Gułagi w Rosji lata 1923 – 1964 . Opisany przez Jana Mołotowsk na północy, nad Morzem Białym ( koło pod biegunem północnym a Tajszet – do którego został przewieziony wraz z innymi politycznymi – na dole mapki .
Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul
Syberia- Sybir- tajga
W 1948 roku rozdzielono nas, wszystkich więźniów w zonie mołotowskiej na dwie grupy.
Na grupę politycznych więźniów – 56 artykuł i innych.
Tych innych zostawiono na budowie miasta Mołotowsk, a nas – politycznych wywieziono w spicłagier na Sybir- w tajgę za miasto Tajszet ( około 100 km w kierunku miasta Bracka).
NKGB uważało, że więźniowie osądzeni według artykułu 56 ( kodeks rosyjski) i 63 ( kodeks białoruski) tj. polityczni są mocno niebezpieczni i mogą źle oddziaływać na tych innych tj. bandytów- złodziei i żulików.
Taki był pogląd władz NKGB na politycznych więźniów.
Ja też byłem sądzony na podstawie art. 63- „ izmieszczyk rodziny”.
A g d z i e b y ł a m o j a rodzina, o j c z y z n a ?
A więc i mnie wywożą do tajgi syberyjskiej.
Wiozą nas tym razem w wagonach osobowych, a więc mimo zimna syberyjskiego , jakie panuje w tym czasie – w styczniu i w lutym- minus 40-50 stopni , jazda jest do zniesienia.
Przedziały od przejścia są odgrodzone kratą żelazną.
Na korytarzu, przy każdym przedziale stoi jeden uzbrojony strażnik .
Idąc korytarzem widziałem w przedziałach pełno napchanych kobiet . Przez kratę rugały strażników nazywając ich stalinowskimi pastuchami.
Jechaliśmy przecież w ciasnocie , ale nie w chłodzie i głodzie.
Porcję- karantijkę – otrzymywaliśmy codziennie.
Droga trwała znad Morza Białego do Tajszeta około 12 dni.
W nocy pociąg się zatrzymał w tajdze.
Wyładowano nas i pod konwojem prowadzą nas do łagra, który znajduje się o pół kilometra od przystanku.
Wreszcie jesteśmy u wrót swojej siedziby – swojego obozu – łagru.
Światła jest pełno wokół zony i w barakach.
Wpuszczają nas do wnętrza zony, jeszcze raz liczą , ale szmonu ( rewizji ) już nie robią , tylko prowadzą do jednego pustego baraku .
Drzwi otwiera dyżurny baraku i wchodzimy. Każą nam zajmować miejsca na narach – niesprawnych , przerwanych na dole a resztę w górze.
Włazimy od przejścia na górne albo dolne.
Ja gramolę się na górne.
Rzucam swoją torbę pod głowę, a sam opuszczam nogi na dół przed przejściem.
I idę oddać dług przyrodzie w sieniach baraku.
Sień, jak stwierdziłem była już zamknięta.
W baraku było nas około 60 osób.
Po tym „ spacerze” włażę znowu na swoje gniazdo bez materaca – siennika – i poduszki. Pod głowę kładę spodnie , wojłoki – swoje własne i torbę. Na deski kładę swoją kufajkę i przykrywam się kożuszkiem, też jeszcze własnym, który, Kochana Żonusia, podała mi, gdy odjeżdżałem z Orszy – punktu przesyłkowego i zasypiam błogim snem.
Nie czułem, że domownicy- pluskwy czerwone cieszyły się moją krwią. Nazajutrz dopiero przekonałem się, że moc ich łazi po ścianach i narach.
Kwarantanna po przebytej drodze – 4 tysiące kilometrów.
Pobudkę zrobiono nam nowoprzybyłym o godz. 7.00 rano. Po przemyciu oczu wyskoczyłem na podwórko, gdzie już jasno świeciło syberyjskie słońce. Chciałem sprawdzić, jaki jest duży mróz. Stoję minutę i mrozu nie odczuwam. Przecież czytałem, że tu są mrozy dochodzące do 50-60 stopni C.
Wracającego kolegę od termometru pytam : Ile jest stopni mrozu- Czterdzieści, odpowiada.
Cóż to jest, że on taki gościnny i nie mrozi mię?
Naokoło panuje cisza i nie drga ani jedna gałązka na drzewie. Tylko słychać stuk dynama, które daje światło dla całego obszaru, zajętego przez ludzi i domowe zwierzęta.
Gdy tak postałem pięć- dziesięć minut w tej ciszy i słońcu, poczułem, że robi mi się zimno.
Tak, Syberyjska zima i mróz wstępuje do wojłoków i ubrania. To jego charakterystyczna cecha , że nie od razu palił zimnym ogniem. Ale gdy już znalazł się w butach lub odzieży, trudno było go się pozbyć.
S y g n a ł n a ś n i a d a n i e
Ruszamy wszyscy z baraku do stołówki .
Otrzymujemy po 200 gramów chleba, miseczkę 500 ml zupy , 200 gramów kaszy.
Szybko to spożywszy wracamy do swojego baraku- chlewu zapluskwionego.
Co się tyczy śniadania, było ono lepsze od mołotowskiego . Chleb gęstszy – tj. można powiedzieć- zwykły. Gdy ręką się pociśnie pajkę – woda nie cieknie. Zupa kapusta z kartoflami, trochę czuć olej postny. Kasza także smaczniejsza.
Jednym słowem- wszystko smaczniejsze.
Ale ten barak ze swoimi pluskwami – to okropność.
Coś trzeba zrobić, by to plugastwo wytępić.
Zaczęliśmy radzić.
Postanowiliśmy za zgodą władz obozowych wyparzyć pluskwy wrzątkiem.
A więc dzielimy ludzi na cztery grupy, po 15 osób w grupie.
Każda grupa wydziela po czterech ludzi do przywiezienia- spiłowania , przetransportowania , porąbania kloców na ognisko, które będzie grzało kocioł wody do oblewania pluskiew.
Po czterech ludzi z grupy będzie i składać i rozbierać nary swojej grupy, z uwzględnieniem nar pojedynczych.
Reszta z każdej grupy będzie oblewała dziury wrzątkiem i wyparzała nary swojej grupy.
Po podzieleniu się pracą , grupy przystąpiły do działania.
Jedni rozpalają ogniska i przynoszą ogromny kocioł na wodę.
Inni jadą do lasu pod konwojem- spiłowują modrzew i przywożą go na dwóch parach kół do zony.
Ciężka to była robota, przyciągnąć drzewo o długości 20 metrów. Rozćwiartowali to na kloce i już palą na ognisku. Kocioł jest pełen wody i za godzinę można będzie ją czerpać i nosić do baraków.
Już niektórzy niosą deski do baraków , by pokopać te przeklęte stworzenia – pluskwy.
Praca wre.
Pogoda dopisuje.
Mróz się zmniejszył o dziesięć stopni. Nikomu nie jest zimno.
Między więźniami chodzą dwaj obserwatorzy – nadziratieli. Są oni bez broni. Każdy z nich to komsomolec. W rozmowę z nami nie wchodzą.
Ich nauczono, żeby pilnie czuwali, bo ci więźniowie umieją puszczać czary. J
Ta praca nad uporządkowaniem baraku trwała pięć dni.
Plugastwo zniszczono. Między narami zrobiono przejścia. A więc i samopoczucie się poprawiło.
Ale te kraty żelazne w oknach baraku nadawały ponury wygląd z zewnątrz i wewnątrz. Przypominały one mnie ciemne więzienie w Wilejce , w którym spędziłem 17 miesięcy z nadzieją, że wyjdę z niego niewinny.
Baraków w naszym obozie było około dwudziestu. W każdym z nich żyło po 50- 60 osób.
W tym obozie, który myśmy zajęli- przebywali przedtem jeńcy japońscy .
Pozostawili w tym baraku –w kąciku –swój ołtarz – wzgóreczek – ułożony kamieniami i upiększony kwiatami. Tam wierzący odprawiali swoje modły. Zwolniono ich do domu, ale ich miejsce modłów długo znajdowało się w naszym baraku – było pięknie urządzone. Po nich zostały i drewniaki , które nosili na nogach po przyjściu z pracy.
Ale czemu mieli takie nary spłosznyje?. Chyba dlatego, żeby pomieścić więcej ludzi w baraku – brak było miejsca.
Widziałem brygadę jeńców japońskich wracającą z pracy. Wyglądali wszyscy naprawdę przyzwoicie. Każdy przy pasie miał biały ręczniczek, mimo, że wracali z brudnej roboty.
c.d.n.


Mróz… pluskwy… kraty w oknach i ten przeszywający lęk o kolejny dzień…
Ciągle mnie dziwi jak to wszystko tak długo, tyle lat można wytrzymać . Szacunek
Najważniejsze co z tych pamiętników wynika, to ani śladu depresji u autora, która przecież zabija. Żył nadzieją, że ten okropny czas w gułagach przetrzyma… i dlatego przetrzymał!
Prawdziwa ” opowieść o prawdziwym człowieku”
Prawdziwa ” opowieść o prawdziwym człowieku”