Odurzeni wrażeniami z bloku operacyjnego, wracaliśmy do swoich podstawowych obowiązków. Należało jeszcze raz prześcielić łóżka pacjentów, bo po naszym porannym ścieleniu nie został nawet ślad. Prześcieradła zwykle były już zmięte , brudne i zwykle zakrwawione oraz pokryte różnymi barwnymi wydzielinami i wydalinami.
Już na początku praktyki nauczono nas , jak zmieniać leżącym pacjentom prześcieradła, by nie powodować bólu , ale także specjalnie je podwijać pod materac, by żadna fałdka nie uciskała jego pleców. Przejmowaliśmy się naszymi chorymi , współczuliśmy gdy długo przebywali w szpitalu i bardzo cierpieli. I dlatego wszystkie zalecenia wykonywaliśmy z przejęciem i sumiennie. Większość pacjentów to doceniało i niektórzy nawet nam dziękowali.
Trudno nie wspomnieć o jeszcze jednym obowiązku. Musieliśmy umiejętnie , by nie uszkodzić jakiejś części pacjenta , podkładać pod ich pupy baseny. Łatwiej było obsługiwać tzw kaczki. Potem należało wymyć odpowiednią część ciała chorego a następnie wynieść naczynie wypełnione znaną wszystkim treścią. To zajęcie nie należało do najprzyjemniejszych, zwłaszcza gdy wypróżnienia były efektem lewatywy. Nie zapomnę długiej drogi do łazienki , którą należało przebyć ze zwykle bardzo ciężkim basenem , dobrze, że posiadał przykrywkę. Nawet nie muszę zamykać oczu, by przypomnieć rozkład sal pacjentów, korytarza oraz miejsce naszej dalszej męki- drzwi do toalety. Bo za tymi drzwiami była miska klozetowa, do której wylewaliśmy cuchnącą zawartość. Koledzy opowiadali, że zwykle w czasie wykonywania tej czynności wymiotowali, ja należałam do nielicznej grupy, której się udało zahamować powracające fale mdłości.
Miesiąc praktyki minął jak jedna chwila. Pożegnaliśmy naszych chorych , klinikę, dziękowaliśmy pielęgniarkom za nauki, których nam udzielały i z nadzieją, że chyba możemy być lekarzami i pracować w szpitalu pojechaliśmy do swoich domów. Tam czekała Mama , ze swoimi opowieściami rodzinnymi , a ja chętnie słuchałam, zapominając o przebytym kolejnym chrzcie medycznym…..
