zdjęcie własne, jakby symbol …
Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .
Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-
Heleny z d. Wojciul
Zdawało się jak gdyby wszystko było na dobrej drodze do niezłego życia.
Aż tu niespodziewanie gruchnęła wiadomość , że Niemiec napadł na Związek Radziecki i szybkim marszem posuwa się w kierunku Mińska.
Już w pierwszych dniach tej wojny, tj. 22 czerwca 1941 roku wojska sowieckie, przeważnie zmotoryzowane mknęły co sił na wschód od Mińska, bo samoloty niemieckie już bombardowały wszystkie większe miasta, włącznie z Mińskiem.
Taka niespodziewana napaść stworzyła panikę.
Wszystkie oddziały piechoty wojsk radzieckich uciekały z dróg głównych prowadzących na wschód, bo samoloty niemieckie gęsto obstrzeliwały te szosy.
Samolotów bolszewickich nie było widać.
A jeśli których się pokazał, to niemieckie „ meserszmity „ skierowywały swój lot na wroga, dopędzały i zbijały bez wielkiego trudu na ziemię.
Na własne oczy widziałem kilka takich strąceń, z jednego zapalonego samoloty wyskoczył na spadochronie sowiecki żołnierz.
Panice uległy i władze miejscowe, bo dopiero na drugi dzień wojny z Niemcami zarządzili mobilizację.
Mnie też osobiście przywiózł kartę mobilizacyjną mój inspektor szkolny.
Żegnając się po krótkiej rozmowie, powiedział „ „ no i dadzim ( damy ) giermańcom „. Odjechał mój dobry przyjaciel, który uratował mnie od wywozu na Sybir ….
Ze łzami w oczach żony i synka zbierałem się do pójścia na wojnę za bolszewików.
W polskim wojsku nie służyłem, bo na komisji dali mi kategorię D- co oznaczało udział jedynie w pospolitym ruszeniu z bronią.
A teraz nikt nie pytał mnie czy mogę służyć w armii.
Z teczką w ręku ruszyłem na punkt zbiorczy- na stację kolejową w Zalesiu, skąd mieli nas zawieźć do Mołodeczna. W drodze spotkałem się ze znajomym z tutejszej wsi , też powołanym do wojska . Z nim to dobrnąłem do miejsca wyznaczonej zbiórki. Tu już było na placu około 50 osób czekających na przyjście pociągu z Wilna. Minęła 1 godzina, druga, a pociągu nie widać i nie słychać.
Zainteresowało mnie, co się dzieje na szosie idącej z Wilna na Mołodeczno.
Idę przez krzaki, a nad głową gwiżdżą samoloty niemieckie. Po dziesięciu minutach wysuwam głowę z krzaków i widzę jak mkną po szosie sowieckie tankietki, tanki, motocykle i inne zmotoryzowane oddziały. W popłochu uciekają, a samoloty gonią za nimi i ostrzeliwują ich z karabinów maszynowych.
Wracam do miejsca oczekiwania pociągu.
A pociągu jak nie było, tak nie ma.
Ktoś z aktywistów dał rozkaz: Idziemy piechotą do Mołodeczna.
Sprzeciwu nie ma, więc ruszamy w drogę.
Na drodze, brzegiem idziemy jeden za drugim, bo centrum szosy jest zajęte przez uciekających na łeb na szyję.
Idąc dość wolno , spojrzałem w lewo i zobaczyłem swoje rodzinne lasy. One dały mi bodźca , żeby uciec z tej gromady do tych gęstwin ojczystych, by tam przesiedzieć ten gorący czas ucieczki wojsk radzieckich. Do tych moich myśli o ucieczce, dołączają się znaki, które nam daje jeden żołnierz siedzący z tyłu małego czołgu- twarzą do nas, idących: „Wracajcie w tył i w las, w krzaki, bo tu Niemiec wszystkich wykosi”.
Podzieliłem się z tą myślą z towarzyszem, z którym wyszedłem z domu. Zgadzał się ze mną. Więc robimy jeszcze parę kroków naprzód i szybko skręcamy w prawo i w krzaki, które nas schowały- przyjęły w swoje objęcia.
Tego, że zniknęliśmy z luźnego łańcucha idących, chyba nikt nie zauważył. Bo któżby pilnował kogoś w takiej panice, każdy dbał o siebie , o własną skórę.
Już było prawie ciemno, gdy zabrnęliśmy do jakiegoś osiedla. Nie pytając o pozwolenie gospodarza, wleźliśmy do jego stodoły i tam nocowaliśmy. Nikt nam snu nie naruszył.
Obudziły nas promienie słoneczne, które przedarły się przez szczeliny w ścianach stodoły.
I oto jesteśmy na podwórku, nad którym przelatują samoloty pilnujące drogi oczyszczonej już z uciekających wojsk bolszewickich.
Gdy znajdujemy się na szosie, już na niej nie ma nikogo.
Tylko jeden jakiś uciekinier mknie na rowerze ze Smorgoń w naszym kierunku. Podjeżdża do nas. Poznaję w nim znajomego komsomolca. Krzyczy, nie schodząc z roweru, żebyśmy prędzej uciekali, bo Niemcy tuż- tuż.
Opuszczamy punkt obserwacyjny i udajemy się w kierunku swojego domu.
Postanowiliśmy wracać do domu drogami polnymi.
Idziemy, a tu o 100 metrów od nas mkną niemieckie „meserszmity” na stację kolejową, gdzie pełno ludzi czeka na pociąg. Sypią pociskami z karabinów maszynowych. Krzyk, pisk, jęk unoszą się w niebiosa.
My spokojnie idziemy do swych rodzin.
Po drodze spotykamy obywateli radzieckich mknących na motocyklach i ciężarówkach naładowanych bogactwem obywateli Białorusi.
W ciągu dwóch godzin byliśmy w swej wsi Sukniewicze., gdzie zostawiłem swego towarzysza a sam poszedłem do swojej szkoły.
Z lękiem wstąpiłem do mieszkania, gdzie z radością spotkali mię żona z synkiem Mirkiem. Na pytanie moje, czy byli przedstawiciele władzy radzieckiej, odpowiedziała żona, że tak, z samego rana.
Po pokrzepieniu się obiadem poszedłem do krzaków, żeby schować się od tych aktywistów, którzy mogliby mię wydać swoim wiernym przyjaciołom( sowietom ). Noc więc spędziłem w kryjówce.
Rano czekałem na przyjazd Niemców. Obserwowałem ich zbliżanie się siedząc na dachu domu sąsiada.
I wreszcie pokazała się kolumna wojsk wrogich. Pierwsi mknęli na motocyklach z przyczepą . Były to oddziały wywiadowcze. Za nimi jechały lekkie tankietki.
Wszyscy żołnierze wyglądali tak ubrani, jakby jechali na bal do Moskwy.
Jechali nie szosą, a drogą drugiego gatunku ze Smorgoń przez Zaskowicze na Mołodeczno.
Pierwsza kolumna wojsk zmotoryzowanych zatrzymała się naprzeciwko naszej szkoły w odległości 300 metrów. Niektórzy przybiegli by oddać dług przyrodzie.
Kilku ciekawskich wstąpiło do naszego mieszkania.
Wyjęli mapę i pokazali nam, jak będą posuwać się naprzód po terytorium Związku Radzieckiego i jaką drogą po rozbiciu tego państwa wrócą do swej ojczyzny- Niemiec. Mówili, że Stalinowi będzie „ kaput”- byli pewni swego zwycięstwa….
c.d.n.


Wielka wartość tego dziennika, bo napisany przez świadka tych wydarzeń – niesamowitego zamieszania na początku wojny. Obyśmy tylko nie doczekali kolejnej wojny!
Mama w Smorgoniach pod Wilnem wtedy. Opowiadala, to samo co Jan – jak piekni byli żołnierze niemieccy którzy szli na Wschod, zdobywać Moskwe. Dobrani wzrostem , radośni a do kąpieli w strumyku mieli buty ochronne. Gdy wracali stanowili obraz nędzy i rozpaczy.
Jedni odeszli…przyszli następni…Nie znałam Jana,ale tak pięknie opisuje,że czuję iż to mój bliski znajomy.Dziękuję
Dziękuję, długo nas o tym nie uczono. Znów kawałek historii strasznej i smutnej. Pozdrowienia