Na medycznej ścieżce. Anula i epikryzy.

Anula i epikryzy

 

 Zastanawiałam się w duchu nad tym, dlaczego dr Czachorowska protegowała Anulę do pracy w klinice Rehabilitacji  CZD.  Myślę, chyba dr Czachorowska chciała dać szansę Anuli, by spełniała się jako lekarz przywracający chorym dzieciom nadzieję na dobre życie. W naszych oddziałach pobyt trwał zwykle krótko , wykonywano potrzebne zabiegi, leczono, ale potem wracały do domów lub właśnie przebywały w oddziałach rehabilitacji.

Anula była niestrudzona w ostrych akcjach, w opiekowaniu się chorymi dziećmi, spędzała przy ich łóżkach cały wolny czas, ale nie znosiła pracy papierowej . Do nich należało pisanie i wklejanie do historii chorób epikryz.

Dobrze zapamiętałam z okresu, gdy pracowałam na Siennej biurko Anuli i jej kąt w maleńkiej wspólnej szatni. Z każdego miejsca, wysypywały się teczki z historiami chorób dzieci wypisanych do domu. 

W tym szpitalu  panował zwyczaj, który wg mnie  nie należał do właściwych. Po zakończeniu leczenia, dziecko wychodzące do domu otrzymywało lakoniczną kartę wypisową, w której nie było informacji o przebiegu choroby , czyli tzw. epikryzy.

Nie wiem, czy chodziło o zachowanie tajemnicy lekarskiej, do tej pory nie rozumiem. Ale tak było. Epikryzę pisało się już dopiero potem. Należało to wykonywać na bieżąco, by uniknąć spiętrzenia pracy.

Jednak w nawale codziennych zajęć , zwykle odkładałyśmy to na później. Wykorzystywałam każdą wolną chwilę, jakieś godziny nocne w czasie dyżurów.

Pisało się na maszynie, wycinało i wklejało do historii choroby, która wędrowała na biurko pani ordynator a dopiero po jej akceptacji do archiwum. Nie zapomnę, jakie miałam trudności z ułożeniem krótkiego rzeczowego opisu choroby. Właściwie nigdy nie pisałam w ten sposób. Zawsze moje teksty były zbyt kwieciste, ubrane w niepotrzebne czasem słowa i widać było wysiłki piszącej, by oddawać atmosferę zdarzenia. Pani dr Czachorowska spędzała ze mną sporo czasu, by to wszystko uporządkować, ułożyć a przede wszystkim streścić tak, by były tam tylko suche fakty. Potem już jakoś poszło i byłam dumna z siebie, gdy akceptowała moje epikryzy bez poprawek. Te nauki bardzo mi się przydały w późniejszej pracy, w CZD, gdzie napisałam sporo prac naukowych wykorzystując ten lapidarny styl, którego nauczyła mnie dr Czachorowska.

Można się łatwo domyślić, że Anula po prostu się nie wyrabiała z pisaniem epikryz na bieżąco. Ukrywała te historie choroby w głębi biurka, wysypywały się z szuflad, były utknięte a jakiś kątach i mimo upomnień, próśb , a nawet podejmowanych prób przez panią ordynator wspólnego z nią pisania tych epikryz, Anula twardo wybierała ciekawsze zajęcia szpitalne.

Gdy dr Czachorowska zdecydowała się na oddanie ulubionej asystentki w ręce prof. Goncarzewicz, dyrektora CZD, chyba umożliwiła jej realizację tego co Anula kochała najbardziej….tam  prace biurowe w tamtych czasach wykonywały sekretarki, a lekarze leczyli….i mogli spędzać więcej czasu przy łóżku chorego co było ich właściwym powołaniem ….

 

Na medycznej ścieżce. Prezent.

Piękny prezent

 

Anula zawsze tonęła w długach, w końcu sama wychowywała dwoje dzieci i musiała utrzymać dom . Wiedziałyśmy o jej sytuacji, ale opowiadała o tym na takim luzie, że  w końcu przestałyśmy się tak bardzo  tym przejmować.

Ale gdy pewnego dnia wkroczyła do dyżurki i od razu pokazała swój nowy pierścionek i bransoletkę- piękny to był komplet, nie uniknęła naszych pytań:

 Jakie to piękne. Skąd to masz?

A ona najspokojniej odparła, że mając w kieszeni pewną niewielką sumę, zastanawiała się jak ją rozdzielić, by starczyło do przysłowiowego pierwszego. Właśnie dochodziła do wniosku, że nie wystarczy…

.I wówczas dostrzegła na wystawie jakiejś galerii ów srebrny komplet.

Tak bardzo zapragnęła go mieć, że nie oparła się pokusie. Zresztą wcale nie próbowała. Miała szeroką radosną duszę i pański gest.

Zebrała wszystkie swoje moniaki i najzwyczajniej w świecie sprawiła sobie prezent….

 

Na medycznej ścieżce. Zabłocone buty.

Zabłocone buty

 

Anulka codziennie dojeżdżała kolejką WKD ze swojej Podkowy Leśnej do Dworca Centralnego a stamtąd miała niedaleki spacer do naszego szpitala. Zwykle była pierwsza w pracy, co potwierdzało zasadę, im kto dalej mieszka, tym bardziej jest zorganizowany.

Muszę nadmienić, że nasze kadry czuwały nad dyscypliną. Punktualnie o 8, zabierano z portierni listę obecności i każde, nawet kilkuminutowe spóźnienie należało usprawiedliwiać pisemnie podając termin kiedy się je odpracuje.

Zwykle nie widywałam jak Anula wkracza do pracy, bo wpadałam na ostatnią minutę . Zdarzyło się to zaledwie kilkakrotnie. Ujrzałam wówczas jej buty.. które były solidnie  umorusane błotem . Oczywiście Anula zdawała sobie z tego sprawę i zawsze tłumaczyła, że  musi dojść do kolejki WKD po błotnistej drodze.

Nam, mieszczuchom wydawało się to wówczas trochę dziwne …

Dopiero po wielu latach, człapiąc po bardzo błotnistej drodze do kolejki WKD w moich Michałowicach, wspominałam swoje zniesmaczenie wyglądem butów Anulki.

I pomna tamtych czasów z premedytacją kroczę ulicami Warszawy, nie bacząc na  moje usmarowane buty, tak też można . I jest całkiem fajnie, czuję się wolna jak ptak. .

Na medycznej ścieżce. Rozmowy z chłopcem w śpiączce.

Rozmowy z chłopcem w śpiączce

 

Nie zapomnę  Anuli w innej akcji.

Do Oddziału Neuroinfekcji przyjęto kilkunastoletniego nieprzytomnego chłopaka.

Przebył ospę wietrzną a zaraz po wygaśnięciu okresu zakaźnego stracił przytomność. Takie dzieci , ale jeszcze w okresie kiedy zakażały, były hospitalizowane w innym szpitalu zakaźnym, który mieścił się przy ul. Wolskiej.

Rozpoznano u niego zapalenie opon mózgowo rdzeniowych i mózgu. Długo był w śpiączce. W każdej wolnej chwili widywałam Anulę, gdy wchodziła do sali, gdzie leżał.

Gdy nie było jej w gabinecie lekarskim, zaglądaliśmy do sali, gdzie leżał ten chłopiec.

Ona przesiadywała na stołeczku, obok jego łóżka, masowała mu ręce, nogi i stale coś mu opowiadała.

Nie było wówczas pań rehabilitantek, które przejmowałyby tę rolę.

Pielęgniarki były stale zajęte zabiegami a my działaniem przy innych pacjentach i papierologii..

A może po prostu nie miałyśmy takiej potrzeby, by częściej przebywać z pacjentem, ograniczając codzienny kontakt do dwurazowych lub częstszych w miarę potrzeby u niego wizyt .

Podziwiałam Anulę  za takie samarytańskie podejście do pacjenta. W tamtych czasach nie myślano o tym, że  pacjent w śpiączce słyszy  i że rozmowa z nim jest terapią.

Anula wiedziała o tym swoim szóstym zmysłem. .

Któregoś dnia wpadła do gabinetu lekarskiego z radością i ogniem w oczach i zakomunikowała, że właśnie G….k , ( bo takie nosił nazwisko ten chłopiec w śpiączce)   otworzył oczy….

Chłopiec powoli odzyskiwał świadomość i poprawiał się jego stan ogólny.

Anula nadal przy nim trwała.

Dziwowałyśmy się , że tak postępuje ale widziałyśmy też efekty jej  działania….

Dopiero po latach zrozumiałam ….

Na medycznej ścieżce. Anula cdn.

 

Któregoś dnia Anula z radością oznajmiła, że właśnie zapisała swoje córki na obóz narciarski. Moje dzieciaki były dużo młodsze, więc słuchałam z zazdrością, że Jej wyjeżdżają bez mamy a w dodatku nauczą się jazdy na nartach, która była dla mnie sztuką nieosiągalną, no może poza dwurazowym zjazdem na łeb i na szyję czyli na krechę w wąziutką wolną przestrzeń pomiędzy stertami ściętych pni . Cudem uniknęłam ciężkiego wypadku. Dlatego imponowała mi wizja, że dzieci Anuli pod okiem trenera zdobędą umiejętność sprawnego narciarza a w dodatku był to wówczas sport raczej elitarny.

Tak więc cieszyłyśmy się razem . Anula szaleńczo dyżurując , zgromadziła już niezbędne fundusze , zresztą  wówczas tj przed 40 laty zorganizowane wyjazdy dla dzieci i młodzieży nie były drogie. Martwiła się tylko, że dziewczyny nie mają odzieży sportowej.

Każda z nas przyniosła jakieś swoje ocieplane spodnie , ale chyba nie pasowały.

Anula po kilku dniach  oznajmiła z radością i niejaką dumą , że  ich  tatuś zamiast alimentów zakupił kombinezony córkom . I było fajnie….

Ale gdy po roku sytuacja się powtórzyła, któraś z nas  zapytała, czy już wyrosły z poprzednich kombinezonów?

Beztrosko odpowiedziała, tak jakby to była rzecz zwyczajna-  Tamte były tylko wypożyczone z jakiegoś klubu…zresztą na marginesie muszę dodać, że słusznie, bo Córki Anuli rosły jak na drożdżach….

Na medycznej ścieżce. Anula cd.

Ponownie nawiązałam kontakt z Anulą i jeśli ten tekst ją w jakiś sposób zaboli- usunę z blogu. Pomimo tego, że od opisywanego czasu minęło 40 lat i ludzie  raczej są już innymi ludźmi , wiem, że pewne wspomnienia wolą wymazać z pamięci. Czekam więc na decyzję . Dopisałam  7.06.2014……

 

 

Anula kiedyś nam opowiadała, że przez jakiś czas dyżurowała na noworodkach w Klinice położniczej. W ten sposób zarabiała dodatkowe, chociaż mizerne pieniądze na utrzymanie dzieci.

I któregoś dnia miała przyjemność rozpoznać noworodka nieomal identycznego jakim była przed laty jej najstarsza córka….

 

Oczywiście Anula, jak to Anula, rozpostarła swoje skrzydła opiekuńcze i nad tym dzieciątkiem zwłaszcza, że jak się wkrótce okazało, jest to w jakimś szeroko rozumianym pojęciu Jej rodzina…. .

I tak toczyła się historia Anuli, którą żyliśmy my, wszyscy w dyżurce naszego Szpitala im. Dzieci Warszawy w tych latach 70 XX wieku. Bo nasze problemy były problemami wspólnymi.

Tak więc zapamiętałam  Anulę, gdy siedzi na korytarzu szpitalnym i poważnie rozmawia z przystojnym panem. Odwiedzał ją przez kolejne lata, dawny mąż, ojciec jej córek, chyba w jakimś sensie przyjaciel . Znając Anulę na pewno udzielała mądrych porad, bo sama była bardzo doświadczona przez życie…

 

Na medycznej ścieżce. Anula.

Anula

 

Mieszkała w Podkowie Leśnej ze swoją mamą- panią Zaorską , która pochodziła z Chełmońskich, tych Chełmońskich.

Miała dwie nastoletnie wtedy córki, które później poznałam. Były to przystojne , wysokie, smukłe długowłose dziewczyny.

Anula opowiadała o swoim małżeństwie, które się rozleciało, gdy urodziła się młodsza córka. Bardzo się kochali, ale miłość trwała krótko, właściwie moment jego odejścia wiązał się z poprawieniem ich sytuacji mieszkaniowej.

On był asystentem na Politechnice, mieszkał w niewielkim pokoiku w tzw. domkach fińskich na Jelonkach.

Były one tzw darem ZSRR dla Polski. Początkowo mieszkali w nich budowniczowie Pałacu Kultury, a potem spełniały rolę akademików. Domki były drewniane, miały cienkie ściany i właściwie trudno było je ogrzewać, zresztą pewnie trzeba było mieć na to fundusze.

Po ślubie, zamieszkali tam razem, spali na wąskim tapczaniku, Anula od strony zewnętrznej ściany i zdarzało się, że zimą budziła się z włosami przymarzniętymi do ściany. A miała wówczas piękne, długie i gęste , naturalnie jasne.

Widziałam jej zdjęcia z tych lat. Można było się zachwycić.

Ponieważ pensja asystenta była niewielka, a Anula jeszcze studiowała, dorabiała  jako modelka w Modzie Polskiej. Nic dziwnego. Słusznego wzrostu , bardzo szczupła .o bardzo długich nogach i  cienkich pęcinach i wielkich błękitach oczu , została łatwo zakwalifikowana do tej pracy.

Wkrótce urodziła  córkę Agnieszkę , wychowywała w tych trudnych warunkach , ale później dostali upragnione  mieszkanie. Była to prawdziwa radość. Wydawało się, że teraz wszystko będzie przebiegało gładko.

Ale po  pewnym czasie zaszła w kolejną ciążę.

I wówczas jej szlachetny małżonek zaczął się oddalać.

Pewnie źle znosił tę ciążę.

   Anula nie miała czasu rozpaczać po odejściu męża. Zabrała starszą córkę i wyprowadziła się do matki, która miała domek w Podkowie Leśnej. Po urodzeniu drugiego dziecka na etapie trzeciego roku Akademii Medycznej przerwała studia . Dalej pracowała w Modzie Polskiej.

Gdy podchowała dzieci, po  czterech latach wróciła na przerwane studia . Wyobrażałam sobie z trudem jak sobie dała radę. Niewyobrażalny to wysiłek i niezwykła próba  charakteru, by po takiej przerwie kontynuować  studia medyczne. A ona zwyciężyła, po raz kolejny pokazała klasę. Została doskonałym lekarzem z intuicją i wiedzą.

A także z ogromną empatią dla ludzi…