Na medycznej ścieżce. Wszy….

 Gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowowej miałam długie białe włosy. Mama codziennie mi zaplatała dwa ciasne warkocze, tak je upinając na głowie, że z trudem zamykałam oczy.

Któregoś dnia poczułam niesamowite swędzenie skóry głowy. Gdy zasiadłam do kolacji zaczęłam się  intensywnie drapać , odbierając apetyt  domownikom.

Po chwili Mama się zorientowała i zabrała mnie od stołu. Poszłyśmy do sąsiedniego pokoju, Mama ,  rozplotła  warkocze i zaczęła oglądać moją głowę, starannie rozdzielając włosy. Niebawem oznajmiła, że znalazła gnidę . Okazało się , że zostałam szczęśliwą posiadaczką  wielkiej wszawej rodziny. Wprawdzie Mama była mniej szczęśliwa, ale ja pękałam z dumy. W końcu nie wszyscy mieli wszy, więc czułam się wyróźniona.

Zabieg iskania trwał dość długo i był codziennie powtarzany. Mama wyjmowała gnidy i wszy, które następnie układała na białej kartce papieru. Widziałam te stworzonka. I chyba nawet było mi ich żal, gdy Mama je rozgniatała paznokciem . Ten suchy trzask dobrze zapamiętałam.

Aż któregoś dnia Mama stwierdziła, że już nie znalazła żadnego mieszkańca mojej głowy. Zabiegi były nudnawe, więc ucieszona pobiegałam na swoje ukochane podwórko.

I po wielu latach, gdu zostałam pomocą lekarską i znalazłam wszy w głowach kolonistów , myślałam, że nadszedł kres moich wakacji . I widocznie moim przeznaczeniem będzie wydobywanie tych żyjątek . Już się nawet  z tym pogodziłam, bo przecież chcę zostać lekarzem, a teraz jestem na drodze do zawodu. A ta droga nie musi być  lekka i prosta:) Tymczasem niespodziewanie przyszło wybawienie. Kazia wyjęła z szafy dyżurki lekarskiej cudowny lek na wszawicę. Znając realia, przygotowała się zawczasu. Podziwiałam jej przezorność. Miała także zapasy płótna , a może to były jakieś stare prześcieradła.

Podała mi  butelkę z jakimś płynem. Przeczytałam na naklejce, że jest to ocet sabadylowy. Brzmiało tajemniczo, ale nie spodziewałam się fetoru, który  niespodziewanie walnął mnie w nos, gdy otworzyłam butelkę.

Nie wiem, jak wytrzymywały ten zapach nosy zawszawionych kolonistów. Musiałam owym płynem polewać ich głowy, a następnie zakładać kawałki płótna , modelując coś na kształt turbanów. Dzieciaki zostały zamknięte w izolatce. Nic dziwnego, bo z powodu tego fetoru  innych  kolonistów musiałybyśmy leczyć z powodu uporczywych wymiotów. Pewnie też  zawszawione dzieciaki stałyby się atakiem niewybrednych żartów kolegów.

Przez trzy kolejne dni zmieniałam okłady, i potem okazało się, że niespodziewani mieszkańcy opuścili biedne głowy.

Po wielu latach, w szpitalu dziecięcym , w którym pracowałam, pielęgniarki zapisywały w historiach choroby niektórych dzieci tajemnicze zdanie –„ Założono czepiec „ Dzięki doświadczeniom kolonijnym dobrze znałam znaczenie tych słów…i rozpoznawałam  znajomy zapach cudownego leku….i wracały cudne wakacyjne czasy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *