Właśnie wczoraj minęła 160 rocznica wybuchu
Powstania Styczniowego. Wróciły opowieści rodzinne o prapradziadku Rodziewiczu,
którego imienia już nikt nie zapamiętał, a księgi kościelne, podobnie jak kościoły
zlikwidowano- jedynie część dokumentów
przewieziono do Archiwum w Mińsku Białoruskim. Ale tam już ich już nie
znaleziono….. jedynie w Rakowie (obecnie Białoruś) przed laty kuzynka Jadzia
Lisowa z d. Majewska odnalazła grób Bolesława Rodziewicza, syna naszego
prapradziadka – bezimiennego powstańca styczniowego, który zginął, majątek
skonfiskowały władze carskie a żonę prawdopodobnie wywieziono na Sybir lub
zmarła z tęsknoty. Został 11 letni Bolek, którego wychował przyjaciel rodziny- miejscowy
ksiądz Eustachy Karpowicz. Bolek przez długie lata był organistą….zakochał się
w pięknej Michalinie i urodziła się moja babcia- Stanisława….ot takie losy,
polskie losy…..
Zajrzałam do swojego blogu, gdzie od 11 lat (o
Boże, jak ten czas płynie a właściwie to pędzi), i teraz kopiuję tamte wpisy….
Śladami mojego Taty.
Dlaczego Powstanie wybuchło w mroźnym styczniu ?
Rodzina Rodziewiczów wszystko wiedziała. Tajne gazetki
przynosił im ksiądz Eustachy Karpowicz. Wieści przekazywano sobie z ust do ust.
Sen o wolnej Polsce śnili i powoli zaczynali wierzyć, że tym razem się uda.
Wiadomość, że Rosja, po nieudanej wojnie krymskiej słabnie,
napawała otuchą. Właśnie car Aleksander II zaczął przeprowadzać niewielkie
reformy ustrojowe.
Polacy od razu wyczuli nastrój i ożyła myśl o wielkim
narodowym powstaniu.
Z dalekiego Kijowa dotarła informacja, że na
tamtejszym Uniwersytecie powstała pierwsza organizacja zwana „Ogół”, z której wyłonił się zakonspirowany Związek Trojnicki. Ludzie z tego związku
szukali kontaktów z młodzieżą wszystkich trzech zaborów. Któregoś dnia dotarli
do maleńkiej mieściny, jaką był nasz rodzinny Raków (obecnie to Białoruś).
Ileż spotkań i rozmów zapamiętał salon domu małego Bolka Rodziewicza,
mojego pradziadka.
Inna informacja docierała z Petersburga. Tam, w Akademii
Sztabu Generalnego studiowało wielu oficerów, którzy mieli polskie
serca. Jeden z nich, Zygmunt Sierakowski założył tajne Koło Oficerów
Polskich w Petersburgu. Po jego odejściu, kierownictwo przejął Jarosław
Dąbrowski.
W Warszawie, w 1857 roku powstała Akademia Medyko- Chirurgiczna.
I od razu zaczęły tam powstawać konspiracyjne kółka młodzieży, podobnie jak w
warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych.
Przygotowania do powstania były konkretne, poza obradowaniem
młodzież otrzymywała regularne szkolenia wojskowe.
W 1858 r., zebrała się kapituła Czerwonych i opracowała
plany wybuchu powstania.
W 1861 r. dzięki staraniom Ludwika Mierosławskiego, założono
tajną Polską Szkołę Wojskową. Miała on ponad 200 słuchaczy, którzy byli
przygotowywani jako kadry powstania.
W tym czasie cała polska ludność
podejmowała spontaniczne manifestacje.
11 czerwca 1860 r. odbyła się pierwsza po 30 latach
manifestacja patriotyczna w czasie pogrzebu wdowy po bohaterze Powstania
Listopadowego, generale Józefie Sowińskim.
W październiku 1860 r. w czasie hucznego zjazdu monarchów,
przeszkadzano uroczystościom i balom towarzyszącym tej konferencji. I tak
np. na przedstawieniu galowym w Teatrze Wielkim oblano fotele cuchnącym
płynem. Akcją kierował Franciszek Godlewski. 29 listopada
1860 r. , w rocznicę Powstania Listopadowego zorganizowano kolejną wielką
manifestację, na której odśpiewano pieśń, kiedyś skomponowaną na cześć cara,
zmieniając słowa refrenu na: „ Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.
Wobec tych coraz śmielszych wystąpień
ludności Warszawy, car, Aleksander II zalecał coraz surowsze represje. Podjął
decyzję, że w razie większych demonstracji ulicznych, miasto zostanie
zbombardowane z siedziby wojsk rosyjskich – Cytadeli. W tym czasie na terenie
królestwa Polskiego stacjonowała 100 tysięczna armia rosyjska.
Jednak było kilka grup przyszłych powstańców.
Różnili się pochodzeniem i planami. Naturalnie władze carskie doskonale się
orientowały w tej sytuacji i postanawiały wykorzystać tę niejednorodność
przyszłych przywódców powstania. Jednych nazywano białymi, innych
czerwonymi. Czerwoni planowali początek powstania w czerwcu ale Rosjanie celowo
zaplanowali wielką styczniową brankę Polskich chłopaków do
carskiego wojska i tym samym spowodowali przyspieszenie terminu .
I oto mroźnego styczniowego dnia rozpoczęło się
powstanie. Obejmowało tereny zaboru rosyjskiego . Początkowo tylko w
Królestwie Polskim, ale jak fala rozlewało się dalej na wschód, na
obszary zabranych Polsce ziem Litwy, Białorusi i częściowo Ukrainy. Do terenów
Księstwa Litewskiego dotarło 1 lutego 1863 .
W wojskach powstańczych służyło łącznie ok.
200 000 ludzi, z czego jednocześnie w walkach brało udział ok.
30 000 żołnierzy. Mimo początkowych sukcesów, nadeszła wiosna 1864
r. a z nią dzień ostatni.
Ten największy polski zryw niepodległościowy, Powstanie
Styczniowe, zakończył się klęską ….
Do upadku powstanie przyczynili się też Francuzi,
gdyż w 1862 r. zawarli porozumienie z Rosjanami, aresztowali
powracających z Londynu Polskich emisariuszy, przekazali dokładny spis osób
objętych siecią konspiracyjną i tajnych polskich pułkowników znad Wisły oraz
opisali drogi przerzutów broni zza granicy.
W walkach powstańczych zginęło kilkadziesiąt tysięcy
ludzi. Młodych, mądrych, kwiat polskiej inteligencji, większość pochodziła z rodzin szlacheckich. W
tej suchej liczbie ukrywa się żarliwe kochające i młode umarłe serce mojego
prapradziada, ojca Bolesława. Złapano i stracono blisko 1000 osób .
Około 38 000 skazano na katorgę lub zesłano na
Syberię.
10 000 powstańców ratowało się ucieczką
i wyemigrowało.
Po upadku powstania Kraj i Litwa pogrążyły się w żałobie
narodowej. A dookoła szalał terror zaborcy.
Wilno zostało spacyfikowane przez oddziały Murawjowa
Wieszatiela.
5.08. 1863 r. na stokach Cytadeli Warszawskiej zostali
powieszeni członkowie władz Rządu Narodowego, m. in Romuald Traugutt.
Zamykam Wikipedię,
i widzę tysiące powstańców, gdy padają pod kulami Rosjan. Wśród nich jest mój
prapradziadek. Może umierał z nadzieją wolnej Polski. Może już wiedział , że
walka jest rozpaczliwa a ten największy polski zryw wolnościowy umiera
razem z nim. …
Jego grób pozostał
bezimienny.
Serce żony pękło z
bólu, a syn Bolek żył pielęgnując dobre rodzinne wspomnienia i swoje
prywatne cierpienie…..
Opowieści mojej Mamy. Dziesięcioletnia Stefka na ulicach obcego miasta.
Dziewczynka ma
zaledwie 10 lat a już dźwiga potężny ciężar samotnego życia. To małe
wiejskie dziecko zostaje wrzucone do obcego wielkiego miasta, musi
docierać do obcej szkoły. Wędruje ulicami, coraz bardziej oswajając się z
pędzącymi obok samochodami. Ogląda robotników wychodzących z fabryk, których jest
dużo, bo to miasto przędzalni. Podziwia ich elegancję . Wszak zwyczajowo nawet
po najcięższej pracy każdy robotnik musi się umyć i zmienić ubranie robocze na
codzienne, czyste i w pojęciu dziecka wytworne. Pewnie są to nawyki niemieckie,
które tutaj się przyjęły. Po prostu nie wypada pojawić się na ulicy w brudnej
odzieży. Do końca życia Mama o tym opowiada, dziwując się zwyczajom
przyniesionym do Polski ze wschodu, gdzie umorusany człowiek na ulicy nie jest
dziwowiskiem
Opowieści mojej Mamy. Mama jest dzieckiem z innego świata…
Dziecko wałęsa się po
mieście, szeroko otwierając błękitne oczęta. Wszystko jest niezwykłe. Ale
najpiękniejsze są wystawy sklepowe. Zachwyca się kolorowo ubranymi manekinami
ale zawsze długo się przygląda wystawom cukierni. Za szklaną niedostępną wielką
zaczarowaną szybą piętrzą się stosy różnokształtnych ciastek. Gdy ktoś wychodzi
z cukierni, dziecko wchłania całym organizmem cudny zapach kawy i słodkości dla
niej niedostępnych.
To jest inny świat,
nie jej świat.
Nawet nie ma pomysłu,
by tam wejść.
Jest jak dzikie biedne
zwierzątko, bierny obserwator zwykłego dla innych życia.
Zresztą i tak nie ma
pieniędzy, a tyle rozumie, że te wyroby można tylko kupić….
Moja Mama, długo
później, gdy już jest w seminarium nauczycielskim, zamienia swoje czarne
kawałki chleba na białe bułeczki okraszone masłem i wędliną z rozpieszczonymi
zamożnymi koleżankami. Dla nich czarny chleb jest egzotycznym pachnącym
rarytasem….
Opowieści mojej Mamy. Ziemniaki drogocenne…
Mama jest jeszcze
bardzo mała, ma niewiele ponad 10 lat. W moim wyobrażeniu jest stale za mała na
samodzielne życie. A jednak….Uczęszcza do 5 klasy szkoły podstawowej w
Białej która wtedy jest samodzielnym miastem położonym obok Bielska.
Mieszka w tym
mieście, w ciemnym kącie wspólnej izby z rodziną niemiecką .
Którejś nocy, budzi
się nagle, bo czuje, że ktoś szura obok jej legowiska. I widzi swoją
gospodynię, właścicielkę mieszkania, która po ciemku wyjmuje z leżącego obok
siennika worka ziemniaki . Ten worek przywiózł ojciec Stefki, Michał. A
przedtem w pocie czoła uprawiał kamienistą górską ziemię . Ziemniaki są podstawą
pożywienia tego wiejskiego dziecka. Zalękniona niebieskooka dziewczynka leży
cichutko, nie reaguje, pewnie się boi poruszyć. Potem długo płacze,
płacze do rana . A może nie płacze, może już wypłakała łzy i tylko twardnieje
jej serce.
Gdy nadchodzi sobota,
jak zwykle wędruje do domu, do Godziszki. Boi się opowiedzieć ojcu o tym,
że gospodyni ją okrada. Może się lęka, że ojciec zabierze ją do domu i umrą jej
nadzieje na edukację . W końcu mówi o tym matce, albo starszej siostrze.
Wreszcie ta informacja dociera do ojca.
Ten natychmiast
reaguje, jest oburzony i jedzie do Białej, rozmawia z gospodynią i
postanawia zabrać córkę na kwaterę do innych, może lepszych ludzi….
Opowieści mojej Mamy. Kolejny etap edukacji mojej Mamy- Seminarium
Nauczycielskie.
Stefka uczy się
pilnie. Zresztą lubi te chwile spędzane z książką. Ładnym okrągłym pismem zapełnia
ściśle limitowane ceną zeszyty. To pismo pozostaje na zawsze, nawet gdy jest
już stara i niesprawna, jej literki są równe i po dziecinnemu okrągłe….
Potem chce być
księgową , bo kocha matematykę. Ale ojciec decyduje , że powinna zostać
nauczycielką. Chcąc nie chcąc, zagrożona wyrzuceniem z domu, albo utratą szansy
dalszej edukacji, zdaje egzamin do Seminarium Nauczycielskiego w Białej.
Jak już pisałam, wówczas
Bielsko i Biała są odrębnymi miastami , przedzielonymi jedynie rzeką Białą.
Biała jest typowo przemysłowym miastem, tam kwitnie przemysł włókienniczy. W
odróżnieniu od Bielska, gdzie mieszkańcami są głównie Niemcy, w Białej jest
wielu Polaków.
Matka jest zachwycona
elegancko ubranymi ludźmi , robotnikami, którzy wychodzą z fabryk . Ogląda wystawy
gdzie piętrzą się białe bułki i różne ciasta. Nigdy nie wchodzi do środka , bo
po prostu nie ma pieniędzy.
Szkołę prowadzą
zakonnice, kobiety z zamożnych rodzin niemieckich. Jeszcze tam są , niedawno
widziałam ich przecudne suknie z przezroczystej delikatnej czarnej
tkaniny jedwabistej, miękko falującej na sztywniejszej czarnej podszewce.
Mama ciepło wspomina
jedynie te zakonnice , które pochodzą z najbiedniejszych rodzin i nie wnoszą
majątku do klasztoru. Muszą w zamian ciężko pracować fizycznie obsługując
internat i klasztor. Codziennie dźwigają węgiel na wysokie cztery piętra
klasztoru , szkoły i internatu. Mama czasami pomaga im w tych pracach, bo są
już w podeszłym wieku, wychudzone i prawie bez sił. Te najbogatsze, z
monogramami wyhaftowanymi na sukniach, opasłe i złe są złośliwe i bezwzględne w
traktowaniu zarówno uczennic jak i ubogich współzakonnic.
Opowieści mojej Mamy. Profesor Koterbski.
Matka lubiła opowiadać
o wspaniałym nauczycielu , z którym zetknęła się w Seminarium Nauczycielskim.
Nauczał tam muzyki i
nazywał się pan profesor Koterbski.
Był ojcem późniejszej
znanej piosenkarki- Marii.
Był wzorem
wytwornego i w dodatku niezwykle przystojnego dżentelmena.
Nigdy w czasie lekcji
nie wychodził z roli. Był dostojny , zawsze zrównoważony i bardzo opanowany .
Do wszystkich odnosił się z szacunkiem i powagą.
Ubierał się elegancko
i zawsze roztaczał miły zapach jakiejś dobrej wody kolońskiej.
Do uczennic zawsze
zwracał się per pani, mimo, że nie wszystkie dziewczyny były
pełnoletnie w czasie edukacji.
Uczennice uwielbiały
go i otaczały wielką estymą. Muzyki uczyły się pilnie, by mu nie sprawić przykrości.
Gdy kroczył ulicami
Białej, wyróżniał się z tłumu smukłą elastyczną sylwetką , ozdobioną
wytwornym kapeluszem i ogólną wielką elegancją .
Gdy mijał którąkolwiek
swoją uczennicę, nawet najbiedniejszą czy najmłodszą, pierwszy się
kłaniał, zdejmując kapelusz.
Czasami odwiedzała go
w szkole jego żona z małą córeczką, która przypominała żywe srebro. Wbiegała do
klasy wnosząc żywiołową dziecięcą radość. I wówczas uczennice widziały
piękny czuły uśmiech swojego ukochanego profesora.
Była samą radością .
Potem wyrosła z niej
piękna zdolna rozśpiewana pannica, która do starości zachowała młodość. To
Maria Koterbska, nasza rodzinna bardzo ulubiona piosenkarka.
Ile w tym naszym
uwielbieniu było projekcji opowieści Mamy o jej ojcu, niezwykłym nauczycielu
a ile zachwytu nad talentem Marii, trudno powiedzieć….
Opowieści mojej Mamy. Rzetelne przygotowanie do zawodu nauczyciela.
Uczennice Seminarium
Nauczycielskiego poznają różne tajniki skutecznego nauczania. Po wojnie, gdy
Mama uczy w Szkole Podstawowej w Gorzowie, zwaną Ćwiczeniówką, prowadzi lekcje,
na których obserwatorami są uczniowie Liceum Pedagogicznego a potem Studium
Nauczycielskiego. Wykładowcy tych szkół średnich lubią Jej lekcje. Mama
ma ich dużo i pamiętam jak w domu opracowuje konspekty swoich lekcji i także
planowanych lekcji, które muszą prowadzić przyszli nauczyciele. Przybywają oni
do naszego domu i w wielkim skupieniu przygotowują się do nich. Potem Mama
ocenia jakość i styl przeprowadzonej przez młodzież lekcji. Jej głos jest ważny
w ogólnej ocenie studenta.
Jeszcze długo po
przejściu na emeryturę i po przeprowadzce do Warszawy, Mama otrzymuje
okolicznościowe pocztówki od tych wykładowców. Niestety nie zachowały się
bardzo miłe kartki od ówczesnego dyrektora Studium Nauczycielskiego pana Jodki,
szkoda.
Podobno, gdy władze
oświatowe wprowadzały kolejne reformy nauczania, nie zawsze były one zrozumiałe
dla nauczycieli. Przychodzili wówczas do Mamy i prosili o wyjaśnienie. Te
reformy nie były dla Niej żadnym odkryciem, przecież tego uczyła się w swoim
przedwojennym Seminarium.
Opowieści mojej Mamy. Fundusz socjalny w Seminarium…
Zakonnice, które
prowadzą Seminarium Nauczycielskie w Białej, do której uczęszcza moja
Mama dbają o ogólny rozwój wychowanek.
Realizują plan
wspólnych wyjść do teatrów, wyjazdy do Krakowa . Przedtem na lekcjach omawiają
treść sztuki, scenariusze i zapoznają się z najciekawszymi przedstawieniami na
świecie. Wyjazd jest bardzo uroczysty i pozostawia głębokie wrażenie wydarzenia
bardzo ważnego w życiu.
Już na uroczystym
rozpoczęciu edukacji w Seminarium, dyrektorka szkoły mówi o wspólnych
wycieczkach i wyjazdach do teatru i od razu uspokaja uczennice, że te, które są
niezamożne mogą korzystać ze specjalnego szkolnego funduszu pod warunkiem
złożenia oświadczenia, że po zdobyciu zawodu, ze swoich pierwszych pensji,
oczywiście w miarę możliwości, będą zwracały zaciągnięty dług. Podobno
nie zdarzyło się , by dziewczyny zawiodły. W ten sposób wszystkie miały szansę
przeżyć pięknie czas nauki.
Mama wspomina o tym
wielokrotnie i pewnie Jej stałe zainteresowanie światem zachowane do bardzo
późnej niedołężnej starości zostało pobudzone właśnie w okresie nauki w
Seminarium.
Pewnie też trafiło na
bardzo podatny grunt niezwykłej osobowości mojej Mamy.
Opowieści mojej Mamy. Wyprawy w góry.
W Seminarium są
organizowane wycieczki w góry .
Beskidy , Tatry są na
wyciągnięcie ręki. I na szczęście wyjazdy nie są kosztowne.
Potem wędrują
górskimi szlakami, odziane w długie spódnice. Nie wiem jak to jest możliwe, że
te spódnice nie przeszkadzają w pokonywaniu wspinaczki. Ale to takie czasy, gdy
dziewczyny w spodniach to jedynie wyraz ekstrawagancji. Tak więc opatulone w
swoje kreacje lądują na Giewoncie , co widać na zachowanym zdjęciu. Na głowach mają obowiązkowe czapki z
ładnym monogramem na czole.
Dziewczyny czekają na
te wyprawy, nie straszne im trudy, bo widoki zapierające dech w piesiach dodają
im skrzydeł.
Gdy córka mojej
kuzynki, nauczycielka w szkole w Łodygowicach, miejscowości u podnóża Beskidu
Małego , zapalona miłośniczka górskich wędrówek, zabiera młodzież ze swojej
szkoły na kilkudniowe wyprawy, spotyka się z zarzutem rodziców, że dzieci są
przemęczone po łażeniu w góry. Nawet trudno to skomentować. Czy to znak czasów?
Nadopiekuńczość to czy głupota? Co wyrośnie z tych dzieci?
Opowieści mojej Mamy. Mama zostaje nauczycielką.
W ostatniej klasie
Seminarium Mama już nie mieszka w internacie, bo pobyt w nim obciąża budżet
rodzinny. Z domu maszeruje na stację kolejową w Łodygowicach, pokonując
trasę ponad 3 km. Polna droga zbiega w dół Kotliny Żywieckiej , i w dwóch
miejscach wiedzie przez strumyki, które w czasie ulewnych opadów bardzo
przybierają. Mama musi przejść nad nimi wąską chybotliwą kładką.
Nadchodzi maj i dni
matur. Jest rok 1925. Wystrojona odświętnie Mama pędzi do pociągu. Woda w
strumykach jest wielka, ciemnobrązowa, mętna i skłębiona. Na kładce Mama traci
równowagę i wpada do potoku. Wydrapuje się na brzeg i ociekając wodą wpada do
pociągu. Dopiero w szkole wyciera się, wyżyma spódnicę i wylewa wodę z butów i
wkracza do sali egzaminacyjnej. Nikt nie zauważa, że jest przemoczona i dygocze
z zimna. Ale pisze , jest przygotowana i nie ma problemów z wiedzą. Wraca do
domu tą samą drogą. Następnego dnia podąża na kolejny egzamin.
Gdy po zakończeniu matury
ze świadectwem dojrzałości, dyplomem nauczyciela w kieszeni przychodzi do domu,
chce się pochwalić, ale nikt nie ma czasu na rozmowę.
Jedynie jej
matka, odwraca się od garów i pyta- czy zdałaś? Odpowiada zdałam – to dobrze,
słyszy odpowiedź.
Gdy wraca ojciec z
pola, chwali córkę, i od razu mówi, że teraz ona musi pomagać finansowo
rodzinie, gdyż edukacja była kosztowna.
Dla Mamy jest to
oczywiste, więc słowa ojca trochę bolą. Ale przełyka to pokornie.
Opowieści mojej Mamy. Wyjazd na kresy…
Po uzyskaniu dyplomu
nauczycielki Mama od razu rozpoczyna poszukiwanie pracy. Nie jest o nią łatwo.
Miejscowe szkoły mają już stałą kadrę nauczycieli, zresztą Mamę kusi Świat
daleki.
I dlatego, gdy się
dowiaduje, że są wolne etaty na Wileńszczyźnie, od razu podejmuje decyzję
wyjazdu. Jest rok 1925, niedawno powstała Polska i nowe polskie szkoły na
terenach wschodnich bardzo potrzebują nauczycieli.
I Mama mając
poczucie misji, że niesie tam kaganiec oświaty, opuszcza rodzinny dom i
rozpoczyna wędrówkę na dalekie kresy.
Czy rodzina Ją tkliwe
żegna, nie wiemy. Pewnie się już wszyscy przyzwyczaili do Jej nieobecności w
domu. Starsze przyrodnie siostry są zajęte swoimi sprawami, są już
zamężne, albo przygotowują się do ślubu. Młodsze rodzeństwo może zazdrości,
może podziwia. Ale poza Mamą żadne dziecko z tej rodziny nie opuściło stron
rodzinnych , więc pewnie ta zazdrość i ten podziw dla starszej siostry, jeśli w
ogóle były, były niewielkie.
Ale tego dnia
wyjątkowo Ojciec dowozi ją i jej niewielki kuferek na stację w Łodygowicach.
Podróż pociągiem trwa około dwóch dni.
Z Łodygowic znajomy
pociąg unosi Mamę do Bielska, potem podróż jest nowością. Nowe
krajobrazy za oknem, inne klimaty. Jej góry zostają daleko. ..
W Bielsku Mama wsiada
do innego już, obcego pociągu, który kończy bieg w Warszawie. O czym myśli ta
młoda osiemnastoletnia dziewczyna, gdy siedzi sama w tłumie innych
podróżujących. Czy ma lęk i niepewność w sercu? Pewnie nie, bo już jest
zahartowana, przecież od 10 roku życia żyje wśród obcych.
Gdy dobija do Warszawy,
wie, że musi pokonać znaczą trudność. Gdyż Jej pociąg dojeżdża do dworca
głównego, a kolejny, do Wilna wyrusza z warszawskiej Pragi.
By tam dojechać trzeba przemierzyć kawał Warszawy. Ale i to
pokonuje.
Z Warszawy do Wilna
podróż jest nieomal komfortowa, mimo, że twarde deski wpijają się w pupę. Ale
Mama ma odporną na niewygody pupę góralki i twardy charakter ….
W Wilnie ostatnia już
przesiadka do pociągu na Petersburg .
Teraz trzeba uważać,
by nie przegapić maleńkiego miasteczka nieopodal Rakowa, gdzie jest
docelowa stacja Mamy.
Stamtąd zabierają Ją
wozem dobrzy ludzie.
I wkrótce ląduje w Rakowie, małym sennym miasteczku, pachnącym gnojem i brudem a także łagodnymi uśmiechami miejscowych. Mowa ich zaśpiewna, miękka, trafia prosto do serca. Mama jest zadziwiona nowymi dla niej wrażeniami, ale ogólnie od razu czuje, że jest w domu….
Kochani, wyciągnijmy nogi z tego błota które
nas oblepia, mlaska z zachwytem, że zalało serca, zamuliło umysły i wciąga w
swoją brudną głębię coraz bardziej ukontentowane.
Brzydkie bolesne słowa śmigają w przestrzeni,
zachowania lekceważące, odwracanie się plecami gdzieś na półpiętrze naszej świątyni praw wszelakich, zło
wyhodowane na jakże bujnej i szlachetnej piersi zielonego mojego Żoliborza.
Gdzie dobro Kuronia zatopione, skąd Powstańcy Warszawscy, kanały oglądane dziś,
Hłasko choć chłopak z dobrego domu, ale zaglądający nad Wisłę, gdzie chałupki Marymontu
byle jakie i ludzie niekoniecznie szlachetni, ale ze swoimi prawami pięści,
Hłasko oglądający znad Wisły migocące w
słońcu szklane domy pierwszej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
W tych oto domach Rodzice naszego kolegi
Jurka Marcinkowskiego o czym pisał w tym
blogu, cieszyli się sobą świeżo po
ślubie i zaręczynach polegających na wymianie podręczników do medycyny.
Wreszcie tu Popiełuszko i Jego siła i prawość
udzielana innym.
Szatan widać tam gdzie Dobro, atakuje najbardziej, wylęga się ze złego jaja, a może z własnego nieszczęścia i demoluje rzeczywistość pokoleń….
Ale dość rozważań, niech nasza Romantyczność
przypnie skrzydła, nie dajmy się, bądźmy Niezależni, Wolni a NIC NAS NIE
DOTKNIE, pofruniemy tam gdzie zechcemy zostawiając zły świat.
Oto jedna z opowieści dla mnie „wyzwalających”.
Bo o kolei, podróżach i pięknie nieograniczonej wolności. Zabieram Was ze sobą moi Drodzy….
Mój
Tato, urodzony w 1908 r., w bardzo wczesnym dzieciństwie zakochał się w
pociągach, torach kolejowych, mostach i wiaduktach.
Tej
miłości był wierny do końca swoich lat.
W Jego
rodzinnym miasteczku – Rakowie (obecnie Białoruskim), nie było kolei – należało dojechać furmanką chyba
ponad 20 km, by znaleźć się na dworcu.
I oto któregoś dnia moi Dziadkowie – Stanisława z d. Rodziewicz i Tomasz
Łukaszewiczowie postanowili wybrać się do Wilna by odwiedzić ciotkę
Dzierżyńską której mąż był kolejarzem. Zabrali
ze sobą małego chłopczyka, dlaczego właśnie Jego, nie wiem. Może starsze
siostry i bracia nie byli zainteresowani, może mieli już swoje życie. A może to
LOS podpowiedział, że TEN CHŁOPIEC CZEKA NAJBARDZIEJ, że warto właśnie jego, bo
LOS zaplanował mu życie z koleją. Nie
wiem.
Ale ta
podróż stała się wydarzeniem które przyniosło Tacie tę Pierwszą i Jedyną taką Miłość.
Tę
wyprawę zapamiętał na całe życie i często
wracał wspomnieniami, których wysłuchiwałam przesiadując na podłodze u Jego
stóp i czułam jak fala tej Miłości mnie unosi i zalewa rozkoszą serce.
Od tej
pory mieliśmy tę Miłość wspólną i obdarowuję nią moje Dzieci a może i Wnuki a
także chciałabym Prawnuczkę, choć jeszcze mała jest.
Jeśli
mam marzenia, to nie jakieś dalekie podróże, a tylko „ wsiąść do pociągu byle
jakiego” i ujrzeć jak pejzaż za oknem ucieka odsłaniając stale nowe widoki w
rytm kół….
Gdy
udaje mi się wyruszać w podróż koleją, choć już coraz rzadziej, a jeszcze te
rygory pandemii COVID-19 zamykają mi świat, unoszę ze sobą opowieść Taty.
I mam
w oczach obraz małego chłopca o bladoniebieskozielonych oczach pełnych zachwytu, który wygląda przez
otwarte okno aż nagle podmuch powietrza
porywa mu czapeczkę z głowy z której był tak dumny…..to jakby Jego zaślubiny z koleją – dla mnie
symboliczne.
Tata opowiadał też barwnie i obrazowo jakie wrażenie na nim sprawił widok wielkiego
spoconego czarnego cielska parowozu. Była to tłusta, spocona, zasapana Bestia z kołami wyższymi od małego chłopca, które
poruszały się przy udziale poprzecznych żelaznych „łap”. Zwykle przez okienko wyglądał bardzo usmolony
pan, a drugi od czasu do czasu otwierał
drzwiczki wielkiego pieca, skąd buchał ogień piekielny i ten drugi czarny pan
wrzucał w jego paszczę całe wielkie szufle węgla. Najedzona bestia wydmuchiwała
kłęby pary z wielkiego komina a potem gwiżdżąc i sapiąc ruszała z
miejsca. Miała wielką siłę bo ciągnęła tyle wagonów. A w każdym siedzieli
ludzie na milutkich gładkich i lakierowanych ławkach.
Tato
najpierw siedział grzecznie onieśmielony nową dla niego sytuacją, ale po chwili
stanął na ławce i wyjrzał przez otwarte okno. I jak już napisałam, w tym właśnie momencie
wiatr porwał mu jego nowiutką a już ukochaną czapkę. Mógł tylko oglądać jak
frunie w dal, gdzieś, gdzie wzrok już nie sięga…
Gdy o
tym myślę o bardzo wielu latach, przyszła mi myśl, że może to był symboliczny
akt „zaślubin” Taty z zawodem. Może trochę przesadzam, ale
Ojciec kochał kolej Miłością Pierwszą – taką z Trwającym ZACHWYTEM do ostatnich swoich dni.
Pewnie
ta Miłość była tak silna, że wbudowała się w nasz rodzinny genotyp i jest
przekazywana następnym pokoleniom jako nieustanna FASCYNACJA ….
Czuję
ten Gen w sobie, czuję jak się niespokojnie wierci i namawia – ruszaj w Podróż,
ruszaj w Nieznane, w siną dal, oglądaj jak uciekają tory i perony przebiegają
za oknem, siadaj na dworcowych ławkach, oglądaj ludzi, wdychaj ich zapachy, bo
to Życie, jego pełnia….
A przecież lat mam niemało a i pociągi wyglądają teraz już inaczej. Ale zawsze są te tory, zawsze zadziwiającą równoległe, perony na których ktoś czeka lub nie i dworce JAK PRZYSTANKI W ŻYCIU – nie zawsze odnowione, czasem obskurne z pamięcią dawnego czasu, lecz zawsze związane z OCZEKIWANIEM czegoś co nadejdzie i z NADZIEJĄ, że będzie piękne…
Zdjęcie mojego Taty, które zamieściłam na Fb jako Klara Klon ( mój nick)
Gdy czerwcowa noc zapala za moim czarnym do tej pory oknem wielki lampion, z jarzącymi tajemną bielą światełkami jaśminowych kwiatów, czuję, że nadeszła pora na zakochanie. Nie moje, bo moje było stokrotkowe, frezjowe przypieczętowane gerberami, ale zakochanie moich rodziców.
I cofam się do roku 1926 i jestem w maleńkiej polskiej kresowej mieścinie, tuż przy granicy z Rosją, w Rakowie, gdzie jest 19 letnia Stefa, bo tyle lat miała gdy przybyła w dalekie dla niej strony by uczyć polskie dzieci . I jest Wacław, miejscowy chłopak w tym samym nieomal wieku, absolwent wileńskiej Szkoły Technicznej. I spotykają się na potańcówce, na którą iść nie miała ochoty, ale zaciągnęła ją koleżanka. On właśnie przyjechał do rodziców, a od kilku lat bywał w Rakowie rzadko. I zobaczył tę beskidzką góralkę o niespotykanej tu surowej urodzie i wielkim błękicie trochę nieśmiałych oczu . I popłynął do niej z przeciwległego krańca sali, a miejscowe panny tylko patrzyły i było im żal, że nie do nich. tak płynie. I ona zatonęła w jego szarozielonych dobrych i łagodnych oczach. I tańczyli do rana, razem, tylko sami na parkiecie , bo tak im się zdawało.
A rano ktoś zapukał w okienko izby w której mieszkała. Jeszcze senna, gorąca od marzeń, wyjrzała …
Pod oknem stał Wacek, ten, którego dłoń jeszcze czuła i ramię opiekuńcze i który zamęt spowodował w jej głowie …bez słowa podawał jej czapkę wypełnioną kwiatami jeszcze wilgotnego po nocy jaśminu. Krótkie były jego łodyżki, jak to jaśmin ma – jeśli się nie chce łamać całych gałęzi, łatwo zerwaćte krótkie łodyżki.
Nigdy kwiatów od nikogo nie dostawała, a może dostawała, ale nie opowiadała. Tylko o tym jaśminie w czapce i tamtym dniu wspominała. I tato nieraz wspominał. I żyli razem długo i szczęśliwie. Chyba do pełni szczęścia dużo im brakowało. Opisywałam już kiedyś ich losy. Ale do końca swoich dni jaśmin ten wspominali….
A teraz pozostał we mnie, jaśmin, symbol zakochania i jest i co roku zapala noc czerwcowa białoświetlisty lampion na ciemnym niebie za moim oknem ….
W połowie maja 1934 roku, wczesnym porankiem, obwieściłem światu swoje nadejście. Nie wiem, czy był to dzień ciepły, czy owinięty szarugą i chłodem. Ale jedno jest pewne: miejscowość mojego urodzenia to graniczne miasteczko na kresach wschodnich, to po prostu Raków.
Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że właśnie Raków stał się znany z powieści Sergiusza Piaseckiego „ Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”. Bo właśnie tędy wiódł przemytniczy szlak bohaterów powieści.
W Rakowie moja matka Stefania z domu Jakubiec , pochodząca z góralskiej wsi Godziszka, z której widać było Skrzyczne i pasmo kolejnych gór, znalazła się jako nauczycielka po studiach w Bielsku Białej. Na tym terenie ciężko było o pracę, toteż los rzucił ją do Rakowa. I tutaj właśnie poznała mojego przyszłego ojca, specjalistę od kolejowych dróg. Ojciec Wacław pracował w Wilnie, toteż rzadko widywałem go w domu. Za to lepiej zapamiętałem jego matkę, a moją babcię Stanisławę, prowadzącą niewielkie gospodarstwo domowe. Była zawsze serdeczna, troskliwa, opiekuńcza.
Niestety , z tych kilku Rakowskich lat mało zapamiętałem.
Dla mnie był wszystkim co wiązało się z moim dzieciństwem.
W opowiadaniach Mamy wracał temat tego lasu, historii jej rodziców a moich dziadków – Michaliny i Bolka Rodziewiczów. Bolek był sierotą po powstańcu styczniowym i został wychowany przez księdza Karpińskiego. Był organistą w miejscowym kościele, czytał wielkie księgi , sprowadzał gazety z Wilna. Spragniony czułości zbudował piękną rodzinę z Michaliną. W takiej atmosferze wychowywała się moja Mama- Stanisława.
Rodzina mojego ojca- Tomasza Łukaszewicza też była dobra, silnie ze sobą związana. Wierzyłem, że mając ich geny też będę dobrym mężem, może kiedyś ojcem i potrafię zwyciężyć trudności.
W refleksyjnym i optymistycznym nastroju wróciliśmy do swoich domów.
Następnego dnia o świcie wyjeżdżałem do Wilna , do pracy.
Kończyły się ferie świąteczne , szkoła otwierała podwoje, więc Stefa też wpadła w wir zajęć.
Więc rozpoczęły się dla nas dni zwykłe, wszystkie takie same ale nasączone wielkim oczekiwaniem.