zdjęcie własne, nad Bugiem
Kochani !
Pewnie zauważyliście tytuł. Oto rozpocznie się kolejny rozdział tego blogu . Pamiętnik Mariolki będzie przeplatany opowieściami Leszka Milanowskiego, bo Ona wywołała temat wczorajszym tu wpisem. Od opisywanego w nim momentu losy Marioli i Leszka niejako splatają się ze sobą , ja jestem trochę z boku, ale gdzieś w tle widoczna, choć mglista …. ale po kolei – było tak :
Wczorajszy dzień zapowiadał się nieciekawie. Po wieczornej wielkiej burzy ( cudnej) i całonocnej ulewie, rano było szaro i nieustannie płakało niebo. Gdy jak zawsze wędrowałam leśnymi drogami dzierżąc niewygodny parasol ( wprawdzie sosny szumiały cudnie) ogólnie było minorowo. Tym bardziej, że mieli przybyć Bratanek Mirka z ciężarną żoną i dwoma dużymi psami. Więc pichcenie, porządkowanie etc. Około południa towarzystwo zajechało i zaludniło nasz mały domek, więc uciekłam ponownie do lasu. Las jest moim przyjacielem, opiekunem i pocieszycielem – zawsze przegania czarne myśli i ładuje energią. Potem wprawdzie były miłe telefony, ale jeszcze nic nie zapowiadało niemiłego zgrzytu ale potem wieczornej radosnej, młodzieńczej eksplozji.
Towarzystwo zalegało w jedynej dużej izbie chałupki, piesy cichutko obok swoich właścicieli ( pozytywne), Magda piękna, eteryczna z krągłym brzuszkiem ( 8 miesiąc ciąży- fenomenalnie wygląda choć nosi w sobie Izabellę ), Janek opiekuńczy , szczebiotali w tonacji miłej dla mojego ucha, czasem coś krótko opowiadałam – o odnowionych kontaktach z dawnymi kolegami i wielkiej z tego przyjemności, o pisaniu, czasem wtrącałam opowiastkę z przeżyć przychodniano – szpitalnych. Było fajnie, domowo, rodzinnie.
Zgrzyt nastąpił, gdy gawędząc z młodymi, jednocześnie trzymałam laptopa na kolanach i nagle przeczytałam maila, wprawdzie nie do mnie adresowanego, ale przysłanego z innymi – bo gmail kompresuje całą korespondencję pomiędzy danymi osobami – i ją w takiej formie wysyła – przeczytałam więc przypadkowo to co nie było do mnie i dowiedziałam się, że osoba, której oferowałam pomoc – nie zrozumiała moich intencji – a adresat nie uważał za słuszne by zająć stanowisko w mojej sprawie – może jestem przeczulona – pewnie tak uważa, ale była to dla mnie przykrość – poczułam się intruzem – „ przybłędą „ – postanowiłam odciąć się od sprawy, pomimo tego, że interesował mnie temat i już zaczęłam swoje myślenie i działanie włączać – więc – odpisałam tej nieznanej mi osobie- przed którą nawet trochę otworzyłam serce ( och ta moja dziecięca naiwność – jestem stale „niewyuczalana ” w tym temacie ) – mail ten dałam do wiadomości adresatowi – przerywając ciąg tzw. dobrych uczynków. I stale w tyle głowy słyszałam i słyszę słowa mojego nieodżałowanego przyjaciela z okresu pracy w CZD – śp. Jurka Kryńskiego „ dobre uczynki mszczą się od razu albo chwilę później”.…..
Potem jednak, jakby na otarcie łez – czy w nagrodę zaczęło się dziać, oj zaczęło. Wszystko rozpoczął Jurek – pamiętniki – moje wspomnienia zamieszczone tu przed laty, wysłane – etc. Ale bezpośrednio teraz rozpoczęło się od Marioli 🙂
Otóż w poprzednim tekście pamiętnika tu zawartego opisała wydarzenie z poznańskich, studenckich czasów. Użyła pełnych imion i nazwisk naszych wspólnych kolegów, początkowo skopiowałam i zamieściłam w oryginalnej mariolkowej takiej wersji i nagle – doszłam do wniosku, że może osoby wymienione nie życzą sobie podawania danych.
Dotyczyło to Leszka Milanowskiego. Nie wiem, jak mogłam tak pomyśleć, ale może dlatego, że już kiedyś proponowałam Leszkowi by u mnie zagościł w blogu, ale wtedy nie chciał bym podawała jego personalia, przysłał tylko jedno wspomnienie i na tym się skończyło. No cóż, właściwie mało się znaliśmy przed 53 laty, gdy byliśmy razem na studiach medycznych Poznaniu i w jednej grupie na anatomii ( 1965-1968 rok) a i teraz jedynie z krótkiego epizodu intensywnych kontaktów telefoniczno messengerowo mailowych oraz z krótkiej wymiany myśli na Facebooku.
W związku z tym, jak może ktoś zauważył gdy przeczytał ostatni wpis Marioli wczoraj rano i po południu – nagle zniknęły nazwiska kolegów i pojawiały się jedynie inicjały a i to zmienione – gdyż Leszka nazwałam po prostu X. Odebrało to koloryt całej opowieści, która stała się bezbarwna i bezosobowa.
I późnym wieczorem doszłam do wniosku, że jednak napiszę do Leszka i zapytam co robić ? czy jednak się zgadza na pełną wersję Marioli . Rozmowa była żywiołowa, energetyczna, ciepła – jednym słowem przypominała gejzer ( choć nigdy nie byłam w Islandii – ale tak sobie wyobrażam – może widziałam na zdjęciach -na bezludziu – w monotonii krajobrazu – nagle bijące gorące źródło ) – bo taki jest Leszek – spontaniczny i czuły.
Oto skopiowana z Messengera nasza rozmowa :
Klara Klon ( to ja 🙂 ) Leszku Miły !!!
mam nietypowe pytanie
otóż Mariola opisała Ciebie, Teresę Tułecką z okresu studiów
zamieściłam w blogu tę opowieść, ale użyłam X zamiast Twojego imienia i nazwiska
co Ty na to ?
sob. 20:56
Leszek : Nie czytałem co napisała MARIOLA. Pięknie wspominam czasy z 1-go roku gdy razem z MARIOLĄ i Teresie Tułecką chodziliśmy m.in.na lodowisko przy Promienistej/Grunwaldzkiej. Były inne spacery i spotkania. ZOSIU, mam nadzieję, że nie zerwiesz ze mną kontaktów gdy coś Ci wyznam …
Klara : (drążę temat zgody na użycie danych w blogu )To zajrzyj do tekstu Marioli w blogu
Wyszukiwarka
zofiakonopielko.pl
I ten rozdział będzie
Przeczytaj o Teresie i Tobie
Ale Leszek nie podjął tematu, tylko kontynuował swoją rozpoczętą wcześniej myśl : ZOSIU, mam nadzieję, że nie zerwiesz ze mną kontaktów gdy coś Ci wyznam …
Mimo „zimnego” zachowania i wyglądu w środku do dziś jest we mnie „ogień” ( cały Leszek, tę opowieść już słyszałam od Niego, ale jestem zafascynowana tym, jak potrafi dawać ciepło swojej rodzinie – jak ją jednoczy i miłością obejmuje ) : Dwie Żony, pięcioro dzieci w tym jedno pozamałżeńskie, wszystkie kochane i traktowane jednakowo i wszystkie najbardziej kochane…
Klara : ( chcę przyspieszyć, przerwać myśl Leszka, choć przychodzi to z trudem ) : Czy może być Twoje imię i nazwisko bo tak napisała Mariola tylko ja bez Twojej zgody nie podam nazwisk Waszych !!!
A Leszek, pewnie nie czytając moich pytań , ciągnie dalej :
Przyznam się, że byłaś moja pierwsza fascynacja ( to tylko kurtuazyjny skłon w moją stronę, bo bardzo się lubiliśmy, fakt, ale nie sądzę, bym Leszka fascynowała – ale niech będzie – oboje byliśmy sobą wtedy zafascynowani 🙂 . Potem przyszła Tereska, która nigdy się że mną nie umówiła a zawsze spotykaliśmy się w towarzystwie Marioli, która wcale dla mnie nie była przeszkodą. Wręcz przeciwnie. Wynosiła śmiech, świeżość, normalność i potem już sam nie wiedziałem, która mi bardziej zawróciła w głowie 🙂 ..
A po drugim roku był obóz sportowy w Sierakowie, gdzie moi rodzice się „zaprzyjaźnili”. Tam spotkałem niesamowitą żywiołową „torpedę” z która o 4-tej rano chodziliśmy słuchać pierwszych śpiewów słownika i potem kilkumiesięczne codzienne pisanie listów na korze brzozowej z konsekwencjami możliwymi do przewidzenia…
Klara : Fajne, ( usiłuję ciągnąć swoje) tylko nie odpowiedziałeś na moje pytanie :czy mogę podać Twoje imię i nazwisko w tekście Marioli zawartym w moim blogu ?????
I wtedy nagle usłyszałam dźwięk messengerowego telefonu- wybiegłam z domku w czarność ogrodu, gdyż wieczory przychodzą już wcześnie – a w domku pełno ludzi – odebrałam – to Leszek video – radosny, wesolutki ucieszony – mówi, że chce mnie zobaczyć – nie widział od 53 lat – więc dobrze, że ciemność – mówię już ze śmiechem – ma zapamiętany mój obraz – jeśli ma – mnie młodziutkiej – a teraz – choć może coś dawnego by zobaczył w moich oczach – może nie – myślę – ja widzę – okularki – znam wizerunek z Facebooka, gdzie zamieszcza swoje zdjęcia – i pękam ze śmiechu, gdy mówi – o – muszę się uczesać – widzę – wyjmuje grzebyk i przeczesuje włosy po lewej stronie głowy – oznajmia – jak rozmawiam z kobietą – muszę być uczesany 🙂
Przeglądając zdjęcia i wpisy na Facebooku zawarte pod adresem Leszek Milanowski, zdjęcia sobie kopiuję ( te trzy zamieszczam teraz) , bo nie wiem kiedy mi przyśle swoje. Ale wzruszam się czytając tekst pod tą fotografią :
Najukochańszy Tatulk pod Słońcem!❤️ Dzień Ojca, czerwiec 2018
Dziękuje Ci za miłość, za wspaniałe przygody, za wycieczki krajoznawcze, za zwariowane wakacje, za spanie pod namiotem, za wszystkie cudne piosenki których nas nauczyłeś i z nami śpiewasz, za nigdy nie mówienie że jesteś zmęczony albo że czegoś nie można zrobić, a raczej namawianie nas do robienia tysiąc rzeczy na raz, za zawrócenie z połowy drogi z Kutna do Poznania po mojego liska który został u Babci i Dziadka, za wszystkie szalone pomysły, a najbardziej dziękuje Ci za moje ukochane Siostrzyczki i Braciszków, bo bez nich ten świat by nie miał sensu.
Kocham Cię Tatku! Twoja najukochańsza (wiem, wiem 😉) córeczka Anulka😘😘





Witam Cię bardzo serdecznie, Drogi Leszku, w obszernym, ładnie redagowanym i dynamicznie się rozwijającym blogu Zosieńki, niezwykle utalentowanej literacko. Jakże się cieszę, że spełnia się moje marzenie – i tak pięknie się rozrastają nasze lekarskie pamiętniki 🙂
Jurek, wspaniale „zaplodniles” nasze zycie. Moja Mama, historyczka mowila, ze nie jest wazne gdzie sie jest ale co sie napisze. Jako dowod podawala przyklad mnicha zyjacego na „koncu swiata” ktory korespondowal z papiezami i opatem klasztoru na Monte Cassino. Spisal historie swego kraju choc nigdy nie ruszyl sie ze swego miejsca. Zwiedzajac Jarrow pod Newcastle odnalazlem „Venerable” Bede, mnocha piszacego o Anglii okolo 700 r. n.e. Wspaniale, do dzis aktualne Jego przemyslenia. Jestem Nim zafascynowany. proponuje Wam zajrzenie do Jego tekstow. Zosia staje sie takim kronikarzem naszych czasow.
Pozdrawiam, z szermierczym gestem.
Leszek