Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Wojna, wojna…

Lot nad własnym ziemskim losem ( 8)

Wojna, wojna

 

      Powróciłem do Smorgoń pełen wrażeń. Ale tutaj też nie było spokoju. Kilka wydarzeń utkwiło mi mocno w pamięci. Oto na przykład za rzeką zaczęły się gromadzić duże ilości radzieckiego wojska i partyzantki. Obok naszego domu na kamiennej drodze zaczęły przejeżdżać kolumny niemieckie. Żołnierze w mundurach i hełmach zmierzały w stronę wroga. My zza węgła to obserwowaliśmy. Gdy w kolumnie nastąpiła przerwa, nazbieraliśmy dużo gwoździ i powtykaliśmy je pomiędzy kamienie. I czekaliśmy. Wreszcie nadjechała pierwsza ciężarówka. I osiadła na tych gwoździach. Z kabiny wytoczył się gruby Niemiec i widząc nas, gorączkowo wyciągał z kabury pistolet. Oczywiście rozpierzchliśmy się w różne strony, ja nawet nie zauważyłem, jak znalazłem się na skraju miasteczka. Ale rozpierała nas duma, że oto staliśmy się bohaterami, patriotami. Lecz te doborowe oddziały niemieckie nie zdołały stawić czoła wrogowi. Matka załatwiła pobyt w niedalekiej leśniczówce, gdzie schroniliśmy się przed tą nawałą. Przed wyjazdem matka zakopała w ziemi koło domku cenny dywan. Zrobiła to w nocy, aby nikt nie zauważył. Drzwi pozostawiliśmy otwarte. W leśniczówce też nie było spokoju. Nad nami przelatywały samoloty, zrzucając bomby. Jedna z nich upadła kilka metrów od naszego azylu. Pełen trwogi oglądałem ten wielki dół.

     Gdy front przeszedł, znów na furze wjeżdżaliśmy do Smorgoń. Wszędzie było czuć spaleniznę a wiele ruin oszpecało miasto. Spalona cerkiew, szpital, wiele innych obiektów. Nasz dom stał nietknięty, tak było widać z zewnątrz. W środku pokoje były w nieładzie, na ścianach dziury po kulach. W jednym z pokoi leżało kilka pustych butelek po wódce, sporo resztek konserw i…No, właśnie. Leżało kilka legitymacji radzieckich oficerów, porzuconych w nieładzie, z którymi nie wiem co zrobiła matka. Po zakopanym dywanie nie było śladu.

   Całe szczęście, że uratował się mój skarb. Był to malutki, prawdziwy pistolet, który otrzymałem od jednego z partyzantów, którzy będąc przed wojną uczniami matki, kiedyś nas potajemnie odwiedzili, zaś ja wyrwałem się z nimi do lasu. Oczywiście byłem za młody na takie przedsięwzięcie , otrzymałem natomiast ów skarb, z którym się nie rozstawałem  i o którym nie wiedziała matka. Na moje szczęście! Bałem się jej srogiego spojrzenia!

 

( to było w czasie, gdy zbliżał się koniec wojny i Rosjanie podążając na zachód,  wchodzili do miasteczka )

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *