otwarta i  nowoczesna  głowa jak na  pruderyjne 80 lata ubiegłego wieku!

    I tak powoli mijał wczorajszy dzień trochę szary a potem mniej szary na naszej michałowickiej ulicy  Szarej . Wszystko to,  co napisałam powyżej spowodowało, że szarość zniknęła i niespodziewanie  dziwnie pojaśniał też wieczór . Początkowo niepostrzeżenie , bo pomimo tego  , że lubię spoglądać przez okno nie zauważyłam co się dzieje. Trzy opasłe świeżowypożyczone z biblioteki książki nie wiedząc którą wybrać,  odłożyłam. Bo kątem oka zauważyłam , właściwie trudno było nie zauważyć, bo dźwięk  był ustawiony nieomal na maxa ( no cóż, bywa, że  słuch szwankuje, a tak ma teraz M.) że właśnie  rozpoczął się mecz transmitowany na Polsacie. Ekscytujący mecz piłki ręcznej Polska Serbia. Mecz trwał, a ja znowu odpłynęłam  w przeszłość. Piłka ręczna, toż był to mój szczypiorniak, nawet mam w dłoniach zapamiętanie tej stosunkowo niewielkiej piłki z jej delikatną bo skórzaną skórką . Co prawda wolałam koszykówkę,  tzw.  kosza ale patrząc na szczypiornistów od razu zapachniało mi  moim Gorzowem, Zawarciem, dużym boiskiem przylicealnym  w pięknym parku wiodącym do nietypowego wtedy w kształcie, bo okrągłego, Kościoła przy ul. Grobli. Kościół kościołem, ale najważniejszy był pobliski mu sklepik. Mieścił się w starej, oczywiście poniemieckiej chyba przetrwałej wojnę i powojenne sowieckie spalenie niewysokiej kamienicy. Wchodziło się po ciasnych schodkach. A w zaczarowanym zapachami wnętrzu  sprzedawano gorące drożdżówki. Och te drożdżówki o smaku zapamiętanym na zawsze,  kupowane po meczu i zjadane w pędzie by zdążyć na następną lekcję…

         Dopiero późnym  wieczorem zauważyłam, że obudziła się Pani Zima i stąd owa niespodziewana jasność wieczoru. Widać  lubi ona bezsenne  pracowite noce, bo pod jej kierunkiem  Chmurzaści  Podwładni  uwijali się gorliwie. I wkrótce nieśmiały pojedynczopłatkowy śnieg rozwinął się w prawdziwą zadymę.

Wyszłam tedy zwyczajowo przed dom. Błogosławiony ten podwarszawski domek który nam wyrósł na starość. Ponad 30 lat niewoli spędzonej na 8 piętrze żoliborskiego wysokiego bloku upoważnia mnie do  takiego sformułowania jak w poprzednim zdaniu. Tu mogę wychodzić przed domek, kiedy tylko zapragnę. Tylko jeden schodek, bo tak chciałam , dzieli mnie od ziemi i mam przed sobą mazowiecką równinę , melancholijną wprawdzie, ale przerywaną radośnie drzewami rosnącymi jak na przysłowiowych drożdżach. Takie mi przyszło porównanie, bo właśnie w domku kończy się program maszyny do pieczenia chleba i otacza nas zapach nieporównywalny z innymi na tej ziemi-  zapach  świeżo upieczonego chleba- szkoda, że nie mogę Was poczęstować.

      Późnowieczorny wczorajszy wiatr wspomagał jak mógł zadymę .

Stałam na ganku i patrzyłam na ten pierwszy wielki śnieg 2016 roku. Jeszcze czuję na twarzy wczorajsze jego drobne, ale gęsto pędzące z wiatrem , lepkie i zimne płatki.

Potem nagle ciemna cisza nastała  z lśnieniem bieli na przydomowych drzewach, bieli narastającej i coraz bardziej wszechogarniającej.

Pomimo porannych szarości Szarej i odwiedzin Złego Nastroju a także  późniejszych emocji meczowych razem z tym śniegiem przyszła spokojna noc.

              A rano , rano już cały Świat się uśmiechał…. 

 

SAM_3083.JPG

 

SAM_3077.JPG

 

SAM_3082.JPG

 

SAM_3085.JPG

 

SAM_3089.JPG

Mój michałowicki uśmiechnięty porannosobotni świat . Tak wygląda ul. Szara zaledwie 15 km od PKiN. I ganek i daglezje, które nam niespodziewanie wyrosły, bo przed 10 laty miały chyba 80 cm wzrostu.

 

 

Przerywnik.

Ten tekst napisałam trzy dni temu, ale dzisiaj dopiero wrzucam, bo jakoś wczoraj nie było okazji. Tamto wspomnienie miłe sercu ale jestem tu i teraz. I codzienność chociaż monotonna, też ładna przez swoją zwyczajność. Tak więc zapraszam w tę moją codzienność.  Potem wrócę do  tamtego tematu by go zamknąć, zapewniam…..

SAM_3011.JPG Trzej Królowie w 2016 roku przynieśli takie niebo, uwielbiam takie

 

Czytam dzisiejszą  Wyborczą, którą sobie przyniosłam z michałowickiego sklepiku . Każda tam wyprawa to los na loterii, albo dowieźli albo nie dowieźli. Dlatego muszę tam zapuszczać swoje kroki, co nie jest po drodze do centrum tego „city”, gdzie już w jednym kiosku na pewno dowieźli. Więc drepczę w tym ogromniastym minus szesnastostopniowym mrozie opatulona jak na Syberię, smrodu dymów wydobywających się z wielu kominów staram się nie wdychać, co przy fizjologii człowieka mającego płuca nie jest zadaniem łatwym, ale za to słońce świeci cudnie, świat pobielony mrozem też ładny. Jednym słowem żyć nie umierać. Nawet kosy dość licznie się pokazują, mieszka ich tu dużo jak widać, przysiadają na ogrodzeniach albo trawie pobielonej, łypią oczkiem błyszczącym w aksamitnej czerni piór, soczyście żółtym dzióbkiem kuszą i jak ja też wyraźnie cieszą się słońcem. Tylko oczka moje już nie takie bystrzutkie jak kiedyś, infekcją powleczone, ale widzą dookolny świat, I jest dobrze.

 Tak więc po tym ok. kilometra liczącym kółeczku docieram do wymienionego na wstępie sklepiku , wchodzę w kłębach pary do  dość mrocznego wnętrza z nikłym ciepełkiem , bo pan właściciel przesadnie nie ogrzewa i dobrze. Zerkam na półkę łowieckim okiem i widzę. Jest Wyborcza. Udało się. Dowieźli. Upolowana. Jeszcze jakieś drobne zakupy, bo wszak jutro święto Trzech Króli i wszyscy świętują, znowu, bez pamięci i radośnie. Przedszkolaki już przedszkolakują, ale uczniowie jeszcze na łasce lub niełasce rodziców w domu siedzą. Bo ferie Bożonarodzeniowe i Noworoczne  długie jaki diabli. Kto to wymyślił? Niejaki Kropiwnicki będący kiedyś prezydentem Łodzi poddał myśl, a politycy ochoczo temat kupili. I oto mamy nieustanne grudniowostyczniowe święta. Boże Narodzenie, Nowy Rok , kalendarz łaskawie dodał weekend i to jutrzejsze święto na dodatek nadchodzi. Może należy się cieszyć, że nowe władze mamy, bo jest szansa na kolejne dni wolne od pracy i nauki-  Miesięcznice Smoleńskie. To dopiero będzie raj!

     Jeszcze po przyszkolnym placu zabaw, który całkiem niedawno powstał na pustym chwastowym polu dzięki funduszom unijnym ( tak tak dzięki) wydreptuję drugie kółeczko potem dziergam trzecie do apteki i tak zostawiając za sobą iście koronkowy ślad wracam na ul. Szarą gdzie już majaczy w tle  nasz domek przysadzisty, chałupiasty, zgniłozielonodachowy, słodki i zgrabiałymi palcami otwieram furtkę .

    I oto jestem. Tutaj rozkosz, bo ciepło miło, słonecznie. Pachnie chleb, który wypiekam co ranka. Maszynę odpowiednią kupiłam niedawno. Średniodroga Tefala, ładna, nie szpeci kątka kuchennego bo czarno srebrzysta i w dodatku super. Jest. Wsypuje i wlewa się składniki a ona wykonuje pracę od A do Z.  Początkowo wydaje supermlaszczące dźwięki, gdy miesza ciasto. Delektuję się tym odgłosem, bo nie cierpiałam ugniatania ciasta. A teraz mam maszynę i świeżutki chlebek. Myślę wtedy o Tacie goni, który był pierwszym piekarzem po II wojnie światowej przyjechawszy z Inowrocławia do Gorzowa. Jeszcze brakuje mi ziaren czarnuszki, by zapach dzieciństwa poczuć. Ale muszę poszukać w Warszawie, na pewno gdzieś znajdę. Poza tym kanapa czeka okulary i gazeta. I czytanie rozpoczynam. I cóż widzę w dodatku do Wyborczej Nauka dla każdego. Coś fajnego tam znajduję i z przyjemnością sobie czytam….I tak pełznie mój dzień z szybkością wprost proporcjonalną do wieku. Zatrzymać taki czas….

 

SAM_3002.JPG

 

SAM_3003.JPGWczesnostyczniowy 2016 roku świat za naszym michałowickim oknem….

Czas na życzenia…

 

 

PC250073.JPG

 

 

I czas Wigilii nadchodzi. Za oknem bardziej wiosennie niż zimowo. Katary z Inowrocławia przywieźliśmy, ale to nic. Widać już nie powinno się wyjeżdżać o tej porze roku i w duże zgrupowania ludzi. Ale to tylko margines….

Dzień wstał, obok drzwi wejściowych do naszego domku kula zakupiona na Kujawach światłami błyska. Przypomina tamte ziemie, gdzie goni Mama się urodziła a Ona spędzała wakacyjny czas w Szymborzu. Bliskie są mi te Kujawy….

Ale to margines. Jak co roku zbierze się o 15 rodzinka. Oto ona na zdjęciu  grupowym z 2009 roku , kiedy to jeszcze dwojga wnucząt nie było na świecie, a Leza nie myślała o tym, że zostanie mamą żywiołowego Pola. Przesyt dań świątecznych spowodował przymus wyłożenia się na naszym legowisku. Fajne to zdjęcie….błogostan…

Barszcz już ugotowany. I kompot z suszonych owoców i mak zmielony trzykrotnie spoczywa w wazie razem z bakaliami. Ryby i sałatki przybędą z dziećmi. … Niedługo przyjdą starsze wnuki i będą choinkę stroiły. Na razie zdjęcie zeszłoroczne tu wrzucam z życzeniami dla Wszystkich którzy tu zajrzą. Niezależnie od poglądów politycznych, sympatii czy antypatii dziś jednoczmy się. Może stanie się cud zrozumienia Innego , porozumienia, może stanie się cud….

ŻYCZĘ WAM KOCHANI ZDROWIA MIŁOŚCI, DZIECIĘCEJ, RADOŚCI I DZIECIĘCYCH ZACHWYTÓW POMIMO TEGO, ŻE JUŻ DOJRZAŁOŚĆ PRZYSZŁA. A PRZEDE WSZYSTKIM SZCZĘŚCIA, BO MOŻNA MIEĆ WSZYSTKO I STRACIĆ PRZY BRAKU SZCZĘŚCIA….

SPOKOJU I SAMYCH DOBRYCH DNI W NADCHODZĄCYM NOWYM 2016 ROKU…

 

cyganie.JPG

Michałowice, 2009, zdjęcie robił Mirek, więc go tu nie ma. No i dwojga najmłodszych wnucząt bo jeszcze się nie urodziły. Nieodłączna Leza nie wie, że będzie mamą…..

O minimuzeum gorzowskim w Michałowicach

Przedtem było o znaczku pocztowym z moim Gorzowem który stał się Kluczem do Krainy Dzieciństwa ….

SAM_1919.JPG

Zdjęcie wykonane przez Wiktora( lat 7). Jego mama i zbiory gorzowskie….

 

 

      Tak więc Gorzów do mnie wrócił, przyleciał z pocztą i zamieszkał w moim domu obok granitowych kostek  z rozbieranych ulic Gorzowa, fragmentów starych murów, kamieni z tej ziemi  starannie zbieranych przez gorzowską przyjaciółkę gonię.

Poznałyśmy się dzięki portalowi MM ( Moje Miasto) Gorzów , który  niestety w swojej uroczej  dyskusyjnej swobodnej formie umarł śmiercią  naturalną . A może nie naturalną, tylko brutalnie przerwano jego uroczy klimat zmieniając na siłę formułę na wszechogarniającą jednakową w całym kraju redakcyjną nudę. Szkoda, ale takie jest życie. Zabiera to co dobre i nie ma już powrotu….

A portal ten był dla nas okazją do pogadania, pisania na dowolne tematy  i przyniósł trwałe przyjaźnie, niemożliwe chociażby z powodu różnic wieku w realu. I to jest niezaprzeczalna wartość, którą cenię najwyżej jak tylko można…..Musiałam o tym pogadać, bo żal gdzieś muszę wylewać i tęsknoty za byłym czasem też. I tę czułość, gdy słyszę przez telefon głos ludzi których polubiłam. I zawsze wtedy widzę ich zaangażowanie rozdyskutowanie i otwieranie mi nowych horyzontów w dawnej MM –ce kontynuowane w innych miejscach netu.

Wracam więc od goni i mojego minimuzeum gorzowskiego. A było tak.

Pamiątki w nim zgromadzone  zabierała z miejsc  szczególnie mi bliskich . Wyobrażam sobie z jakim trudem  taszczyła je  w plecaku ta delikatna, miniaturowa dziewczyna . I ostatecznie z równym poświęceniem dostarczyła do  Michałowic, pokonując dzielące nas ponad 500 km. Bywała tu kilkakrotnie, a to z drzewkami wyhodowanymi z nasionka- najpierw  kasztankiem i lipką a potem klonikiem, które teraz cieszą oko w naszym ogródku i wszyscy liczni domownicy wiedzą, że w Gorzowie się urodziły, tak jak ich babcia. I literaturę przywoziła, programy z gorzowskich wystaw , foldery, wycinki prasowe czy wreszcie wydawnictwa związane z historią miasta, wydarzeniami kulturalnymi czy pięknymi zdjęciami.

W ten sposób  powstało gorzowskie minimuzeum , taka mazowiecka michałowicka filia. Tworzą je drzewka w przydomowym ogródku, wydawnictwa na półkach i kamienne zbiory które przycupnęły na podściennym skraju krętych na schodów wiodących na poddasze naszego domku , a także na podłodze tegoż poddasza. Kiedy kiedyś się nimi nadmiernie zainteresował mały wtedy najmłodszy wnuczek, Patek, jego starszy o 4 lata brat- Witon poważnie go wyhamował, mówiąc, że nie wolno dotykać, bo to gorzowskie muzeum babci….

      I codziennie oglądam to wszystko , drzewka zajęte jesiennym zrzucaniem liści i szykowaniem do zimowego snu na razie milczą. Wiem, że przemówią z wybuchem wiosny. Wydawnictwa grzecznie czekają na ogląd, nie narzucają się, ale są pewne, że niebawem sięgnę po nie i poszybuję razem z nimi.

A kamienie zaglądają mi w oczy i pytają, czy pamiętasz?….

 

SAM_1928.JPG

 

SAM_1930.JPG

 

SAM_1934.JPG

 

SAM_1936.JPG

 

P1202192.JPG

 Wszystkie zdjęcia wykonał Wiktor( lat 7). gonia opisała kamienie. Te z  K- z rozbieranej nawierzchni ul. Kosynierów Gdyńskich, sprzed mojego pierwszego gorzowskiego domu….

 

I już kolejne Święta Bożego Narodzenia …

 

PC220210.JPG

 

 

I już kolejne Święta Bożego Narodzenia. Mimo powtarzalności są stale przejmująco piękne, wzruszające, klimatyczne.

Po Adwentowym oczekiwaniu przychodzą zapachy dzieciństwa, barwy, obrazy. Szczególnie teraz są obok nas Ci, którzy odeszli do tego drugiego, lepszego świata. Nasi Najbliżsi , Przyjaciele, Dobrzy Znajomi i zwykli, mijani kiedyś na ulicy czy spotykani  w windzie żoliborskiego bloku Ludzie. Ich twarze rozmył czas, ale pozostają w pamięci….

Ale pora by oderwać się od tych rozmyślań i wspomnień.

Właśnie zelżał wiatr i chwilowo nie pada, więc wyruszam z aparatem fotograficznym do ogródka. Bo tam już czekają śpiące drzewka. Ubrane w kolorowe bombki śnią swoje wiosenne sny.

A może to przypadkowi przechodnie, samotni, obdarowani teraz kolorami cieszą się razem z nami.

I już nie są ponurakami jesienno – zimowymi, nie zazdroszczą tym  iglastym, stale odzianym w bujne zielone peleryny. Pozdrawiają promiennie swoje koleżanki gorzowskie i miasto z którego przybyły aż tu, na mazowieckie równiny.

I życzą im oraz innym , czasem opuszczonym i smutnym Zdrowych, Pogodnych i Radosnych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego 2015 roku!

A my się dołączamy do tych życzeń.

Kochani, tymi pozornie zwykłymi i zda się nadużywanym słowami ale  aktualnymi od wieków,  zamykamy krąg ludzi jednoczących się w tym czasie wspólną Radością. Zapraszamy Wszystkich….

 

 

PC220211.JPG

 

 

PC230215.JPG

 

 

PC230218.JPG

 

 

PC230224.JPG

 

 

PC220210.JPG

 Zaproszenie do michałowickiego ogródka….

Sen ulicy Parkowej.

Zdjęcie0214.jpg

 

 

Jest w Michałowicach ulica Parkowa….

Kiedy się rodziła, jeszcze nieświadoma  była co ją czeka, ale czuła, że będzie jej dobrze w tym miejscu.

Osiedle było nieduże właśnie powstawały urocze uliczki z przylepionymi do nich domkami przy których właśnie wyrastały drzewa i krzewy.

Na chrzcie nadano jej piękne imię- Parkowa.

Gdy dorastała była dumna z tego, że nie nazywa się Raszyńska, Wesoła, Szara czy nawet Spacerowa. Parkowa brzmiało elegancko, melodyjnie ale i dostojnie .

I wówczas zaczęły się jej sny.

Śniła nocą i dniem na jawie, że towarzyszką jej będzie park.

Wielki park jak michałowickie zielone oko postrzegane z okien samolotów, które nawiedzają to miejsce często z racji pobliskiego Lotniska na Okęciu. To zielone oko powinno mieć źrenicę – czarną przepastną jeziorną toń z łabędziami albo ostatecznie kolorowymi kaczkami. A może to tylko byłaby błękitna wodna tęczówka z wyspą czarniawą i wierzbami płaczącymi na niej…

Ależ się rozpędziłam. To przecież mój sen na jawie, park z mojego dzieciństwa- gorzowski Park Wiosny Ludów ….

Jednak jestem  pewna, że to jest także sen ulicy Parkowej w Michałowicach .

Ale na razie ten park jest tylko wyobraźnią malowany, a w realu dookoła  pola i nieużytki.

Przytula się więc do nich taka kostropata, żwirowodziurowa ulica o dumnej nazwie. I tylko czasem słońce przejrzy się  w lustrze  jej  kałuż , kolory wrzuci, ogrzeje i przemknie dalej. A czasem zatrzyma się jakiś człowiek, bo ma czas, bo refleksje, bo aparat fotograficzny i piękne ma wspomnienia z młodości…

 

 

SAM_5852.JPG

 

 

P3.JPG

 

 

P.JPG

 

 

P2.JPG

 

Dwa w jednym.

 

 

0.JPG

I w tym wirtualnym mieście pojawiła się połowa mojego wiejskiego  domku …

 

1.JPG

I moje kwiaty widzę….

 

 

 

Niedawno wróciłam z centrum stolicy. Smętny tam widok domów oblepionych szmatami , szumnie i cudzoziemsko billboardami zwanych ( ale też opisywanych po „ Polsku” jako bilbordy ) , zanurzony w wielkim ruchu samochodów, hałasie, biegu tłumów.

Oj , to nie jest ta Warszawa sprzed ponad 40 lat. Wtedy jej centrum może też nie było zbyt ładne, ale przynajmniej oglądane  młodymi oczami. Teraz już nie te oczy i nie to miasto. Rozmawiam ze znajomymi, którzy może dlatego że też się zestarzali, postrzegają to teraźniejsze miasto tak jak ja.Może…

Jedno jest pewne, że w czasie tego półwiecza przybyło mnóstwo samochodów i ostatnio bardzo wiele osób  przyjeżdża tutaj do pracy. Znam ludzi, którzy codziennie dojeżdżają z Radomia czy Łodzi . No cóż, wielkie przemiany polityczno społeczne w naszym kraju zmiotły istniejące tam zakłady, a ludzie często lądowali na przysłowiowym bruku, zbyt często ….tak, dużo się tu ostatnio zmieniło ….tempo życia jest inne, nieznane nam kiedyś wyścigi szczurów się pojawiły,  pościg za modą, młodością, do pełnych półek w sklepach licznych marketów . Tak, ludzie gnają przed siebie, depcząc innych a duża część społeczeństwa coraz bardziej się zapada , często sięgając przysłowiowego dna.  Jak długo jeszcze będzie nakręcała się ta spirala ? nie wiem, pewnie w nieskończoność. No cóż, to cena przemian, po prostu” taki mamy klimat „….

     Tymczasem ja uciekam z centrum stolicy, uciekam  tam gdzie przysłowiowy pieprz rośnie, a właściwie na moją wieś , gdzie pieprz jedynie w miejscowym sklepiku kupić można.

Gdy więc zupełnie  przemielona, skotłowana  tumultem  miasta, zostaję wyrzucona z kolejki WKD na michałowickie bezdroża, widzę domki otulone ogródkami, przemierzam małe uliczki pod koronami starych drzew i oczy napawam zielenią i wielką ciszą i wielkim błękitem nad głową.

Tu pełen spokój , bilbordów nijakich nie widać, ludzi niewiele, równina mazowiecka jeno.

Aż zabrzęczała zadzwoniła w uszach ta  cisza, nieliczni przechodnie gdzieś pod ogrodzeniami przemknęli jakiś spóźniony samochód przejechał.

Oj, wsi spokojna, uśpiona , za tobą przecież już zdążyłam zatęsknić. Mam ciebie w genach, we krwi półwiejskiej przecie, półgóralskiej, półwileńskiej i Bóg sam wie jakiej jeszcze .  Ale urodzona w mieście jak na owe czasy dość dużym, bo w chyba 100 tysięcznym Gorzowie, hodowana w wielopiętrowych kamienicach a potem przez 40 lat hodująca własne dzieci  w bloczydle żoliborskim zostałam zarażona miejskim bakcylem.

I dlatego też  będąc na wsi tęsknię za miastem i odwrotnie. Jednym słowem stoję w dużym rozkroku , przestępując z nogi na nogę.

    I posiedziawszy na mojej wsi , zrobiwszy zdjęcia wszystkiego co kwitnie w ogródku, zająwszy się oglądaniem aparatu fotograficznego, nagle napotkałam w nim jakiś program , który okazał się całkiem zabawny.

W ramach zabawy skorzystałam z niego i teraz mam dwa w jednym : 

Jakieś duże miasto do którego zawsze tęsknię i obrazki wiejskie.

Miasto jest piękne i pięknie milczy na moje szczęście , tłumy gdzieś zniknęły.

I jest super…..

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

4.JPG

 

 

5.JPG

 

 

6.JPG

 moje kwiaty wylądowały na bilbordach…

 

 

1.JPG

 

 

 

Walory mniszka pospolitego , leczniczym też zwanego…

 Patek.JPG

Najmłodszy wnuczek, Patryk ( 20 mies) na mniszkowym klombiku w ogródku dziadków…..

 

 

 

Mleczami je nazywamy, te kwiatki żółcią  sypiące na świeżą trawkę majową, ulubione nasze, rodzinne kwiatki.

A tak naprawdę oficjalnie jest to jest mniszek  pospolity lub lekarski( Taraxacum officinale) . Mlecz to inna roślina chociaż też z mlekiem wyciekającym z  łodygi  , brudzącym dłonie , co odkryłam jeszcze w dzieciństwie.

Mniszek należy do rodziny astrowatych ( Asteraceae) i jest ponoć wieloletni. Trudno zrozumieć dlaczego tak obficie sypie nasionami , może to silna obrona gatunku a może tylko hojność tak częsta w przyrodzie.

W Polsce jest pospolitą rośliną w całej Europie i Azji. Woli tereny nizinne, chociaż widujemy go również w okolicach podgórskich.

Poza urodą kwiatów i dmuchawców ciekawa jest jego wielokierunkowa rola zdrowotna.

Coś tam wiedziałam na ten temat, ale teraz przeczytałam w mądrościach z netu i jest to uporządkowane.  

Otóż odwar z korzeni lub nalewka pomaga w schorzeniach dróg żółciowych i kamicy żółciowej, w dolegliwościach wątrobowych. Zawiera też interferon, co pomaga zwalczać obniżenie odporności , obniża poziom cholesterolu , leczy cukrzycę w początkowym stanie, pomaga zwalczać otyłość, przydatny w leczeniu reumatyzmu, leczy choroby skóry. Wg niektórych badaczy poprawia sprawność seksualną kobiet i mężczyzn.

Wg ekspertów kulinarnych roślinę można spożywać w pysznych daniach.

I tak popularna jest zwłaszcza w krajach romańskich sałatka wiosenna z młodych surowych liści.

Natomiast po przyrządzeniu  wywaru z gotowanych kwiatów i po dodaniu dużej ilości cukru uzyskujemy syrop o barwie i konsystencji i smaku zbliżonym do miodu , który nazywany jest miodkiem majowym.

Z płatków kwiatowych mniszka po dodaniu cytryny i cukru i chyba dalszych typowych procedurach otrzymujemy  wino kwiatowe o charakterystycznym bukiecie  miodowo- ziołowym.

Tradycyjnym i popularnym orzeźwiającym napojem w Wielkiej Brytanii jest „ dandelion and burdock” ( tłum. mniszek i łopian). Uzyskiwany jest z korzenia mniszka , czasem z dodatkiem jego liści w połączeniu z korzeniem łopianu, cukrem, lub słodzikiem i innymi dodatkami.

Młode koszyczki kwiatowe mniszka były kiedyś używane jako namiastka kaparów.

A zwierzęta hodowlane wiedząc co dobre i zdrowe zajadają się świeżą rośliną mniszka…mniam, mniam…

Tak więc pozostaje przełamać nasze tradycyjne postrzeganie tej roślinki co jest etapem najtrudniejszym i wkroczyć z mniszkiem do kuchni.

Ale czy warto?Bo wtedy pochyleni nad surówkami, wywarami, naparami i innymi procesami przetwórczymi możemy zapomnieć o zachwycie nad wiośnianą urodą tej rośliny,  radości budzącego się krajobrazu i piosence, która stale jest blisko: ” …Latawce, dmuchawce, wiatr…daleko z betonu świat…”

 

 

klomb2.JPG

 

Gorzowski kasztanek na naszym mniszkowym klombie …

 

klomb4.JPG

 

 

Klomb.JPG