sobota, 14 stycznia 2012 8:14
I przyszedł czas ostatecznych decyzji.
W LO otrzymaliśmy ankietę, którą mieli wypełnić rodzice i były tam pytania na temat przyszłych studiów swojej latorośli. Widziałam na własne oczy to, co napisali. Matka sugerowała Studium Nauczycielskie w Gorzowie a Ojciec – Politechnikę. Chcieli, żebym miała zawód taki jak oni. Chcieli kontynuacji. Bardzo lubili swoją pracę.
A ja złożyłam dokumenty do uczelni, która wówczas nazywała się Akademia Medyczna. Aktualnie jest to Wydział Uniwersytetu. W tym czasie uważano, że łatwiej się dostać na Akademię Szczecińską. Ale ja wybrałam Poznań. Między innymi dlatego, że był dobry dojazd pociągiem z mojego miasta rodzinnego. Poza tym studiował tam kolega, a nawet moje pierwsze zauroczenie Tomasz W.
Ponadto pomyślałam, że jak spadać to z wysokiego konia, czyli jeśli się nie dostać, to przynajmniej do bardziej wtedy uznanej uczelni.
I przyszła pora egzaminów wstępnych. Nocowałam u dużo starszej kuzynki – Jadzi, która miała świetnego, pełnego ciekawych pomysłów technicznych i bardzo dowcipnego męża – Józia oraz dwóch kilkuletnich wtedy synów. W ich domu aż kipiało radością i energią, chłopcy siedzieli mi na głowie, bo uwielbiali gości. I oni wszyscy zadbali, bym się nie nudziła, nie rozmyślała o czekających mnie wydarzeniach i nie wpadała w otchłań stresu.
Nie byłam przesadnie pobożna, ale w przeddzień egzaminu wstąpiłam do kościoła Uniwersyteckiego. I modliłam się tak: Boże, jeśli mam być złym lekarzem, to lepiej żebym się na te studia nie dostała.
Tak więc decyzję zostawiając Bogu, bardzo spokojnie poszłam na egzaminy 🙂
