Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 18 ). Dramatyczne losy siostry , szwagra , ich maleńkich dzieci i reszty rodziny.


  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Szwagier i siostra

    Partyzanckie  oddziały ( sowieckie- przyp. Z.K..) były najczęściej małe – po trzy osoby.

W nocy przebywali w lasach, a na dzień wychodzili do wiosek, w których zdobywali pożywienie i często wiadomości o ruchach wojsk niemieckich.

Często rozmawiali z chłopami tych wsi. Werbowali młodych do wstąpienia w ich szeregi i nieraz zmuszali młodych chłopców do pójścia z nimi razem. Niewielu było ochotników- ale byli.

Mój szwagier, z zawodu krawiec, nawiązał z nimi kontakt bliższy. Szwagier i rodzice moi mieszkali w mojej rodzinnej  wsi- Kołpiei otoczonej wokół lasami i położonej o pięć kilometrów od miasteczka Smorgonie- gdzie była stacja kolejowa prowadząca z Wilna do Moskwy.

Szwagier często przychodził do mnie i pytał mnie o zachowanie się wojsk na drogach. Zrozumiałem, że on te wiadomości przekazuje swoim partyzantom- towarzyszom.

Pewnego dnia przyszła moja siostra w odwiedziny. Rozmawiałem z nią o tych ich conocnych gościach.

Przy tej okazji przekazała mi kartkę od partyzantów- którą przeczytałem i podarłem.

Z oburzeniem powiedziałem jej, żeby do nas więcej nie przychodziła. Bo u nas moc szpiegów i mogą donieść o tym Niemcom, a oni nas rozstrzelają.

Po tygodniu Niemcy wieś naszą rodzinną spalili. Podczas pożaru, każdy z wioski uciekał gdzie mógł.

    Do naszego mieszkania wpadł wspomniany szwagier  i krzyknął: Janku ratuj.

Głos echa jeszcze nie umilknął, kiedy wskoczył do mieszkania żołnierz w niemieckim mundurze i głośno zakrzyczał: „ Kto tu przed chwilą wszedł”, patrząc na nas dwóch stojących przed nim.

 Szwagier ubrany w całości, a ja w półkoszulku z temblakiem na ręku i spodniach.

Szybko żołnierz się zorientował i chwycił nowoprzybyłego za ramię i wyprowadził na podwórko.

Za nim- żołnierzem wszedł jeszcze jeden gestapowiec z kobietą- tłumaczką i patrząc na mnie zapytał po niemiecku, czy ja tam nie figuruję na liście współpracujących z partyzantami. Tłumaczka stanowczo stwierdziła, że nie.

Szwagra poprowadzili do gestapo.

W tejże chwili wjeżdża na nasze podwórko wozem  moja siostra z niemowlęciem  przy piersi i  drugim też małym  dzieckiem.

Podbiegają do niej gestapowcy i gdy ona już wyszła z wozu – pytają ją o dokumenty i aresztowują ją.

Zostawiają  nam dzieci ze słowami : „ Bierzcie te dzieci bandyckie”.

Siostrę sadzają na wóz , którym przyjechała i z dwoma gestapowcami odjeżdżają na gestapo.

Chcąc wyratować siostrę i szwagra udałem się po poradę do znajomego mi tłumacza kolegi Woltmana. Ten zaprosił komendanta miasta do naszego mieszkania.

Tu, częstując go, błagaliśmy, by wstawił się w sprawie aresztowanych w gestapo. Nazajutrz dał nam znać kolega Woltman, że komendant miasta był w gestapo i tam mu odpowiedzieli, że na nich są donosy na piśmie, że kara ich nie ominie.

Tegoż samego dnia ciocia Wiera poniosła aresztowanym jedzenie.

 Gestapo przyjęło posiłek i powiedziało, żeby przyniosła dziecko na nakarmienie piersią matki, bo strasznie ją bolą sutki przepełnione mlekiem.

Ciocia przyniosła trzytygodniową dziewczynkę. Pozwolono ją nakarmić. W tym czasie matka, szepnęła ze łzami w oczach: „ Błagam, opiekujcie się dziećmi , bo nas już nie puszczą żywych” .

Rzecz zrozumiała, że oboje szwagier i siostra przyznali się do kontaktów – współpracy z radzieckimi partyzantami. Nie wytrzymali kaźni, jaką stosowało niemieckie gestapo- przyznali się.

Co robiono z takimi, którzy się przyznawali do wrogiej działalności przeciwko Niemcom? Najczęściej wywozili do lasu po dwóch- trzech i kazali skazanym kopać dół. A gdy ten już był gotowy, stawiali ofiary twarzą do wykopanej jamy i z tyłu strzelali w głowę. Jamę zasypywali, równając ją z powierzchnią ziemi.

Tak też rozprawili się gestapowcy ze szwagrem Bazylim i siostrą Anną.

   Sowiecka armia po rozgromieniu Niemców pod Stalingradem- Wołgogradem- szybko szła na Zachód, chociaż faszystowska armia ustępując zniszczyła wszystkie drogi i mosty.

W miesiącu sierpniu 1944 już była na ziemiach Białorusi.

Tam, gdzie zjawili się bolszewicy , zaraz rozpoczęły się aresztowania- czystka niebłogonadziożnych- tj niepewnych obywateli.

       Ja nie spodziewałem się, że i mnie do nich zaliczą.

Ale zaliczyli i aresztowali w końcu sierpnia 1944 roku w miasteczku Smorgonie, gdzie mieszkałem.

Mieszkając w tym miasteczku, nie współpracowałem z Niemcami, gdy oni ten teren okupowali.

Nie miałem też kontaktów z partyzantami bolszewickimi, którzy mnie namawiali do współpracy z nimi, przysyłając kartki przez siostrę Ankę, bym się z nimi spotkał. Jak wspomniałem siostra moja mieszkała w rodzinnej mojej wsi Kołpiei, znajdującej się za rzeką Wilią, o 5 km od Smorgoń.

      W tych okolicach, koło Kołpiei było dużo lasów i tam właśnie przebywali sowieccy partyzanci grupami. W nocy przychodzili do gospodarzy i zaopatrywali się w żywność. W dzień, czasami też przychodzili i zaciągali siłą w swoje szeregi młodych zdatnych do służby wojskowej.

Dlaczego nie nawiązałem kontaktu z partyzantami sowieckimi ?

Dwie były przyczyny. Po pierwsze, byłem mocno zaangażowany w remont młyna po zamordowanych teściach, a po drugie- to , że bałem się gestapa niemieckiego, które rozstrzeliwało bez pardonu podejrzanych i jego rodzinę.

 Szkoda mi było żony i synka Mirka i drugiego synka – jeszcze maleńkiego Pawełka.

Jak przedtem pisałem – gdy Niemcy się dowiedzieli, że w wiosce Kołpiei często przebywają partyzanci, urządzili blokadę tej wsi i spalili ją doszczętnie.

Był to dzień Zielonych Świąt, 1943 roku.

Spalił się i mój rodzinny dom, który przecież i ja pomagałem budować, zaraz po skończeniu pierwszej wojny światowej.

Ludność tej wsi, gdy zobaczyła, że przybyło wojsko niemieckie i zaczęło podpalać domy, uciekała do pobliskich lasów, albo sąsiednich wsi.

Szwagier wraz ze swoją rodziną, także uciekli ze strachu do nas, do Smorgoń. Gdy tylko szwagier Bazyli przekroczył próg naszego domu, za nimi wpadło dwóch Niemców i go aresztowało. Siostrę  Annę, aresztowano na podwórku, a dzieci oddano nam.

Tymi Niemcami, którzy zabrali siostrę i szwagra byli własowcy, odziani w mundury niemieckie.

Następnego dnia ciocia Wiera zaniosła do więzienia małą córeczkę siostry Anny do nakarmienia piersią.

Ciocia Wiera widziała ją zbitą, zmaltretowaną . Prosiła wtedy cichym głosem, by wszyscy krewni zaopiekowali się dziećmi, gdyż oni już nigdy do nich nie wrócą- zostaną zabici. Już o tym pisałem wcześniej.

Od tłumacza niemieckiego dowiedziałem się , że na nich pisali donosy, a głównie gospodarz wsi, któremu partyzanci rozbili piec w mieszkaniu za to, że gdzieś wysłał swoich synów, których oni chcieli zabrać w swoje szeregi. 

Ten gospodarz, którego prześladowali partyzanci, uciekł do Smorgoń i tam zamieszkał z zemstą w sercu. Gdy szwagier uciekał z podpalonej wioski, ten natychmiast dał znać gestapo , że jedzie- ucieka z rodziną.

I że są to ludzie, którzy współpracowali z partyzantami. Oddział żandarmerii natychmiast otoczył nasz dom i tu złapali szwagra i siostrę  z dziećmi.

   Dzieci, które Niemcy nam rzucili, były z początku u nas, a później zabrała je babcia z dziadkiem do siebie i wychowali je w małej chałupinie, którą dziadek pobudował na zgliszczach spalonego dużego domu.

W wychowywaniu tych sierot pomagała i ciocia Marysia, która razem zamieszkała z rodzicami w tej nieszczęsnej wsi Kołpiei.

Ciocia Marysia nie objęła  żadnego stanowiska w kołchozie, chociaż ją namawiali, by została księgową.

Została zwykłą kołchoźnicą, bo nienawidziła ( i nienawidzi do dzisiejszego dnia) władzy radzieckiej. Miała wykształcenie szkoły zawodowej i mogła pełnić obowiązki, które jej proponowali, ale ona za nic na świecie nie chciała współpracować z pijanicami i złodziejami.

Tak więc wolne chwile poświęcała tym biednym dzieciom i już dość starym swoim= naszym rodzicom.

Gdy zmarł ojciec, ona z matką wychowywała chłopczyka, który już uczęszczał do szkoły i pomagała doglądać dziewczynki- Heli. Uczyła ją chodzić, mówić, a gdy Helence minęło siedem latek, oddała ją do szkoły i czuwała nad jej nauką i wychowaniem.

Gdy wróciłem z obozu sowieckiego- z łagru- sierotka miała już ponad dwanaście lat.

Braciszek jej odbywał służbę wojskową w armii sowieckiej.

Po śmierci babci ( mojej mamy), kiedy ja już byłem w Polsce, ciocia ją oddała do domu dziecka, gdzie skończyła szkołę podstawową i skierowano ją do Instytutu Pedagogicznego w Mińsku. Z pomyślnymi wynikami skończyła ten Instytut i obecnie pracuje w przedszkolu. Wyszła za mąż i ma już dwóch synów.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 16 ). Niemcy atakują ….

zdjęcie własne, jakby symbol …

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Zdawało się jak gdyby  wszystko było na dobrej drodze do niezłego życia.

      Aż tu niespodziewanie  gruchnęła wiadomość , że Niemiec napadł na Związek Radziecki i szybkim marszem posuwa się w kierunku Mińska.

Już w pierwszych dniach tej wojny, tj. 22 czerwca 1941 roku wojska sowieckie, przeważnie zmotoryzowane mknęły co sił na wschód od Mińska, bo samoloty niemieckie już bombardowały wszystkie większe miasta, włącznie z Mińskiem.

Taka niespodziewana napaść stworzyła panikę.

Wszystkie oddziały piechoty wojsk radzieckich uciekały z dróg głównych prowadzących na wschód, bo samoloty niemieckie gęsto obstrzeliwały te szosy.

Samolotów bolszewickich nie było widać.

A jeśli których się pokazał, to niemieckie „ meserszmity „ skierowywały swój lot na wroga, dopędzały i zbijały bez wielkiego trudu na ziemię.

Na własne oczy widziałem kilka takich strąceń, z jednego zapalonego samoloty wyskoczył na spadochronie sowiecki żołnierz.

Panice uległy i władze miejscowe, bo dopiero na drugi dzień wojny z Niemcami zarządzili  mobilizację.

Mnie też  osobiście  przywiózł kartę mobilizacyjną mój inspektor szkolny.

Żegnając się po krótkiej rozmowie, powiedział „ „ no i dadzim ( damy ) giermańcom „. Odjechał mój dobry przyjaciel, który uratował mnie od wywozu na Sybir ….

      Ze łzami w oczach żony i synka zbierałem się do pójścia na wojnę za bolszewików.

W polskim wojsku nie służyłem, bo na komisji dali mi kategorię D- co oznaczało udział  jedynie w pospolitym  ruszeniu z bronią.

A teraz nikt nie pytał mnie czy mogę służyć w armii.

    Z teczką w ręku ruszyłem na punkt zbiorczy- na stację kolejową w Zalesiu, skąd mieli nas zawieźć  do Mołodeczna. W drodze spotkałem się ze znajomym z tutejszej wsi , też powołanym do wojska . Z nim to dobrnąłem do miejsca wyznaczonej zbiórki. Tu już było na placu około 50 osób czekających na przyjście pociągu z Wilna. Minęła 1 godzina, druga, a pociągu nie widać i nie słychać.

Zainteresowało mnie, co się dzieje na szosie idącej z Wilna na Mołodeczno.

 Idę przez krzaki, a nad głową gwiżdżą samoloty niemieckie. Po dziesięciu minutach wysuwam głowę z krzaków i widzę jak mkną po szosie sowieckie tankietki, tanki, motocykle i inne zmotoryzowane oddziały. W popłochu uciekają, a samoloty gonią za nimi i ostrzeliwują ich z karabinów maszynowych.

 Wracam do miejsca oczekiwania pociągu. 

A pociągu jak nie było, tak nie ma.

Ktoś z aktywistów dał rozkaz: Idziemy piechotą do Mołodeczna.

Sprzeciwu nie ma, więc ruszamy w drogę.

Na drodze, brzegiem idziemy jeden za drugim, bo centrum szosy jest zajęte przez uciekających na łeb na szyję.

Idąc dość wolno , spojrzałem w lewo i zobaczyłem swoje rodzinne lasy. One dały mi bodźca , żeby uciec z tej gromady do tych gęstwin ojczystych, by tam przesiedzieć ten gorący czas ucieczki wojsk radzieckich. Do tych moich myśli o ucieczce, dołączają się znaki, które nam daje jeden żołnierz siedzący z tyłu małego czołgu- twarzą do nas,  idących: „Wracajcie w tył i w las, w krzaki, bo tu Niemiec wszystkich wykosi”.

Podzieliłem się z tą myślą z towarzyszem, z którym wyszedłem z domu. Zgadzał się ze mną. Więc robimy jeszcze parę kroków naprzód i szybko skręcamy w prawo i w krzaki, które nas schowały- przyjęły w swoje objęcia.

Tego, że zniknęliśmy z luźnego łańcucha idących, chyba nikt nie zauważył. Bo któżby pilnował kogoś w takiej panice, każdy dbał o siebie , o własną skórę.

Już było prawie ciemno, gdy zabrnęliśmy do jakiegoś osiedla. Nie pytając o pozwolenie gospodarza, wleźliśmy do jego stodoły i tam nocowaliśmy.  Nikt nam snu nie naruszył.

 Obudziły nas promienie słoneczne, które przedarły się przez szczeliny w ścianach stodoły.

I oto jesteśmy na podwórku, nad którym przelatują samoloty pilnujące drogi oczyszczonej już z uciekających wojsk bolszewickich.

Gdy znajdujemy się na szosie, już na niej nie ma nikogo.

Tylko jeden jakiś uciekinier mknie na rowerze ze Smorgoń w naszym kierunku. Podjeżdża do nas.  Poznaję w nim znajomego komsomolca. Krzyczy, nie schodząc z roweru, żebyśmy prędzej uciekali, bo Niemcy tuż- tuż.

Opuszczamy punkt obserwacyjny i udajemy się w kierunku swojego domu.

Postanowiliśmy wracać do domu drogami polnymi.

Idziemy, a tu o 100 metrów od nas mkną niemieckie „meserszmity”  na stację kolejową, gdzie pełno ludzi czeka na pociąg. Sypią pociskami z karabinów maszynowych. Krzyk, pisk, jęk unoszą się w niebiosa.

My spokojnie idziemy do swych rodzin.

Po drodze spotykamy obywateli radzieckich mknących na motocyklach i ciężarówkach naładowanych bogactwem obywateli Białorusi.

     W ciągu dwóch godzin byliśmy w swej wsi Sukniewicze., gdzie zostawiłem swego towarzysza a sam poszedłem do swojej szkoły.

Z lękiem wstąpiłem do mieszkania, gdzie z radością spotkali mię żona z synkiem Mirkiem. Na pytanie moje, czy byli przedstawiciele władzy radzieckiej, odpowiedziała żona, że tak, z samego rana.

Po pokrzepieniu się obiadem poszedłem do krzaków, żeby schować się od tych aktywistów, którzy mogliby mię wydać swoim wiernym przyjaciołom( sowietom ). Noc więc spędziłem w kryjówce.

Rano czekałem na przyjazd Niemców. Obserwowałem ich zbliżanie się siedząc na dachu domu sąsiada.

I wreszcie pokazała się kolumna wojsk wrogich. Pierwsi mknęli na  motocyklach z przyczepą . Były to oddziały wywiadowcze. Za nimi jechały lekkie tankietki.

Wszyscy żołnierze wyglądali tak ubrani, jakby jechali na bal do Moskwy.

Jechali nie szosą, a drogą drugiego gatunku ze Smorgoń przez Zaskowicze na Mołodeczno.

    Pierwsza kolumna wojsk zmotoryzowanych zatrzymała się naprzeciwko naszej szkoły w odległości 300 metrów. Niektórzy przybiegli by oddać dług przyrodzie.

Kilku ciekawskich wstąpiło do naszego mieszkania.

Wyjęli mapę i pokazali nam, jak będą posuwać się naprzód po terytorium Związku Radzieckiego i jaką drogą po rozbiciu tego państwa wrócą do swej ojczyzny- Niemiec. Mówili, że Stalinowi będzie „ kaput”- byli pewni swego zwycięstwa….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 15 ). Życie ludzi i przygody w szkole białoruskiej .

Z albumu rodzinnego Heleny i Jana Konopielko. Jan elegancki nauczyciel okresu międzywojennego …..

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Chyba nie od rzeczy będzie, Moje Kochane Wnuczęta, że poświęcę parę słów tej szkole w Sukniewiczach.

Była ona nie tylko szkołą dla dzieci, ale także ośrodkiem kulturalnym i oświatowym.

Tu odbywały się przedstawienia i tańce młodzieży, narady z rodzicami itp., imprezy szkolne.

Przy władzy radzieckiej – też spełniała ona rolę miejsca zebrań mieszkańców tych wiosek rozsianych gęsto wokół niej.

W tym budynku odbywały się  też wybory kandydatów do komisji w Mińsku, która zajmowała się  sprawą  przyłączenia Zachodniej Białorusi do Białorusi Wschodniej- Republiki  Białoruskiej.

Tu też wybierano kandydatów do rad narodowych.

Mnie do tych wyborów nie zapraszano.

Na kandydatów wybierano tylko biedotę. Takie było polecenie przedstawiciela władz radzieckich.

Żeby ściągnąć na wybory jak największą ilość obywateli, zorganizowano z jednej z klas szkolnych sklepik, gdzie można było kupić: cukier, ciastka, czekoladę i inne słodkie rzeczy, których brakowało w sklepikach wiejskich zorganizowanych niedawno.

Charakterystyczną rzeczą było to, że przedstawiciel radziecki  zaproszenia do naszego domu  nie przyjął, mówiąc, że wolno jemu tylko bywać u biedaków na noclegu i posiłkach. Ślepo wypełniał rozkazy swych władz.

        Ciekawi Was, Kochane Wnuczęta,  na pewno, jaki nastrój panował wśród tutejszych mieszkańców?

Otóż- różny. 

Bogaci bali się władzy radzieckiej, biedni- cieszyli się , że ta władza przyniesie im lepsze życie. I że, oni biedacy, zagórują nad kułakami. Że będą mogli uczyć w szkołach wyższych swoje dzieci oraz , że będą mieli darmowe leczenie i będę mieli prawo do odpoczynku. Bogatsi bali się, że im odbiorą gospodarstwo – krowy, świnie i owce i włączą ich do wspólnych gospodarstw- kołchozów, o których słyszeli od swoich krewnych przebywających w Związku Radzieckim, a teraz ich odwiedzających. Perspektywa ich życia była niewesoła. Żeby nie oddać swojego dobytku w całości do kołchozu, zaczęli zarzynać krowy, owce, świnie i solić mięso na przyszłość.

Radziecka władza po włączeniu Zachodniej Białorusi do Związku Radzieckiego – zaczęła żądać podatku za ziemię- podatku w naturze: mięsa, zboża, kartofli oraz mleka do mleczarni. Kto nie miał tych produktów , kupował u sąsiadów i zdawał.

Nieraz chłopi organizowali całe karawany tych wozów i odprawiali na punkt zbiorczy z orkiestrą – harmoszką na czele.

A więc nastrój wśród ludzi był mieszany- jedni się cieszyli- drudzy smucili.

A dla nas, nauczycieli, ogólnie biorąc, przybycie bolszewików było zaskoczeniem, a nawet wstrząsem. Ani jeden z nas nie był pewny swojej pracy, swego życia.

Wiedzieliśmy, że nas zamienią ich nauczyciele, a nas wywiozą na Syberię, Kazachstan. Tak się też i stało.

                Z nadejściem wiosny 1940 roku zaczęły się wywozy.

Najpierw wywozili z całą rodziną pozostałych urzędników polskich, osadników po pierwszej wojnie światowej, gajowych i niektórych nauczycieli urodzonych na południu Polski.

Mnie pozostawili, chociaż moją osobę omawiali na zebraniu aktywistów.

Do mnie mieli pretensję, że „ obkułaczyłem się” , bo się ożeniłem z córką bogatych rodziców, którzy posiadali folwark, własny dom w Smorgoniach i zbudowali młyn na swoich połaciach.

Obronili mię od wywozu inspektor szkolny Brudzina i dyrektor średniej szkoły – Siedachow. Oni mi sami powiedzieli, że póki oni tu będą pracowali, nikt mię nie ruszy.

Obaj byli członkami partii komunistycznej i właśnie od nich to zależy, kogo należy wywieźć. Te protokoły na wywóz oni ustalali i zatwierdzali.

Dwóch aktywistów znających obywateli wyznaczonych na wywóz składali swoje podpisy, stwierdzając , że to są obywatele niebezpieczni dla władzy radzieckiej.

Takie zapewnienie wyżej wspomnianych „ towarzyszów” uspokoiło mnie.

Zbieranie „wrogów „ na wywóz ciągnęło się nieraz miesiąc i dłużej, aż nazbierali- napełnili wszystkie   wagony podstawione na stacji kolejowej w Smorgoniach . Wagony miały w środku piece żeliwne, które przy paleniu kopciły. Ludzie nazywali te piece „ kopciłowkami „ . W tych właśnie wagonach-   kopciłowkach wieźli niewinnych obywateli polskich do Kazachstanu i na Syberię.

Z naszej szkoły nikogo nie wywieziono, ale z sąsiedniej zabrano dwóch nauczycieli z rodzinami.

Po odejściu transportu ze stacji uspokoiło się życie nauczycieli i zamożniejszych chłopów.

W czasie wakacji władze szkolne zorganizowały  kurs dokształcający dla nauczycieli nie znających języka białoruskiego i rosyjskiego.

Inspektor szkolny , o którym już wspominałem, powiedział mi, że musi polskich nauczycieli przerobić na nauczycieli radzieckich, bo od niego na Zjeździe partii zażądano zwolnić tych pedagogów z pracy, którzy nie są zwolennikami władzy radzieckiej.

Po wywozach dużej ilości ludności nawet i wiejskiej, nastąpił jakby spokój.

Po  kursie dokształcającym , nauczyciele zaczęli pracować normalnie, ale często odwoływali się do dzieci, swoich uczniów o poprawienie ich nieprawidłowej mowy białoruskiej.

Parę słów o sobie.

   W pierwszych miesiącach władzy radzieckiej miałem kilka przykrych spraw. Oto pewnego dnia zachodzę do klasy i widzę, że kilku uczniów- chłopców klasy piątej stoi przed portretem Stalina i jeden z nich pokazuje palcem i czyta : „ ….”to było brzydkie słowo- nie chcę  tutaj cytować

Reaguję na to natychmiast, szybko podchodzę do portretu Stalina. I rzeczywiście, takie słowo jest napisane wyraźnie. Natychmiast sięgam do kieszeni po gumkę i delikatnie ścieram ten wyraz.

Będąc na zebraniu  dla rodziców następnego  dnia starałem się to wszystko zatuszować, bo wiedziałem, że gdyby o tym zajściu dowiedziała się władza radziecka , natychmiast i chłopcy ale przede wszystkim  ja byłbym pociągnięty do odpowiedzialności- mnie na pewno by aresztowali  i wywieźli jako wroga komunizmu.

    Drugim grzechem przeciw władzy socjalistycznej było to, że nie pozwoliłem urządzić zabawy tanecznej dla młodzieży w szkole po wyborach do rad gromadzkich.

Młodzież poskarżyła się inspektorowi szkolnemu.

I ten na drugi dzień wezwał mnie do swego gabinetu i pytał dlaczego tak postąpiłem ? Wyjaśniłem mu, że w szkole polskiej nie wolno było urządzać zabaw tanecznych, tak i w szkole radzieckiej.

W moich oczach inspektor porwał donos i powiedział : „ lepiej byłoby pozwolić”. Jeśliby ten donos nie trafił w moje ręce, mógłbym mieć wielką przykrość za tamowanie radości młodzieńczej po takich wyborach.

    Trzecim uchybieniem było to, że po wygłoszeniu w szkole mowy pierwszomajowej, na której byli obecni : inspektor szkoły i dyrektor średniej szkoły ( obaj partyjni) wzniosłem okrzyk na cześć pierwszego maja mówiąc: „ Niech żyje  trzeci – zaraz poprawiłem –  pierwszy maja”.

To zająknięcie” trzeci….” Komsomolcy interpretowali jako kpinę z władzy radzieckiej.

 I z tego też można było wysnuć dużo wniosków wrogiego nastawienia od obecnego reżimu.

  W drugim roku szkolnym 1940- 1941, pomimo okupacji,  praca w szkole poszła raźniej.

Przestali nękać wywozami, w sklepach pojawiło się trochę więcej towarów.

Mnie osobiście, było lżej pracować.

Ba, nawet kuratorium w Obłispołkomie ( w kuratorium szkolnym )  zatwierdzili mnie ponownie na dyrektora niepełnośredniej szkoły. 

Już szykowałem materiał na tynkowanie swojej szkoły, bo ona była zbudowana z opilonych bierwion- klocków.

Zdawało się jak gdyby  wszystko było na dobrej drodze do niezłego życia.

c.d.n.

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 22 ). Idąc śladami Stanisława Michałka – Grodzkiego – ojca polskiej chirurgii plastycznej.

Zdjęcie Jerzego T. Marcinkowskiego – już tu pokazywane – ale fajnie oddaje czasami refleksyjną  a bywa , że wielce niespodziewanie i jakby na złość powadze omawianych tematów ” wrzucaną ” żartobliwą naturę naszego Profa … toczone przez nas poważne czasem rozmowy w Grupie na messengerze nagle przerywa obrazkiem czy filmikem z netu – zupełnie nie przystającym do tematu – pewnie płynie za swoimi myślami nie czytając tego co piszemy albo celowo dodaje  „pieprzu”  rozmowie  …..

Wybaczcie Kochani ten długi opis pod zdjęciem – ale dziś dzień szary, po – weekendowy choć także przed – weekendowy ( patrząc optymistycznie ) , wszyscy zajęci, pewnie niewiele osób poczyta to, co piszę – więc mogę sobie sama ze sobą pogadać 🙂 – bo to od lat mój ” domek ” – ten blog ….

Wspomnienie lata – Z. K. ze świerszczem , który sam przyleciał czy wskoczył na jej dłoń 🙂

Nie wiem, czy Jurek zechce mnie gościć na” kartkach „ swojego pamiętnika 🙂 , bo opowieść ma jest  iście detektywistyczna,  przydługa i tylko niewiele wyjaśniająca.

Jest jak wędrowanie polami bezkresnymi , oglądanie horyzontu, który stale się przesuwa i przynosi nowe.

Ale dość Klarka czyli Zosia – jeśli  Jurek zaprotestuje –  wtedy wrzucisz to, co teraz napisałaś  do swojego   pamiętnikowego rozdziału , sporządzonego przed 6 laty zatytułowanego :  Na medycznej ścieżce.

Więc – czytaj Jurek – i decyduj czy mogę pozostać u Ciebie  z tym tekstem ????  🙂

Jednak to Twój komentarz mnie sprowokował do spisywania tego wszystkiego czym się zajmuję , co drążę i może nie wyłysieję jak ten krasnoludkowy kronikarz – Koszałek Opałek z ilustracji Szancera – czego nie życzyła mi na messengerze Ewa. Ale żarty na bok – choć jak twierdzisz, nawet mało dowcipne – a tylko śmieszne są solą ( lub cukrem – co kto woli ), czy jak się kiedyś mawiało pieprzem  tej potrawy jaką jest pełne powagi życie ….

Ale ad rem  i na poważnie . Kopiuję komentarz Jurka , który zamieścił pod wspomnieniem o naszym zmarłym Koledze – już wtedy – gdy Mu opowiedziałam to, co będzie dalej , tj. o informacji z  pamiętnika dr Zofii Szamowskiej – Borowskiej  :

Ponieważ Ojciec Wojtka Michałka-Grodzkiego pracował w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie to z wysokim prawdopodobieństwem spotykał się tam z moim Ojcem który tamże przebywał jako ranny 17 września 1939 żołnierz a potem kontynuował studia medyczne jeszcze w czasie wojny na TUZZ (Tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich – przyp. Z.K.).

 Wielka szkoda że z Wojtkiem nigdy o tym nie porozmawiałem.

Stąd wniosek,  że konieczne są rozmowy o rodzinach i ich historii, czego młodzi ludzie chyba nie doceniają. 

Ale za to teraz w blogu Zosieńko jest okazja opisać te ciekawe historie aby ocalić je od zapomnienia.

Więc zgodnie z zaleceniem Czcigodnego Kolegi Profesora Jerzego rozpoczynam opowieść dziś skonstruowaną , zatrzymując się na czasie początków okupacji niemieckiej i na warszawskim Szpitalu Ujazdowskim . By nie przepełnić  tego wpisu – dopiero w następnym będą fragmenty Pamiętnika Taty Jerzego – Tadeusza też dotyczące tego okresu.

Ale najpierw muszę streścić poprzednie nasze wspominki – bo niektórzy zaglądają tu po raz pierwszy  :

Od kilku dni wszystko się dzieje  z powodu Wojciecha Michałka – Grodzkiego i naszego zapamiętanie tego tajemniczego kolegi ze studiów na AM w Poznaniu .  Właściwie nikt inny tak głęboko i niepokojąco nie utkwił w naszej pamięci – może dlatego, że wszyscy mieliśmy jakiś kontakt słowny,  wspólne wypady na koncerty – czy do Palmiarni – jak z Leszkiem , czy marszobiegi raczej małosłowne z Jurkiem . Nici pomiędzy nami były żywe i przetrwały do tej pory.

Wojtek był jak monument – chodząca tajemnica – dopiero teraz odkrywana  …..

Nie wiem dlaczego zamieszczam tu zdjęcie mojego Taty – Wacława Łukaszewicza z lat 60 ubiegłego wieku – może dlatego, że szeroka myśl o Ojcach przyszła ….

Kontynuując myśl o poszukiwaniu wieści o Tacie Wojtka Michałka Grodzkiego  – Stanisławie –  Ojcu polskiej powojennej chirurgii plastycznej – muszę przekazać informację, że znalazłam Go w wykazie googlowym  pod adresem  – dl.cm-uj.krakow.pl ( tj. Uniwersytet Jagielloński  Collegium Medicum) . Podano tam, że pod nr 136   figuruje Stanisław Michałek – Grodzki ur. 1889 -1951. Całość jest ponoć w formie PDF, ale znaleziony adres niestety u mnie  się nie otwiera  więc nie wiem a tylko się domyślam , że jest to wykaz absolwentów.

Zgadza się imię i to charakterystyczne dwuczłonowe nazwisko  oraz data śmierci.

Data urodzenia wydaje się dość odległa jak na wspomnienie Taty Leszka Milanowskiego , potwierdzone przez Wojtka – że obaj Ojcowie  kończyli studia medyczne w 1939 roku . Może informacje nie są precyzyjne  – może  Panowie się tylko znali – np.  gdzieś spotkali na polu zawodowym np., może Wojtek nie znał szczegółów z życia Ojca – wszak tak wcześnie został półsierotą – a opowieści rodzinnych nie słuchał  – jak to mają często ludzie młodzi – których zajmuje :  tu i teraz ?

Ciągnąc więc tę historię, piszę dalej podążając za swoimi myślami :

Jeśli dr Stanisław Michałek – Grodzki  urodził się jeszcze w końcu XIX wieku – to jako dojrzały już człowiek i prawdopodobnie z dyplomem – co robił przed II wojną światową   ? Odpowiedź znajduję pod  linkiem  https://www.fakt.pl/hobby/historia/operacje-plastyczne-nosy-robili-sobie-juz-przed-wojna/9rgvty3  – kopiuję interesujący nas fragment  :

( … ) Medycyna estetyczna rozwijała się także prężnie nad Wisłą. W 1886 roku Antoni Gabryszewski wydał podręcznik do nauki tej dziedziny („O operacjach upiększających”). W okresie międzywojennym operacje plastyczne stawały się coraz bardziej popularniejsze, także w prasie niejednokrotnie pojawiały się reklamy lekarzy oferujących tego typu usługi. W prasie reklamował się m.in. dr Stanisław Michałek-Grodzki, uważany za prekursora chirurgii plastycznej w Polsce. ( … )

Czyli z tego wynika, jeśli wierzyć autorom tych publikacji – a nie mam dostępu do materiałów źródłowych – dr Stanisław Michałek – Grodzki już przed 1939 rokiem był samodzielnym, aktywnym chirurgiem plastykiem !

Kolejny trop  w poszukiwaniu dr Stanisława Michałka – Grodzkiego –  to odnalezione przeze mnie  w internecie  pamiętniki dr Zofii Szamowskiej – Borowskiej – z której synem – Andrzejem , przez bardzo wiele lat ( ponad 20) pracowałam w CZD. Jaka wielka szkoda – i tu kolejne bicie się w piersi – że nawet będąc już w dojrzałym wieku nie śledziłam opowieści mojej Pani Profesor, która dobrze znała dr Zosię  i nie zapytałam Andrzeja o Mamę .

Może człek był zbyt mocno zajęty codziennością która przygniatała, może nie rozbudziły się w nim , tzn. we mnie potrzeby „ dłubania” w historii – tak łatwo dostępnej wtedy – gdy żyli naoczni świadkowie, a może po prostu nie było jeszcze internetu w takim wymiarze jak dziś – tak bardzo  powszechnego. Daremne żale – już za późno – Andrzej zadzwonił – oznajmił, że Mama nie żyje od 13 lat – a On niczego więcej nie wie – pogadaliśmy i to było na tyle. Ot, odnowiona znajomość.

Ale dla nas , kronikarzy tu piszących – pozostaje zapisana w internecie  opowieść Jego Mamy .  Dotyczy pierwszych lat II wojny światowej widzianej i przeżywanej przez młodą dziewczynę.  Przytaczam  duży fragment , bo ten tekst żyje i  żyje w nim tamten czas i dr Zosia żyje   …..

Skopiowałam to, co dotyczy naszych dociekań , choć nie oparłam się by zacytować  szerszy kontekst.   :

http://www.tlw.waw.pl/index.php?id=30&newsy_id=360

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

OKUPACJA, POWSTANIE WARSZAWSKIE I PO WOJNIE cz.1

Zofia SZAMOWSKA–BOROWSKA

OKUPACJA, POWSTANIE WARSZAWSKIE I PO WOJNIE

Lato 1939 r. było wyjątkowo upalne. Spędzaliśmy je w sześcioro (rodzeństwo cioteczne) w majątku mojej babci i było nam bardzo wesoło. Bawiliśmy się, jeździliśmy konno, pływaliśmy. Byłam wtedy wesołą, lubiącą tańczyć i bawić się, szczęśliwą dziewczyną. Moja babcia, wspaniała polska dama, powiedziała: „Ale wy macie życie. Za mojego dzieciństwa dziewczęta i młode kobiety zajmowały się jedynie darciem szarpi dla powstańców 1863 roku, gdyż wszyscy wasi dziadkowie byli w powstaniu. Nie bawiły się tak jak wy.”

Uśmiechnęłam się i powiedziałam: „Babciu, nie wiadomo, co nas jeszcze spotka.” Moja babcia machnęła tylko ręką. I stało się. We wrześniu wybuchła wojna i mój świat przestał istnieć.

Mieszkałam przy ul. Wspólnej 11. Na parterze mieszkał lekarz, do którego zgłosiłam się i pracowałam z nim razem w Szpitalu św. Łazarza przez całe dnie września 1939 r. Zetknęłam się wtedy pierwszy raz z chorobą, rannymi i śmiercią. Z września 1939 r. zapamiętałam dokładnie ochrypły głos prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego, który dodawał nam otuchy. Był moim dalekim krewnym, z czego jestem bardzo dumna.

Pamiętam chwilę, gdy Niemcy weszli do Warszawy i wjeżdżali na Uniwersytet, a ja stałam przed bramą na Krakowskim Przedmieściu. Byłam taka wściekła i zrozpaczona, że gotowa byłam rzucić się na nich z gołymi pięściami. Byłam wtedy studentką I roku fizyki.

W czasie okupacji, aby mieć ausweiss i nie być wywiezioną na roboty do Niemiec, pracowałam w polskiej fabryce, Instytucie Fermentacyjnym przy Krakowskim Przedmieściu.

Po zakończeniu pracy w Szpitalu św. Łazarza, byłam, z ramienia PCK, opiekunką rannych żołnierzy w szpitalu Ujazdowskim. Początkowo w oddziale IV b chirurgii plastycznej. Ordynatorem był doc. Michałek-Grodzki.  ( … ) . Leżeli tam oficerowie i żołnierze z różnych stron Polski, którzy przechodzili operacje plastyczne: ( … )

Przerywam kopiowanie, choć ta opowieść dalej jest żywa, pięknie napisana i pełna mocnych treści – dokument czasów i Pani Dr Zofii Szamowskiej –Borowskiej .  Jej postać pozostaje żywa, bo utrwalona w pięknym obrazowym, filmowym nieomal sposobie narracji.

Moje kwiatki dla Pani Dr Zofii Szamowskiej – Borowskiej , która spisała powyższe wspomnienia –  już od lat nie żyje – tak  dobrze Ją pamiętam, choć nigdy nie porozmawiałam – żal …

                Przerywam kopiowanie  – bo dotarłam do sedna sprawy która nas interesuje….

Pewnie zwróciliście uwagę na ostatnie zdanie tej opowieści  – pogrubiłam czcionkę – wymieniony jest tu Szpital Ujazdowski , ordynator doc . ? Michałek – Grodzki , który przeprowadzał operacje plastyczne rannym w czasie wojny oficerom i żołnierzom !!!!

A jakby kontynuację dziejów chirurgii plastycznej w Polsce i znakomitego  Ojca naszego Kolegi czytamy to, co otwiera się poniższym linkiem ( oto skopiowany fragment ) :

 http://www.plastycznachirurgia.eu/historia/

Chirurgia plastyczna w Polsce

W 1951 dr Stanisław Michałek-Grodzki (prekursor chirurgii plastycznej w Polsce) otworzył w Polanicy-Zdroju, w szpitalu św. Antoniego, pierwszy w Polsce oddział tej specjalności, przeznaczony głównie dla chorych z wrodzonymi i nabytymi zniekształceniami, m.in. z okresu wojny. Po śmierci dr Michałka-Grodzkiego, 7 października 1951 ordynatorem oddziału, a od 1953 dyrektorem szpitala (od 1958 – Wojewódzkiego Szpitala Chirurgii Plastycznej) w Polanicy został jego asystent dr Michał Krauss. ( … )

 

 Nie wiem, czy odnajdziemy jeszcze jakieś ślady sławnego Stanisława Michałka – Grodzkiego – Taty naszego zmarłego przedwcześnie Kolegi – chirurga jak ojciec – Wojciecha.

Ale spisując te odnalezione tropy wydaje mi się , że powstała swoista kronika zebranych z internetu i opowieści innych danych – niewielka wprawdzie, ale  kronika  z życia  zawodowego ” ojca polskiej chirurgii plastycznej ” ….

Nie wiem czy odnajdziemy jeszcze jakieś ślady dr dr Stanisława   Michałka – Grodzkiego – i Jego syna, a naszego zmarłego przedwcześnie Kolegi – Wojciecha  , ale poszukiwania , nadzieja na odkrycie czegoś nowego i radość gdy tak się staje –  jak w przypadku cytowanych opowieści jest unoszącym motywem życia …

Już teraz rozumiem ludzi którzy szperają po zakurzonych księgach i powoli zamieniają się w krasnoludkowego kronikarza – Koszałka Opałka z ilustracji Szancera w bajce Marii Konopnickiej  „ O krasnoludkach i sierotce Marysi” , która towarzyszyła naszej bardzo bardzo wczesnej młodości  🙂 (  wybaczcie mi  to półżartobliwe zakończenie )….

II wydanie ” O krasnoludkach i sierotce Marysi” Marii Konopnickiej, 1907 rok. Obrazek z Wikipedii.

Zdjęcia z wizerunkiem Jerzego T. Marcinkowskiego są Jego własnością.

Pozostałe – własne i  jak podałam – z netu .

Niestety nie posiadamy żadnych zdjęć Wojciecha i Stanisława Michałka – Grodzkiego.

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 2 ). Rodzice.

Oto ciąg dalszy zapisków prof. Jerzego T. Marcinkowskiego, mojego kolegi ze wspólnego stołu w Collegium Anatomicum poznańskiej ówczesnej Akademii Medycznej  o którym napisałam we wstępie….

Ponieważ nie otrzymałam zdjęć  rodzinnych, znalazłam w necie fotografię Taty autora pamiętnika, prof. Tadeusza Marcinkowskiego….takiego Go pamiętam…..powaga,  mądrość i dobroć w oczach…..siła spokoju….jednocześnie jakby ojcowskie obejmowanie spojrzeniem….

Zapraszam do czytania…..tekst podaję w formie oryginalnej, bez żadnych poprawek redakcyjnych. Bo któż by śmiał poprawiać redaktora naczelnego kilku polskich czasopism ……. 🙂

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego. Rodzice.

Pamiętniki lekarzy ukazywały się w piśmiennictwie polskim parokrotnie już począwszy od okresu międzywojennego.  W 1967 roku wydawnictwo „Czytelnik” wydało „Pamiętniki lekarzy”, na które składały się prace autorów złożone na ogłoszony wcześniej konkurs, i które to prace po wspomnianym postępowaniu konkursowym zostały zakwalifikowane do druku. Były to głównie wspomnienia pokolenia lekarzy, które studiowało bądź już pracowało w okresie II wojny światowej. Był to bardzo trudny okres dla studentów medycyny bądź już lekarzy i piszę o tym dlatego, że wśród prac, które wygrały wspomniany konkurs, były między innymi  pamiętniki mojego ojca, którego zapewne koleżanki i koledzy z mego roku studiów na Wydziale Lekarskim pamiętają, albowiem prowadził on wykłady z medycyny sądowej. W późniejszych latach, już po zakończeniu naszych studiów w 1971 roku, mój ojciec – Tadeusz Marcinkowski (ur. 16.10.1917 r. w Wilnie  – zm. 08.11.2011 r. w Szczecinie) wygrał konkurs na Kierownika Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej ówczesnej Akademii Medycznej w Szczecinie, obecnie Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. I ponownie mieszkając i pracując tamże powrócił do myśli napisania pamiętników lekarskich, które następnie własnym sumptem wydał pt.: „Moja droga ku medycynie – dość wyboista”.  Pokolenie moich rodziców miało bogate życiorysy, co związane było z tym, że przeżywali bardzo trudny okres II wojny światowej. W tym miejscu muszę się pochwalić, że mój ojciec miał niezwykle barwny i heroiczny życiorys, albowiem, gdy 1 września 1939 r. wybuchła  II wojna światowa, zgłosił się na ochotnika do wojska i brał udział w bitwie nad Bzurą, gdzie był ranny w nogę 17 września 1939 r. Okoliczności zranienia były takie, że gdy opatrywał rannego żołnierza polskiego w jakiejś stodole – ojciec do wybuchu II wojny światowej ukończył 2 lata studiów na Wydziale Lekarskim ówczesnego Uniwersytetu Poznańskiego – doszło do wybuchu jakiegoś pocisku, chyba szrapnela i został ranny. Ponieważ odniesione obrażenia dyskwalifikowały ojca od dalszego udziału w działaniach wojennych, został on przetransportowany razem z innymi rannymi żołnierzami transportem wojskowym – były to wozy drabiniaste ciągnione przez konie. Trafił do nie istniejącego już obecnie Szpitala Ujazdowskiego w Warszawie. Tutaj warto przypomnieć, że tenże szpital zlokalizowany jest w okolicy Parku Łazienkowskiego w Warszawie – jest tam nawet tablica upamiętniająca istnienie tegoż szpitala. Budynek z czerwonej cegły, w którym mój ojciec leżał, istnieje do dzisiaj i mieści się w nim filia Głównej Biblioteki Lekarskiej. Ojciec we wrześniu 1939 r. był parokrotnie operowany, ale nie zdołano usunąć mu z nogi wszystkich metalowych odłamków po pocisku i 2  z nich pozostały w jego ciele aż do końca życia. Chciano mu wówczas dokonać amputacji kończyny dolnej z uwagi na zakażenie, do którego doszło, czemu ojciec się jednak stanowczo sprzeciwiał. Jak wspominał, przez dłuższy okres czasu był na granicy życia i śmierci, ale ostatecznie przeżył. Od czasów, kiedy ojciec został ranny w nogę, istniała u niego trwała wielka miłość do jodyny, której – w jego ocenie –zawdzięczał życie. Jak opowiadał bezpośredni po zranieniu prosił podoficera sanitarnego, aby wylał na jego ranna stopę całą butelkę jodyny – co tenże uczynił. Później wielokrotnie kurował się tą jodyną. Z upływem czasu stan zdrowia mego ojca poprawiał się i pojawiła się przed nim możliwość kontynuowania studiów lekarskich na Tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich. Tamże mój ojciec poznał studentkę medycyny, Marię Aleksandrę Rzewuską (ur. 24.02.1918 r. w Petersburgu – zm. 05.05.1975 r. w Poznaniu). To była później żona mojego ojca i moja matka. Ich wielka miłość zakończyła się ślubem, do którego doszło w 1944 r., jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Tu następuje ciekawy moment, a mianowicie, że ich ślub miał miejsce w kościele, w którym później po wielu latach działał i pracował bł. ks. Jerzy Popiełuszko ( Kościół pw. Św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu – przyp. Z.K.) . Rodzice brali udział w Powstaniu Warszawskim ale też z tamtego okresu pochodzi najgorsze wspomnienie mojej matki, które często za swego życia przypominała. Chodzi o kradzież, do której doszło w 1944 r. – włamanie do mieszkania. Miał później o tą kradzież wielki żal do mego ojca jego teść, Aleksander Rzewuski. Teść mianowicie zabronił pozostawiania otwartych okien w nocy. Mój ojciec jednak uchylił maleńkie okienko, tzw. lufcik i poprzez to małe okienko włożył łapę jakiś zbir, otworzył całe okno i banda złodziei opanowała mieszkanie, kradnąc z niego wszystko, co tylko się dało. Ten najtragiczniejszy moment dla mojej matki, to lufa pistoletu przykładana do jej głowy tak blisko, że widziała nagwintowanie tejże lufy. Bardzo bolesnym jest fakt, że ci, którzy okradli teściów mojego ojca i rodziców, to byli Polacy płynnie mówiący po polsku. Stąd jakże bolesny wniosek, że poza licznymi bohaterami z 1944 r. również grasowali polskie rzezimieszki.

Moi rodzice po II wojnie światowej kontynuowali studia lekarskie na Wydziale Lekarski ówczesnego Uniwersytetu Poznańskiego, które razem ukończyli. Ich nazwiska widnieją na pierwszej liście absolwentów powojennych Uniwersytetu Poznańskiego.

Te wszystkie okoliczności mój ojciec szczegółowo opisał w swoich pamiętnikach, a lekarzom wojskowym, którzy go wówczas operowali i leczyli w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie poświęcił kilka książek, które wydał własnym kosztem. Tak okazywał swoją wielką wdzięczność pacjenta do swoich lekarzy.

O moim ojcu pragnę jeszcze dodać opowieść o tym, jak pod koniec życia leżał w szpitalu w Szczecinie i został odwiedzony przez rodzinę, w tym moich synów Macieja i Michała. I moi synowie zadawali dziadkowi pytania w rodzaju: dziadku, jakie są twoje największe przeżycia , itp.? I można byłoby się spodziewać, że ich dziadek – profesor zwyczajny – będzie mówił o swoich największych dokonaniach zawodowych i naukowych. Jakiż było ich zaskoczenie, gdy zaczął opowiadać o roku 1945, kiedy to pracował w miejscowości Pakość na Kujawach jako lekarz w ówczesnych warunkach „od wszystkiego”. W tym opowiadaniu najwięcej uwagi poświęcił odbieraniu porodów. Nie był wzywany do zwykłych porodów, takich fizjologicznych, tylko do bardzo ciężkich przypadków położniczych, gdzie od jego umiejętności zależało, czy ta i tak już mocno wykrwawiona kobieta przeżyje czy też nie. Opowiadał, że nabył wielkiej wprawy położniczej w tamtym okresie i koncentrował się na tym, z jakiego sprzętu korzysta. Dużo miejsca w tym opowiadaniu było o konstrukcji latarki własnego pomysłu, którą montował sobie do głowy, żeby cokolwiek dostrzec podczas udzielania pomocy w przypadku porodów w porze nocnej. Nie było wtedy jeszcze światła w mieszkaniach, których tej pomocy udzielał, zwłaszcza na wsi. I tą opowieść dziadek moich Synów, zakończył słowami podkreślającymi, że wtedy najbardziej czuł, iż to tylko od niego zależało, czy pacjentka i noworodek przeżyją czy umrą. Przecież w tamtym okresie nie było jeszcze możliwości wezwania kogokolwiek innego na konsultacje, do pomocy czy odesłanie do szpitala….

W przedstawionym rysie moich Rodziców, nie było dziwne, że troje ich dzieci, w tym ja, wybrało studia medyczne….

Oto niektóre tytuły ( wszystkich się nie da, taka jest liczba publikacji) , które znalazłam w necie…. w książce podanej na końcu ( warto zwrócić uwagę na cały tytuł)   chyba jeden lub dwa rozdziały napisał syn, Jerzy- jeszcze w czasie trwania studiów….w kilku badaniach brałam udział- nie zapomnę , gdy J. przynosił z laboratorium krew, i rzucaliśmy jej krople na bibułę ustawioną w pionie-oglądaliśmy jak wyglądają ślady -……

Tydzień ze Stanisławem Srokowskim ( 4 )

 

Wybaczcie, że dalej dziergam ten temat.

A dookoła tyle się dzieje. Upał lata trwa, żar się leje z nieba, Euro 2016, Brexit i codzienność zatopiona w strugach potu. Swoją drogą ciekawe, że z wiekiem przyszło do mnie  to kapanie z czoła brwi i nosa . Gdy byłam młoda i piękna jeno pachy bywały wilgotne, a teraz twarz jak po ulewie. Odpowiedzi nigdzie nie znalazłam. Pewnie skóra ścieńczała pergaminowo itp…A niech tam, jest jak jest…ogólnie jest dobrze, bo żyjemy a może będzie kiedyś jeszcze lepiej….

Ale już będzie poważnie, wracam od podstawowego tematu.

 

StSrokowskia jegoPortalu.jpg

 

Stanisław Srokowski. Zdjęcie ze strony tego pisarza. Magnetyzm …Nie zapytałam, czy mogę je tu zamieścić, ale na pewno się nie obrazi…

 

      Oto próbka niezwykłego pióra Stanisława  Srokowskiego, o którym poprzednie tu wpisy, określonego przez mojego brata realizmem magicznym….

„- Czy Bóg to widzi? Szepnęła kobieta…a kilku innych zerknęło w okno, jakby sprawdzając, czy Bóg patrzy z powietrza przez szybę.

Ale nie patrzył…..

A ja miałem szeroko rozwarte oczy i zrobiłem się płaski jak deska.

A w desce mocno biło serce…”

 

„ Mój ukraiński przyjaciel Sławko któregoś dnia powiedział, że nie wolno się ze mną bawić, bo jestem Lach. Nie wiedziałem co to znaczy Lach, ale on się nadął, jakby nadmuchał, jak purchawka…oczy wyszły na wierzch i obcym głosem raptem do mnie: – Ty Lach i ne budu z toboju hraty.

-Sławko, co ty?- pisnąłem….tyle wiosen i lat przeganialiśmy po polach…”

 

„ ale już powietrze gęstniało, już ludzie mijali się w inny sposób niż dawnej…..czuło się, jakby światło zgasło, a w duszach mrok zapadł….”

 

„Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą” –

 

„A dusza ma wielkie oczy i długą pamięć”

 

Tydzień ze Stanisławem Srokowskim ( 2 )

Tydzień ze Stanisławem Srokowskim

NienawiśćOkładka.jpg

 

 

 

Wracam więc do wypożyczonej teraz książki Stanisława Srokowskiego pt.„ Nienawiść”. Otworzyłam ją z namaszczeniem i tkliwością,  o czym wspomniałam poprzednio.

 

   „.. Wszystkie fakty zawarte w książkach Srokowskiego  są czerpane z tamtych wydarzeń , prawdziwe, przetrwały w relacjach bliskich pisarza,  w licznych spotkaniach i rozmowach świadków… „

 

 We wstępie do powieści pt. „ Nienawiść” autor pisze :

„Niestety Europa nie ma pojęcia, co się działo na Kresach, i prawie nic nie wie o wymordowaniu przez bandy UPA około 200 tysięcy Polaków, a także Żydów, Ormian, Czechów, Rosjan czy samych Ukraińców, którzy sprzeciwiali się zbrodniarzom. Europa nic nie wie o kulminacji antypolskiej akcji w krwawą niedzielę 11 lipca 1943 roku, kiedy UPA zaatakowała na Wołyniu jednocześnie prawie 100 miejscowości i wymordowała w ciągu kilku godzin kilkanaście tysięcy Polaków.”

„….realizowali oni takie oto radykalne hasła zawarte w <<Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty>>:

„ Nie zawahasz się popełnić największego przestępstwa….

Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów swojej Nacji….”

 

Nasycana taką ideologią ,  Ukraina należąca do Polski ale wielokulturowa, dotychczas żyjąca w sąsiedzkiej przyjaźni z różnymi nacjami, podniosła zły łeb.

Z dnia na dzień wszystko się zmieniło.

Stało się to natychmiast po zajęciu Polski przez sowietów i już w tamtym wrześniu 1939 nagle Ukraińcy zamordowali swoich sąsiadów,  80 Polaków w Sławentynie a potem ta fala  rozlewała się dalej i dalej …

i mordowanie Polaków trwało przez całą wojnę, ze szczególnym  nasileniem  w 1943 czy 1944 roku, gdy na te tereny  wkroczyli Niemcy.

 

Pojęcie zamordowali to mało, okrucieństwo przekraczało granice wyobraźni.

Wydłubywano oczy, odrąbywano języki, ręce, nogi, genitalia, ściągali z żywych jeszcze skórę, wbijano gwoździe w czaszkę, przybijano języki dzieci do stołów, żyjącym jeszcze ciężarnym wydobywano płody i je masakrowano, ktoś widział, gdy do brzucha matki  po wyjęciu płodu zaszyto żywego kota a innej żywego szczura….

 Używano noży, wideł, siekier, pił, łańcuchów, młotków gwoździ ….

Dr Korman wymienia 350 sposobów zadawania śmierci przez ukraińskich nacjonalistów. …”

Wystarczy? Wystarczy.

Już dalej pisać nie będę, bo serce boli.

 

Ale byli też inni Ukraińcy, jak poeta Pawłyczko, który  pisał w 1959 roku :

        Będziesz, Ukraino,

        Długo pamiętać,

        Wykłute oczy….

 

O nieprawdopodobnym okrucieństwach band ukraińskich coś tam słyszałam, ale dopiero teraz otwieram oczy z przerażenia , czuję się tak, jakbym tam była, w tych miejscach, w tamtym czasie….

Nie wiem co i jak to  pokaże w swoim filmie Smarzowski. Wprawdzie autor „Nienawiści” i innych książek na ten temat, bierze udział w opracowywaniu scenariusza, ale na ile pozwolą  władze, nie wiem…….

Wszystkie kolejne omijały ten temat….