piątek, 13 stycznia 2012 6:46
„Widok Sandomierza od strony Wisły”, Józef Szerementowski, olej , 1885.Zdjęcie z Wikipedii ze zgodą na upublicznianie.
Pewnego dnia na ekranie telewizora zobaczyłam młodego, urodziwego człowieka, który oznajmił, że jest pisarzem a następnie ze swadą dyskutował o ważnych problemach w gronie równie ważnych osób. Gdy zauważyłam, że jest to Zygmunt Miłoszewski, zajrzałam do netu. I dowiedziałam się, że ten młody człowiek ( urodzony w 1976 roku ) ma już znaczny dorobek literacki.
Od roku 1995 pracował w Super Expressie, gdzie zamieszczał reportaże z sal sądowych.
W 2004 roku debiutował na łamach Polityki opowiadaniem „Historia portfela”. W 2005 roku wydał powieść grozy „Domofon”, przetłumaczoną na język niemiecki. Rok później ukazały się jego baśnie dla dzieci pt „Góry żmijowe”, przełożone na język ukraiński i serbski. W 2007 roku wydano jego bestsellerowy kryminał „ Uwikłanie„, który został uhonorowany Nagrodą Wielkiego Kalibru. Książka ta, przetłumaczona na język angielski, spotkała się z dużym zainteresowaniem w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Na jej motywach powstał film w reżyserii Jacka Bromskiego pod tym samym tytułem. A najnowsza powieść pt „ Ziarno prawdy„, została wydana w 2011 roku przez Wydawnictwo W.A.B. w Warszawie.
Ponieważ w miejscowej bibliotece często znajduję nowe wydania książek, zapytałam o „Ziarno prawdy„ Miłoszewskiego. Była, alejuż ktoś wypożyczył. Kiedy zajrzałam tam po kilku dniach, miła pani oznajmiła, że właśnie ksiązka wróciła i na mnie czeka.
Następnego dnia obudziłam się z dygotem, gdyż śniły mi się koszmary, z których zapamiętałam jedynie naczynia wypełnione krwią. Uspokoiłam się, gdy sobie uświadomiłam, że to tylko echa właśnie czytanej książki .
Właściwie nie lubię kryminałów. Nie interesują mnie działania śledcze i nie lubię stylu, przy pomocy którego autor opisuje zdarzenia. Uwielbiam zabawę słowem i czarowanie klimatów za pomocą misternego ich „tkania .”
Zdumiałam się, gdyż Miłoszewski potrafi i jedno i drugie. Dynamicznie prowadzi wątek kryminalny i przy pomocy prostych słów wyczarowuje klimat
Każdy rozdział rozpoczyna od spojrzenia na świat jakby z kosmosu. Wydarzenia na świecie, w Polsce, pogoda w Sandomierzu. I potem wydarzenia w tym mieście, wydarzenia przerażające, oparte na jakoby dawnych rytuałach żydowskich, które są raczej wytworem wyobraźni mieszkańców. Autor próbuje zrozumieć, dlaczego tak a nie inaczej myślą i reagują mieszkańcy. I tutaj wkraczamy w zaszłości historyczne, czasy przedwojenne, zdarzenia wojenne i powojenne. Bowiem w tym mieście od wieków mieszkali Polacy obok Żydów, żyli w symbiozie, ale ich kultury były biegunowo różne. Czy możliwe było wzajemne zrozumienie, sąsiedzka pomoc i prawdziwa przyjaźń? I jakby w odpowiedzi na to pytanie cytuje słowa z opowiadania Kornela Filipowicza, które brzmią dość bezradnie: „ …nawet jak się robiło dużo, to i tak zawsze było za mało….a jak się w ogóle nic nie robiło…albo jeszcze gorzej….”
Te treści jak i opisy miasta i jego tajemnic nie rozpraszają czytelnika śledzącego wątek kryminalny, bo są bardzo umiejętnie wplecione w wartką akcję kryminału.
Dlatego książkę czyta się jednym tchem, zostają obrazy pod powiekami i sympatia dla głównych bohaterów. Autor zadbał, by ich portrety były ciekawe i wyraźne, są to postaci fascynujące profesjonalizmem a także nasączone zwykłymi ludzkimi emocjami. Polubiłam prokuratora Teodora Szackiego, który poza prowadzeniem śledztwa, spragniony dobrej miłości, z ogromnym wigorem, mimo siwej głowy, zalicza kolejne spotkania seksualne. Może wreszcie znajdzie wymarzone ciepło. Czy będzie szczęśliwa prokurator Basia Sobieraj, która nawet wtedy, gdy zdradza męża wydaje się dziewczęco niewinna. A może w miejscowych knajpach – mordowniach jak Modena czy Ratuszowa spotkamy ponurego starego policjanta Leona Wilczura ze swoim „smakowitym” papierosem bez filtra. Bowiem filtr zawsze starannie odrywa, przy okazji zaśmiecając miejsce wokół siebie.
I dlatego się cieszę, że autor przygotowuje następną książkę z tej serii.
I marzy mi się wycieczka do Sandomierza, by podobnie jak turyści zwiedzający Rzym czy Paryż szlakiem Dana Browna, obejrzeć to cudne polskie miasto oczami Miłoszewskiego.
Oczywiście, zabieram tę książkę – nie zwykły kryminał, lecz przewodnik.
Zapraszam na wycieczkę.
Trasa może się zaczynać od budynku prokuratury, skąd właśnie wyszedł prokurator Teodor Szacki. I jak pisze Miłoszewski „… minął stadion, gdzie ciągle trwała jakaś afera w obronie budek z ziemniakami i zaczął iść w kierunku kościoła św.Pawła, mijając wille sandomierskiej elity i nowoczesny park Piszczele, urządzony w wąwozie o tej samej nazwie……przedtem był to typowy zaułek pod wezwaniem św. Jabola, gdzie o każdej porze dnia można było stracić dziewictwo wbrew swej woli…”. I zatrzymujemy się przy kościele. Jak „ Pięknie … widać wzgórze z sandomierską starówką….miasto wygląda stąd jak statek dryfujący po zieleniejących już błoniach…”….
A może zwiedzanie rozpocząć od miejsca po drugiej stronie Wisły, gdzie w czasie wojny zatrzymał się legendarny już podpułkownik Skopenko z żołnierzami Armii Czerwonej. Wg znanej wszystkim legendy, miasto tak go zauroczyło, że postanowił je ocalić przed bombardowaniem. O nim wspomina Miłoszewski, ale równocześnie przytacza przewrotną kontropowieść. Podobno ów podpułkownik „ miał tak straszliwego kaca, że nie pozwolił używać artylerii”. Huk dział mógłby zagłuszyć „ tupot białych mew” w głowie dowódcy. No cóż, bywają zalety tego stanu. Uśmiecham się. …
A potem wdrapiemy się na zbocza sandomierskiego wzgórza, ukrywającego sieć tajemnych przejść. I zanurzymy się w starym Sandomierzu, gdzie każda kamienica pamięta dawne czasy i zajrzymy do kościołów. Znajdziemy dziwne znaki hebrajskie i obejrzymy niezwykłe sandomierskie obrazy.
A może w mglisty wieczór pojawią się duchy dawnych mieszkańców. Sandomierskie duchy..
Duchy czarne i pejsate…..
