Któregoś dnia Anula z radością oznajmiła, że właśnie zapisała swoje córki na obóz narciarski. Moje dzieciaki były dużo młodsze, więc słuchałam z zazdrością, że Jej wyjeżdżają bez mamy a w dodatku nauczą się jazdy na nartach, która była dla mnie sztuką nieosiągalną, no może poza dwurazowym zjazdem na łeb i na szyję czyli na krechę w wąziutką wolną przestrzeń pomiędzy stertami ściętych pni . Cudem uniknęłam ciężkiego wypadku. Dlatego imponowała mi wizja, że dzieci Anuli pod okiem trenera zdobędą umiejętność sprawnego narciarza a w dodatku był to wówczas sport raczej elitarny.
Tak więc cieszyłyśmy się razem . Anula szaleńczo dyżurując , zgromadziła już niezbędne fundusze , zresztą wówczas tj przed 40 laty zorganizowane wyjazdy dla dzieci i młodzieży nie były drogie. Martwiła się tylko, że dziewczyny nie mają odzieży sportowej.
Każda z nas przyniosła jakieś swoje ocieplane spodnie , ale chyba nie pasowały.
Anula po kilku dniach oznajmiła z radością i niejaką dumą , że ich tatuś zamiast alimentów zakupił kombinezony córkom . I było fajnie….
Ale gdy po roku sytuacja się powtórzyła, któraś z nas zapytała, czy już wyrosły z poprzednich kombinezonów?
Beztrosko odpowiedziała, tak jakby to była rzecz zwyczajna- Tamte były tylko wypożyczone z jakiegoś klubu…zresztą na marginesie muszę dodać, że słusznie, bo Córki Anuli rosły jak na drożdżach….
