Czasami pojawiała się w naszym gorzowskim domu jeszcze jedna siostra mojej Babci Staśki, Mania. Miałam wtedy kilka lat, ale dobrze ją pamiętam . Była bardzo wysoka, o obfitych kształtach , ale w odróżnieniu od swojej siostry- Walerki, emanowała ciepłem, miękkością i łagodnością . Zresztą nawet jej imię- Mania brzmiało inaczej niż ostre brzmienie imienia Walerka.
Bywało, że zjawiały się u nas razem z Walerką, odbywając tajemne rodzinne misterium pielgrzymowania po domach różnych członków rodziny. Ponieważ moja Babcia- Stasia po II wojnie światowej , jak większość naszych członków rodziny, musiała wybyć z Wileńszczyzny, zamieszkała w Trzciance Lubuskiej. Stąd już niedaleko było do naszego Gorzowa. Pojęcie niedaleko wtedy nie istniało. Po prostu wsiadało się do pociągu i jechało. Czas jazdy ani liczne przesiadki nie stanowiły przeszkody. W tamtej epoce, dla ludzi czas miał inny wymiar, niż dzisiaj. My uwielbiamy szybki transport i denerwują nas przerwy w podróży. Obie ciocio- babcie cieszyły się wolnością a podróż była dla nich miłym ciekawym zajęciem. Lubiły podróże, ze śmiechem opowiadały o licznych przygodach i nowych, poznanych ludziach.
Gdy obie kroczyły z dworca przez nasz niewielki parczek, zawsze generałem była Walerka, kroczyła zamaszyście przodem a za nią jak jej cień , miękko sunęła ciocia Mania. Zajmowały całą szerokość alejek parkowych , czym się w ogóle nie przejmowały. Były dostojne i władcze, więc wszyscy omijali je grzecznie, bez słów komentarza.
Ledwie się mieściły w drzwiach naszego mieszkania , wpychały się jedna przed drugą. Ale solidne, poniemieckie drzwi bez trudu wytrzymywały napór tych dużych ciał .
Potem rozkładały swoje walizki i spokojnie się instalowały w dużym pokoju.
Mama nawet nie pytała jak długo mają zamiar pozostać, bo wszak nie wypadało. Ale spodziewaliśmy się długiego pobytu.
Czasami niespodziewanie po dwóch tygodniach obie ciocie komunikowały, że zamierzają wyjechać i wędrowały dalej.
