Ostatnio moja kuzynka Jadzia Heyda przypomniała sobie opowieść swojej babci- Oli , siostry mojej Babci Stasi.
Otóż Babcia Ola z mężem po ślubie zamieszkali w Jekaterynosławiu. Dziadek Jadzi był kolejarzem i tam dostał pracę. To były tereny rdzennej Rosji.
Gdy wybuchła rewolucja październikowa rozpoczęły się krwawe rozliczania z „wrogami ludu”. Mordowano bez opamiętania. Ponadto w całym kraju zapanował straszliwy przerażający głód. Na pustych ulicach leżały ciała zmarłych z głodu i zamordowanych .
W tym koszmarze rodzina ciocio- babci Oli jakoś trwała. Ale wyobrażam sobie z jakim lękiem spędzali bezsenne noce, drzemiąc jedynie o świcie i budząc się po chwili nasłuchując kroków na schodach.
Przecież ich szlacheckie polskie nazwisko- Drzewiccy musiało budzić zainteresowanie zabójców.
Być może, chronił ich, zawód Dziadka- męża Oli, kolejarze byli potrzebni bolszewikom . Więc póki co , dawano im spokój.
Któregoś dnia późnym wieczorem ktoś zapukał do drzwi ich mieszkania. Otworzyli z lękiem. W drzwiach stała słaniająca się wynędzniała kobieta i poprosiła o wsparcie.
Oznajmiła, że jest żoną Edwarda Rodziewicza, brata Oli.
Nie chciała wejść do domu, więc Ola pospiesznie przygotowała pakunek. Zebrała kilka cieplejszych ciuchów, i trochę jedzenia- kawałek słoniny i bochenek chleba.
Żona Edwarda łapczywie złapała w zgrabiałe i sine dłonie ofiarowany tłumoczek i pospiesznie odeszła.
Co się działo z tą rodziną w tych trudnych do opisania czasach, nikt nie wie. Być może , że jej mąż –Edward Rodziewicz zginął, jak większość ludzi ze znanych starych rodów.
Przecież polska szlachta to w pojęciu bolszewików największy wróg ludu. Mordowano tzw. białych bez oporów.
Komu udało się uciec poza granice Rosji, miał szanse przeżyć……
