Może tak wyglądał dworek Rodziewiczów pod Rakowem.
Włączam wyobraźnię, zmieniając czas.
Jest rok 1845.
Pociąg dyszący parą z wielkim kominem, i już bardzo zasapany zatrzymał się z gwizdem na stacji Radoszkiewice . Dźwigając swój kufer podróżny , zamiatając stopnie wagonu długą brązową spódnicą i przytrzymując kapelusz, który właśnie chciał porwać wschodni wiatr, wytaszczyłam się na peron.
I nagle ktoś złapał mnie w objęcia , zawirowały drzewa, domy, cały świat.
Blisko mojej twarzy znalazła się druga , wąsata i uśmiechnięta. Poczułam dobrze znajomy nasz rodzinny zapach.:)
Bowiem to był mój prapradziadek, Rodziewicz . Niestety , jego imię zabrał czas….
Wkrótce mój kufer wylądował na tylnej półce pięknej bryczki , a my trzymając się za ręce zajęliśmy miejsce na ławce . Konie ruszyły z kopyta … Czekała nas droga ok. 18 km. Konie niosły rączo, , gadaliśmy, ale przede wszystkim podziwiałam piękne drzewa mijane jakby w locie , jakieś chałupki i połyskujące bardzo niebieskie wstążki niewielkich rzeczek .
Z turkotem drewnianych kół na wyboistej drodze, w tumanach kurzu minęliśmy jakieś miasteczko. To Raków oznajmił mój prapradziad . I oto po pewnym czasie konie zwolniły bez żadnego polecenia, bo rozpoznały swój dom. Też zauważyłam , że za wielkim okrągłym klombem, wokół którego zawijała się droga tworząc typowy podjazd do drzwi wejściowych , zbliżał się do nas dworek . Był niski, rozłożysty, z niewielkim gankiem, cały tonął w zieleni i kwiatach .
Z daleka witała nas muzyka. Zza otwartych niewielkich okien wydostawała się na zewnątrz i tańczyła wśród łąk ukwieconych, falujących złotych zbóż i w koronach drzew . To grała pani domu . Jestem więcej niż pewna, że były to kompozycje Chopina.
Weszłam do wnętrza domu . Zaproszono mnie do saloniku. Ubrana w brązową długą suknię , z rzędem maleńkich guzików i białym haftowanym kołnierzykiem , zapadłam się cichutko w miękkim fotelu , by nie zakłócać spokoju tej muzycznej chwili. Przy fortepianie siedziała zwiewna kobieta , o delikatnym profilu zamkniętym burzą rudawych włosów. Domyślałam się , że to pani dziedziczka.
Nieopodal w kołysce leżało niemowlę, które wyraźnie zasłuchane w muzyce, było spokojne i pogodne.
O swoim potomku opowiadał mi już mój przyszły prapradziad, gdy siedzieliśmy w bryczce unoszącej nas do dworku.
Był to ich pierwszy, jedyny, długo oczekiwany syn, urodzony wiosną tego roku, któremu nadano na cześć Pierwszego króla Polski imię Bolesław.
Państwo Rodziewiczowie byli bardzo gościnni, cieszyli się , gdy ktoś przybywał do ich domu i powtarzali „ gość w dom, Bóg w dom”. Z dumą pokazywali mi syna, pozwolili go przytulić, a mały zabawnie machał łapkami, usiłując złapać mnie za nos.
Gdy zwiedzaliśmy zakamarki domu, rozległ się wesoły głos . O, kolejny gość, witamy, witamy Wielmożnego.
To przybył stary przyjaciel rodziny , ksiądz Eustachy Karpowicz, jak zwykle zaproszony na obiad i poobiednie dysputy, które zwykle przeciągały się do godzin wieczornego nabożeństwa w Kościele w Rakowie. Zawsze był serdecznie witany w progach domu Rodziewiczów, bo był człowiekiem światowym, świetnie zorientowanym w problemach społecznych i politycznych. Opowiadał o przeczytanych książkach i wiadomościach z prasy popularnonaukowej, którą sprowadzał z Wilna. Tym razem i ja uczestniczyłam nieśmiało w rozmowie, jednak raczej nastawiałam się na odbiór. Ta uczta duchowa była niezapomniana i trwała do zmroku. We mnie została pamięć tamtych dni a przede wszystkim ujrzałam wielki patriotyzm tych ludzi. Kochali Polskę, której wtedy nie było, nienawidzili Moskali.
Po bardzo wielu latach , gdy słuchałam opowieści mojego Taty, po powrocie z obozu koncentracyjnego w Niemczech, zadziwiałam się, że jakby bardziej nienawidzi Rosjan niż Niemców, którzy wyrządzili mu tak wiele krzywd.
I już wtedy mówiłam, że pewnie te emocje wyssał z mlekiem matki.
A gdy teraz zbierałam te informacje o rodzinie Rodziewiczów, potwierdziły się moje poprzednie przypuszczenia….
A w majątku moich prapradziadków mijały kolejne dni , każdy inny , barwny ale zawsze z muzyką.
Któregoś dnia wybraliśmy się do sąsiedniego majątku, gdzie znacznie później urodziła się kuzynka , pisarka Maria Rodziewiczówna. Lubiłam zapisywać własne myśli, albo utrwalać piórem klimaty jakiś miejsc, ale pisanie powieści to była zupełnie inna bajka. Jak doskonałą wyobraźnię musiała posiadać Maria, by tworzyć kanwę swoich książek. Podziwiałam, ale nie czułam zazdrości, bo nie dorosłam jej nawet do pięt …..
wg opowieści mojej Mamy, Rodziewiczowie posiadali herb Łuk. Niestety nie posiadamy żadnego dokumentu.


