Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .
Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-
Heleny z d. Wojciul
Po upływie kilku tygodni władza radziecka zaczęła ścigać bandytów, o których w różnych zakątkach zajętej Białorusi było słychać.
Złapano i tę trójkę uciekającą napełnionym wozem łupami za granicę na wschód.
Wóz i łupy zdobyli- zrabowali u starszego małżeństwa, które też zamordowali.
To było niedaleko miasteczka Krewa ( historyczne miasteczko- Król Jagiełło mieszkał tam w zamku i jeździł na polowania z Jadwigą).
Bandyci jak wiadomo byli w Wilejce pod śledztwem. Przyznali się do zamordowania gospodarzy – męża i żony koło Krewa, ale nie przyznali się do morderstwa rodziny Wojciulów, chociaż panny Kulickie na konfrontacji- śledztwie poznały jednego z bandytów z plamą na twarzy. Tak czy inaczej bandyci nie uszli kary takiej, na jaką zasłużyli.
Zamordowano ich razem z innymi więźniami w więzieniu w Wilejce, kiedy władza radziecka uciekała przed Niemcami w czerwcu 1941 roku.
Po pogrzebie rozjechali się krewni do domów, a ja z żoną i synkiem Mirkiem i bratem żony- Piotrem zamieszkaliśmy w Smorgoniach ( 5 km od szkoły w Sukniewiczach).
Po paru dniach pojechałem do szkoły, by ogłosić dzieciom, że zajęcia w szkole rozpoczną się w następnym dniu.
Jeżdżąc od wioski do wioski znajdującej się o 1- 2 km od szkoły, byłem pod wrażeniem strachu, że bandyci są wszędzie i mogą napaść i na mnie.
Wracając do domu- do Smorgoń, wstąpiłem do naczelnika milicji radzieckiej i poprosiłem o pożyczenie jakiejś broni, bym mógł bezpiecznie jeździć do szkoły w Sukniewiczach.
Prośbie mojej zadośćuczyniono i wręczono mi dubeltówkę z pięciu nabojami. Z bronią pod marynarką wróciłem do domu i poczucie śmiałości i odwagi wróciło mi
Zapomniałem napisać, że przed wyjazdem do domu wstąpiłem i do stróża szkolnego, któremu poleciłem by sprzątnął szkołę, umył okna, podłogę i pozdejmował portrety polskich orłów w klasach i na korytarzu.
Z bólem serca poprosiłem go też o powieszenie portretów Stalina i pięcioramiennych gwiazd w kancelarii , pokoju nauczycielskim, w klasie u góry nad tablicą szkolną. Bo taki był odgórny nakaz i nie było dyskusji.
Z kolei zwołałem krótką naradę z dwoma nauczycielami, którzy : jeden nauczyciel mieszkał u gospodarza o 100 m od budynku szkolnego, a nauczycielka- w budynku szkolnym. Powiadomiłem swoich nauczycieli, że jestem powołany na dyrektora przez inspektora szkolnego władz radzieckich, że nasza szkoła nazywa się „ niepołnośredniaja szkoła N.S.Sza w Sukniewiczach”.
Naukę w szkole będziemy prowadzili w języku białoruskim, języka polskiego nie będziemy uczyli. Natomiast od 3 klasy będzie wykładany język rosyjski. Do szkoły jeszcze mają przysłać 3 nauczycieli. W tym roku szkolnym ma być sześć klas, a w następnym roku- 7 klas. Kończąc, powiedziałem żeby się wzięli uczyć alfabetu rosyjskiego- kto nie umie.
Na rozpoczęcie nauki w szkole przyszły prawie wszystkie dzieci, które uczęszczały do szkoły polskiej.
Dużo już ich było na podwórku przed moim przyjazdem – przed godziną ósmą.
Przy spotkaniu witali się ze mną w języku polskim – tak jak przedtem.
Na polecenie moje wszystkie dzieci zgromadziły się w jednej z trzech klas.
Wchodzimy do klasy. Dzieci – uczniowie wstają.
Ja mówię po białorusku : że od dzisiejszego dnia będziemy w tej szkole uczyć się po białorusku, tj. mówić i pisać.
Zajęcia w szkole będą zaczynać się dla klas I, II, III o godz. 8.00 , a dla klas IV, V, VI o 11.30. Książek do języka polskiego nie należy przynosić do szkoły, będą inne książki- białoruskie. Na pytania zadawane przez dzieci, odpowiadałem także po białorusku. Objaśniłem dzieciom, że będą się one uczyć w tych samych klasach, w których uczyły się dotychczas.
Po krótkiej pogadance nastąpiła przerwa, podczas której starsze dzieci odeszły do domu, a młodsze poszły do swoich klas ze swoimi nauczycielami. Po godzinie lekcyjnej – 45 minutowej zwolniliśmy dzieci do domu.
Od 14.01.1983 do 2.01. 1984 była przerwa w moim pisaniu wspomnień, na skutek choroby- skrętu kiszek, od czego o mało nie umarłem. 34 dni leżałem w szpitalu, w którym dokonali szczęśliwej operacji, która trwała około dwie godziny. Tylko dzięki memu sercu jeszcze żyję. Ale życie w tym wieku ( 78 lat bez 19 dni) robi niespodzianki. Oto dziś stwierdzono u mnie żółtaczkę i piszę to już w szpitalu na oddziale zakaźnym, na którym przyjdzie mi poleżeć co najmniej 4-5 tygodni.
Kontynuuję opowieść o szkole białoruskiej pod okupacją sowiecką:
Dzieci przychodzą do szkoły i nauczyciele ( dwóch ich jest) też.
Ale cóż z tego, kiedy nie ma obiecanych przez władze podręczników w języku białoruskim. A nauczyciele nie umieją ani czytać ani pisać, ani też mówić po białorusku.
Ja, jako dyrektor ( już nominowany) Niepołnośredniej szkoły, znam ten język , bo nas w seminarium nauczycielskim w Wilnie uczono tego języka. Ponadto sam się urodziłem w tych stronach i językiem moim w dzieciństwie , aż do 17 roku życia był białoruski.
Nauczyciele natomiast stykali się z białoruską mową tylko obcując z dziećmi i ich rodzicami , nigdzie się tego języka nie uczyli, bo oni przeważnie pochodzili z południowej części Polski.
Wyjście z tej trudnej sytuacji było takie, że ja zacząłem uczyć języków białoruskiego i rosyjskiego, a im dwojgu oddałem inne przedmioty: matematykę, fizykę, rysunki, śpiew i gimnastykę.
Szły te ich lekcje jak z kamienia. Często było niemało i śmiechu.
Przez dwa miesiące było nas nauczycieli w tej szkole troje- jedna nauczycielka i nas dwóch, nauczycieli. Po wizytacji inspektora szkolnego przysłano nam jeszcze dwie siły nauczycielskie, wśród nich nauczyciela – Żyda i nauczycielkę języka białoruskiego ( moją żonę).
Z nauczycielem Żydem miałem dużo kłopotu. On tak mówił śmiesznie, że wszystkie dzieci w klasie pokładały się ze śmiechu. Powtarzał słowo: Nuu….nuu…Brak było w klasie dyscypliny i posłuszeństwa. Nieraz przerywał lekcję i przychodził do mnie ze skargą do pokoju nauczycielskiego. Musiałem interweniować w tej sprawie.
Z nauczycielką, moją żoną, nie miałem podobnych tarapatów, chociaż ona nie miała przygotowania pedagogicznego, bo tylko ukończoną szkołę handlową. Na kilku lekcjach przykładowych przeprowadzonych przeze mnie, zorientowałem ją, jak ma uczyć języka białoruskiego. Z wymową białoruską była obeznana, bo pochodziła z Wileńszczyzny.
Zadowolony byłem, że tak się dobrze złożyło, że żona przestała choć na kilka godzin myśleć o zamordowanych rodzicach.
Bo cały czas, gdy byłem na zajęciach w szkole, ona stała przed oknem i patrzyła na drogę, skąd często jej rodzice jeździli na targ do miasteczka Smorgonie, a stamtąd wracając, zajeżdżali do nas, do szkoły w Sukniewiczach. ….
c.d.n.


Trudne czasy . Jak nie takie to inne problemy. Dzięki za dalszy kawałek historii. Pozdrawiam serdecznie
Nie mieli wtedy Polacy łatwego życia, jedni odeszli, przyszli inni. A życie toczyło się dalej… Pozdrawiam
Przerażające są te opisy o grasujących wówczas bandytach, którzy na przykład tak bestalsko obrabowali a następnie zamordowali starsze małżeństwo. Ale równie przerażające i niezmiernie smutne są opisy warunków pracy nauczycieli pod okupacją sowiecką. Obyśmy takich czasów nie doczekali my, jak i nasze dzieci i wnuki! Chociaż nauczyciele również i dzisiaj nie mają łatwo!
Smutnych wspomnien ciag dalszy…
Takie tez zycie przynosi nam los.
Terazniejsze pokolenie na pewno przyjmuje te historie jako nieprawdopodobne, jako „bajki”.
Ja zas nie wyobrazam co przezywali moi rodzice, ktorych podobnie doswiadczyl los, bo zyli w tych samych czasach i miejscu gdzie sp.Pan Jan tj. na Bialorusi.
Byla bieda, byl strach, walka o przezycie, byla zsylka na Syberie itd.
Wszedzie czyhala smierc.
Z wyrazami wspolczucia dla rodzin i potomnych, by nikt i nigdy nie przezywal tego co nasi przodkowie, nasi rodzice, dziadkowie.